Archive for the ‘podróże’ Category

Wrocław – poduszka i paralizator

15 kwietnia 2018

We Wrocławiu byłem ostatnio w maju 2016, a relację z tamtego pobytu musiałem podzielić na dwie części. Doczytajcie do końca, przekonacie się, dlaczego.

Od rana krążyłem wokół Rynku i placu Solnego robiąc zdjęcia tym kamienicom i detalom, na które akurat padało mocne wiosenne słońce. Zacieniona część zostawiłem sobie na drugą rundę. Tymczasem ruszyłem w stronę katedry. Niespiesznie dreptałem najpierw Kotlarską, potem skręciłem w Kuźniczą, żeby przeciąć Nożowniczą. W dzieciństwie szokowały mnie te nazwy, szczególnie buntowałem się przeciw Rzeźniczej, przy której znajdował się teatr. W umyśle 13-latka proceder zabijania i ćwiartowania zwierząt był nie do pogodzenia ze szlachetną działalnością artystyczną. Nie znałem jeszcze pojęć sacrum i profanum. Czułem jednak, że coś tu do siebie nie pasuje.

W połowie lat osiemdziesiątych, trafiłem raz, zupełnie przypadkowo, na happening Pomarańczowej Alternatywy. Poznałem wtedy jednego z jego organizatorów, Piotra. Bywałem w jego mieszkaniu, gdzie mimo ciasnoty, spotykali się młodzi chłopcy, których pierwszym życiowym celem była rozmaicie pojmowana „walka z komuną”. Pamiętam, że raz lub dwa tam nocowałem. Nie stać mnie było na hotel, mogłem się jedynie odwdzięczyć gospodarzom butelką bułgarskiego wina. Piotr chętnie użyczał gościny, jego dzieci ze wszystkimi były na ty i wiadomo było, że gdy odpowiednio podrosną, przyłączą się do gromady młodzieży „walczącej z komuną”. Cokolwiek by to znaczyło. Tych dzieci było troje, zajmowały jeden pokój, w drugim była sypialnia małżeńska Piotra. Dla mnie znalazło się miejsce w kuchni, materac ułożyliśmy niemal pod stołem. Nie spało mi się najlepiej, tuż obok poduszki przebiegała pionowa rura kanalizacyjna, która mimo nocnej pory, co jakiś czas hałasowała. Same dźwięki nie były tak dotkliwe, jak wyobrażenie tego, co spływa z toalet drugiego i trzeciego piętra. Do rana nic nie przeciekło, ale nocne wizje pozostały ze mną na długo. Nie mam wpływu na to, co pamięć zatrzymuje w swoich schowkach.

Wróciłem na Rynek, wyjąłem z plecaka lustrzankę i miałem zrobić kolejne zdjęcia, kiedy z Placu Solnego nadeszła grupa wygolonych na łyso facetów niosących czarnozielone sztandary i stukających podkutymi butami o bruk. Szli w milczeniu, krzyczały za nich nienawistne hasła wypisane na banerach, naziolskie symbole namalowane na sztandarach. Przezornie cofnąłem się pod ścianę, aparat dla świętego spokoju przykryłem kurtką. Nie po to tu wróciłem, żeby fotografować pokaz prymitywnej siły. Przyglądałem się niemo, jak przygłupie byczki maszerują, jak zadzierają brody i prężą muskuły, jak zerkają na boki, czy ich parada budzi oczekiwany przestrach i oburzenie. Nie na to czekaliśmy w latach osiemdziesiątych, kiedy wiadomo było, że komuna upadnie. Nie takie były nasze wyobrażenia wolnej Polski, kiedy z Piotrem i jego gośćmi rozmawialiśmy wieczorami, kiedy dzieci poszły spać, a my osuszaliśmy kolejne butelki bułgarskiego wina. To czego się wtedy obawiałem leżąc na materacu z głową przytuloną do rury kanalizacyjnej, dokonało się teraz. Gówno wybiło.

Ponury pochód oddalił się, ich miejsce zajęli przechodnie i turyści. Kawiarniane stoliki ożywiły się gwarem na nowo. Zwyczajność. Bezcenna zwyczajność, za którą, jak za świeżym powietrzem zaczyna się tęsknić wtedy, gdy jej brak. Ruszyłem dalej, parę razy zapuściłem się w boczne uliczki, żeby sfotografować kolejną serię gzymsów, ryzalitów, półkolumn i portyków oblanych miękkim światłem zachodzącego słońca i tak doszedłem do hotelu. Okna mojego pokoju wychodziły na ulicę, z korytarza widać było wewnętrzne podwórko. Nic szczególnego, ale pare szczegółów przykuło moją uwagę. Po chwili rozpoznałem układ ścian, kształty okien i przybudówek, sylwetkę komina wystającego ze ściany szczytowej. Przecież ja wcześniej to już widziałem! W przeciwległej kamienicy, na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie Piotra. Ulice Ruska i św. Mikołaja zbiegają się w tym miejscu, zatem podwórko musi być wspólne. Zatoczyłem koło.

Symbolika była oczywista: wtedy byłem pariasem wałęsającym się po marginesach socjalistycznego państwa, bywalcem dworcowych poczekalni, schronisk młodzieżowych i rozrzuconych po Polsce mieszkań przyjaciół. Teraz miałem do dyspozycji klimatyzowany pokój z łazienką, wygodnym łóżkiem i miękką pościelą. Żaden niespodziewany hałas nie powinien zakłócać mi snu. Nazajutrz miałem wyjeżdżać, budzik nastawiłem na wpół do siódmej. Cieszyłem się, że kolejny ranek zastanie mnie w tym eleganckim mieście, a w drodze na dworzec kolejowy pstryknę jeszcze parę fotek. W żadnym scenariuszu nie przewidziano, że nowy dzień zacznie się dwadzieścia po czwartej, bo akurat pod moim oknem dwaj lub trzej pijaczkowie z trudem utrzymując linię melodyczną będą śpiewać swoją wersję piosenki “Guantanamera”. Przez cudowny majowy świt niosło się pijackie darcie. Uliczni „artyści” zdartymi głosami artykułowali wyuczone słowa: “zawsze i wszędzie policja jebana będzie…, zawsze i wszęęędzie policja…” Mimo rozespania zadałem sobie w myślach pytanie, dlaczego pijackie emocje wciąż muszą skupiać się na tym samym, co za moich młodych lat? Komuna się skończyła, dlaczego kibolstwo wciąż leczy swoje kompleksy nienawiścią do policji? Gdybym wiedział, co wydarzy się we Wrocławiu już za kilka dni, nie zadałbym tak idiotycznego pytania.

16 maja o świcie wrocławscy policjanci zgarnęli z Rynku a potem w komisariacie bestialsko zamordowali 26-letniego Igora Stachowiaka. Całą winą młodego chłopaka było to, że wydał się komuś podobny do poszukiwanego przestępcy. Umundurowani bandyci zignorowali dane widniejące na dowodzie osobistym Igora. Zabrali go dokładnie z tego miejsca, z którego fotografowałem kamieniczki oblane porannym słońcem. Do tej pory głupio się czuję wspominając tamten pobyt na Rynku. Wystarczyłoby, żeby jakiś skacowany śledczy wskazał mnie palcem, a nawet nie miałbym okazji, żeby się przekonać, czy zdjęcia wyszły udane. Piękne miasto – parszywe, opresyjne państwo.

Reklamy

W cieniu gotyckiego ratusza

3 kwietnia 2018

Rozmigotane, kolorowe okna restauracji i lokali ze striptizem. Neony nad drzwiami do aptek, do barów, sklepów. Eleganckie kobiety na Świdnickiej, kolorowe korowody wycieczek szkolnych. Trwa sezon kwitnienia, wypiętrzania się i wzrostu. W całym mieście widać rozmach ocierający się o brak skromności. Nawet germański gotyk, z natury smukły i powściągliwy, w towarzystwie odrestaurowanych kamienic wydaje się rozpasany, jakby chciał konkurować z barokiem. A przecież z barokiem, który obfitością masywnych wybrzuszeń, nagromadzeniem miękkich linii i roślinnych detali zdaje się wprawiać w ruch stateczne kamienice i pałacyki, nic nie może konkurować. Kolory jak z katalogu Benettona. Co ma się świecić – świeci. Co miało być odnowione – jest wypucowane, zmodernizowane, wybłyszczone.

Przecinając skwerki, omijając mosiężne figurki krasnoludków i zaglądając na dziedziniec Uniwersytetu zrozumiałem, że aby doznać tego estetycznego poruszenia, trzeba było się oddalić i wrócić teraz, kiedy niemal wszystko, nawet wiecznie zapyziały Dworzec Główny, jest w stanie rozkwitu i lśnienia. Pamiętam Wrocław z czasów, kiedy był szary, ponury i smutny. Z nieodległej prowincji przyjeżdżałem do Wrocławia regularnie, najpierw z wycieczkami szkolnymi do ZOO, teatru lub do muzeum, potem jako nastolatek na koncerty rockowe w domach kultury albo w hali, która wtedy nazywała się Ludowa. Jakoś w tym czasie na ścianach wrocławskich kamienic zaczęły pojawiać się kolorowe krasnoludki. Początkowo nie pojmowałem znaczenia tych rysunków. Za to teraz jestem wręcz zachwycony obecnością mosiężnych krasnoludków we Wrocławiu.
Chodziłem po Podwalu, placu Kościuszki, Dominikańskiej. Co znałem z czasów socjalistycznej siermięgi, teraz jawiło się jak piękny sen. Widziałem dużo miast, zdecydowanie sławniejszych, ale tu było inaczej. Na wrażenia estetyczne nakładała się refleksja nad zmianami, których stałem się mimowolnym świadkiem.

Trzydzieści lat to sporo czasu. Pamiętam ostatnią swoją wizytę we Wrocławiu. Wtedy też było słonecznie, w oknie Biura Wystaw Artystycznych stała naturalnej wielkości figura odziana w husarską zbroję. Przed budynkiem natomiast znajdował się pomarańczowy fiat 126p i kiedy patrzyło się pod odpowiednim kątem, husarz znajdował się dokładnie ponad dachem samochodu. Tworzył z nim jedność, jak jeździec z koniem, albo jak papież z papa-mobile. Wydało mi się wówczas, że ten pobłyskujący srebrną zbroją fiato-husarz lada chwila ruszy w trasę, przetnie kilka podwórek i wyjedzie na dwupasmową Kazimierza Wielkiego, gdzie już będą czekać wiwatujące tłumy z chorągiewkami. Optyczna iluzja, która z husarza i autka FSO 126p uczyniła ontologiczną jednię mocno wstrząsnęła moją wyobraźnią. Kto wie, czy nie od tego zaczęło się fotografowanie architektury? Odkąd nabyłem pierwszy fotoaparat z upodobaniem kieruję obiektyw na detale odbite w oknach, lustrach i witrynach.


Oczywiście teraz znowu poszedłem do BWA. Bez większej nadziei, że zastanę ten sam widok, co trzydzieści lat temu. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym tego nie sprawdził. Husarza oczywiście nie było, za to wkoło trwał prawdziwy karnawał: kwitnące drzewa, śmigające samochody, mosty odbite w tafli Odry i rzędy domów zdawały się tańczyć w wiosennym słońcu i rytmicznie powtarzać refren „my tworzymy miasto, my jesteśmy miasta migotaniem i masą”. Między dojrzałe kamienice, między ich barokowe, klasycystyczne lub secesyjne frontony zdobione gzymsami, portalami, półkolumnami i boniami wdarły się gładkie fasady z aluminium i szkła. Bliskie sąsiedztwo, początkowo szokujące, obu stronom wychodziło na dobre. Obecność lustrzanych płaszczyzn pomagała eksponować ponadczasową urodę starszych budynków. Masywny, pociemniały ze starości kościół św. Magdaleny, który tyle lat stał samotnie na nieogrodzonym placu, rozrósł się, kiedy tuż obok postawiono szklany biurowiec. Gotyckie mury, przypory i witrażowe okna z lubością przeglądają się w przeciwległych fasadach udając pełne fałd i zawijasów dzieła Gaudiego. W słoneczne dni wdzięczą się do tych odbić, wyginają i prężą, jakby zrzucały z siebie odwieczny porządek narzucony przez średniowiecznych budowniczych, którzy z takim mozołem wprowadzali dyscyplinę poziomów i pionów.

Odkrywanie miast, które się znało, to jazda w głąb swoich wspomnień, przyglądanie się sobie dawnemu. Jakimś cudem zapamiętałem, że najlepsze wrocławskie lody sprzedają przy Szewskiej. Zamówiłem małą porcję w rożku. Przez wiele lat wspomnienie smaku lodów z tej budki stanowiło wzorzec smaku lodów polskich w ogóle. Jasne, że porównanie nie będzie już możliwe, ale od zamiaru nie odstąpiłem. Był to rodzaj zobowiązania wobec mnie dawnego, a może raczej wobec tego kogoś, którym dawniej byłem. Ciągłość swojej tożsamości można potwierdzać na różne sposoby, także lodem w rożku.

Natomiast pod zegarową ścianą Ratusza doznałem zgoła czegoś odmiennego. Sylwetkę Ratusza znam od dzieciństwa, najpierw z okładek zeszytów szkolnych i ze znaczków pocztowych, potem z bezpośredniego oglądania. Musiało to być oglądanie pobieżne, bo jakoś wcześniej nie poczułem dreszczu estetycznej rozkoszy, takiego samego, który dopadał mnie wśród murów Brugii, w rozgrzanych uliczkach Sieny, przed pałacami Florencji i na mostkach Wenecji. Ten dreszcz lepiej niż wszystkie rozprawy naukowe upewniał mnie, że mam do czynienia z arcydziełem. Dlaczego wcześniej nie poczułem go we Wrocławiu? Musiałem być kim innym.

Gdybym był tym obecnym , wypatrzyłbym na przykład, że pod dachem wieżyczki z lewej strony zegara plujące deszczową wodą gargulce umieszczone są nietypowo:  jeden nad drugim. Ten wyższy zbiera wodę ze stromego dachu, drugi obsługuje gzymsy. To unikat, nie widziałem nigdzie takiego rozwiązania. Zdublowane rozwarte paszcze gargulców zobaczyłem, kiedy wycelowałem tam obiektyw aparatu. Ucieszyłem się z tego odkrycia, poczułem się jakbym odzyskał wzrok. Skoro trzydzieści lat temu nie zachwyciłem się gargulcami, co znaczy, ni mniej ni więcej, że mnie pod ratuszem nigdy nie było. Dopiero teraz jestem.

Puste kościoły, pełne place

1 kwietnia 2018

Kiedy powiedziałem mojej znajomej Caroline, że jadę do Rzymu i w dodatku solo, zapytała bez namysłu:
– I co będziesz tam robił?
– Będę zwiedzał muzea i stare kościoły – odpowiedziałem.
– O, mam nadzieję, że ja już żadnego kościoła nie będę musiała oglądać. Dla mnie one wszystkie są takie same.
Co miałem na to odpowiedzieć? Wzruszyłem ramionami i zmieniłem temat rozmów. Nie miałem do Caroline pretensji, 95% moich znajomych nie interesuje się ani zwiedzaniem muzeów, nie słucha muzyki klasycznej, nie czyta książek o historii sztuki. Ha! Mam takich znajomych, którzy nie czytają niczego poza instrukcjami obsługi nowych gadżetów. Nie ma powodu, żeby z osobistych pasji robić jakieś halo. Komentarze Caroline, z którą znamy się od wielu lat, są poniekąd uprawnione. Całkowicie podzielam jej krytycyzm wobec instytucji kościelnej, ale nie mam mowy, żebym o włos zmienił swoje plany podróżne. Najświetniejsze przykłady europejskiej sztuki i architektury powstałej przed 1600 r. należą do sztuki sakralnej. Nie mogę jej ignorować, dlatego, że nie podoba mi się stojąca za tym ideologia, że nie akceptuję systemu społecznego opartego o wyzysk, terror i manipulację. Innego systemu w tamtych czasach nie było. Trzeba brać, co dają. Caravaggio był awanturnikiem, w bójce zabił człowieka. Czy z tego powodu jego sztuka ma być pomijana lub potępiana? Albo oglądamy to do naszych czasów przetrwało i co szerokiej publice jest udostępnione, albo się obrażamy i idziemy do parku słuchać drozdów. Koneser sztuki nie może sobie pozwolić na komfort moralnej wyższości.

Nie wszystkie kościoły są takie same (Caroline opowiada nonsensy), a tysięczne różnice wynikające ze stylu, czasu i okoliczności powstania oraz legendy dotyczące patrona decydują o ich niepowtarzalności i unikalności. Niebagatelne znaczenie ma hojność fundatora. Bogate nie zawsze znaczy piękne, ale nie bądźmy drobiazgowi. Większość kościołów w Rzymie stanowi przykład niespotykanego gdzie indziej przepychu i dekoracyjnego rozpasania. Jednak, jak już wspominałem poprzednio, nawet tam można znaleźć stare świątynie zawdzięczające swój urok dobrze dobranym proporcjom, kolorystyce i zapierającemu dech w piersiach malarstwu. Przykładem jest niezwykle harmonijne wnętrze niewielkiej bazyliki św. Praksedy stojącej w bocznej uliczce niedaleko dworca Termini. Zajrzałem tam o wczesnej porze, kiedy nie było jeszcze nikogo. Puste i ciche wnętrze kościelne to w Rzymie widok dość niezwykły.

Przez tę ciszę miałem wrażenie, jakbym znalazł się w teatrze tuż przed rozpoczęciem przedstawienia. Albo tuż po, kiedy aktorzy i widzowie się rozeszli ale ktoś zapomniał zwinąć dekoracje. Ale to nie była scenografia, malowidła umieszczone wysoko ponad ołtarzem pełne są teologicznej symboliki i odniesień do historii. Najważniejsza i najcenniejsza jest pochodząca z IX wieku mozaika w apsydzie przedstawiająca Jezusa w towarzystwie świętych. Widoczny po lewej stronie biskup trzyma model kościoła – to przyszły papież Paschalis, który był fundatorem bazyliki. Gdy mozaika powstawała, Paschalis jeszcze żył, dlatego jego aureola ma kształt kwadratowy a ponad głową na gałęzi palmowej siedzi feniks, ptak symbolizujący odrodzenie z popiołów. Długo podziwiałem harmonijne wnętrze, delikatnie stąpałem po wielobarwnej posadzce, nie mogłem pozostać obojętnym na urodę kasetonowego sufitu z błękitnymi wypełnieniami.

Więcej błękitu, ale w nieco ciemniejszej tonacji można oglądać w kościele Santa Maria Sopra Minerva. Tam żadnych śladów bizantyjskich nie znajdziecie, kościół jest gotycki, o wyraźnie zaznaczonych żebrowaniach na sklepieniu. Te żebrowania misternie dekorowane na złoto otaczają ciemnoniebieskie połacie udające rozgwieżdżone niebo. Dwa rzędy masywnych kolumn oddzielają nawę główną od naw bocznych. W pobliżu ołtarza stoi marmurowa figura Jezusa wyrzeźbiona przez Michała Anioła, a w jasno oświetlonej, noszącej znamiona luksusu kaplicy bocznej znajduje się nagrobek dwóch papieży z rodu Medicich: Leona X i Klemensa VII. Jakkolwiek wszystkich papieży epoki średniowiecza, renesansu, baroku, klasycyzmu i epok późniejszych uznaję za nieprzeciętnych łotrów – do Leona mam wyjątkową sympatię. Być może wynika ona ze współczucia: Giovanni Medici (o którym pisałem TAM) był krótkowzrocznym grubasem, nękanym przez bolesne choroby i czyhających na jego życie kardynałów. Miał Leon wielkie upodobanie do zbytku, sztuki i wystawnego stylu życia. Do historii przeszedł jako najbardziej rozrzutny z papieży. O takich jak on bohater filmu „Killer” powiedział pamiętne zdanie: „mają rozmach skurwysyny…”

Niedaleko Minervy znajduje się barokowy kościół św. Ignacego ze sklepieniem pokrytym efektownym malarstwem iluzjonistycznym. Trudno uwierzyć, ale fundatorzy tego kościoła przeliczyli się z możliwościami finansowymi (w Rzymie!) i z tego powodu zrezygnowali z budowy kosztownej kopuły. Jednak dzięki udanym zabiegom malarskim widz stojący we wnętrzu wcale nie musi tego zauważyć.

Rzym nie jest miastem magicznym, jak to się egzaltowanie pisze o równie sławnych miejscach. Zwiedzanie wymaga żelaznej kondycji, odporności na hałas ulicy i gwar tłumów. Zresztą, gdybym szukał magii, pojechałbym do Hogwartu, w którym Harry Potter uczył się sztuki czarodziejskiej. Ja chciałem zobaczyć Rzym, dotknąć jego historii, otrzeć się o jego splendor i potęgę – cały czas świadom, że to co widzę, to jedynie naskórek prawdziwego miasta. Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej czułem się jak ten pierwszoklasista ze śląskiej anegdoty:
Po pierwszym dniu w szkole, dziadek zapytał wnuczka:
– No i jak tam, Karlik, podobało ci się w szkole?
– Podobało Starzyku, ale musza tam jutro wrócić, bo żech sie jeszcze wszystkiego nie nauczył.

Kiedy ostatniego dnia pobytu pomaszerowałem na Zatybrze, żeby obejrzeć zbiory malarstwa w zachwalanej przez znajomych willi Farnesina i kiedy okazało się, że się spóźniłem, bo dla zwiedzających otwarta jest tylko do 14.00 a potem we wnętrzach i ogrodzie urządzane są rauty dla zamożnych gości – wtedy postanowiłem, że do Rzymu jeszcze wrócę. Nie tylko z powodu Farnesiny.

Po co mi wiedza o Rzymie? Nie wystarczy pić cappuccino na pełnym turystów Campo di Fiori, oglądać fasady pałaców, pstrykać fotki na schodach, na placach, na ruinach? Otóż nie. Historia Rzymu, tak jak historia Jerozolimy, jest kluczem do poznania historii Europy. Wskutek tego, że ostatni cesarz oddał władzę papieżom, Rzym przez blisko dwa tysiąclecia był miejscem, gdzie zapadały najważniejsze decyzje dotyczące niemal całego świata. Wiele z nich miało bezpośredni wpływ na historyczne wydarzenia w Polsce. Począwszy od wojen husyckich, wojny trzydziestoletniej, przez konflikt z Zakonem Krzyżackim, śmierć Władysława Warneńczyka, udaną, o dziwo, kampanię militarną Sobieskiego pod Wiedniem, wypędzenie Arian, kolejne rozbiory i powstanie kościuszkowskie – zawsze zachęta lub głos potępienia płynęły z rzymskiej siedziby papieży. O obecnym uzależnieniu polskiego państwa od dogmatycznych i chciwych hierarchów, litościwie nie wspomnę.

Powyższe zdjęcie pochodzi z bazyliki św. Jana na Lateranie. W sumie, mniej lub bardziej pobieżnie, obejrzałem 14 rzymskich kościołów. Niemało, ale w tym najważniejszym nie byłem. Nie miałem takiego planu. Zapuściłem się w niedzielne przedpołudnie w pobliże Watykanu, mijając liczne przybytki sakrobiznesu podszedłem pod samą kolumnadę i wiedziony ciekawością wmieszałem się w tłum Azjatów, czarnoskórych zakonnic i pielgrzymów południowoamerykańskich. Razem z tym tłumem udało mi się przebrnąć przez bramki bezpieczeństwa ustawione między kolumnami Berniniego i – ciagle nie dowierzając, że dotarłem aż tak daleko – stanąłem na placu św. Piotra. Akurat w oknie pałacu pojawił się papież Franciszek pozdrawiany przez zgromadzonych i przemawiał przez piętnaście minut. Zrobiłem kilka zdjęć, nawet nagrałem krótki filmik z tego wydarzenia.

Caroline, której później o tym opowiadałem, nie próbowała ukryć oburzenia:
– Naprawdę tam poszedłeś? Do Watykanu?
Na niewiele zdały się tłumaczenia, że byłem tylko na placu, że nie wszedłem ani do Bazyliki św. Piotra, ani do kaplicy Sykstyńskiej ani do muzeum watykańskiego. Nie wspiąłem się też – choć pokusa była silna – na szczyt kopuły, żeby popatrzeć na panoramę miasta. Nie dołożyłem zatem ani jednego euro do wypełnionego po brzegi skarbca watykańskiego.
Caroline nie dawała za wygraną:
– Ja tam byłam prawie trzydzieści lat temu, w tej bazylice. Weszłam jako katoliczka, wyszłam jako ateistka. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tej ogromnej przepaści między stanem posiadania Kościoła instytucjonalnego a biedą, którą cierpią jego wierni.
Znowu musiałem zmienić temat rozmowy, znowu wzruszyłem ramionami, ale jakby sam do siebie. Bo co miałem zrobić, kiedy już było po fakcie? Ciekawość zaprowadziła mnie tam, gdzie z wielu powodów iść nie powinienem. Co się stało, to się nie odstanie. Moja noga więcej w Watykanie nie stanie.

Dobrze na Zatybrzu

25 marca 2018

Był maj, mimo upalnej pogody nie przerywałem swoich wędrówek po Rzymie, współczułem jedynie kierowcom samochodów sunących wolno przez zatłoczone ulice ścisłego centrum. Jako piechur miałem większe możliwości korzystania z lekkich podmuchów wiatru, poza tym zawsze mogłem się schronić w cieniu. Gdzie w Rzymie jest najwięcej darmowego cienia? Oczywiście w kościołach. Wybierałem głównie te kościoły, w których zachowały się bardzo stare elementy wystroju. Z upodobaniem wpatrywałem się w bizantyjskie mozaiki, zadzierałem głowę w kierunku kasetonowych sufitów, syciłem oczy widokiem kolejnych kolumnad, złoconych łuków, gzymsów, głowic, rozet i wszystkiego tego, co ma dodawać splendoru i rzucać widza na kolana. Są tacy, których wytresowano do klękania. Mnie ta przypadłość ominęła, na prezydenta Polski się nie nadaję, za to chętnie, w pozycji stojącej, przyglądałem się barwnym posadzkom ułożonym w finezyjne wzory. Te wzory powtarzają się w wielu kościołach, to wynik panującej w średniowieczu mody. W wiekach późniejszych dodawano papieskie herby albo tablice pamiątkowe.

Starannie planowałem codzienne szlaki, starając się nie tracić czasu na oglądanie obiektów, które owszem są wymieniane we wszystkich przewodnikach, stale otacza je wianuszek turystów, ale niewiele wnoszą do ogólnej wiedzy o historii miasta. Na Schodach Hiszpańskich przysiadłem tylko na chwilę, Fontannę de Trevi i otaczający ją głośny tłum ominąłem szerokim łukiem. Piazza Navona odwiedziłem dwukrotnie, za drugim razem pobłądziłem w plątaninie sąsiadujących uliczek. Co przykrością żadną nie było, bo uliczki, pełne kawiarnianych ogródków, sklepików i kwietnych gazonów są urocze. Dwukrotnie odwiedziłem też Campo di Fiori – raz w porze dnia, kiedy wszystkie kioski i stragany były otwarte, drugi raz w sobotę wieczorem, kiedy zachodzące słońce muskało najwyższe fragmenty kamienic, w kawiarniach ulokowanych w okolicznych domach buzowało życie towarzyskie, a na środku placu, w cieniu pomnika Giordana Bruna uliczni muzycy wyposażeni w gitary i wzmacniacze grali „Money” – Pink Floydów. Podobało mi się to granie, wszak to muzyka mojej młodości. Dopiero później zauważyłem, jak znaczący był to tytuł. Bez pieniędzy – bez płynącego latami do Rzymu szerokiego strumienia wszelkich danin, opłat, kontrybucji i podatków – Rzym wyglądałby jak jakiekolwiek inne duże miasto europejskie. Ale Rzym nominalnie i praktycznie był stolicą cywilizowanego świata, ślady niewyobrażalnego bogactwa wciąż tam widać a po latach nie jest ważne, w jaki sposób to bogactwo zostało zdobyte. Czy się to komu podoba, czy nie, wielka sztuka powstaje na zgliszczach.  Zachwyty jednych okupione są cierpieniami setek innych.  Historii nie można zaprzeczyć – można natomiast podziwiać dzieła, które swoje powstanie zawdzięczają takim lub innym okolicznościom. Dlatego, odłożywszy rozterki moralne poszedłem zwiedzać barokowy Pałac Barberinich, jeden z wielu pałaców dostępnych publiczności.  Obecnie mieści się w nim państwowe muzeum sztuki dawnej.  Wśród obrazów znajdujemy jedno z religijnych dzieł Filippo Lippiego, portret Henryka VIII – pędzla  Holbeina oraz „Judytę odcinającą głowę Holofernesowi”  – Caravaggia. Godny obejrzenia jest sufit w sali balowej namalowany przez Pietro Cortonę.

fullsizeoutput_243e

Jak na standardy rzymskie, wnętrze pałacu jest dość skromne, daleko mu do przepychu willi Borghese albo Palazzo Farnese. Został zbudowany w XVII wieku pod kierunkiem czołowych architektów rzymskich (Carlo Maderno, Francesco Boromini, Bernini). Jego fundatorem był papież Urban VIII (Maffeo Barberini), który wcześniej odkupił parcelę od kardynała Sforzy. To ten sam papież, który brązowe dekoracje zdarte ze ścian Panteonu kazał przetopić na kolumny baldachimu do Bazyliki św. Piotra. Jego pontyfikat trwał 21 lat, Urban VIII miał sporo czasu, żeby zlecać rozbudowy i przebudowy kolejnych kościołów, zamawiać kolejne dzieła sztuki u swoich ulubionych artystów a przede wszystkim, żeby nadawać kościelne i świeckie tytuły członkom swojej rodziny. Trzech Barberinich zostało kardynałami, jeden otrzymał tytuł księcia Palestriny i dowódcy gwardii papieskiej. Stanowiska wiązały się oczywiście z potężnymi pieniędzmi, które naturalną drogą przepłynęły ze skarbca papieskiego do prywatnych funduszy nowej dynastii. Po śmierci Urbana VIII długi papiestwa były tak wielkie, że bracia i siostrzeńcy Barberini przed gniewem kolejnego papieża musieli chronić się we Francji. Ich posiadłości zostały zarekwirowane.

To zaledwie jeden epizod z bogatej (mimo cyklicznie pustoszonego skarbca) historii papiestwa, którego losy nierozerwalnie wiążą się z istnieniem możnych rodów rzymskich i powstawaniem kolejnych fortun, pałaców, manufaktur i wiejskich posiadłości. To nie przypadek, że nazwy najwspanialszych rzymskich pałaców mieszczących kolekcje dzieł sztuki są nazwiskami potężnych rzymskich rodów. Lecz nie ma wśród nich chyba takiego rodu, który nie wydałby przynajmniej jednego papieża. Wystarczy wymienić: Medici, della Rovere, Farnese, Doria-Pamhili, Aldobrandini, Barberini, Collona, Orsini, Borghese, Carafa, Sforza, Chigi…

W wiekach średnich wielkie rody aspirujące do przejęcia władzy w Rzymie walczyły ze sobą zbrojnie. Jeśli nie czyniły tego w otwartej bitwie, to za pomocą sztyletu, trucizny lub garoty. Bywało, że upokorzeni kardynałowie chcący pokonać urzędującego papieża, szukali zbrojnego wsparcia u monarchów państw sąsiednich. (della Rovere versus Borgia) W tym świetle zrozumiałe wydaje się utrzymywanie przez papieży osobistej gwardii oraz dbałość o fortyfikacje, tajne przejścia i zapasowe siedziby.

Przez całe średniowiecze i renesans Rzym był areną krwawych walk o władzę, w użyciu była trucizna, zbrojne najazdy, szukanie schronienia u obcych monarchów, zajmowanie posiadłości i równanie ich z ziemią. Wojny rodowe Colonnów i Orsinich przeszły do legendy a wyczyny papieża Borgii i jego synów stały się synonimem papieskiej rozwiązłości, okrucieństwa i bezwzględności. W wiekach późniejszych, kiedy prądy oświeceniowe kazały wyrzec się przemocy, chętniej korzystano z przekupstwa, handlu stanowiskami, oszustwa i szantażu. Zamiast zbrojnych najazdów, zaczęto stosować koligacje małżeńskie pozwalające na łączenie fortun. Różnie z tym jednak bywało. W przewodniku noszącym tytuł „Rzym i jego czarna arystokracja” Wojciech Ponikiewski przytacza następującą historię:

Cenci są bohaterami jednego z najsłynniejszych zabójstw w dziejach miasta. W XVI w. Francesco Cenci tyranizuje swoje dzieci, które postanawiają mu się odpłacić. Bezpośrednią przyczyną ich zemsty jest uwięzienie przez niego pięknej córki Beatrice, która poślubić miała bogatego i wpływowego księcia Colonnę. Legenda mówi, że ojciec przez lata ją wykorzystywał i był o nią po prostu zazdrosny. Pewnej wrześniowej nocy, kiedy Francesco przybywa na wieżę do Beatrice, jej bracia mordują go a ciało zrzucają z balkonu, chcąc upozorować wypadek. Morderstwo wychodzi na jaw, podczas długiego procesu, także wiadomości o okrucieństwach , które miały miejsce w rodzinie. Opinia publiczna szybko staje po stronie Beatrice i jej braci. Jednak papież Klemens VIII z rodziny Aldobrandini uznaje, że ojcobójstwo musi zostać przykładnie ukarane. Bracia i Beatrice zostają skazani. Aldobrandini natomiast w niejasnych okolicznościach przejmują ogromną część bogactw rodu Cencich.

Im więcej kilometrów przemierzałem, im więcej znakomitych pamiątek historii oglądałem, tym mocniejsze miałem poczucie, że „jeszcze mnóstwo zostało do obejrzenia.” Banał, prawda? Rzym ze swoją historią i nasyceniem zabytkami nie jest miastem, które ktokolwiek jest w stanie „ogarnąć” w ciagu kilkudniowego pobytu. Mając więc świadomość daremności wysiłków, tym łatwiej podjąłem decyzję, żeby porzucić zaliczanie kolejnych Historycznych Monumentów (o monstrualnym kiczu w postaci monumentu Wiktora Emanuela II nie wspomnę) i udać się na Zatybrze, (Trastevere) zachwalane w przewodnikach jako oaza spokoju i małomiasteczkowego uroku. Idąc tam skorzystałem z kolejnego zabytku – mostu Ponte Sisto ufundowanego przez papieża Sykstusa IV.

 

Najważniejszym zabytkiem dzielnicy Zatybrze jest pochodząca z wczesnego średniowiecza Bazylika Santa Maria di Trastevere. Kiedy tam byłem, trwała renowacja i większą część zabytkowej fasady zakrywały rusztowania. Ale na potrzeby bloga zdobyłem zdjęcie wykonane wcześniej. Widać, w jak marnym stanie są freski, jak mocno wyblakły kolory wypalone słońcem. Poniżej fragment wnętrza z ołtarzem, kasetonowym sufitem i XIII-wieczną mozaiką w apsydzie.


Dzielnica Zatybrze  oddzielona rzeką od ścisłego, politycznego i religijnego centrum zachowała swój sielski, uwodzicielski charakter. Gwarne uliczki zapełnione ogródkami kawiarnianymi są prawdziwą mekką dla turystów złaknionych klimatu swojskości i beztroski. Dla porządku dodać trzeba, że w licznych restauracjach i kawiarniach turyści nie są głównymi gośćmi. Kiedy dwu- albo trzykrotnie zatrzymywałem się na kawę i obiad, łatwo przekonywałem się, że przy stolikach większością nadal są miejscowi. Dobrze mi było na Zatybrzu.

Rzymskie wariacje

12 marca 2018

Pamięta ktoś film z Gregory Peckiem i Audrey Hepburn „Rzymskie wakacje”? To romantyczna bajeczka o spotkaniu dwojga turystów w Rzymie. Jedna ze scen rozgrywa się przed marmurową tarczą z wizerunkiem antycznego boga Oceanusa. Nazwa tarcza jest nieprecyzyjna, to raczej coś co przypomina plaster gigantycznego sera – jego średnica wynosi 175 cm, a waga 1300 kg. Tarcza ustawiona jest w przedsionku jednego z kościołów rzymskich. Nie byłem w tym kościele, ani nawet w przedsionku. Wspominam o tym, bo losy marmurowej tarczy pokazują, jak w ciagu wieków zmieniają się zastosowania tej samej rzeczy – w tym wypadku kamiennej tarczy.

Wg legendy, otwarte usta bóstwa są ustami prawdy – tylko ludzie prawdomówni mogą bez obawy włożyć w nie dłoń. I tak też zabawiają się bohaterowie filmu. Natomiast wg wikipedii, oblegana przez turystów tarcza, za czasów rzymskich służyła jako pokrywa studzienki kanalizacyjnej, niewykluczone, że przytargano ją do kościoła z miejsca, które kilka wieków wcześniej pełniło fukcję targu bydłem i zarazem ubojni. Idąc tym tropem, musimy przyjąć, że przez usta, oczy i otwory nosowe Oceanusa spływała zwierzęca krew.

Oglądanie głównych atrakcji turystycznych Rzymu daje okazję do wielu ciekawych  odkryć. Pod warunkiem, że dostatecznie często wspomagamy się wiadomościami o o historii miasta.  Minimum wiedzy jest nieodzowne, inaczej nie wiemy, na co patrzymy. Podziwiając Kolumnę Trajana powinniśmy wiedzieć, że pierwotnie na jej szczycie znajdowała się figura bohaterskiego cesarza. W średniowieczu figura zniknęła, a po paru wiekach, na życzenie papieża Sykstusa V, na szczycie kolumny stanął odlany w brązie św. Piotr. Nowe spotkało się ze starym, wybitne dzieło sztuki inżynierskiej z II wieku (wewnątrz kolumny ukryte są schody prowadzące na jej szczyt) zaczęło służyć nowym władcom Rzymu.

Przykładów podobnego wykorzystania antycznych materiałów budowlanych i dzieł sztuki można znaleźć więcej. Imponująca kolumnada w bazylice Santa Maria di Trastevere pochodzi ze zburzonych term Karakalii, marmurowa kolumna na placu przed bazyliką S.M. Maggiore przyjechała z Bazyliki Maksencjusza, której resztki stoją na Forum Romanum. Z tego samego miesjca pochodzą marmurowe kolumny w kościele S.M Sopra Minerwa. Przed kościołem znajdujemy przykład chyba najbardziej efektownego wykorzystania starego obelisku do potrzeb religijnej propagandy w czasach kontrreformacji. Projektant Bernini wykazał się fantazją i kazał ten obelisk ustawić na kamiennej figurze słonia. Oczywiście na szczycie obelisku, pamiątki po afrykańskich podbojach prowadzonych przez legionistów rzymskich, osadzony został znak krzyża a tuż pod nim symbol papieża Sykstusa V.  Skoro już jesteśmy przy Sopra Minerwa, wypada wspomnieć o stojącym w sąsiedzwie Panteonie, który uniknął losu pozostałych pogańskich świątyń tylko dlatego, że odpowiednio wcześnie, tj. w roku 609 został ofiarowany papieżowi Bonifacemu IV.


W ten prosty sposób świątynia Jupitera, Wenus i Marsa zyskała nową patronkę św. Marię Dziewicę od Męczenników. W dniach poprzedzających konsekrację w podziemiach nowej-starej świątyni złożono tony ludzkich kości wydobytych z katakumb, w których domniemani  męczennicy –  uczniowie św. Piotra  – chowali się przed prześladowaniami. Niezwykły budynek z otwartym okulusem w centrum cylindrycznego sklepienia ocalał, ale kiedy trwała rozbudowa Bazyliki św. Piotra, z jego przedsionka zdjęto brązowe ozdoby i przetopiono je na spiralne 4 kolumny wspierające słynny baldachim Berniniego rozpostarty nad grobem św. Piotra.  Trwał XVII wiek, papieżem był wtedy Urban VIII (Maffeo Barberini). Do jego postaci wrócę przy okazji.

Zjawisko pozyskiwania budulca z budynków odebranych wrogowi i oraz adaptacji świątyń do własnych celów jest nie tylko stare jak świat, ale występowało zapewne pod każdą szerokością geograficzną. W Rzymie historia ustawiania kolumn przywożonych z podbitego obszaru sięga czasów Cesarstwa, kiedy z Egiptu transportowano potężne obeliski i ustawiano je na głównych placach miasta. Po upadku Cesarstwa upadły też kolumny. Niektóre musiały czekać prawie 1000 lat na swoje drugie życie. Wiele z nich kazał odnowić energiczny papież Sykstus V.  Rewitalizacja była świetną okazją, żeby obeliski z egipskimi reliefami, stanowiące niegdyś część wyposażenia światyń Karnaku, ustawiać  przed chrześcijańskimi światyniami, przyozdobiwszy je uprzednio w połyskującym złoto papieskim herbem rodowym. Sykstus V był pragmatykiem, wiedział, że sięgajaca po zdobycze kultury antycznej promocja jego Kościoła musi iść w parze z terrorem. Miał opinię „żelaznego papieża”, zawzięcie walczył z odstępcami od wiary i to za jego sprawą wzdłuż mostu św. Anioła widziano czasem „więcej głów ludzkich nadzianych na dzidy, niż melonów na targu”.

Możnaby powiedzieć, że Wieczne Miasto jest miastem wędrujących kamieni. Ale byłoby to uproszczenie, bo niektóre „ładne kamienie” albo obiekty zbyt wielkie by je przenosić zostawiano na miejscu przerabiając je na świątynie chrześcijańskie albo chociażby nadając im swój stempel. Praktyką KK stało się zawłaszczanie miejsc i obiektów ważnych dla dawnych (pogańskich) kultur i oznaczanie ich własnymi symbolami. W miejscach nominalnie świeckich i nie podlegających żadnej szczególnej religii stawia się krzyże, montuje pamiątkowe tablice, wkleja herby itd.  Koloseum nie jest budowlą sakralną, dawnym amfiteatrem zarządza miasto, ale na południowej ścianie można dostrzec sporych rozmiarów krzyż i towarzyszący mu napis.

Rzym przez wiele stuleci był realną stolicą naszej części świata. Nieznana wcześniej militarna, ekonomiczna i kulturalna potęga Cesarstwa doprowadziła go do niewyobrażalnej świetności, której materialne pozostałości, mimo upływu dwóch tysiącleci, nadal budzą podziw. Po upadku władzy cesarzy na ich miejscu pojawili papieże, których styl życia, bogactwo i polityczne aspiracje nie ustępowały Cezarom. Mimo kilku straszliwych najazdów i spustoszeń, rozkwit miasta trwał przez długie wieki. Co było zburzone, musiało być odbudowane, rozbudowane i zaadaptowane – wędrówka kamieni trwała dalej.

Nie wszystkie kamienie „wędrowały”.  Tu i ówdzie widać, jak przemyślnie stare mury zostały wkomponowane w nowszą – niekoniecznie wykwintną – zabudowę. Bywało też tak, że architekci projektujący gmachy użyteczności publicznej (np. siedziba giełdy) celowo uszlachetniali fasady oryginalnymi elementami. Bywało, że antyczne kolumny obudowywawano nowszym murem, który nam dziś wydaje się bardzo stary.

W jezyku włoskim istnieje specjalne słówko spolia na określenie dawnych dzieł sztuki kamieniarskiej i metaloplastycznej montowanych w nowszych obiektach i należycie eksponowanych. Tam gdzie nie dało się zrobić praktycznego użytku z poobijanych tablic, wklejano je w mury tworząc unikalną gazetkę ścienną. Poniżej zdjęcie z przedsionka bazyliki S.M. di Trastevere.

W swobodnym (i oczywiście niekompletnym) podawaniu przykładów zastosowania pozostałości antycznych nie może zabraknąć wzmianki o kościele leżącym niedaleko dworca Termini. Nazwa dworca wzięła się od Term Dioklecjana i to w nich własnie ulokowano rzeczony kościół. Nie trzeba tłumaczyć, że dawne termy były odpowiednikiem współczesncyh SPA z saunami, gabinetami relaksu, higieny oraz kąpieli w sadzawkach z gorącą lub lodowatą wodą. Z Termini do Term idzie się ulicą Luigi Einaudiego. Bardzo znajome nazwisko. Wszak Lodovico Einaudi jest wybitnym współczesnym pianistą i kompozytorem. Słucham jego muzyki od kilkunatsu lat. Tymczasem ulica nosi imię jego dziadka, Luigiego, który po II Wojnie pełnił funkcję prezesa banku narodowego, wkrótce potem został prezydentem republiki, po czym został senatorem i autorem wielu inicjatyw politycznych. Był antyfaszystą, zdeklarowanym zwolennikiem europejskiej federalizacji. Jego syn Giulio był szefem i właścicielem zasłużonego dla kultury włoskiej wydawnictwa – aż do lat 90 tych, kiedy to wydawnictwo zostało przejęte pzrez medialny koncern Berlusconiego. Synem Giulia jest własnie Lodovico. Polecam dostępny na YT jego koncert z londyńskiej Royal Albert Hall.

Wróćmy do architektury: kościół św. Marii od Aniołów i Męczenników. Surowa ceglana fasada wkomponowana w strukturę dawnych term nie zapowiada przepychu, jaki znajdujemy wewnątrz. Na miejscu antycznej sadzawki z lodowatą wodą dostarczaną akweduktem rozpościera się marmurowa lśniąca posadzka. Od drzwi wejściowych do apsydy zamykającej wnętrze od strony przeciwnej jest 98 metrów. Łukowe sklepienia wsparte masywnymi  kolumnami z odzysku  sięgają 28 m ponad poziom posadzki
Autorem pierwszego projektu przebudowy był Michał Anioł. W 1563 roku, kiedy zabrał się za przekształcenie łaźni publicznej na nowe cele miał 87 lat. Rok później umarł, jego dzieło kontynuowali następcy.

Zgodnie z życzeniem inicjatora przebudowy,  papieża Piusa IV, kościół umieszczony w  strukturze przybytku hedonizmu miał być manifestacją zwycięstwa wiary chrześcijańskiej nad pogaństwem. Wiek później podobna idea przyświecała innemu papieżowi, który by wykazać prymat kalendarza juliańskikego nad kalendarzem rzymskim, zlecił wykonanie zegara słonecznego wmontowanego w posadzkę. Spacerując po rozległej powierzchni kościelnego wnętrza nie spośób go przeoczyć: dzieło sztuki kamieniarskiej i świadectwo wiedzy astronomicznej rozciaga się na długości 45 metrów. Promień słońca wpada przez mały otwór wykonany wysoko w  ścianie,  a odlana z  brązu podziałka zatopiona w marmurowej posadzce wskazuje rok, miesiąc i godzinę. Podobno ten zegar jest dokładniejszy od takiego samego z bazyliki w Bolonii. Nie mogłem się o tym przekonać, aż tyle czasu w Rzymie nie miałem.

 

IMG_1316

 

Drzwi wejściowe wykonane zaledwie 12 lat temu zasługują na nie mniejszą uwagę niż barokowe wnętrze. Odlane w brązie,  celowo ascetyczne, są jednocześnie pełne wyrazu a to za sprawą postaci wyłaniających się z płaszczyzn. Nie wiadomo, czy są to anioły z męskimi torsami, czy męczennicy ze skrzydłami. Mają poutrącane skrzydła, brak im kończyn, a ich twarze są delikatne, jakby natchnione.  Bez trudu rozpoznałem autora projektu, od dawna cenię sztukę Igora Mitoraja. W przedsionku kościoła zobaczyć można jedną z jego charakterystycznych głów – ciut podobną do odlanej w brązie, „leżącej” na Rynku w Krakowie.

Zamek św. Anioła w Rzymie

4 marca 2018

O istnieniu Zamku św. Anioła dowiedziałem się ze zbeletryzowanej biografii Michała Anioła „Udręka i ekstaza”. Była to dawno temu, ale zapamiętałem, że ufortyfikowana budowla stojąca nad Tybrem, tuż za murami Watykanu, służyła jako schronienie dla papieży i więzienie dla niepokornych. Kiedy później zgłębiałem wiedzę o renesansie i władcach Rzymu, odkryłem, że budowla w II wieku n.e. powstała jako mauzoleum i stała się miejscem pochówku jej fundatora – Hadriana. Później przejęli ją papieże i rozbudowali dla własnych celów. Za masywnymi murami znalazła się warownia obronna, więzienie, apartamenty mieszkalne oraz kaplica. Zaciekawiły mnie dzieje zamku, który ze względu na  swoje położenie i wielorakie funkcje  stał się świadkiem ponurych historii. Jego patronem  jest eteryczny anioł, w dodatku święty. Czy to nie paradoks?

Kiedy w ciepłe majowe południe stanąłem na brzegu Tybru i po drugiej stronie zobaczyłem ceglaną, cylindrycznie uformowaną fortecę a na jej szczycie jasną figurę anioła – wiedziałem, na co patrzę i czego mogę spodziewać się we wnętrzu.

Jak podaje W. Ponikiewski, autor wspomnianego poprzednio spacerownika:

Pod koniec IX wieku, wraz z osłabieniem władzy cesarskiej w Rzymie, mauzoleum staje się miejscem zażartych walk rywalizujących ze sobą wielkich rodzin. W 1379 roku, podczas rewolty, która ogarnęła miasto, doszło niemal do zrównania go z ziemią. Później staje się fortecą papieską – powstaje wtedy apartament, który może gościć papieży, i pokoje dla papieskiego dworu. W XV wieku zostają dobudowane narożne bastiony, a w połowie wieku XVI papież Paweł III przebudowuje apartament, ukryte też zostaje w zamku archiwum watykańskie i skarbiec.

Jeśli ktoś lubi przyglądać się budynkom, w których namacalne ślady kolejnych epok historycznych odkładają się jak warstwy w przekroju geologicznym, zamek Anioła będzie do tego idealnym miejscem. Chropawa struktura dolnej części budowli nie pozostawia watpliwości, że jej geneza sięga czasów antycznych. Ale masywne mury, na których spoczywa wyższa, nieco gładsza część budowli są tylko marną resztką dawnego mauzoleum zdewastowanego podczas najazdu Wizygotów a później zamienionego na kopalnię szlachetnych materiałów budowlanych. Kronikarz Giorgio Vasari relacjonuje, jak się to odbywało:

Żeby budować kościoły dla Chrześcijan nie tylko niszczono znakomite świątynie pogańskie. Bazylikę Św. Piotra uświetniono dodatkowymi dekoracjami w postaci marmurowych kolumn i ozdobnych płyt kamiennych zagrabionych z mauzoleum Hadriana, znanego także jako Zamek św. Anioła, który widzimy dziś w ruinie.

Na szczęście od tamtego czasu (Vasari zmarł w 1571 r) zamek podźwignął się z ruiny. Widoczna na zdjęciu elegancka loggia w najwyższej partii budynku wskazuje na robotę któregoś z renesansowych papieży, prawdopodobnie Pawła III. Ciekawostką jest, że z umieszczonego po sąsiedzku herbu Rodrigo Borgii pozostał tylko kamienny kartusz i niewyraźny napis. Sam herb został zniszczony, przypuszczalnie przez wrogów nielubianego papieża. Stare budowle są jak otwarta księga, wiadomo, że Aleksander VI przyczynił się do rozbudowy zamku, miał w nim swoje apartamenty a ostatecznie musiał się w nim chronić podczas najazdu wojsk francuskich na Rzym w 1494 r. Żeby tam się dostać, skorzystał zapewne z wyniesionego ponad poziom ulicy pasażu (Passeto di Borgo) łączącego Watykan z Zamkiem Anioła. Niedostępne dla intruzów przejście długości ok. 800 metrów dwa wieki wcześniej zbudował Mikołaj III. Średniowiecze było czasem niespokojnym. Widocznie tamten papież miał powody do przezorności.

Innym papieżem, który w dramatycznych okolicznościach musiał opuścić luksusowe watykańskie pokoje i zamieszkać w ciasnym zamku był Klemens VII (Giulio Medici). Jego pontyfikat przypadł na niefortunny dla kościoła rzymskiego czas gniewu protestanckich żołnierzy, którzy, za przyzwoleniem hiszpańskich i niemieckich książąt, w 1527 roku spalili i splądrowali Rzym. Klemens VII uszedł żądnym krwi oprawcom, spędził w fortecy kilka miesięcy, po czym wpłacił okupantom okup i w przebraniu uciekł do Orvieto. Widoczna na zdjęciu sala biblioteczna wymalowana w modne wąsate groteski powstała prawdopodobnie za pontyfikatu Pawła III (Alessandro Farnese), który w niepewnym dla losów potęgi rzymskiej wieku XVI uznał, że warto dokonać dalszych adaptacji fortecznych wnętrz, na wypadek, gdyby trzeba było pomieszkać tam dłużej.

W najniższej, pozbawionej naturalnego światła, części fortecy mieszczą się rekonstrukcje antycznych sarkofagów oraz cele więzienne, w których wbrew własnej woli rezydowali między innymi Benvenuto Cellini, kronikarz, awanturnik i rzeźbiarz oraz Giordano Bruno, spalony później na stosie za herezje oparte na teorii kopernikańskiej. Jeden z wewnętrznych dziedzińców był wówczas miejscem egzekucji najbardziej niepokornych skazańców.

Łatwo policzyć, że zamek liczy sobie ok. 1900 lat, w tym czasie wielokrotnie był rozbudowywany i adaptowany do potrzeb kolejnych rezydentów. Obecny, utrwalony w XIX wieku układ korytarzy, komnat, wewnętrznych dziedzińców, pasaży i schodków tworzy wielopoziomowy labirynt. Na jednym z dziedzińców ustawiono odlaną w brązie rzeźbę skrzydlatego patrona zamku, na innym obiektywy aparatów przyciąga cembrowina studni z papieskim herbem.

Z tarasów najwyższej części fortecy widać znajdujące się niżej dziedzińce i stanowiska obronne. Po wyjściu ze słabo doświetlonych komnat i korytarzy, miłą odmianą dla oczu stają się panoramiczne widoki Rzymu. Przyjemność oglądania można dodatkowo wzmocnić wstępując do tarasowej kawiarni.