Posts Tagged ‘podróże’

Wrocław – poduszka i paralizator

15 kwietnia 2018

We Wrocławiu byłem ostatnio w maju 2016, a relację z tamtego pobytu musiałem podzielić na dwie części. Doczytajcie do końca, przekonacie się, dlaczego.

Od rana krążyłem wokół Rynku i placu Solnego robiąc zdjęcia tym kamienicom i detalom, na które akurat padało mocne wiosenne słońce. Zacienioną część zostawiłem sobie na drugą rundę. Tymczasem ruszyłem w stronę katedry. Najpierw szedłem Kotlarską, potem skręciłem w Kuźniczą, żeby przeciąć Nożowniczą. W dzieciństwie szokowały mnie te nazwy, szczególnie buntowałem się przeciw Rzeźniczej, przy której znajdował się teatr. W umyśle 13-latka proceder zabijania i ćwiartowania zwierząt był nie do pogodzenia ze szlachetną działalnością artystyczną. Nie znałem jeszcze pojęć sacrum i profanum. Czułem jednak, że coś tu do siebie nie pasuje.

W połowie lat osiemdziesiątych zupełnie przypadkowo trafiłem na happening Pomarańczowej Alternatywy. Poznałem wtedy jednego z jego organizatorów, Piotra. W jego mieszkaniu,  mimo ciasnoty, spotykali się młodzi chłopcy, których pierwszym życiowym celem była rozmaicie pojmowana „walka z komuną”. Pamiętam, że raz lub dwa tam nocowałem. Nie stać mnie było na hotel, mogłem się jedynie odwdzięczyć gospodarzom butelką bułgarskiego wina. Piotr chętnie użyczał gościny, jego dzieci ze wszystkimi były na ty i wiadomo było, że gdy odpowiednio podrosną, przyłączą się do gromady młodzieży „walczącej z komuną”. Cokolwiek by to znaczyło. Tych dzieci było troje, zajmowały jeden pokój, w drugim była sypialnia małżeńska Piotra. Dla mnie znalazło się miejsce w kuchni, materac ułożyliśmy niemal pod stołem. Nie spało mi się najlepiej, tuż obok poduszki przebiegała pionowa rura kanalizacyjna, która mimo nocnej pory, co jakiś czas hałasowała. Same dźwięki nie były tak dotkliwe, jak wyobrażenie tego, co spływa z toalet drugiego i trzeciego piętra. Do rana nic nie przeciekło, ale nocne wizje pozostały ze mną na długo. Nie mam wpływu na to, co pamięć zatrzymuje w swoich schowkach.

Wróciłem na Rynek, wyjąłem z plecaka lustrzankę i miałem zrobić kolejne zdjęcia, kiedy z Placu Solnego nadeszła grupa wygolonych na łyso facetów niosących czarnozielone sztandary i stukających podkutymi butami o bruk. Szli w milczeniu, krzyczały za nich nienawistne hasła wypisane na banerach, naziolskie symbole namalowane na sztandarach. Przezornie cofnąłem się pod ścianę, aparat dla świętego spokoju przykryłem kurtką. Nie po to tu wróciłem, żeby fotografować pokaz prymitywnej siły. Przyglądałem się niemo, jak przygłupie byczki maszerują, jak zadzierają brody i prężą muskuły, jak zerkają na boki, czy ich parada budzi oczekiwany przestrach i oburzenie. Nie na to czekaliśmy w latach osiemdziesiątych, kiedy wiadomo było, że komuna upadnie. Nie takie były nasze wyobrażenia wolnej Polski, kiedy z Piotrem i jego gośćmi rozmawialiśmy wieczorami, kiedy dzieci poszły spać, a my osuszaliśmy kolejne butelki bułgarskiego wina. To czego się wtedy obawiałem leżąc na materacu z głową przytuloną do rury kanalizacyjnej, dokonało się teraz. Gówno wybiło.

Ponury pochód oddalił się, ich miejsce zajęli przechodnie i turyści. Kawiarniane stoliki ożywiły się gwarem na nowo. Zwyczajność. Bezcenna zwyczajność, za którą, jak za świeżym powietrzem zaczyna się tęsknić wtedy, gdy jej brak. Ruszyłem dalej, parę razy zapuściłem się w boczne uliczki, żeby sfotografować kolejną serię gzymsów, ryzalitów, półkolumn i portyków oblanych miękkim światłem zachodzącego słońca i tak doszedłem do hotelu. Okna mojego pokoju wychodziły na ulicę, z korytarza widać było wewnętrzne podwórko. Nic szczególnego, ale parę szczegółów przykuło moją uwagę. Rozpoznałem układ ścian, kształty okien i przybudówek, sylwetkę komina wystającego ze ściany szczytowej. Przecież wcześniej już to widziałem! W przeciwległej kamienicy, na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie Piotra. te dwie ulice (Ruska i św. Mikołaja) zbiegają się w tym miejscu, zatem podwórko musi być wspólne. Zatoczyłem koło.

Symbolika była oczywista: wtedy byłem pariasem wałęsającym się po marginesach socjalistycznego państwa, bywalcem dworcowych poczekalni, schronisk młodzieżowych i rozrzuconych po Polsce mieszkań przyjaciół. Teraz miałem do dyspozycji klimatyzowany pokój z łazienką, wygodnym łóżkiem i miękką pościelą. Żaden niespodziewany hałas nie powinien zakłócać mi snu. Nazajutrz miałem wyjeżdżać, budzik nastawiłem na wpół do siódmej. Cieszyłem się, że kolejny ranek zastanie mnie w tym eleganckim mieście, i w drodze na dworzec kolejowy pstryknę jeszcze parę fotek. W żadnym scenariuszu nie przewidziano, że nowy dzień zacznie się dwadzieścia po czwartej, bo akurat pod moim oknem dwaj pijaczkowie z trudem utrzymując linię melodyczną będą śpiewać swoją wersję piosenki “Guantanamera”. Przez cudowny majowy świt niosło się pijackie darcie. „Żuliki” z wysiłkiem  i werwą artykułowali wyuczone słowa: “zawsze i wszędzie policja jebana będzie…, zawsze i wszęęędzie policja…” Mimo rozespania zadałem sobie w myślach pytanie, dlaczego pijackie emocje wciąż muszą skupiać się na tym samym, co za moich młodych lat? Komuna się skończyła, dlaczego kibolstwo wciąż leczy swoje kompleksy nienawiścią do policji? Gdybym wiedział, co wydarzy się we Wrocławiu już za kilka dni, nie zadałbym tak idiotycznego pytania.

16 maja o świcie wrocławscy policjanci zgarnęli z Rynku a potem w komisariacie bestialsko zamordowali 26-letniego Igora Stachowiaka. Całą winą młodego chłopaka było to, że wydał się komuś podobny do poszukiwanego przestępcy. Umundurowani bandyci zignorowali dane widniejące na dowodzie osobistym Igora. Zabrali go dokładnie z tego miejsca, z którego fotografowałem kamieniczki oblane porannym słońcem. Do tej pory głupio się czuję wspominając tamten pobyt na Rynku. Wystarczyłoby, żeby jakiś skacowany śledczy wskazał mnie palcem, a nawet nie miałbym okazji, żeby się przekonać, czy zdjęcia wyszły udane. Piękne miasto. Parszywe, opresyjne państwo.

Reklamy

W cieniu gotyckiego ratusza

3 kwietnia 2018

Rozmigotane, kolorowe okna restauracji i lokali ze striptizem. Neony nad drzwiami do aptek, do barów, sklepów. Eleganckie kobiety na Świdnickiej, kolorowe korowody wycieczek szkolnych. Trwa sezon kwitnienia, wypiętrzania się i wzrostu. W całym mieście widać rozmach ocierający się o brak skromności. Nawet germański gotyk, z natury smukły i powściągliwy, w towarzystwie odrestaurowanych kamienic wydaje się rozpasany, jakby chciał konkurować z barokiem. A przecież z barokiem, który obfitością masywnych wybrzuszeń, nagromadzeniem miękkich linii i roślinnych detali zdaje się wprawiać w ruch stateczne kamienice i pałacyki, nic nie może konkurować. Kolory jak z katalogu Benettona. Co ma się świecić – świeci. Co miało być odnowione – jest wypucowane, zmodernizowane, wybłyszczone.

Przecinając skwerki, omijając mosiężne figurki krasnoludków i zaglądając na dziedziniec Uniwersytetu zrozumiałem, że aby doznać tego estetycznego poruszenia, trzeba było się oddalić i wrócić teraz, kiedy niemal wszystko, nawet wiecznie zapyziały Dworzec Główny, jest w stanie rozkwitu i lśnienia. Pamiętam Wrocław z czasów, kiedy był szary, ponury i smutny. Z nieodległej prowincji przyjeżdżałem do Wrocławia regularnie, najpierw z wycieczkami szkolnymi do ZOO, teatru lub do muzeum, potem jako nastolatek na koncerty rockowe w domach kultury albo w hali, która wtedy nazywała się Ludowa. Jakoś w tym czasie na ścianach wrocławskich kamienic zaczęły pojawiać się kolorowe krasnoludki. Początkowo nie pojmowałem znaczenia tych rysunków. Za to teraz jestem wręcz zachwycony obecnością mosiężnych krasnoludków we Wrocławiu.
Chodziłem po Podwalu, placu Kościuszki, Dominikańskiej. Co znałem z czasów socjalistycznej siermięgi, teraz jawiło się jak piękny sen. Widziałem dużo miast, zdecydowanie sławniejszych, ale tu było inaczej. Na wrażenia estetyczne nakładała się refleksja nad zmianami, których stałem się mimowolnym świadkiem.

Trzydzieści lat to sporo czasu. Pamiętam ostatnią swoją wizytę we Wrocławiu. Wtedy też było słonecznie, w oknie Biura Wystaw Artystycznych stała naturalnej wielkości figura odziana w husarską zbroję. Przed budynkiem natomiast znajdował się pomarańczowy fiat 126p i kiedy patrzyło się pod odpowiednim kątem, husarz znajdował się dokładnie ponad dachem samochodu. Tworzył z nim jedność, jak jeździec z koniem, albo jak papież z papa-mobile. Wydało mi się wówczas, że ten pobłyskujący srebrną zbroją fiato-husarz lada chwila ruszy w trasę, przetnie kilka podwórek i wyjedzie na dwupasmową Kazimierza Wielkiego, gdzie już będą czekać wiwatujące tłumy z chorągiewkami. Optyczna iluzja, która z husarza i autka FSO 126p uczyniła ontologiczną jednię mocno wstrząsnęła moją wyobraźnią. Kto wie, czy nie od tego zaczęło się fotografowanie architektury? Odkąd nabyłem pierwszy fotoaparat z upodobaniem kieruję obiektyw na detale odbite w oknach, lustrach i witrynach.


Oczywiście teraz znowu poszedłem do BWA. Bez większej nadziei, że zastanę ten sam widok, co trzydzieści lat temu. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym tego nie sprawdził. Husarza oczywiście nie było, za to wkoło trwał prawdziwy karnawał: kwitnące drzewa, śmigające samochody, mosty odbite w tafli Odry i rzędy domów zdawały się tańczyć w wiosennym słońcu i rytmicznie powtarzać refren „my tworzymy miasto, my jesteśmy miasta migotaniem i masą”. Między dojrzałe kamienice, między ich barokowe, klasycystyczne lub secesyjne frontony zdobione gzymsami, portalami, półkolumnami i boniami wdarły się gładkie fasady z aluminium i szkła. Bliskie sąsiedztwo, początkowo szokujące, obu stronom wychodziło na dobre. Obecność lustrzanych płaszczyzn pomagała eksponować ponadczasową urodę starszych budynków. Masywny, pociemniały ze starości kościół św. Magdaleny, który tyle lat stał samotnie na nieogrodzonym placu, rozrósł się, kiedy tuż obok postawiono szklany biurowiec. Gotyckie mury, przypory i witrażowe okna z lubością przeglądają się w przeciwległych fasadach udając pełne fałd i zawijasów dzieła Gaudiego. W słoneczne dni wdzięczą się do tych odbić, wyginają i prężą, jakby zrzucały z siebie odwieczny porządek narzucony przez średniowiecznych budowniczych, którzy z takim mozołem wprowadzali dyscyplinę poziomów i pionów.

Odkrywanie miast, które się znało, to jazda w głąb swoich wspomnień, przyglądanie się sobie dawnemu. Jakimś cudem zapamiętałem, że najlepsze wrocławskie lody sprzedają przy Szewskiej. Zamówiłem małą porcję w rożku. Przez wiele lat wspomnienie smaku lodów z tej budki stanowiło wzorzec smaku lodów polskich w ogóle. Jasne, że porównanie nie będzie już możliwe, ale od zamiaru nie odstąpiłem. Był to rodzaj zobowiązania wobec mnie dawnego, a może raczej wobec tego kogoś, którym dawniej byłem. Ciągłość swojej tożsamości można potwierdzać na różne sposoby, także lodem w rożku.

Natomiast pod zegarową ścianą Ratusza doznałem zgoła czegoś odmiennego. Sylwetkę Ratusza znam od dzieciństwa, najpierw z okładek zeszytów szkolnych i ze znaczków pocztowych, potem z bezpośredniego oglądania. Musiało to być oglądanie pobieżne, bo jakoś wcześniej nie poczułem dreszczu estetycznej rozkoszy, takiego samego, który dopadał mnie wśród murów Brugii, w rozgrzanych uliczkach Sieny, przed pałacami Florencji i na mostkach Wenecji. Ten dreszcz lepiej niż wszystkie rozprawy naukowe upewniał mnie, że mam do czynienia z arcydziełem. Dlaczego wcześniej nie poczułem go we Wrocławiu? Musiałem być kim innym.

Gdybym był tym obecnym , wypatrzyłbym na przykład, że pod dachem wieżyczki z lewej strony zegara plujące deszczową wodą gargulce umieszczone są nietypowo:  jeden nad drugim. Ten wyższy zbiera wodę ze stromego dachu, drugi obsługuje gzymsy. To unikat, nie widziałem nigdzie takiego rozwiązania. Zdublowane rozwarte paszcze gargulców zobaczyłem, kiedy wycelowałem tam obiektyw aparatu. Ucieszyłem się z tego odkrycia, poczułem się jakbym odzyskał wzrok. Skoro trzydzieści lat temu nie zachwyciłem się gargulcami, co znaczy, ni mniej ni więcej, że mnie pod ratuszem nigdy nie było. Dopiero teraz jestem.

Multi Wenecja

11 września 2016

Blogowe statystyki pokazują, że nawet gdy autor długo milczy, relacje z podróży oraz opowieści o sztuce wciąż znajdują czytelników. Odchodzę więc od polityki na rzecz obserwacji poczynionych podczas podróży. Akurat trzy dni temu wróciłem z Wenecji, a wcześniej bywałem w Polsce oraz podróżowałem po Irlandii. Jest co opisywać, chociaż nie daję gwarancji, że te relacje będą całkiem pozbawione polityki.

Do Wenecji wybrałem się żeby odpocząć. Pomysł dość ekstrawagancki, ponieważ nie da się bez wysiłku obejrzeć dzieła sztuki rozproszonego na powierzchni ponad 600 hektarów. Żeby je zobaczyć, trzeba się nachodzić i to sporo. Ponieważ byłem sam i nikt nie opóźniał mojej marszruty, robiłem przeciętnie po 8 km dziennie – sprawdziłem na sprytnym telefonie, który liczy kroki. Może kiedyś pojawi się aplikacja pozwalająca liczyć pokonane mostki i obejrzane pałace. Choć bardziej przydatna byłaby taka, która zapamiętuje za mnie nazwy dzieł sztuki i nazwiska ich autorów. Bardzo by to pomogło podczas późniejszego pisania.

_mg_8101

Bywałem w Wenecji, ale nigdy latem. Tym razem stęskniony weneckich zapachów i widoków chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście najazd turystów czyni to miasto nieznośnym? Czy Josip Brodski, który zarzekał się, że nigdy nie odwiedzi jej latem, czynił tak z niechęci do tłumów czy dlatego, że zimowa Wenecja przypominała mu rodzinny Petersburg? Tłumy rzeczywiście były i choć starałem się krążyć po szlakach mniej uczęszczanych, musiałem przejść przez okolice San Marco lub Rialto, gdzie nieprzerwany strumień ludzi sunął wąskimi uliczkami w obu kierunkach, a wielojęzyczna mowa mieszała się z turkotem walizek na kółkach i odgłosami dolatującymi z kawiarnianych tarasów i kuchennych składzików. Przedstawiciele wszystkich chyba ras ludzkich zgodnie dreptali obok siebie zadzierając głowy, gestykulując, przystając przed oknami wystawowymi, przed tablicami z restauracyjnym menu, przed straganami z pamiątkami. Młode dziewczyny w towarzystwie podgolonych partnerów prężyły się na mostkach, kijki selfie były w powszechnym użyciu, matki ciągnęły swoje oszołomione dzieci i popędzały znudzonych mężów.

_mg_8049

Żeńska obecność była dominująca, może nie statystycznie, lecz psychicznie. Czułem, że skąpana we wrześniowym słońcu Wenecja należy do kobiet. Szły naprzeciw mnie sarnookie panny jak z Modiglianiego, kołysały biodrami rubensowskie matrony, uśmiechały się skromnie madonny Belliniego. Drobiąc kroczki przemykały egzotyczne gejsze z rycin Utamaro a okutane w zawoje domniemane piękności z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy posłusznie kroczyły za swoimi wąsatymi panami. Czasem w wąskich przejściach musiałem ustępować drogi kobietom gabarytowym, które akurat przerwały pozowanie Fernando Botero i podążały na trzeci tego dnia obiad. Kto nie wie, kim jest Botero, powinien skorzystać z Google. Pierwszego wieczora na schodkach niewielkiego mostku natknąłem się na siedzącą Amerykankę. Mówiła do telefonu, po akcencie poznałem, że pochodzi z południa Stanów. Sesję u Botero miała już za sobą: teraz wpatrywała się w ekran wielkiego telefonu, zapewne w twarz rozmówcy siedzącego na werandzie wiejskiego domku w Luizjanie lub nad rzeką Missisipi, i rozwlekając samogłoski relacjonowała swoje wrażenia z pobytu w egzotycznym europejskim mieście, perle architektury, skarbnicy tysiącletniej historii: „no i pewnego dnia na obiad jadłam ravioli”.

_mg_8038

Nie pytam nikogo, po co jeżdżą do słynnych miejsc, dlaczego odwiedzają stare miasta, fotografują się na tle zabytków. Sam chyba nie umiałbym zwięźle na te pytania odpowiedzieć. Nie zamierzam jednak opisywać co w Wenecji jadłem, co piłem i jaką pamiątkę kupiłem cioci Marysi.
Trwał upał, nad wąskimi kanałami unosił się smrodek, który na bardziej otwartych przestrzeniach niemal zupełnie znikał. Grupki rozleniwionych młodzieńców obojga płci wylegiwały się na placach i nabrzeżach . Nie dołączyłem do nich, ale uznałem, że na zewnątrz jest zbyt przyjemnie, żeby spędzać czas w klimatyzowanych salach muzeów. Nie odmówiłem sobie jednak krótkich wizyt w paru kościołach. Wiele z nich już „zaliczyłem” podczas poprzednich pobytów w Wenecji. Z tych ważniejszych i większych został mi gotycki kościół pod wezwaniem świętych męczenników: Jana i Pawła. Ich włoskie imiona Giovanni et Paolo posłużyły mieszkańcom do utworzenia słownej zbitki Zanipolo. Tak więc drugiego dnia, kiedy dzwony na okolicznych wieżach obwieszczały południe znalazłem się na okazałym placu przed kościołem Zanipolo. Na rozłożonych straganach handlarze oferowali starocie i bibeloty, skupiona wiolonczelistka grała Ave Maria i melodie z włoskich oper. Nieliczni turyści robili zdjęcia bryły kościoła i przyległej doń białej fasady siedziby Bractwa Św. Marka (Scuola Grande di San Marco). Bractwa – może już wspominałem o tym poprzednio – pełniły w dawnej Wenecji ważną rolę w kształtowaniu życia kulturalnego i społecznego. Ich członkowie reprezentujący różne profesje i stopień zamożności organizowali procesje religijne, budowali szpitale i przytułki, wspierali biednych. Obecnie w siedzibie Bractwa Św. Marka znajduje się muzeum oraz szpital.

_mg_7700

Kościół Zanipolo ma w historii Wenecji miejsce wyjątkowe, to tu przez wieki chowano dożów oraz osoby zasłużone dla Serenissimy. We wnętrzu znajdują się groby ponad 25 dożów. W ich sąsiedztwie spoczęli bracia Bellini i inni wybitni artyści a paru generałów uhonorowano czymś więcej niż tylko płytami nagrobnymi: na postumentach wystających ze ścian umieszczono posągi przedstawiające ich w wojennym rynsztunku i dosiadających koni. (W jęz. angielskim jest na to specjalna nazwa equestrian statue.) Przed budynkiem, na masywnym postumencie również pręży się odlany w brązie koń a na nim generał Colleoni, jeden z najbardziej czczonych dowódców weneckich, którego służba przypadła na drugą połowę XV wieku – czas licznych wojen decydujących o utrzymaniu potęgi Republiki. (Pomnik tego samego generała, na tym samym koniu znajduje się również w Szczecinie przy Placu Lotników – jest to kopia dzieła z Wenecji)

img_7801

Colleoni wzbogaciwszy się na wojnach (zmieniał pracodawców w zależności od okoliczności i od tego, kto więcej płacił) pod koniec życia zapowiedział przekazanie całego majątku Wenecji zastrzegając, że w uznaniu zasług oczekuje pomnika na Placu Św. Marka. Pieniądze i zamek w okolicach Bergamo z rąk ofiarodawcy przyjęto, ale ponieważ prawo zabrania stawiania pomników na San Marco, monument generała wg projektu rzeźbiarza Andrea dei Verrocchio ustawiono obok kościoła Zanipolo. Jest to najsłynniejsza wenecka equestrian statue i nic dziwnego, że sąsiadująca z pomnikiem restauracja przyjęła nazwę „Il Cavallo” czyli koń. Gdy tamtędy przechodziłem, kelner usilnie zapraszał mnie na obiad, ale wymknąłem się, mówiąc, że nie jestem głodny. Istotnie nie miałem apetytu. Ani na koninę po wenecku ani nawet na najbardziej wegetariańskie ravioli. Czułem głód wrażeń i to chyba sprawiło, że po opuszczeniu placu kolejny raz tego pobłądziłem. Zamiast dojść przed kościół Santa Maria Formosa skręciłem nie w tę stronę, co trzeba i znalazłem się w długaśnym przesmyku, który wyprowadził mnie na nabrzeże. Poznałem je: stamtąd odpływają tramwaje na wyspę Murano mijając ogrodzony ceglanym murem cmentarz San Michele. Wracając między domy i mostki, w jednym z zaułków wszedłem do antykwariatu, tak zapchanego książkami, że część z nich musiano zapakować do stojącej na środku gondoli. Podobnej do tej z fotografii, ale pozbawionej staroświeckiej budki dla pasażerów. W samej księgarni nie chciałem robić zdjęć. Może następnym razem będę odważniejszy.

CDN

img_7957

 

Pociąg i Bestia

25 sierpnia 2015

Jest takie zwierzę borsuk. Mało ciekawe stworzenie, ale jego jądra mają znakomite własności lecznicze. Naturaliści mówią, że kiedy ścigany borsuk pojmie swoje położenie, wtedy odgryza sobie jądra, rzuca je przed myśliwych a sam ucieka. Jeśli mimo to inny myśliwy go wytropi, wtedy borsuk staje na tylnych łapach i pokazuje mu swój seksualny organ. Jak już myśliwy zobaczy, że borsuk jąder nie ma, zostawia go w spokoju.
W ten sam sposób każdy z nas, kto pragnie żyć w duchowej czystości i w zgodzie z boskimi przykazaniami, powinien złe nawyki i bezwstydne uczynki odciąć od siebie i rzucić diabłu w twarz. Wtedy diabeł zobaczy, że nie mamy niczego, co by do niego należało i zawstydzony odejdzie.

Jest taki pociąg z Wrocławia do Lublina. Siedzę w przedziale, obok mnie dobrze odżywiona dziewczyna ze słuchawkami na uszach. Próbuję rozpoznać, czego słucha, docierają do mnie dynamiczne akordy symfoniczne ale nic nie łączy się w całość.Stukot kół pociągu zniekształca dźwięk. Poddaję się, zresztą mam swoje zajęcie, zakładam okulary otwieram niedawno zakupiony „Bestiariusz średniowieczny”. Wreszcie mam okazję, żeby zapoznać się z oryginalnymi opisami bazyliszków, mantykor i strzyg. Może po lekturze zrozumiem, dlaczego w średniowieczu bestiariusze były tak popularne. I co w tej biblii pauperum bardziej ludzi przyciągało: groza czy moralitet. Wielogłowe smoki, gryfy i bazyliszki zajmowały wyobraźnię czytelników (częściej słuchaczy) w takim samym stopniu co zwierzęta i ptaki żyjące realnie. Dla autorów było to bardzo wygodne. Dziwolągi zawsze budzą ciekawość a kto i jakim sposobem miałby zweryfikować ich istnienie? Zawsze można było odpowiedzieć gawiedzi, że wilki i jelenie żyją blisko, lwy i wielbłądy trochę dalej, natomiast strzygi i mantykory jeszcze dalej, w krainach tak odległych, że nikt prócz Wiedźmina tam się nie zapuszcza. Opisom towarzyszą obrazki przedstawiające zwierzęta i stwory. Trzeba przyznać obrazki bardzo udane, nawet te nierealne stwory wyglądają bardzo realnie, choć chwilami artysta próbował być zbyt dosłowny, co dało efekt komiczny.

Miejsce pod oknem zajmowała kobieta szczupła, lekko przypominająca strzygę z mojego bestiariusza. Na pierwszy rzut oka wydawała się wyniosła lecz po bliższym przyjrzeniu się wrażenie ustąpiło. Była osobą raczej zalęknioną, przywykłą do trzymania emocji na wodzy. Minę miała szlachetnie cierpiętniczą, jakby wsiadła do przedziału wprost ze stron dziewiętnastowiecznej powieści. Choć bardziej prawdopodobne było to, że jechała na spotkanie z zachowującą stałą temperaturę ręką św. Magdaleny albo wracała z seansu z misjonarzem Boshoborą. Poczucie pseudo-mistycznego wtajemniczenia wyzierało z jej strzygowatego oblicza.

Dokładnie naprzeciw mnie zasiadła jowialna starsza pani w grubych okularach. Była niewidoma i rozwiązywała krzyżówkę. Nie, nie wypełniała rubryk kropeczkami Brail’a. Towarzyszyła jej nastoletnia wnuczka, która odczytywała znaczenia haseł, a gdy babcia znalazła dobrą odpowiedź, wpisywała ją we właściwe pole. Podział ról całkiem oczywisty: babcia była mózgiem, wnuczka narzędziem. Narzędziem o całkiem donośnym głosie i bez towarzyskich zahamowań. Z tego powodu w połowie rozdziału o jednorożcu książkę musiałem odłożyć. Mój pociąg do bestii został rozjechany przez zdublowany skład amatorek krzyżówek. Babcia głośno domagała się podpowiedzi, dopytywała o litery już wpisane, co pomogłoby jej odgadnąć wyraz właściwy. Wnuczka cierpliwie odpowiadała. Po raz kolejny w dziejach świata kultura niższa wypierała wyższą. Nie robiłem z siebie męczennika, postanowiłem przyłączyć się do krzyżówkowego challenge’u. Najpierw rzuciłem jedno hasło, potem drugie. Nie wyrywałem się z podpowiedziami, odczekiwałem chwilę, a kiedy wiadomo już było, że babcia ani tym bardziej jej wnuczka nie dadzą rady, wtedy podawałem konkretny wyraz. Zwykle pasował do układanki. Po jakimś czasie, bodajże między Ozimkiem a Częstochową, wnuczka wyszła z babcią do toalety. Pozostałe pasażerki milczały, mogłem poczytać swój bestiariusz.

Istnieje zwierzę zwane hieną, które żyje w grobach i żywi się ciałami zmarłych. Hiena z natury jest czasem rodzaju męskiego a czasem rodzaju żeńskiego, dlatego trzeba hienę uznać za zwierzę nieczyste. Hiena ma sztywny kręgosłup, wszystko w jednym kawałku, dlatego nie może spoglądać w tył, musi obracać całe ciało. Jest zdolna do zadziwiających rzeczy. Po pierwsze, umie niepostrzeżenie podążać za stadem prowadzonym przez pasterzy a w pobliże domostw potrafi się podczołgać. Pozostając niezauważona wsłuchuje się w głosy ludzkie i uczy się je naśladować. Kiedy już posiądzie tę sztukę nawołuje ludzi z ciemności i tam je napada. Podobnie zwabia psy w zasadzkę udając chorych ludzi wzywających pomocy. Kiedy pies podejdzie zbyt blisko, hiena rzuca się na niego i go zjada. A kiedy pies podczas polowania znajdzie się w cieniu hieny, traci swój głos i zapomina języka w pysku.
Dzieci Izraela są jak ta bestia: z początku służyły żyjącemu Bogu, lecz potem modląc się do fałszywych bożków, stały się sługami bogactwa i łatwego życia. Prorok Jeremiasz porównał Izraelitów do tej nieczystej bestii, mówiąc: „Moje dziedzictwo stało się dla mnie jak hiena w gęstwinie”. Każdy spośród nas, kto oddaje się próżnemu życiu i służy bogactwu, jest jak to zwierzę, które nie jest ani męskie ani żeńskie, nie jest człowiekiem wierzącym ani niewierzącym lecz należy do tych, których Salamon nazwał ludźmi podwójnego oblicza, niezdolnymi trzymać się jednej drogi. Nasz Pan rzekł: „Nie możesz jednocześnie służyć Bogu i Mamonie”

Z ulgą powitałem powrót do przedziału niewidomej babki i widzącej wnuczki. Znowu włączyłem się w rozwiązywanie krzyżówki, chociaż okazji do zabłyśnięcia nie miałem zbyt wiele. Babka okazała się weteranką w tej konkurencji, musiała wcześniej przebrnąć przez tysiące krzyżówek. Wnuczka, jak się można było spodziewać, była na początku drogi do mistrzostwa. Kiedy po odczytaniu pytania o „najdłuższą rzekę Europy” wyrwała się z odpowiedzią i zakrzyknęła „Amazonka!”, babcia nie kryła rozczarowania.
– No co ty, dziecko? Amazonka jest w Ameryce Południowej. W Europie zawsze Wołga, na drugim miejscu Dunaj. Czego w tej szkole teraz uczą? Ile macie lekcji geografii tygodniowo?
Wnuczka zawstydzona nie odpowiedziała. Szybko włączyłem się do rozmowy:
– Teraz zamiast geografii i fizyki w szkołach uczy się religii.
– No właśnie – podchwyciła babcia – za dużo tej religii.

Pani pod oknem, zamyślona lub rozmodlona, nagle się ożywiła. Na sekundę otworzyła usta jak karp szukający powietrza, w jej bladych oczach zagościło oburzenie i chęć protestu, ale czy to z lenistwa czy z braku odwagi na grymasie się skończyło. Skończył się też zapał wnuczki do dyktowania i wpisywania krzyżówkowych znaczeń. Babcia musiała przeczekać jej zły humor, ja skorzystałem z okazji i po raz kolejny otworzyłem swój bestiariusz. Jak krokodyl zanurza się w Wołdze, a hipopotam w Dunaju tak ja z poczuciem satysfakcji, że stać mnie na luksus zajmowania się rzeczami zupełnie niepraktycznymi, zanurzyłem się w średniowieczu.

Orzeł swoje miano zawdzięcza temu, że posiada bystre oczy. Wzrok orła jest niezwykle przenikliwy, ludzkie oko takich zdolności nie ma. Z wielkiej wysokości orzeł może wypatrzeć rybę pływającą w morskich głębinach. Gdy ją ujrzy, nurkuje z wielkiej wysokości i chwyta swą ofiarę w szpony i ulatuje z nią na brzeg. Kiedy orzeł się starzeje, jego skrzydła stają się ciężkie a wzrok zachodzi mgłą. Wtedy ptak szuka fontanny i frunie wysoko jak najbliżej słońca. W górnych warstwach atmosfery jego skrzydła zaczynają się przypiekać a ciemność jego oczu zostaje wypalona promieniami słońca. Wówczas orzeł spada jak piorun do fontanny i nurkuje trzy razy. Skrzydła odzyskują swoją moc a oczy na powrót stają się jasne i przenikliwe.
Tak więc Ty człecze, którego powłoka się starzeje, oczy zachodzą mgłą a serce pogrąża się w mroku, Ty też powinieneś szukać duchowej fontanny Naszego Pana, ku Niemu wznieść swój wzrok i swój umysł, bo On jest fontanną sprawiedliwości. W ten sposób staniesz się na powrót młody i silny jak orzeł.

Za Dęblinem rozpoznałem schemat, na jakim opierają się poszczególne epizody. Więc najpierw musi być zwierzę – nie ważne czy ono istnieje realnie czy nie, czytelnicy i tak nie mieli możliwości by to sprawdzić. W ślad za opisem idzie paralela do zachowania jakiegoś świętego lub złoczyńcy – zależy czy zwierze reprezentuje zło czy dobro. Opis kończy moralitet w rodzaju: jeśli ten ptak okazuje się tak szlachetny i wierny, to my powinniśmy być jeszcze bardziej. A jeżeli zwierzę jest podłe i występne, to wiedz, że taki sam jest diabeł, który czyha na twoją duszę.

Dojeżdżaliśmy do Puław. Dziewczyna, która siedziała obok mnie szykowała się do wyjścia, zdjęła słuchawki z uszu i zanim wyłączyła i-phone’a dosłyszałem muzykę. To rzeczywiście nie był Nightwish. Dziewczyna słuchała „Marsylianki” w wersji rock-operowej. Tego się nie spodziewałem. Wiedziałem za to kogo w bestiariuszu symbolizuje pelikan.

Pelikan żyje w Egipcie, na brzegach rzeki Nil. Przykład pelikana pozwala się przekonać, jak niezmierzona może być miłość rodziców do potomstwa. Kiedy młode pelikany trochę urosną, dziobią ostrymi dziobami swoich rodziców w głowę. Dorosłe pelikany im oddają i tak młode zostają zabite. Jednak po trzech dniach matka rozdziobuje sobie pierś, kładzie się na zwłokach pisklęcia i własną krwią polewa martwe ciało. Wtedy młody pelikan wraca do życia. Tak nasz Pan Jezus Chrystus, który nas do życia powołał, został potem przez nas w twarz uderzony i zabity a jego krew popłynęła dla naszego zbawienia i dała nam życie wieczne.

Dojechaliśmy do Lublina, pasażerowie karnie ustawiali się w korytarzu, czekając na zatrzymanie pociągu. Zamknąłem książkę ostatecznie. Przystępując do lektury spodziewałem się jednak czegoś lżejszego, liczyłem na większy komizm, tymczasem opisy były dość makabryczne i trzeba przyznać sugestywne. Ciągnąc walizkę w przejściu podziemnym, wciąż myślałem o położeniu tych biednych ludzi średniowiecza, których dla utrzymania w stanie posłuszeństwa i niewiedzy straszono strzygami, hienami i innymi niezliczonymi potworami. Wychodząc po schodach na plac dworcowy powiedziałem sobie niemal głośno, „dobrze, że my nie żyjemy w średniowieczu”. Na co jeden liszaj na ścianie budynku, na ułamek sekundy zmieniony w głowę mantykory, odpowiedział całkiem wyraźnie: „Nie byłbym taki pewien. Średniowiecze nie przeminęło. Utajone w zakamarkach naszych umysłów ma się dobrze. Z ludzkich lęków i ignorancji dobywa sił do dalszego istnienia.”

Odkrywanie Lizbony

3 marca 2015

Po wizycie w Porto wybór kolejnego miasta był prosty. Lizbona, która w styczniu jest najcieplejszą stolicą europejską sama pchała się w ręce, musiałem tam polecieć, zobaczyć, porównać. W samolocie troszkę się zdrzemnąłem, obudziłem się kiedy już kołowaliśmy wybrzeżem, sunęliśmy właśnie nad rozlewiskiem rzeki Tag, dostrzegłem ogromny most i dachy domów. Lizbona dosłownie ścieliła się u stóp. Mogłem już wypatrywać placów, ulic i promenad, po których wkrótce miałem chodzić. Miłe jest odkrywanie nowych widoków. Pierwsze wrażenia najmocniej zapisują się w pamięci, spotkanie z nowym miejscem powoduje znajomy dreszczyk emocji i satysfakcji. Wcześniejsze „podglądanie” z góry przy użyciu Google Maps tego stanu nie zmienia.

_MG_6426

Czytałem kiedyś książkę, której akcja działa się w Lizbonie, opowieść o zakochanym mężczyźnie bodajże nosiła tytuł „Fado”. Fabuła uleciała mi z głowy, za to dobrze pamiętam klimat tej opowieści, jakieś włóczenie się po brukowanych uliczkach, zaglądanie do zadymionych knajpek, spotkania z tajemniczymi kobietami, wieczorne spacery po plaży i oczywiście muzyka fado, która targała emocjami głównego bohatera.

Jestem dużym chłopcem, umiem oddzielić życie od literatury ale jeśli kto mnie spyta, czy podświadomie liczyłem, że taki klimat w Lizbonie odnajdę – nie zaprzeczę. Czy znalazłem – nie wiem. Może nie byłem tym razem gotowy. Obiektywnie, nie ma czegoś takiego jak „klimat”. Owszem mówi się o genius loci – duchu miejsca – ale jako nieprzejednany racjonalista powątpiewam w jego bezwarunkowe istnienie. Faktem są jedynie legendy nadające temu lub owemu miejscu wyjątkowość, reszta jest kwestią zdecydowanie subiektywną. Odczuwanie niesamowitości i wyjątkowości to wynik osobistego nastawienia, na które wpływ mają wcześniejsze doświadczenia, oczekiwania, wiara w zasłyszane opinie itp. Znaczące są też bieżące emocje oraz – żeby zamknąć temat i nie popaść w kaznodziejstwo – wiek i płeć osoby. Ja wielkich uniesień w Lizbonie nie przeżyłem, ale wyłącznie z własnej winy, widocznie nie spełniałem warunków, żeby duchowi miejsca się poddać. Albo wypiłem za dużo wina.

DSC03620Z geniuszem czy bez Lizbona jest wyjątkowa. Jeśli ktoś tam pojedzie, musi być przygotowany na kilometry spacerów z góry i pod górę. Podobnie jak Rzym Lizbona jest miastem siedmiu wzgórz, na jednym z nich stoi kamienny zamek św. Jerzego. Oglądany z daleka wygląda jak forteca, której zamiast żołnierskich batalionów strzegą drzewa – ich zielone kapelusze wystają zza szarych murów, zupełnie jakby wypatrywały najeźdźców. Z bliska dominium św. Jerzego okazuje się uroczym parkiem, atrakcyjnym przez swoje wyniosłe położenie oraz obecność masywnych baszt i obronnych murów. Strefę zamkową otacza dzielnica niewielkich, gęsto pobudowanych domków. Domki są kolorowe, obok frontowych drzwi często wiszą klatki z papugami lub kanarkami, brukowane uliczki są wąskie i ciche. Jakiż kontrast w zestawieniu z rozległymi jasnymi placami i promenadami niższej części Lizbony. Miałem wrażenie, że znalazłem się w innym mieście, w innym świecie. Wyobraźnia podpowiadała mi, że zamiast ludzi mieszkają tam hobbity lub brodate skrzaty w czerwonych czapkach. Rozsądek zaraz przypomniał, że tylko ludzie hodują papugi w klatkach a ulica Skrzatów znajduje się w całkiem innej części świata czyli w Lublinie.

Różnice poziomów są w Lizbonie dość poważne, to nie to samo co „kamienne schodki starego miasta” na warszawskiej Starówce. Czasami wspinaczka powoduje zadyszkę, ale wytrwały piechur never gives up, bo wie, że widoczna z góry panorama będzie dostateczną nagrodą za wysiłek. Często obok tarasów widokowych można znaleźć kawiarniany stolik i wygodną ławeczkę, co jest oczywiście dodatkowym bodźcem do wspinaczki. W paru miejscach pomocna bywa winda (wypatrujcie nazwy elevador), można też skorzystać z tramwaju, któremu stromizny nie straszne, ale o tramwajach będzie za chwilę.

Architektura stolicy Portugalii jest łatwa do opisania: nie znajdziemy tam prawie nic, co pochodzi ze średniowiecza lub renesansu, dominuje osiemnastowieczny i dziewiętnastowieczny klasycyzm. Zachowała się katedra i wspomniany bastion na wzgórzu, ale to są właśnie te wyjątki. Jedna z architektonicznych perełek Lizbony, elevador de Santa Justa swoją urodę zawdzięcza ostrołukowym oknom i roślinnym dekoracjom właściwym dla gotyku, ale w oczywisty sposób nie jest to budowla średniowieczna. Budynek powstał w roku 1901, a jego unikalny wygląd jest wynikiem fascynacji neogotykiem. Początkowo do obsługi windy używano silnika parowego, później zastąpiono go elektrycznym. Z tarasu, na którym zatrzymuje się winda rozciąga się widok na najbardziej reprezentacyjną część Lizbony Baixa-Chiado. Tak jak w dzielnicach sąsiednich należących do strefy śródmiejskiej dominuje tu architektura klasycystyczna, powstała nie wcześniej niż w osiemnastym wieku. Z dołu i z góry widać, że ulice tej części metropolii są szerokie a place rozległe – rzecz nietypowa jak na miasto o ponadtysiącletniej historii, miasto, które pamięta czasy Fenicjan, a w zapiskach starożytnych Rzymian pojawia się jako Olissippo.

_MG_6375 Trzeba pamiętać o jednym: w 1755 roku Lizbona została dotknięta trzęsieniem ziemi. Tam gdzie dziś jest reprezentacyjny plac Praça do Comércio, stał królewski pałac. Epicentrum trzęsienia o mocy 9,5 stopnia w skali Rychtera znajdowało się pod oceanem w odległości 200 km od miasta. Ale to wystarczyło by 90% budowli, w tym przykłady unikalnego stylu manuelińskiego powstałego w renesansie, obrócić w gruz. Co nie zawaliło się od razu, zostało zmyte przez tsunami lub spłonęło w pożarach. W katastrofie zginęło około 100 tysięcy ludzi – najwięcej w historii trzęsień ziemi. Przetrwała romańska katedra, tylko z jej ścian i sufitu opadły dekoracje.

Podczas odbudowy prowadzonej przez koniec XVIII i cały wiek XIX Portugalia wciąż była państwem bogatym, zasilanym wpływami z eksploatacji kolonii zamorskich. Pozwoliło to zbudować Lizbonę na nowo, w stylu, który wtedy i teraz uznawany jest za szczyt wytworności i elegancji. Kiedy patrzy się na masywne kamienice, na potężne pałace, łuk triumfalny u wejścia do Baixa-Chiado lub choćby na budynek dworca kolejowego Rossio można sobie uświadomić skalę przedsięwzięcia. Skalę i wielkopańskie aspiracje inwestorów. Zauważalna także dziś elegancja, masywne zdobienia frontonów kamienic i mosiężne gałki w drzwiach nie biorą się z niczego.
Na obecny charakter miasta składają się głownie dziewiętnastowieczne budowle, place z fontannami wykładane brukową kostką w efektowne wzory, wyłączone z ruchu samochodowego ulice oraz liczne schody. Nie można zapomnieć o azulejos i tramwajach. Bez tramwajów nie byłoby Lizbony.
_MG_6723 Nie jest tajemnicą, że od paru dziesięcioleci Portugalia przeżywa coś w rodzaju odwrotności prosperity. Podczas spacerów spotkać można zamknięte na głucho sklepy, pustawe kafejki i ogromne biurowce do wynajęcia. W Lizbonie obraz dekadencji nie jest tak jaskrawy jak w Porto, ale i tam recesja daje się zauważyć – trzeba być na to przygotowanym. Sytuacja gospodarcza nie wpłynęła jednak na ogólne dobre wrażenie: ulice są czyste i spokojne, jedzenie smaczne a ludzie mili. Dlatego w dogodnej chwili chętnie poleciałbym do Lizbony po raz drugi a potem trzeci.
Ale dość tych marzeń, tekst się rozrósł ponad miarę, resztę dopowiem w następnym odcinku. Będzie wreszcie o tramwajach.

Sielsko w Lublinie

1 marca 2015

Sposoby na zwalczenie niemożności pisania są różne: mój dawny kolega, kiedy mu nie szło, kiedy czuł, że ma watę w głowie, że źródło wyschło i żaden strumień słów z niego nie wypłynie, parzył sobie mocną kawę z fusami, obok klawiatury kładł paczkę papierosów a z szuflady wyciągał stare zapiski, które miały inspirować i pobudzać. Nierzadko pobudzał się jeszcze przed parzeniem kawy, obsobaczając kogoś ze swojego otoczenia albo wdając się w awanturę ze sprzedawczynią, ze sprzątaczką lub nie dość pryncypialnym strażnikiem miejskim. Mój kolega w pewnych kwestiach jest bardziej pryncypialny niż strażnik miejski. Możecie więc sobie wyobrazić, jaki to rodzaj osobowości.
No, ale ten kolega z pisania się utrzymuje, więc jego karkołomne zabiegi i jego poświęcenie jest jakoś tam zrozumiałe. Mnie to nie dotyczy, bo zarabiam na życie inaczej, dlatego nie wpadam w panikę z powodu braku Weny, a zamiast palić papierosy i podnosić sobie adrenalinę przy kasie w supermarkecie, pojechałem do Lublina.

Lublin to nie jest miasto mające z definicji rozpalać wyobraźnię, ale nie o rozpalanie chodziło. Kilka spraw wymagało osobistego stawiennictwa, parę z nich miało charakter urzędowy, nie mogłem pozwolić sobie na uśpienie obywatelskiej czujności, o bujaniu w obłokach nie wspomnę. Miałem nawet cichą nadzieję, że przeprawy w „mrocznych instytucjach” podniosą mi trochę wspomnianą adrenalinę, bo wie pani, jak u nas trudno się z urzędnikami rozmawia, jakie one są nieuprzejme, jakie bezduszne, nie wytłumaczo o co sie rozchodzi a potem pretensje majo i grzywnami straszo.

Na wszelki wypadek trzymałem w walizce czysty zeszyt do poczynienia ewentualnych notatek, wszak blogowania nie zarzuciłem. Wszystko jednak poszło tak gładko, że nie było o czym pisać. Analiza krwi nie wykazała ani śladu adrenaliny, a przecież bez niej żaden proces twórczy nie ma prawa się urzeczywistnić. Nawet spotkanie z blogerem Starszym nie okazało się dostatecznym bodźcem do przelewania myśli na papier. Było nazbyt sympatycznie, zatem ewentualne pretensje o moje milczenie, proszę zanosić do Starszego.

Niemcy! 056

Termometr na budynku KUL-u pokazywał minus 6, więc kiedy raz i drugi idąc ulicą Grodzką wkraczałem na Plac po Farze, od strony zamku tak zawiewało w twarz, że natychmiast przypominała mi się piosenka Andrzeja Garczarka.

Mróz za mordę wziął i trzyma
Od Zamościa idzie zima…

Zresztą na lubelskiej Starówce nietrudno o piosenkowe sentymentalne frazy. Stołowałem się w restauracji Sielsko-Anielsko, która serwuje polskie tradycyjne jedzenie a z głośników płyną wyłącznie polskie piosenki. I tak przy śniadaniu słuchałem przebojów w wykonaniu Ali-Babek (zakwita raz, tylko raz biały kwiat), podczas lunchu koncertowały Czerwone Gitary (w stawie zimna woda, trochę będzie szkoda), był też chyba Andrzej Dąbrowski (zielono mi) i Anna Jantar (tylko mnie poproś do tańca). DSC03651
Wieczorny barszcz z uszkami spożywałem w rytm piosenki Trubadurów „Przyjedź mamo na przysięgę”. Przysięgam, że mi się tam podoba, kiedy jestem w Lublinie chodzę wyłącznie do Sielsko-Anielsko. Właściciele nie wybaczyli by mi, gdybym jadał gdzie indziej. Tak jak ja nie wybaczyłbym im, gdyby wzięli się za smażenie hamburgerów lub wrócili do wypiekania pizzy. Albo gdyby, o zgrozo, zmienili repertuar. W kwestii muzycznej jestem niemal tak pryncypialny jak mój wspomniany kolega, ten, przy którym pryncypialność strażnika miejskiego to mały pikuś. Więc właściciele Sielsko-Anielsko znają moje ultimatum: albo ja albo Shakira. Jajecznica może być przesolona (nigdy dotychczas nie była), ale z głośników muszą płynąć nostalgiczne piosenki Ewy Demarczyk, chleb z kiszonymi ogórkami lepiej smakuje, gdy Sława Przybylska dopytuje o kwiaty z tamtych lat.

DSC03663

Odkąd wyprowadziłem się z Lublina, lubię tam jeździć, deptać bruk tylekroć w latach poprzednich wydeptany. Z okien autobusów lubię przyglądać się zmianom, jakie tam nieustannie zachodzą. W miejscu kina Kosmos powstaje apartamentowiec, na skwerku obok teatru w wiecznej budowie postawiono biurowiec, brama do Ogrodu Saskiego nabrała szlachetniejszego wyglądu, unowocześniono wiaty przystankowe. Na frontowej ścianie KUL-u wielki banner z portretem Karola Wojtyły i napisem „Nasz profesor – świętym”. No tak, marketing ma swoje prawa, ale „świętość” jakiegoś profesora nie świadczy o wielkości uczelni. Co innego, gdyby dostał Nobla z fizyki, matematyki itp. Tymczasem KUL ogłasza, że osiągnięć na polu naukowym nie ma i raczej mieć nie będzie. Jeśli instytucja powołana do przekazywania wiedzy, nie ma lepszego powodu do dumy niż „świętość” profesora dojeżdżającego z wykładami, wystawia sobie kiepskie świadectwo. „Świętość” albowiem nie jest kategorią naukową. Wiara w niebiańskie porządki i piekielny chaos, w święconą wodą polewanie, świętych obcowanie, duchów wywoływanie i ciał zmartwychwstanie jak najbardziej jest z nauką sprzeczna. Czym więc chlubi się firma, chcąca na miano uczelni zasługiwać? Po drugie, jeśli już Wojtyła, który był biskupem krakowskim a potem zwierzchnikiem KK w Watykanie został ogłoszony „świętym” – jaka w tym zasługa uniwersytetu z odległego Lublina? Czy KUL przypisuje sobie zasługę w „moralnym formowaniu” przyszłego papieża i „świętego”?

Niemcy! 040 Dobrze, że nie studiowałem na KUL-u. Autobus wjechał na Krakowskie Przedmieście, odnowione kamienice przyciągają wzrok, szybko zapominam o absurdach. Wysiadam na Placu Litewskim, jest południe, pustym deptakiem ruszam pod wiatr. Jeszcze po drodze cukiernia z pączkami, woda Nałęczowianka i znów pod butami znajomy bruk Starówki, znajomy cień Bramy Krakowskiej. Hotel mam na Grodzkiej, naprzeciw domu Palikota. Dzieli nas Plac po Farze nazwany tak na pamiątkę kościoła farnego, który do połowy XIX wieku stał na tym miejscu. Był to najstarszy kościół Lublina, jego patronem był św. Michał, który teraz patronuje pobliskiej knajpce specjalizującej się w podawaniu lokalnego piwa. Wiadomo, jak farny kościół wyglądał, zachowały się rysunki. W Wieży Trynitarskiej pełniącej rolę muzeum stoi drewniany model. Zaiste gotyk, byłoby co podziwiać, gdyby śladów nie zatarł czas.

Hotel tym razem wybrałem bezbłędnie, pokój miałem na drugim piętrze, jedyne okno wychodziło na wewnętrzne podwórko, wśród grubych murów czułem się jak w jedwabnym kokonie. W łóżku poczytałem Grishama, potem popołudniowa drzemka, prysznic, powolne ubieranie się i wyjście na kolację. Po drodze uprzejma rozmowa z recepcjonistką, a za drzwiami ostre uderzenie wieczornego powietrza. Niech sobie idzie ta zima od Zamościa, niech idzie. Mimo to ma być sielsko i anielsko. No i jest, zapachy jedzenia działają kojąco, siadam w drugiej sali obok kominka, kelnerka w kwiecistej spódnicy przynosi pierogi i piwo, z głośnika dobiega ciepły głos Ireny Jarockiej

A kiedy już przyjdzie czas,
Pełne po brzegi są kawiarenki.
Pod okna ich, pełne gwiazd,
Gdzieś w zakamarki wielkich miast ciągnie nas, ciągnie nas…

Skoro dotknęliśmy tego tematu, następny tekst będzie o zakamarkach Lizbony. Byłem tam przed wyprawą do Lublina, ale chronologia nie ma znaczenia. Czas jak rzeka, jak rzeka płynie unosząc w przeszłość tamte dni.