Archive for the ‘sztuka’ Category

Weneckie blaski i cienie

18 września 2016

Mapka pojawia się tu nieprzypadkowo. Któregoś dnia, zamiast zapuszczać się w zaułki historycznych dzielnic, postanowiłem obejść weneckie obrzeża – mniej ludne, nie tak malownicze jak ścisłe centrum, i z pewnością mniej rozpoznawalne. Żeby tam dotrzeć, musiałem skorzystać z tramwaju wodnego, bo jeśli w Wenecji mówimy o obrzeżach, muszą to być wyspy. Zanim z Wielkiego Kanału wydostaliśmy się na otwarte wody zatoki, przepłynęliśmy pod nowoczesnym mostem, po którym kursują wagoniki bezzałogowej kolejki łączącej Piazzale Roma (jedyny plac dostępny dla ruchu samochodów i busów) oraz terminal portu Marritima, do którego przybijają promy pasażerskie. Konstrukcja mostu widziana z dołu przypomina kręgosłup dinozaura.

img_7925

Pierwszym celem podróży była Giudecca – wyspa o podłużnym kształcie widoczna u dołu mapki. Wysiadłem na pierwszym przystanku i ruszyłem wzdłuż nabrzeża.
Giudecca jest wąska, ponad kanałami przecinającymi ją poprzecznie widać kolejna wyspę – Lido. W jednym z korytarzy wiodących na obszerny dziedziniec nieczynnej manufaktury trafiłem na starą gondolę, wyposażoną w budkę chroniąca przed wiatrem, deszczem i wścibskimi spojrzeniami. Takie gondole można zobaczyć na obrazach Canaletta. Być może z podobnej korzystał Henryk Walezy, który bawiąc w Wenecji po ucieczce z Krakowa, pod osłoną nocy wymykał się do domów schadzek.

_mg_7959

Giudecca zaskoczyła mnie spokojem, który jak się można domyślać, wynikał z niewielkiej liczby turystów. Na tym skrawku lądu hoteli i zabytków było mniej. Większość zabudowań stanowiły domy mieszkalne, szkoły oraz magazyny i drobne wytwórnie. Stali mieszkańcy w większym stopniu niż ich sąsiedzi po drugiej stronie kanału mogli tu czuć się u siebie. Panowała  atmosfera spowolnienia a nawet zapóźnienia, którego nikt nie starał się specjalnie nadrabiać. Miejscowi krzątali się na podwórkach, plotkowali przed sklepami i pozdrawiali się w pasażach. Fale chlupały o kamienny brzeg, policjanci wolnymi krokami odmierzali czas do końca służby.

img_7974

img_7953

Po dwudziestu minutach marszu, z jednym tylko przystankiem na kawę, dotarłem na schody kościoła Il Redentore, którego biała fasada góruje nad okoliczną zabudową. Kościół, jak na warunki weneckie, jest całkiem nowy. Powstał w drugiej połowie XVI wieku a autorem projektu jest słynny Andrea Palladio, twórca własnego stylu opierającego się na wzorach greckich i antycznych rzymskich.

Il Redentore, który widywałem wcześniej z przeciwległego brzegu, zbudowany jest z rozmachem, którego nie powstydziliby się patrycjusze rzymscy. Kamienna fasada zwieńczona trójkątnym tympanonem podtrzymywanym przez cztery masywne półkolumny oraz ozdobiona wyrazistym portykiem oraz dwiema symetrycznie umieszczonymi niszami robi imponujące wrażenie. Obecność szerokich zewnętrznych schodów jeszcze to wrażenie potęguje. Wnętrze, w którym dominują masywne kolumny podtrzymujące półkoliście zwieńczony jasny sufit, potężne okna wpuszczają snopy światła rozlewającego się po kamiennej posadzce a niezaprzeczalna harmonia jest wynikiem ścisłego podporządkowania regułom matematycznym – to wnętrze jest bardzo eleganckie i jednocześnie bardzo zimne. To samo można powiedzieć o stojącym nieopodal kościele  San Giorgio Maggiore. Oba zaprojektował Palladio.

img_7963

W obu można dostrzec triumf ludzkiego umysłu i oba są jednako pozbawione ducha. Gdzie im tam do pełnego złoceń, bizantyjskich malunków i odwiecznych tajemnic wnętrza bazyliki? Gdzie im do urokliwego mroku gotyckich i romańskich kościołów z okolic mostu Rialto? Niebo a ziemia. Już wiem dlaczego przed San Marco od rana ustawiają się tasiemcowe kolejki chętnych, a tu odgłos migawki aparatu echem odbija się od ścian. Nie wypadało jednak tak ważnego punktu w panoramie miasta pominąć. Kiedy znowu z podcieni Pałacu Dożów popatrzę na białą fasadę San Giorgio, przypomnę sobie, co widziałem we wnętrzu: nieskazitelna biel ścian, masywne, idealnie uszeregowane kolumny i wysokie sklepienia a pod nim lśniąca posadzka i znudzona bileterka. Może pięć osób snujących się wśród kolumn. Większym zainteresowaniem cieszy się dziedziniec, z którego roztacza się romantyczny, a dzięki licznym obrazom, filmom i reprodukcjom, mocno utrwalony w zbiorowej świadomości widok na Pałac Dożów i dzwonnicę. Wszyscy chyba znają obraz Canaletta przedstawiający odświętnie dekorowane łodzie, barki i gondole sunące po wodach zatoki podczas ceremonii zaślubin z morzem. Wielkie spektakle odbywały się w tym unikalnym miejscu nie tylko w zamierzchłej przeszłości.

W 1989 roku na specjalnej platformie umieszczonej w centralnym punkcie basenu, dokładnie między San Giorgio a biblioteką Sansovino odbył się koncert grupy Pink Floyd. Wokół pływającej estrady na niezliczonej ilości jachtów, łódek i platform oraz na wysuniętych cypelkach lądu zgromadziło się około 250 tys. widzów. Musiało to być imponujące widowisko, Pink Floyd lubił szokować widownię efektami dźwiękowymi i świetlnymi, więc trudno sobie wyobrazić, by w obecnych warunkach zdecydowano się na coś podobnego. Choćby ze względów bezpieczeństwa. Przyznam, że wcale nad tym nie ubolewam. Wenecja, żeby przetrwać, potrzebuje spokoju a nie laserowych świateł i decybeli.

img_7984

Jest na Youtube film mówiący o historii Wenecji i współczesnych jej problemach. Na początku oglądamy domniemane miejsca, w których „perła Adriatyku” miała dopiero powstać: porośnięte sitowiem wyspy, muliste rozlewiska, mokradła i ciągnące się po horyzont błota. Rysunkowe animacje pokazują, jak odbywało się wbijanie drewnianych pali w grząskie dno, jak na tych palach budowano pierwsze drewniane domy. W miarę zdobywania doświadczeń, decydowano się powiększać budowle a zamiast ścian drewnianych wznosić murowane. To także był eksperyment. Gdy się powiódł, a marmur z Istrii stosowany jako podwalina okazał się wodoodporny, kościoły i pałace zaczęły powstawać w Wenecji jak grzyby po deszczu.
Najstarszym kościołem weneckim jest maleńki San Giacomo di Rialto położony u podnóża schodów słynnego mostu. Jego początki datuje się ostrożnie na V wiek. Ale pierwszy wielkogabarytowy kościół wsparty w całości na dębowych palach powstał w VII wieku na konkurującej z Wenecją wyspie Torcello. Próba wypadła pomyślnie, dębowe pale zanurzone w wodzie uzyskują po latach strukturę i twardość skały, jednak grząskie dno poddawane wstrząsom i wibracjom nigdy nie pozwoliło się obłaskawić. Dlatego kościół na Torcello (obecnie katedra), podobnie jak setki innych starych budowli, wielokrotnie przebudowywano i naprawiano. Wiele budynków trzeba było rozebrać, sporo wież zawaliło się, a inne wyraźnie odchylają się od pionu. Mimo obecnej wiedzy i technicznych możliwości problem nadal istnieje. Jak pokazuje wspomniany film, nie tylko problem grząskiego dna zagraża Wenecji. Obecnie są to na przykład wibracje powodowane przez coraz większe silniki jednostek pływających. No i podnoszący się stale poziom morza.

_mg_8082

Prześwietna Serenissima przeszła już przez wszystko: wysiłek pierwszych osadników walczących o przetrwanie, mozolne budowanie osad, obserwacje przyrody, przechodzenie od rybołówstwa i myślistwa do wytwórczości i handlu, kult religijny, tworzenie się struktur społeczeństwa hierarchicznego, prowadzenie wojen, powstawanie miast, banków, portów i manufaktur, zawieranie i łamanie traktatów pokojowych, podbój i kolonizacja sąsiednich krain, pomnażanie bogactwa, wykorzystywanie mitów religijnych do umacniania władzy, plagi i karnawały, rozwój nauki i sztuki, dalsze bogacenie się, bunty niższych warstw społecznych, deprawacja wyższych, konieczność nadążania za szybkim rozwojem technologicznym, mniej lub bardziej świadome stawanie się częścią globalnej wioski i wreszcie stawianie czoła zagrożeniom wynikającym m.in. ze zmian klimatycznych wywołanych działalnością ludzi.
Losy Wenecji są wiernym odbiciem losów naszej cywilizacji, choć zagrożenia dotyczące jej egzystencji są jakby bardziej widoczne. Tak mały punkt na mapie łatwiej wziąć pod lupę. Nie sposób sobie wyobrazić, że tego miasta mogłoby nie być, lecz z drugiej strony trudno lekceważyć wiszące nad nią zagrożenia. Ponad sto lat temu pewien filozof powiedział „my, cywilizacje wiemy już teraz, że jesteśmy śmiertelne”. Gdyby Wenecja miała zginąć – jak bez niej poradzi sobie reszta świata? Czy nie będzie to spóźniony sygnał ostrzegawczy?
Mam nadzieję, że nie są to pytania, na które obecne pokolenie będzie musiało odpowiadać.

_mg_8103

Reklamy

Lizbońskie smakowanie

26 kwietnia 2015

Zapowiedziałem bliższe przyjrzenie się kilku obrazom z lizbońskiego Muzeum Sztuki Dawnej. Zanim przejdę do tego najsłynniejszego (umieszczono go celowo w ostatniej sali, żeby zwiedzający po drodze zerknęli na inne, mniej słynne), skręcę jeszcze do działu poświęconego wyłącznie sztuce portugalskiej. Mało o niej wiem i wcale nie spodziewam się, że jedna wizyta wystarczy, żeby nadrobić braki w edukacji, jednak zawsze od czegoś należy zacząć.
Zacząłem od malarstwa gotyckiego i wczesnorenesansowego, które jest mi najbliższe. Nazwiska portugalskich twórców nic mi nie mówiły, oglądałem dość poprawne przykłady sztuki dworskiej, podporządkowanej gustom ówczesnych królów i książąt. Była to sztuka mało wyrafinowana, stylistycznie wtórna, z pretensjami do wielkości. Zachowane dzieła wskazują na silne wpływy prymitywistów flamandzkich, dynamiczne sceny piekielne lub spokojniejsze pełne mocnych barw wyobrażenia Madonny w otoczeniu świętych przypominają najlepsze dzieła Memlinga i Cranacha. Z tym, że do technicznego mistrzostwa portugalskim artystom sporo brakowało.

W centralnym miejscu przestrzeni wystawowej wisi wielki, sześcioczęściowy obraz przedstawiający świętego Wincentego. Poliptyk wyróżnia się wysoką jakością wykonania, chociaż nagromadzenie statycznych postaci czyni go trochę nudnym. Podpis pod obrazem podkreśla de enorme importância simbólica na cultura portuguesa . Chodzi o to, że św. Wincenty – patron Lizbony stoi w otoczeniu wiernie sportretowanych królów, przedstawicieli arystokracji, kleru, dworzan oraz mieszczan.
Ten sam obraz w wyższej rozdzielczości.

Obraz więc jest nie tyle dziełem sztuki religijnej ile historycznym dokumentem dającym wyobrażenie o strojach, ozdobach i bodajże obyczajach panujących w ówczesnym społeczeństwie. Autorem tej barwnej opowieści o czasie minionym, twórcą dzieła o ogromnym znaczeniu dla portugalskiej kultury jest Nuno Gonçalves – najbardziej uznany portugalski malarz późnego średniowiecza. Jego przewaga nad Janem Matejką, który tworzył obrazy o ogromnym znaczeniu dla kultury polskiej jest taka, że Gonçalves żył w tej samej epoce, co bohaterowie jego obrazów, mógł więc ich portretować z natury. Matejce zaś ani Zygmunt Stary ani Bolesław Chrobry nigdy nie pozowali.

Dział z malarstwem europejskim jest rozległy, w okresie prosperity bogacze portugalscy zdołali sprowadzić całkiem sporo poważnych dzieł sztuki do swoich kolekcji. Później różnie z tym bywało: część trafiła w ręce nabywców pochodzącym z krajów, które wzbogaciły się później (USA) a część staraniem portugalskich królów i mecenasów została w lizbońskim muzeum.
Zaglądam do przewodnika i do encyklopedii: omówienie zawartości działu ze sztuką europejską otwierają dwa nazwiska: Hieronim Bosch i Albrecht Dürer, czasem dołącza do nich trzeci Niemiec, Lucas Cranach.

Boscha widywałem już w innych muzeach, jego latające ryby, monstrualnej wielkości szczury, liścio-żaby albo drzewo-krowy jakoś nigdy mnie nie poruszały, nigdy adoratorem tej teatralizacji i ekstrawagancji nie zostałem. Obrazy oglądałem, ale jakoś tak powierzchownie. Owszem, ciekawi mnie fenomen Boscha, chciałbym poznać powody, dla których tak ekscentryczne malarstwo trafiło w gusta ówczesnych, piętnasto- i szesnastowiecznych koneserów. Nikt przecież nie powie, że Bosch wyznaczył w sztuce malarskiej trend, który był kontynuowany. On poruszał się w osobnym wymiarze, który długo nie znalazł naśladowców. Pełne ekscesów malarstwo Boscha to odrębny gatunek, który powrócił do łask dopiero po kilku stuleciach, a najmocniej objawił się w wieku XX otwartym na wszelkie dziwności i fantazje.
Napisałem kiedyś, że Bosch jest przereklamowany, ale nie myślcie, że odrzuca mnie jego malarstwo. Ono mnie pociąga, nawet kupiłem książkę Boschowi poświęconą (z serii Taschen). Bosch na zrozumienie zasługuje, tak jak zasługuje na to cała epoka, którą w swój oryginalny sposób portretował.

Nie brakuje u Boscha scen dość wiernie ilustrujących sceny z Nowego i Starego Testamentu. Od religijnych ilustracji Bosch zaczynał swoją karierę, jednak musiało mu zależeć na większej ekspresji, dlatego obok świętych i apostołów tu i ówdzie dodawał ogoniastego stwora, jakąś jaszczurkę, pelikana czy kościotrupa. Później tych stworów, pomieszania planów i zachwiania proporcji przybywało, ukazywane sytuacje zyskiwały coraz bardziej surrealny wymiar, aż doszło do erupcji fantazji. Bosch wypracował swój własny styl, a jego najbardziej znanymi przykładami są malowidła tak wieloznaczne jak Ogród ziemskich rozkoszy, Sąd Ostateczny i – lizbońskie Kuszenie św. Antoniego.

Boschowska wizja to barwna relacja z epoki, która zabrnęła w ślepy zaułek, ludzie strasząc się wizjami piekielnymi, sami to piekło sobie zgotowali. Ale to także i w dalszym ciągu moralitet, Bosch nie umie odejść od religijnej nadziei na sprawiedliwość i ład w niebie. Przemyca idee religijne w sposób, który jemu samemu i jego odbiorcom wydał się najbardziej adekwatny czyli epatując brzydotą i okrucieństwem, uciekając się do anatomicznych i przyrodniczych fantazji. Dawka fantazji w malarstwie Boscha jest zdumiewająco wielka, ale w dalszym ciągu jego wizje są podporządkowane średniowiecznemu pojmowaniu rzeczywistości, gdzie wszechmocny Bóg pozwala na występowanie zła i śmierci, a czyni to po to, aby człowiek mógł wykazać się cnotą, fanatyczną wiarą i odpornością na pokusy. Kto, tak jak pustelnik Antoni, oparł się pokusom, zostawał świętym. Była to nagroda tak oczywista jak przyznawany wypruwającym sobie żyły stachanowcom pośmiertny tytuł bohatera Związku Radzieckiego.

Potworki i bestie występujące u Boscha to odmiana średniowiecznego bestiariusza – ilustrowanej księgi niemal tak wtedy popularnej jak Biblia. Symbolika stosowana powściągliwie przez innych malarzy epoki u Boscha została zwielokrotniona i wzmocniona, do tego doszły karykaturalne sceny rodzajowe znane również z obrazów Breugla, a wszystko zagęszczone, nachodzące na siebie niczym obrazy z męczącego snu. Epatowanie okropnościami przypomina najlepsze obrazy Beksińskiego a to co łączy obu malarzy to fascynacja śmiercią, rozkładem i przemijaniem. Oczywiście perspektywa patrzenia jest zupełnie odmienna: Bosch jest produktem średniowiecza i właśnie lęki średniowiecza są głównym i stałym motywem jego malarstwa. Na obrazach toczy się walka dobra ze złem, rzeczywistość materialna miesza się z mitami oraz obsesyjnym strachem przed śmiercią i karą za popełniane grzechy. To także typowy dla średniowiecznej mentalności lęk przed światem obcym, niepojętym i niewytłumaczalnym a przez to groźnym.

Natomiast wizje tak sugestywnie malowane przez Beksińskiego są tej nadziei pozbawione. Przekaz jaki płynie z jego malarstwa jest taki, że czy to się komuś podoba czy nie, rozkład i zniszczenie są częścią procesu życia, reszta jest tajemnicą tak mroczną i tak głęboką, że tylko bezczelny profan może porywać się na jej objaśnianie. Bosch, czy się to komuś podoba czy nie, był profanem, choć niewiarygodnie zdolnym. Strona warsztatowa „Kuszenia…” jest bliska doskonałości, gra świateł, tysiące idealnie odwzorowanych detali, równowaga kompozycyjna i kolorystyczna – dla tych aspektów warto studiować ten obraz. Nie dla legendy Boscha, który mam wrażenie, odbierany jest powierzchownie i zbyt egzaltowanie. Ja w każdym razie do tej egzaltacji, podsycanej przez goniące za sensacją media, się nie przyłączam, nadal uważam, że Bosch jest przereklamowany. Jednocześnie trudno mi sobie wyobrazić historię malarstwa bez jego pokręconych wizji zapładniających wyobraźnię całych legionów późniejszych malarzy, pisarzy, dramaturgów, reżyserów, scenografów i innego artystycznego planktonu.

Bosch – środkowy panel „Kuszenia św. Antoniego”, poniżej panele boczne.

Niektórym artystom przypisuje się zdolności profetyczne oraz „sejsmograficzne” umiejętności odczytywania nastrojów społecznych czy tendencji artystycznych, które mają dopiero nadejść. Może tak było w przypadku Boscha? Może jego na wpół moralizatorskie i na wpół katastroficzne wizje były przejawem tęsknoty za światem szlachetniejszym, nie tak groźnym i okrutnym? U schyłku XV wieku, kiedy powstawało „Kuszenie św. Antoniego” średniowiecze miało się ku końcowi, rok po śmierci Boscha Luter ogłosił swoje rewolucyjne tezy. Nadchodziła epoka nowa, bardziej szlachetna i otwarta, choć niewiele mniej okrutna. Liścio-ryby nadal pożerały niewiasty, kozo-diabły wrzucały grzeszników do piekielnego ognia rozpalonego ustami kaznodziejów.

Inaczej ma się sprawa z Dürerem, który pozostaje wzorem niemieckiej solidności i zasłużonego artystycznego sukcesu. Nad jego biegłością warsztatową już się rozpływałem przy okazji odwiedzin w berlińskiej Gemäldegalerie. Być może wspominałem o Dürerze w tekstach o artystach weneckich, którzy początkowo nieufnie patrzyli na gościa z północy, ale gdy przyjrzeli się jego pracom, szybko uznali jego talent.

Obraz znajdujący się w lizbońskim Narodowym Muzeum Sztuki Dawnej przedstawia świętego Hieronima, tego samego o którym wspominałem w tekście Powtórka z lwa. Hieronim często przedstawiany jest w towarzystwie oswojonego lwa, za tło ma odludny pejzaż z zamglonym horyzontem, bliżej widać skały i wejście do jaskini, w której jak się widz domyśla, pospołu żyją lew z Hieronimem. Czasem Ojca Kościoła przedstawiano w pracowni pełnej ksiąg i przyborów piśmienniczych. Do kanonu należał atrakcyjny z malarskiego punktu widzenia atrybut w postaci czerwonego kardynalskiego kapelusza. Wyjątkiem jest niewielki portret namalowany przez Dürera, gdzie nie ma ani lwa ani górskiego krajobrazu ani kapelusza.

Artysta odrzucił całe tło skupiając się na twarzy i gestach świętego. Hieronim z którego oblicza bije doświadczenie i dobroć pochyla się nad otwartą księgą, patrzy w kierunku widza i palcem wskazuje leżącą na stole czaszkę. Obraz powstał w Antwerpii w roku 1521, Dürerowi pozował brodaty staruszek o bystrym spojrzeniu. W momencie powstawania obrazu starzec liczył już 93 lata, co w oczach współczesnych musiało uchodzić za przykład niezrozumiałego zawieszenia praw naturalnych, może nawet pokazywano sobie dziadka jako kandydata do nieśmiertelności. Dürer wykorzystał zażywnego starca do czegoś zupełnie odmiennego. Gest lewej ręki nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia ze studium dotyczącym przemijania i śmierci. Obecność realistycznie odmalowanej, połyskującej niemal jak plastikowy model czaszki ma potwierdzać tezę, że śmierć jest nieunikniona. Starzec zdaje się być tego świadom. Jednak jego pogodne oblicze może sugerować, że on śmierci się nie boi. Śmierć, tak jak życie jest tajemnicą.
W lewym górnym rogu obrazu artysta umieścił mały krucyfiks oblany łagodnym światłem. Można ten symbol odczytywać dwojako: albo jako wzmocnienie wizji umierania albo jako pociechę dla tych, których przeraża myśl o bezpowrotnym obróceniu się w proch i wolą wierzyć w cudowne zmartwychwstanie.

Po wyjściu z muzeum nie byłem pewien, czy po takiej dawce refleksji eschatologicznych będę miał nadal ochotę na zwiedzanie Lizbony, czy mimo świadomości śmierci, którą (świadomością nie śmiercią) zainfekował mnie Dürer nadal będę czerpał przyjemność z przyglądania się ceramicznym elewacjom, zdobionym oknom, zacienionym uliczkom i ceglanym schodkom. Może nie powinienem korzystać z tramwaju, tylko przysiąść na jakimś skwerku, wyjąć z kieszeni fajkę, zapuścić brodę, nałożyć czarny sweter (uff, jak gorąco!) i poddać się rozmyślaniom egzystencjalnym. A potem wstać i iść przed siebie rozpamiętywać absurd życia, o którym wiadomo, czym się skończy.

Jednak tramwaj nadjechał, wcale nie był to tramwaj zwany pożądaniem, tylko zwyczajny wagonik jadący do centrum. Zamiast pożądania znalazłem w nim odpoczywanie. Miasto cichło i było mi z tym dobrze. Nie zawsze musi być ten dreszcz, ta biologiczna radość życia. Czasem trzeba przejść a nawet przeczołgać się przez godziny mimowolnej apatii i znudzenia. Ludzie w wieku średnim to rozumieją, młodym jest trudniej. Niekiedy z pozornej szarzyzny należy wyłuskać coś, co może nie jest najwyższych lotów i nie rości sobie pretensji do przeboju lata, ale jest przyjemne, wolne od natarczywości i hałasu. Coś co utwierdza nas w woli życia. Takie podnoszące na duchu drobiazgi łatwiej wyłapać podczas szwendania się po obcym mieście, z dala od rutyny, natłoku obowiązków i powtarzalności. Pomny tych prawd łapałem smaki i smaczki lizbońskie, pachnące likierem, kawą i wiatrem znad oceanu.

Byłem już niedaleko swojej noclegowni. W pobliżu zburzonego kościoła karmelitów na małym dziedzińcu rozstawiono stoliki kawiarniane, z bramy dobiegał głos akordeonu, starszy pan z gracją przebierał palcami po klawiaturze. Zamówiłem kolację, przy jedzeniu bawiłem się w turniej jaka to melodia. Na ogół zgadywałem: tanga i walce płynące z bramy ciągłym strumieniem należały do tych ogranych i osłuchanych. To nic, że pan akordeonista był z innej części Europy niż ja. Muzyka jak niektórzy utrzymują – nie zna granic.
Miałem problem z jednym utworem, który wydał mi się bardzo znajomy. Jakaś blokada w pamięci nie pozwalała mi zlokalizować jego pochodzenia. Brakowało mi nie tylko tytułu ale nawet najbłahszego punktu odniesienia. W melodii pobrzmiewało coś sentymentalnego, nutki spadały jak przelewająca się woda, w głowie kołatały skojarzenia z folklorem włoskim lub cygańskim. Czułem, że jestem blisko rozwiązania zagadki, ale wciąż nie wiedziałem, kto pierwszy „tak pięknie grał”.

Nie była to znana z dzieciństwa „Głęboka studzienka” ani przyswojona w czasach harcerskich „Jarzębina czerwona”. Te melodie (oraz parę innych) zapisane są na bardzo twardym dysku mojej pamięci, żadna niedyspozycja, żadne oddalenie w czasie i przestrzeni nie jest w stanie ich stamtąd wymazać. Portugalski wirtuoz najwyraźniej nie znał tych perełek z malowanej skrzyni Oskara Kolberga. Słynna biesiadna dzieweczka idąc do laseczka ani na chwilę nie zagościła na jego klawiaturze, dostojna Gęś wodą ni razu nie przepłynęła przez miechy jego instrumentu. Niewykluczone, że pan starszy znał słynne Tango Milonga skomponowane przed wojną przez Jerzego Petersburskiego, w końcu to światowy przebój. Nie było okazji o to zapytać. Ja jadłem i wysilałem pamięć, on grał. Potem wstałem, uregulowałem rachunek, a przechodząc przez bramę wrzuciłem stosowny datek do futerału. Nie odważyłem się zapytać wirtuoza, jaka to melodia. Ta, którą znałem ale tak jakbym nie znał, bo co to za melodia bez nazwy lub choćby autora. W drodze do hotelu musiałem ją nucić pod nosem, żeby nie zapomnieć. Po prysznicu, kiedy już całkiem zapomniałem, co takiego miałem sobie przypomnieć, nastąpiło olśnienie: przecież to Goran Bregovic! Słuchałem tego sto razy z kasety magnetofonowej w połowie lat dziewięćdziesiątych! Melodia nazywa się Taliańska i pochodzi z filmu Kusturicy Czas Cyganów.

To jeszcze nie było największe muzyczne zaskoczenie w Lizbonie. Bo kiedy odświeżony zszedłem do baru na ostatniego drinka, z głośników dobiegł mnie matowy swingujący głos, tym razem wątpliwości nie było. Śpiewała Ewa Bem. Było już późno, w barze panował półmrok, wyobraziłem sobie, że Ewa Bem tańczy na maleńkiej scenie, na głowie ma czerwony kardynalski kapelusz a u jej stóp siedzi lew i potrząsa złocistą grzywą. Afirmuje życie i jego smaki.

W Lizbonie nic szczególnego

19 kwietnia 2015

Zgodnie z zaleceniami Alfreda Hitchcocka zacznę od trzęsienia ziemi. To które nawiedziło Lizbonę w połowie XVIII wieku uznaje się za największe w historii. W oszacowaniu liczby ofiar śmiertelnych przeszkadza fakt, że rejestry ludności także zostały zniszczone. Lizbona była wówczas największym miastem portowym nad Atlantykiem, jednym z największych i najbardziej znaczących na świecie. Jako stolica kraju opływającego w dostatki (ani na chwilę nie zapominajmy o zyskach z zamorskich kolonii) konkurowała z Paryżem i Londynem. Zachowały się rysunki przedstawiające lizbońskie kościoły i pałace. Te najwspanialsze zbudowano w znanym z przesadnej dekoracyjności stylu, który od imienia króla Manuela I nazwano stylem manuelińskim.

Katastrofa przyszła od strony oceanu w dzień Wszystkich Świętych, gdy większość mieszkańców zebrała się w kościołach oraz w synagogach, bo akurat była sobota. Trwające około 6 minut wstrząsy o sile 8 stopni w skali Rychtera powaliły najpierw najwyższe budowle, te niższe zostały zmiecione falami potężnego tsunami, a dzieła zniszczenia dopełniły trwające kilka dni pożary. Ponad 85% budynków Lizbony zamieniło się w gruz i zgliszcza. Większość mieszkańców zginęła, ci którzy przetrwali i uciekli z miasta, zadawali sobie pytanie, za co nas to spotkało? Podobne pytania zadawali sobie mieszkańcy całej Europy, w której coraz śmielej kiełkowała myśl oświeceniowa. Kościelni hierarchowie próbowali po staremu opowiadać bajki o karze boskiej zesłanej przez miłosiernego boga na grzeszne społeczeństwo. Argument ten był o tyle śmieszny, że w trzęsieniu najmocniej ucierpiały postawione na wzgórzach okazałe kościoły, które zwaliły się na głowy rozmodlonym wiernym, ocalała natomiast niżej położona dzielnica czerwonych latarni.
Wątek ten wykorzystał później Voltaire w swojej sztuce teatralnej „Kandyd”. Nazwisko francuskiego myśliciela i dramaturga nieprzypadkowo pojawia się w tym kontekście. Lizbońskie trzęsienie ziemi oprócz tego, że wymusiło badania naukowe z zakresu geologii i sejsmologii, miało wielki wpływ na filozofów czasów oświecenia. Rok 1755 podaje się czasem jako ten w którym tkwią korzenie współczesnego ateizmu. Mówiąc krótko, Europa zaczęła wtedy poważnie wątpić w istnienie Boga i coraz mocniej skłaniała się ku racjonalizmowi.

Musiałem zacząć od trzęsienia ziemi, bo paradoksalnie ono odpowiada za obecny wygląd Lizbony zupełnie przebudowanej i rozbudowanej po pamiętnym roku 1755. Poprzednim razem troszkę szerzej opisałem jej przestronne place, jasne domy i eleganckie ulice. Dziś pozostaje mi przyznać się, że w drugim dniu pobytu ta kurortowa elegancja i życzliwość ludzka zaczęła mnie niepokoić. Nie, żebym miał coś przeciwko życzliwości albo reagował alergicznie na schludne ulice. Bardziej chodziło mi o siebie, o swoje upodobanie do autentycznych, trochę chropawych i tajemniczych staroci. Czyżby mój bakcyl domorosłego odkrywcy znalazł się w fazie zaniku? Czyżbym stoczył się do roli wygodnego turysty, którego obecność windy i bezszelestnie otwierających się drzwi hotelowych cieszy bardziej niż mrok zamkowych korytarzy? Czy memu powonieniu przestał być miły zaduch kościelnych krypt?

Lizbona nie jest miejscem, przed którym miałbym ochotę kogokolwiek przestrzegać. Wręcz przeciwnie, po raz pierwszy na tym blogu poważę się na zachętę: jeśli nie byliście w Lizbonie, jedźcie tam. Kto może niech pędzi zobaczyć to miasto! Nie sugerujcie się tym, co zaraz napiszę, bo jak wiadomo każdy opis jest subiektywny. Otóż, nie potrafię ukryć, że w centrum Lizbony czułem się nieco znudzony i zblazowany, brakowało mi tego dreszczyku, który towarzyszy mi zawsze, gdy widzę coś mi emocjonalnie i estetycznie bliskiego, coś za czym podświadomie tęskniłem, albo coś, co wcześniej pod wpływem lektur i obejrzanych fotografii uznałem za warte zobaczenia. Tak było w pełnym „klimatów” Porto, dreszczyk nie schodził z moich pleców w Wenecji i w innych miastach włoskich, tymczasem w Lizbonie nic. Spacery po ulicach Baixa-Chiado, kasztany z dymiących piecyków, wystawy sklepów z butami, kawa na jednym placu, ciastko z budyniem na drugim.

_MG_6460

W poznawaniu Lizbony pomogły mi dwa obiekty ściśle związane z jej historią. Do pierwszego udają się tłumy turystów – to renesansowa wieża obronna Belem stojąca na malutkiej wyspie obmywanej wodami szerokiego Tagu. Z przystanku kolejowego idzie się do Belem wzdłuż nabrzeża, po drodze trzeba minąć okazały, całkiem udany Pomnik Odkrywców przypominający o chlubnej i niechlubnej przeszłości portugalskich żeglarzy i misjonarzy, przedsiębiorców i łupieżców.

_MG_6560
Mijam wędkarzy na skarpie, zerkam na białe żaglówki śmigające po Tagu, wreszcie wieża Belem, do której wchodzi się po drewnianym mostku, jak do kasztelu Juranda ze Spychowa.
Chodząc po dziedzińczyku Belem, zapuszczając się w mroczne korytarze, wyglądając z narożnych wieżyczek strzelniczych i wreszcie stojąc na szerokim balkonie, zaskakująco ozdobnym jak na budowlę o przeznaczeniu militarnym, zastanawiałem się, co pozwoliło tej kamiennej wieży przetrwać owo trzęsienie ziemi w 1755. Czy wartownicy zostali cudownie ocaleni, żeby bronić zgliszcz przed najeźdźcami, czy bardziej zbawienna okazała się szczęśliwa lokalizacja i solidna struktura wieży?

DSC03547 Niedaleko Belem znajduje się ogromny klasztor i kościół św Hieronima. W jego salach i kryptach spoczywa kawał historii Portugalii. Siedemsetletnia budowla, przykład dojrzałego stylu manuelińskiego ma także udział w tworzeniu historii najnowszej – w 2008 roku właśnie w klasztorze św. Hieronima przywódcy państw europejskich podpisali słynny Traktat Lizboński. Polskę reprezentował mało ciekawy osobnik, który nie umiał wówczas podjąć jednoznacznej decyzji i musiał dzwonić po poradę do brata. Ta słabość charakteru ostatecznie spowodowała, że jego szczątki leżą teraz w krypcie wawelskiej. Krypta nie ma nic wspólnego ze stylem manuelińskim a pompatyczny pogrzeb osobnika był natomiast przykładem złego stylu. Tyle o związkach manuelizmu z podatnością na manipulacje.
IMG_6484

Wracam do Lizbony: miejscem, które odwiedziłem dnia następnego jest muzeum sztuki dawnej. Mieści się w dzielnicy ambasad, a jego oryginalna nazwa Museu Nacional de Arte Antiga brzmi na tyle zachęcająco i intrygująco, że chce nam się wsiąść w pociąg i dwa lub trzy przystanki na zachód pojechać. Żeby zrozumieć kraj, trzeba poznać jego historię, jej namacalne świadectwa schowane są w muzealnych gablotach, porozwieszane na ścianach.

Muzeum zawiera nie tylko dzieła malarskie, można w nim zobaczyć portugalską ceramikę i meble pochodzące z różnych epok. Zaciekawienie budziły małe ozdobne krzesełka umieszczone w przeszklonych gablotach, były tez wielgaśne szafy, komody i łoża. W kolejnym dziale umieszczono przedmioty przywiezione przez portugalskich podróżników z dalekiego Wschodu, były więc drewniane szkatułki pokrywane chińską laką, miniaturowe rzeźby z kości słoniowej, wachlarze i parawany pokryte delikatnymi malunkami charakterystycznymi dla sztuki azjatyckiej oraz wiele innych zadziwiających artefaktów. W kolejnych salach wystawiono ogromne zbiory porcelany chińskiej oraz bardziej toporne dzbany i wielkie talerze z grubej ceramiki. Wzory i kolory wskazywały, że wypalono je w krajach arabskich, stawiałem na Turcję i słynny z oryginalnego wzornictwa region Iznik. Rzeczywiście, trochę naczyń pochodziło z Turcji, inne wypalono w Syrii, co sprawiło, że przyjrzałem się im uważniej, z maleńkim jakby współczuciem. Nie wiadomo, czy te turkusowe misy i talerze przetrwałyby obecne szaleństwo religijnych fundamentalistów w Syrii, czy nie zostałyby po nich drobne skorupy, gdyby w odpowiednim czasie nie zostały zabrane do Lizbony lub do jakiegokolwiek muzeum w cywilizowanym świecie.

Kolejne działy rozległego muzeum mieszczą zbiory malarstwa portugalskiego, o którym mało wiemy w naszej części kontynentu. Więcej wiemy o tym, że uznani malarze niemieccy i niderlandzcy malowali na potrzeby królewskiego dworu w Lizbonie. Niektóre z dzieł Boscha, Cranacha i Dürera przetrwały do naszych czasów, można je oglądać w najdalszych salach muzeum. Ale to już temat na osobną opowieść, teraz trzeba dać odpocząć zmęczonym nogom.

_MG_6688

Do centrum wracałem tramwajem i to nie byle jakim, tylko słynnym żółtym starociem oznaczonym numerem 28. Ruszyliśmy z dzielnicy Estrel, aby z piskiem, zgrzytem i stukaniem zjechać na poziom eleganckiego Praca de Commercio a potem stromymi podjazdami, minąwszy katedrę, wspiąć się na przeciwległe wzgórza, skąd rozciąga się widok na szare wody Tagu i zamglony ląd na horyzoncie. Jeszcze kilka zakrętów, trochę kołysania, przedzieranie się przez uliczkę tak wąską, że prócz torów tramwajowych nie ma już miejsca na chodnik, wreszcie ostatnia premia górska i zatrzymaliśmy się na placu Graça, w samym sercu arabskiej dzielnicy Alfama. Obok przystanku stragany z pamiątkami i odzieżą, dalej malutka kawiarnia, jedna albo dwie. Kto był w Lizbonie a nie przejechał się dwudziestką ósemką, ten nie wie co stracił. Ja przejechałem się tylko raz, poczułem tam swój dreszcz, z powtórnego rajdu wolałem zrezygnować, żeby przyjemności nie przedawkować. Zostawiam ją na następną okazję. Tramwaj nr 28 z pewnością będzie nadal jeździł po Lizbonie. Ze zgrzytem i z fasonem.

Stańko Quartet w Dublinie

12 kwietnia 2015

Akustyka w tutejszym National Concert Hall jest zdecydowanie dobra, jednak ta sala mało ma wspólnego z klubem jazzowym. Rozległa scena przeznaczona dla orkiestr symfonicznych i chórów, tymczasem Tomasz Stańko miał zagrać z trzema muzykami. Dla stworzenia namiastki kameralności za plecami muzyków ustawiono na scenie trzymetrowej wysokości stelaż, na którym rozpięto czarną tkaninę. Na niej rozrzucono białe diody, które świeciły jak gwiazdy na nocnym niebie. To wystarczyło. Dzięki tej banalnej dekoracji scena przypominała rzęsiście oświetlony taras, trzy widoczne schodki sceniczne udawały balustradę a za czarną połacią nieba można było domyślać się obecności wielkiego miasta. Jednak nad wielkimi miastami gwiazd nie widać, należało więc przyjąć, że Stańko Quartet gra na pokładzie rejsowego statku, schodki przed parawanem to relingi, a czerń rozgwieżdżonego nieba kryje górską panoramę.

Czerń rozgwieżdżonego nieba kryje górską panoramę a muzyka, której przyszło nam słuchać kryła fascynujące tajemnice. Czterej muzycy nie są bynajmniej czterema ewangelistami, nie mieli zamiaru niczego objaśniać ani niczego przed nami odkrywać. Wręcz przeciwnie, w swojej synkopowanej opowieści gmatwali wszystko tak, abyśmy mieli jednoczesne poczucie bliskości tajemnicy oraz jej niedosyt. Taki zestaw gwarantował, że chciało się słuchać.

Muzyka jazzowa ma to do siebie, że nie sposób jej streścić a podczas słuchania trzeba ją przesiewać przez własne emocje, przez osobiste doświadczenia – muzyczne i pozamuzyczne. Ze sceny poprzez dźwięki dobiegało światło i mrok, ból i ekstaza. Były tam odgłosy żywiołów przetworzone w wyobraźni kolejnych muzycznych pokoleń, było coś co kiełkuje i coś co szybuje. Energiczne, pulsujące dźwięki przeplatały się w radosnymi trelami, następnie przechodziły w posępne zawodzenie, aby po chwili wrócić w swingującym rytmie. Przeskoki, powtórzenia, rozwinięcia, dopowiedzenia. A wszystko dokładnie wpasowane, dozowane z zadziwiającym umiarem i subtelnością. Muzyki, której nieodłącznym elementem jest improwizacja nie wypada chyba porównywać ze szwajcarskim zegarkiem, ale to co zaprezentował Stańko Quartet było jednak niewiarygodnie precyzyjne. I uwodzicielskie.

Pianista nisko pochylał się nad klawiaturą usiłując wydobyć z instrumentu najsubtelniejsze i najbardziej niedostępne zestawienia dźwięków, perkusista uderzał w bębny z brawurą, z pasją rzucał się na mosiężne talerze, aby w tej samej sekundzie zaprzestać hałasowania i z wielką czułością szorować po membranach miotełkami. Kontrabasista, zgodnie z obyczajem kontrabasistów potrząsał głową szarpiąc struny. Od jego instrumentu biło przyjemne głębokie ciepło. Lider zajmujący przestrzeń po środku sceny włączał się ze swoją frazą w idealnym czasie i z idealnym brzmieniem, raz chropawym i zduszonym, innym razem grając czysto, przenikliwie, przeszywająco.

Przestawaliśmy niemal oddychać, gdy z fortepianu dobiegały ciche dźwięki nastrojowej ballady, gdy ledwo zarysowaną melodię powtarzała trąbka wzmacniana dyskretnym akompaniamentem basu i miotełek. Gdy w kolejnym utworze wszyscy grali jednocześnie, gdy instrumenty mimo głośnych wysiłków nie mogły dojść do czytelnego porozumienia i wydawało się, że gejzer pomieszanych dźwięków nie przestanie wzbijać się w górę, popadaliśmy w zachwyt i drżenie. Kiedy przychodziła kolej na solo pianisty lub gdy na plan pierwszy wybijał się kontrabas, Tomasz Stańko odkładał trąbkę na podłogę, sięgał po butelkę z wodą, pociągał mały łyczek, po czym prostował się i z nonszalancją wracał do porzuconej frazy. Nie mieliśmy wątpliwości, że nawet wtedy, gdy jego trąbka milkła na dłuższą chwilę i gdy zamyślony i jakby nieobecny przechadzał się po scenie – nadal był częścią tego zgiełku i to on sterował tym statkiem. Do niego należała ostatnia nuta, ostatni krzyk lub szept.

Widownia słuchała w absolutnym skupieniu, cierpliwie sekundowaliśmy muzykom w w toczeniu ich żarliwej bitwy. Podążaliśmy za zmianami tonacji, barw i tempa, a kiedy następowały dłuższe pauzy, czekaliśmy na pojawienie się kolejnego dźwięku, który spadał na nas jak soczysta kropla.

Stańko czasem zerkał na młodszych kolegów, wzrokiem dawał im znaki, których nikt niewtajemniczony nie zdoła nigdy odczytać. Był jak szaman, który prowadzi swój głośny obrzęd a szeptem podpowiada asystentom, co mają robić aby rytuał przebiegał należycie. Braliśmy udział w tym rytuale. Muzyka gasła i rozpalała się na nowo, za tarasem czy pokładem okrętu stało rozgwieżdżone niebo, muzycy nie wdzięczyli się do publiczności, wypełniali swoją powinność. W ich postawie było coś takiego, co kazało wierzyć, że są bardziej są posłuszni muzycznym wyzwaniom i wezwaniom niż oczekiwaniom publiczności. W tym zauroczeniu dźwiękami, w tym gmatwaniu i gotowaniu alchemicznej tajemnicy niemal publiki nie dostrzegają. Tylko czasem, gdy po udanej solówce zrywały się krótkie brawa, Stańko stojący na środku sceny delikatnym skinieniem głowy dawał znak publiczności, że docenia jej poczucie smaku a za aplauz dziękuje.

Stańko Quartet bywał już w Dublinie, miałem okazję oglądać jego dwa występy. Tym razem rozpoznałem kilka utworów pochodzących z płyty Suspended Night nagranej 10 lat temu. To po wydaniu tej płyty Kuba Wojewódzki zaprosił Tomasza Stańkę do swojego programu telewizyjnego, a kiedy gość wszedł do studia, prowadzący wstał z fotela i z okrzykiem Mistrzu! padł krzyżem przed nieco zaskoczonym trębaczem. W powszechnej opinii Kuba Wojewódzki to pajac. Ale tym gestem pokazał, że jeśli ma do muzyki stosunek nabożny, to się z tym nie kryje. Nawet jeśli znowu wychodzi na pajaca.

Tomasz Stańko zaczynał grać w latach 60-tych u boku Adama Makowicza, Michała Urbaniaka, Krzysztofa Komedy. Jego kariera i ciągłe poszukiwania muzyczne trwają ponad 50 lat. Obecnie należy do ścisłej światowej czołówki trębaczy jazzowych, jest gwiazdą pierwszej wielkości, czego na scenie zupełnie nie widać. Z jego zachowania przebija doswiadczenie i poczucie, że to co najwartościowsze kryje się w muzyce. Dlatego gesty grającego Stańki są oszczędne, już bardziej ruchliwy i niespokojny jest Marcin Wasilewski, który podskakuje na swoim krzesełku, wybija nogami takt a czasem podnosi się i stuka w klawisze fortepianu stojąc. Tomasz Stańko całą energię skupia na okiełznaniu rozdokazywanej trąbki, która niczym złoty ptak chce wyfrunąć z jego dłoni i poszybować w przestworza z ufnością, że potrafi grać samodzielnie, bez tego, który w nią dmucha.

Jeżeli scena jest pokładem tego statku, który pływa po Zalewie Solińskim to Tomasz Stańko z trąbką uniesioną ku górze przypomina samotnego bieszczadzkiego wilka.

Jeżeli to rzeczywiście był statek to my, na widowni chcieliśmy, żeby ten rejs trwał jak najdłużej, żeby gwiezdny pył strząsany z firmamentu dźwiękami pianina, kontrabasu, trąbki i bębnów osiadał na naszych ubraniach, włosach i rzęsach. Dlatego kiedy wybrzmiała ostatnia nuta, zerwaliśmy się z miejsc i rytmicznymi brawami próbowaliśmy zawrócić statek na poprzedni nieskazitelny kurs. Udało się. Załoga karnie wróciła na pokład i znów popłynęliśmy. Temat z filmu Rosemary,s Baby ostatecznie rozmiękczył nasze uszy i serca. Wiedzieliśmy, że to jest pożegnanie, że nostalgiczna, pełna subtelności ale i drapieżności podniebna podróż z muzyką Stańko Quartet dobiega końca. Wiedzieliśmy również, że nawet gdy coś się kończy, to i tak trwa, jeśli tego chcemy. Gwiezdny pył pozostanie na naszych ubraniach, włosach i rzęsach.

Ely czyli ili. Katedra czyli okręt

3 stycznia 2015

Okładka płyty Division Bell grupy Pink Floyd może sugerować, że po Nowym Roku zmieniłem obiekt blogowych westchnień i od teraz będę opowiadał o muzyce rockowej. Nic podobnego. O pop-kulturze i polityce tylko w komentarzach, a reszta pozostaje bez zmian. Blogiem rządzą średniowieczne newsy i renesansowe świeżynki.

Co w takim razie robi tu okładka winyla z roku 1994? Co dwie bliźniacze głowy z ciężkiego metalu mają do średniowiecza? Zerknijcie na linię horyzontu: w przestrzeni między ustami widać cztery światełka a za nimi zarys katedry. Nie będę udawał, że rozumiem przesłanie tego obrazu, nawet się nie domyślam, dlaczego dwa metalowe monstra chcą zjeść średniowieczny zabytek, ale sylwetkę budowli rozpoznaję. To katedra w Ely (fonetycznie ili) – największym mieście historycznej krainy Fens znanej z mokradeł, depresji i rozległych równin. Masywna katedra dominująca w płaskim krajobrazie wschodniej Anglii niektórym przypomina korab (Ship of the Fens) sunący przez pokryte trzciną równiny. Porównanie nie jest oryginalne, nasz Wieszcz widywał statki na stepach akermańskich.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,

Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,

Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Nie wiem czy ktoś z zespołu Pink Floyd czytał w oryginale Mickiewicza, albo czy Roger Waters zapuścił się do katedry w poszukiwaniu muzycznych inspiracji. Ja nie tylko do wnętrza zajrzałem, ale nawet wyszedłem na jej dach. Znam się trochę na naprawie dachów, jednak tym razem to nie było to. Pojechaliśmy do Ely we trójkę na początku lata. Była niedziela, miasteczko senne, na parkingu dużo miejsca. Zostawiliśmy auto i od razu przystąpiliśmy do metodycznego zwiedzania. Z bliska katedra-okręt prezentuje się tak:

Ely tower

IMG_2937

Frontowa wieża nie jest szczególnie okazała, wznosi się na 66 metrów, czyli tyle co dwa dziesięciopiętrowe bloki. Druga wieża ozdobiona licznymi pinaklami mierzy tylko 54 metry, ale to wokół niej kręci się zainteresowanie turystów.

Wznoszenie katedry w obecnym kształcie rozpoczęto w XI wieku. W owym czasie była to największa budowla w całej północnej Europie. Tylko Włosi i Hiszpanie budowali większe świątynie. W okolicach XII wieku katedrę ukończono. Zachowały się w niej elementy stylu romańskiego ale jako całość jest wzorcowym przykładem wczesnego gotyku angielskiego. Czystości stylu nie naruszyły liczne przebudowy prowadzone w późniejszych wiekach, kiedy to dobudowywano kaplice, ganki i portyki a następnie je demolowano. Jak łatwo sobie wyobrazić, historia osiemsetletniej budowli (naprawdę o wiele starszej, bo wcześniej w tym miejscu stała mniejsza świątynia) obfituje we wzloty i upadki. Katedra w Ely od wczesnego średniowiecza nabierała znaczenia, stanowiła ważny ośrodek władzy religijnej podczas Wojny Róż (walka dwu magnackich rodów o władzę w państwie) oraz na początku panowania dynastii Tudorów. W XVI wieku przyszła katastrofa, kiedy Henryk VIII pamiętnym dekretem rozwiązał klasztory i biskupstwa. Zniszczone zostały średniowieczne rzeźby i witraże, nieczynna i zaniedbana świątynia czekała na lepsze czasy. Odbudową zajął się dawny opat klasztoru, który dostosowawszy się do nowego porządku politycznego umieścił w katedrze szkołę królewską.

Historie tego typu obiektów zazwyczaj są ciekawe i burzliwe. Ely niczym szczególnym się nie wyróżnia, zresztą wszystko staje się mało ważne, gdy już przekroczy się próg i stanie między jasnymi kolumnami nawy głównej. Dla wygody zwiedzających umieszczono tam lustro na stoliku, aby lepiej było widać drewniany malowany sufit.

IMG_2974

IMG_2962

Katedra w Ely nigdy nie dorównała rangą katedrze w Canterbury, nie jest tak „historycznie zasłużona” jak związana z monarchią Westminster Abbey ani tak sławna jak katedra w Salisbury uwieczniona na obrazach Johna Constable’a. Nie jest też największa wśród angielskich katedr ani najdłuższa. A jednak jest unikalna – tylko w Ely można podziwiać arcydzieło sztuki ciesielskiej – ośmiokątną „latarnię” czyli wieżowe wypełnione oknami witrażowymi zwieńczenie na skrzyżowaniu nawy głównej z transeptami. Pod witrażami na ściankach ośmiokątnej wieży umieszczono drewniane panele, na których namalowano anioły. Malunki są stylizowane na gotyk, powstały podczas kolejnej renowacji w XVIII lub XIX wieku. Więc nawet jeśli nie jest to zabytek wysokiej klasy, rolę dekoracyjną pełnią znakomicie. Światło słoneczne padające przez witraże układa się na postaciach aniołów. Nie zapominajmy, że architektura gotyku choćby poddawanego dziesiątkom renowacji nadal jest architekturą światła. Boskiego światła.

IMG_2978

Latarnia ma 23 metry rozpiętości, od posadzki do wewnętrznego zwieńczenia latarni jest 43 metry. Tylko z pomocą mocnego obiektywu można z dołu dostrzec detale. Ale widok jest niezwykły, elementy drewnianego sklepienia układają się w wielobarwną rozetę. Nie sposób się powstrzymać się przed zrobieniem tysiąca zdjęć, wszak apetyt na wrażenia estetyczne rośnie równomiernie do tempa ich dostarczania.

IMG_2973

IMG_3138 Na zdjęciach nie poprzestaliśmy, bo nadarzyła się okazja, żeby to cudo architektury zobaczyć z bliska, a wręcz dotknąć. Na spełnienie marzeń musieliśmy poczekać pół godzinki przy stoliku z biletami, aż wreszcie z zaplecza wyłoniła się jasnowłosa pani przewodnik i niczym dobry anioł zabrała nas w górne strefy gotyckiego nieba. Na chwilę zmienimy dekoracje, przeniesiemy się z kamerą na zewnątrz, żeby spojrzeć na jedną z bocznych wieżyczek. W tej wieżyczce mieszczą się kręte schody, którymi wyszliśmy na dach katedry. Czy muszę mówić, że widok z dachu zapiera dech? Zielona równina pod błękitnym niebem a pinakle, gzymsy, balustrady, przypory, gargulce i okna witrażowe na wyciągnięcie ręki. Dach był tego dnia suchy (pierwszy warunek postawiony przez przewodniczkę czułą na zasady brytyjskiego BHP) i w ogólnym stanie dobrym. Generalny remont przeprowadzono na początku obecnego stulecia.

IMG_3127

IMG_3137

Potem zeszliśmy na poddasze, między solidne belkowania, w bezpośrednie sąsiedztwo ośmiokątnej wieży. I stał się cud jak w Hollywood, blond przewodniczka otworzyła jedne drzwiczki z namalowanym aniołem a potem drugie. Mogliśmy stać naprzeciw siebie i przez całą szerokość szacownej latarni robić sobie słodkie fotki. Oczywiście największe wrażenie robiło wnętrze katedry widziane z nietypowej perspektywy. Znajdowaliśmy się około 33 metry ponad posadzką. Znów pokusa fotograficznego pofolgowania sobie wzięła górę nad wyniesioną z domu skromnością i powściągliwością.

IMG_3055

IMG_3077

IMG_3067

Kierowaliśmy też obiektywy lekko w górę, w stronę witraży i rzeczonego boskiego światła.

IMG_3071

IMG_3088

A potem nastąpiło nieuniknione zejście w dół i pożegnanie z katedrą, która jak legendarny okręt śród fali łąk szumiących popłynęła dalej i zniknęła w mroku.

Niebieskie oczy na złotym talerzu

25 grudnia 2014

Po omówieniu dwóch dzieł z epoki renesansu wracam do średniowiecza, którego sztuka wydaje się bardziej hermetyczna i wymaga więcej czasu na rozsmakowanie się ale jednocześnie – jak w przypadku „godzinek” – może dostarczyć bezcennej wiedzy na temat tamtej epoki. Równie obfitym, choć artystycznie odmiennym źródłem wiedzy o średniowieczu są dzieła prymitywistów flamandzkich, których największą kolekcję można oglądać w Brugii, w tamtejszym Muzeum Groeninge.

Obok znanych nazwisk (Hieronim Bosch zdecydowanie przereklamowany) całkiem sporą reprezentację stanowią artyści anonimowi. Pseudonimy nadali im historycy sztuki, wywodząc je od miejsca działalności lub od nazwy najbardziej znanego dzieła. Tak więc autor cyklu scen pasyjnych znany jest jako Brugijski Mistrz Scen Pasyjnych a sześcioczęściowy cykl obrazów przedstawiających życie świętej Urszuli namalował oczywiście „Mistrz od legendy św. Urszuli”. Urszula musiała być w owym czasie bardzo popularną świętą, bo cykl obrazków z jej udziałem namalował sam Hans Memling. W muzeum jego imienia mieszczącym się w dawnym szpitalu można oglądać miniaturową gotycką świątynię, której zewnętrzne ścianki i fragmenty dachu pokryte są obrazami przedstawiającymi legendę o św. Urszuli.

Wiele z obrazów powstałych w średniowieczu ma charakter narracyjny, artyści chętnie wcielali się w rolę naocznych świadków wydarzenia. Zresztą to właśnie wtedy wydarzenia biblijne zaczęto malować na tle lokalnych krajobrazów z charakterystycznymi gotyckimi wieżami i dachami. Korzystając z możliwości jakie daje tryptyk lub poliptyk, poszczególne sceny z życia proroków i świętych malarze umieszczali w osobnych „okienkach”. Był to rodzaj dydaktycznego komiksu, który służył głównie propagowaniu tzw. prawd wiary. Autorom a zwłaszcza zleceniodawcom zależało na sugestywnym przedstawieniu wydarzeń, na stworzeniu jak najdoskonalszej iluzji. Siła sugestii tkwiła w realizmie z czego zdawali sobie sprawę nie tylko wielcy mistrzowie, których nazwiska przetrwały w zbiorowej pamięci, lecz także malarze drugoplanowi. Należy im się podziw, jeśli nie za warsztat, to przynajmniej za pomysłowość z jaką fabułę przekładali na język obrazu. Brak wiedzy o anonimowych mistrzach nie oznacza, że pozostawione przez nich dzieła zawsze odbiegają jakością od tych podpisanych i udokumentowanych. Nawet jeśli niektóre wydają się nieporadne lub nieco zabawne, to tym cenniejszy wydaje się fakt ich przetrwania. Na ich tle dopiero można docenić mistrzostwo tych artystów, którym dane było pokonać trudności związane z perspektywą, kompozycją, dynamiką postaci i tak dalej.

Do obrazów, które arcydziełami nie są, za to pozwalają prześledzić cały mozół twórczy, należy tryptyk „Mistrza od legendy o świętej Łucji”. Malowidło, które znajduje się w gotyckim kościele św. Jakuba w Brugii miało więcej części – do naszych czasów zachowały się tylko trzy panele. Dzieło przedstawiające sceny z życia św. Łucji doskonale wpisuje się w stylistykę malarstwa flamandzkiego przełomu XV i XVI wieku – anonimowy autor korzystał z osiągnięć Dirka Boutsa, Jana van Eycka i największego z ówczesnych mistrzów – Hansa Memlinga.

Warstwa fabularna zgodna jest z obowiązującymi wówczas trendami: dążność do realizmu, osadzenie wydarzeń w znanym krajobrazie (w tle widać brugijską dzwonnicę) oraz obecność symboli – to elementy typowe dla późnego gotyku. Na centralnym panelu widać tron, uwagę przyciągają barwne szaty postaci, pod ich stopami geometryczne wzory posadzki sąsiadują z zielonym kobiercem wiernie odmalowanych roślin. Artysta pokusił się nawet o umieszczenie na lewym panelu drzwi, które odsłaniają widok na kolejny dziedziniec, wciągając widza w głąb obrazu. Warto zwrócić uwagę, że twarze i dłonie kobiet są wyraźnie jaśniejsze niż twarze mężczyzn. Męskiej sile i brutalności malarz przeciwstawił kobiecą delikatność i niewinność. Zrobił to przy pomocy kolorów.

Tego genderowego przeciwstawienia dotyczy cała legenda o św. Łucji. Mimo wielu późniejszych modyfikacji i przeinaczeń jej pierwotny przekaz sprowadza się do tego, że szlachetna i niewinna dziewczyna poniosła śmierć z winy okrutnych mężczyzn. Jeśli się uważniej wczytać w legendę, część winy za kłopoty Łucji spoczywa na jej matce i oczywiście na niej samej. Gdyby bowiem nie była taka uparta, sprawy potoczyłyby się inaczej. Ale nie warto gdybać, legendy są gatunkiem literackim, który nie może się obejść bez nadprzyrodzonych zdarzeń. Legenda nie ma być raportem z rzeczywistości – ona kreuje nadrzeczywistość obdarowując bohaterów właściwościami nadludzkimi. Legendy o chrześcijańskich świętych powstawały w czasach, gdy w zbiorowej wyobraźni wciąż żyły mityczne bóstwa greckie i rzymskie. Dlatego męczennicy za „jedynie słuszną wiarę” musieli być od tamtych herosów lepsi. Staraniem kościelnych kaznodziejów i hagiografów chrześcijańskich świętych zagoniono do współzawodnictwa. Aby wygrywać z Perseuszami, Herkulesami i Augiaszami musieli być od nich skuteczniejsi i mocarniejsi a czasem tylko bezdennie szlachetni i straceńczo niezłomni.

Simone Martini- św. Katarzyna i św. Łucja (po prawej)

Nie inaczej było w przypadku dziewczyny z sycylijskiego miasteczka Syrakuzy. Jak wiele innych żeńskich świętych, Łucja poprzysięgła zachować swoje dziewictwo dla boga a swój posag rozdać biednym. Heroiczną decyzje podjęła pod wpływem świętej Agaty, która ukazała jej się we śnie. Agata bowiem obiecała jej, że w zamian za wyrzeczenia matka Łucji cierpiąca na chorobę krwotoczną zostanie uleczona. Jednak matka nic nie wiedząc o zamiarach córki postanowiła zadbać o jej godziwą przyszłość i zaaranżowała jej małżeństwo. Wybranek pochodził z zamożnej rodziny i to był jego plus. Był jednak poganinem, a na taki mariaż Łucja zgodzić się nie mogła. Przekonała matkę, aby od małżeństwa odstąpić a rodowe bogactwa rozdać biednym.

Narzeczony najwyraźniej nie rozumiał istoty działalności charytatywnej: bliższe mu było pragnienie zemsty za niedotrzymanie przyrzeczenia i roztrwonienie obiecanego posagu. Wskutek jego donosu Łucję aresztowano i zaprowadzono przed oblicze gubernatora Syrakuz – scenę przesłuchania widać na środkowym panelu. Lokalny władyka musiał być nieprzyjacielem wiary chrześcijańskiej (rzecz dzieje się w IV wieku) bo nakazał Łucji aby wyrzekła się swojej wiary i spaliła tej wiary akcesoria. Kiedy dziewczyna odmówiła, skierował ją na przymusowe roboty w burdelu.
Jednak gdy po rozprawie chciano wykonać wyrok, Łucja stała się tak ciężka, że kilku mocarnych strażników nie mogło jej ruszyć z miejsca. Dlatego – jak widać na prawym panelu tryptyku – sprzed oblicza gubernatora wyciągnięto ją przy pomocy zaprzężonych wołów. Następnie umieszczono ją na stosie, ale tu zdarzył się kolejny cud: drewno nie chciało się palić. Ostatecznie dziewczyna zginęła od ciosu mieczem, choć dokładnie nie wiadomo, czy dokonał tego rzymski oprawca, czy dziewczyna sama odebrała sobie życie. Tę drugą opcję zdają się potwierdzać wczesne wizerunki świętej przedstawianej z niewielkim mieczem w jednej ręce oraz z bukietem lilii w drugiej. To wyobrażenie świętej rozniosło się daleko poza Syrakuzy i Sycylię – legenda męczennicy za wiarę trafiła do północnej Europy, dobrze przyjęła się w Szwecji a nawet w prawosławnej Rosji, gdzie Muczenica Łukija Sirakuzskaja ma swoje poczesne miejsce w panteonie świętych.


Tryptyk „Legenda św. Łucji” – autor: „Mistrz od legendy o św. Łucji” (ten sam obraz w wyższej rozdzielczości)

Na lewym panelu tryptyku widać jeszcze białe lilie, ale wkrótce miały one zniknąć z portretów Łucji. Atrybut niewinności zastąpiono rekwizytem dość makabrycznym, mianowicie wydłubanymi gałkami ocznymi. Dzieło Mistrza od legendy o św. Łucji powstało w Brugii pod koniec wieku piętnastego natomiast na początku kolejnego wieku Łucję obwołano patronką ślepców i wszystkich cierpiących na choroby oczu. Dlaczego jej legendę zmodyfikowano, nie wiadomo. Może chciano jej życiorys ubarwić albo choroby oczu stały sie problemem społecznym i w odpowiedzi na zapotrzebowanie na remedium dodano nowe watki do i tak pogmatwanego życiorysu Łucji. Może zdecydowało o tym jej imię, które w języku włoskim brzmi Lucia i kojarzy się z łacińskim rdzeniem słowa światło – luc . Skąd jednak błękitne oczy wzięły się na złotym talerzu, nie wiadomo. Albo zbrodniczego czynu dokonali oprawcy w odwecie za niewyparzony język buntowniczki, albo zdesperowana dziewczyna sama wydrylowała sobie oczodoły, aby więcej nie oglądać pogańskiego narzeczonego ani gubernatora o ciemnej karnacji. Tak czy owak, oczy trafiły do legendy, stamtąd na talerz, a ślepi po omacku odnaleźli swoją patronkę.

Św. Łucja – Domenico Becafumi – obraz powstał w 1521 roku

Pozostaje jednak kwestia smaku. Czy te wyłupione oczy na talerzu są przejawem dobrego smaku? Szczerze wątpię.
Rozsądek podpowiada, że całą tę legendę wyssano z palca i to dość nieudolnie, bo zbyt dużo tam zmian w scenariuszu. Widać istniały dostateczne powody, aby „dla dobra sprawy wyższej” takie wyzbyte związków z rozumem opowiastki rozpowszechniać. Ale cóż począć. Religijna propaganda nie zna litości.
Nie wspominałbym tej i pozostałych legend, gdyby nie jedna rzecz: wokół nich powstała całkiem poważna sztuka. A sztuki, choćby hołdowała wrażliwości barbarzyńskiej i schlebiała naiwnym umysłom nie sposób ignorować. To składowa naszej fascynującej cywilizacji.