Powtórka z lwa

Poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o lwie. Sądziłem , że to jednorazowy epizod, bo nie prowadzę bloga zoologicznego, ale szperając w książkach o malarstwie wielokrotnie trafiałem na lwy, więc nie pozostaje mi nic innego jak wątek pociągnąć, tym bardziej, że lew to zwierzę fascynujące. Jest w jego osobliwej fizjonomii i charakterze coś takiego, co zyskało mu miano króla zwierząt. Wyobraźnia ludzka od wieków przypisywała lwom cechy zgoła nie zwierzęce, takie jak mądrość, szlachetność, godność, odwaga etc.

Dość wspomnieć , że egipskie sfinksy mają lwie głowy a na wielu herbach i proporcach powstałych w Europie we wczesnym średniowieczu widnieje wizerunek lwa. Nawet wpadka z lwami pożerającymi pierwszych Chrześcijan w amfiteatrach Rzymu nie podkopała reputacji tego zwierzęcia. Na długo przed powstaniem w Disneylandzie filmu o królu Simbie rosła w świecie sława lwa, zwierzęcia majestatycznego i groźnego – czyli akurat takiego jakim chciałby być każdy król, królewicz, książę i rycerz. Sława sięgała daleko poza Afrykę, na tereny gdzie prawdziwego lwa chyba nigdy nie widziano, a najwymowniejszym tego świadectwem jest istnienie takich miast jak Lyon, Lwów czy Lwówek Śląski. Jakoś nikomu nie przyszło do głowy by nazwy ludzkich siedzib wywodzić od Wielbłąda, Strusia czy Nosorożca. A od lwa owszem, bo lew to lew. Symbol wszystkiego co się chce.
Niezliczone są przykłady wykorzystania lwiej legendy w literaturze i sztukach wizualnych, a jednym z wdzięczniejszych przedstawień cech przypisywanych szlachetnemu zwierzęciu o złocistej grzywie jest postać Aslana w „Opowieściach z Narni”. Wyżej już lew nie mógł na swych miękkich łapach zawędrować: C.S. Levis z całą mocą pisarskiej wyobraźni wyposażył lwa w duchowe atrybuty Boga-Stwórcy i Odkupiciela. Aslan postępuje zgodnie z „odwiecznymi prawami”, jest szlachetny, kocha dobrych ludzi a ze złymi walczy. Jest łaskawy i opiekuńczy a jego obecność przynosi spokój i ukojenie. Wszystko w ramach konwencji i metaforycznie, ale czy jakiekolwiek inne zwierzę mogłoby w tym lwa zastąpić? Oczywiście, że nie, bo lew to lew. Jako dzieci masowej wyobraźni nie mamy wątpliwości kto tu rządzi. No i te oczy: czy one mogą kłamać?

Ale wróćmy do średniowiecza, bo tam musiała się zacząć fascynacja lwem, a raczej promocja jego cech i jego wizerunku. Nie bez powodu jeden z czterech Ewangelistów – Marek przedstawiany jest zawsze w towarzystwie lwa. Lew miał wzmacniać jego autorytet, choć Marek za życia nie był władcą tylko misjonarzem i kronikarzem. Jednak przedstawianie go z otwartą księgą i gęsim piórem w dłoni najwyraźniej nie wystarczało twórcom legendy świętego Marka. Lew, którego mu dodali miał być atrybutem mądrości i władzy – ich mądrości i władzy. Sztuka się udała, kult świętego Marka (i jego lwa) przez wieki służył mieszkańcom Wenecji. Dziś trudno wyobrazić sobie to miasto bez wszechobecnych wizerunków lwa. Jest ich z pewnością więcej niż Marków. Na lagunie weneckiej oczywiście żywych lwów nie było, ale czy miasto byłoby kiedykolwiek potęgą, gdyby w herbie miało rybę z Adriatyku?

Wenecja jest najwybitniejszym przykładem udziału wirtualnego lwa w życiu społecznym i religijnym, ale bywały też inne legendy i inni święci pozujący z lwami do obrazów. Taki był Hieronim, jeden z twórców doktryny kościoła katolickiego, wykształcony mnich żyjący w IV wieku n.e., prowadzący korespondencję z myślicielami upadającego Imperium Rzymskiego. Hieronim był zwolennikiem ascezy religijnej, autorem rozpraw teologicznych i tłumaczeń z hebrajskiego. Z pomocą przechrzczonego Żyda przetłumaczył na łacinę teksty Pisma świętego, zaakceptowane przez Kościół i znane pod nazwą Wulgaty. Zaliczany jest do „ojców Kościoła”, a niektóre z jego wskazań przyjęto także w Kościele Protestanckim. O ile jednak życie i działalność Hieronima jest faktem historycznym, o tyle jego przyjaźń z lwem jest piękną bajeczką wymyśloną na potrzeby propagandy religijnej.

Różne są wersje tej legendy. Jedna z nich podaje, że kiedy Hieronim przebywał w zgromadzeniu klasztornym, między zabudowania wszedł dziki lew. Mnisi rozbiegli się w popłochu w poszukiwaniu kryjówek, tylko święty Hieronim pozostał przy swoim biurku z książkami i atramentem. Okazało się, że lew wcale nie przyszedł go zjeść tylko kuśtykając zblizył się do świętego i unosząc przednią łapę popatrzył mu głęboko w oczy. W delikatnej poduszce stopy wielkiego zwierza tkwił cierń. Oczywiście Hieronim pomocy nie odmówił i zręcznym ruchem kolec wyjął a ranę zaszył catgutem, jak młoda lekarka na rubieży. Wdzięczny zwierz nie chciał wracać w dzikie ostępy tylko pozostał przy Hieronimie i od tej pory służył mu jak wierny pies. Nawet nauczył się jeść klasztorną owsiankę i warzywa zamiast surowego mięsa. Ewidentnie poznał się na dobroci Hieronima i docenił zalety życia monastycznego. Inni mnisi wkrótce przyzwyczaili się do obecności nietypowego eremity i tak im życie biegło w spokoju. Kiedy nuda zaczynała doskwierać nad mury klasztorne wzbijał się donośny zwierzęcy ryk.

Postać Hieronima znamy z dzieł religijnych. Zachowane do naszych czasów obrazy pokazują, że malowano go wielokrotnie, a największe powodzenie miał Hieronim w okresie renesansu, gdy starano się wskrzesić jego legendę jako wzór do naśladowania. Nawet Albrecht Dürer uwiecznił Hieronima na jednym ze swoich obrazów, co prawda bez lwa tylko w towarzystwie czaszki, ale po mistrzowsku. Z postaci świętego bije siła wewnętrzna, zza pofalowanej brody rozdzielonej na dwoje żydowskim zwyczajem wyglądają mądre oczy. Oczy mądre jak u lwa, chciałoby się powiedzieć. Do obrazu pozował Dürerowi 93-letni starzec z Antwerpii. Obraz pochodzi z 1521 roku.

Niemal sto lat wcześniej na południu Włoch powstał obraz, który jest mniej wyrafinowany, dosadniej ilustrujący legendę o dobroci świętego i mądrości lwa. Autorem obrazu jest Niccolo Colantonio z Neapolu. Tworzył w okresie wczesnego renesansu, nic dziwnego, że bohaterów legendy umieścił we wnętrzu typowym dla uczonych z piętnastego wieku, choć Hieronim żył w Jerozolimie 1200 lat wcześniej. Ogromne książki w drewnianych oprawach spięte metalowymi klamrami stanowią zasadnicze tło wydarzenia. Strój i pełna pokory postawa Hieronima nie pozostawiają wątpliwości, że oglądamy osobę świętą, wizerunku skromności dopełniają proste meble i przybory piśmiennicze.

Zupełnie inaczej przedstawił Hieronima uczeń Colantonia – Antonello da Messina. Między rokiem 1460 a 1475 namalował obraz, który stał się jednym z wyrazistszych przykładów wpływu sztuki flamandzkiej na malarstwo renesansu włoskiego. Świety pokazany tu jest w ogromnym wnętrzu przypominającym kościół. Malarz, o którym wiadomo, że był pod silnym wpływem dokonań Jana van Eycka i Rogiera van der Weydena skorzystał z dorobku malarzy flamandzkich: perspektywa wnętrza i posadzki jest nienaganna, święty pogrążony w lekturze zajmuje centralne miejsce obrazu, choć bardziej intrygujące jest to co dzieje się dookoła. Mrok wnętrza kontrastuje z łagodnym pejzażem za oknami, obecność pawia, kuropatwy i kota ma znaczenie dekoracyjne i symboliczne. Nie brakuje oczywiście lwa, który wyłania się z mroku z prawej strony, jakby przed chwilą wskoczył przez okno. Jego obecność nie budzi żadnego popłochu wśród ptactwa, święty nie odwraca głowy. Harmonia jest doskonała. Lew jaki jest każdy widzi – nie żaden drapieżnik rzucający się do gardła antylopy, a jedynie maskotka u boku świętego.

Powstaje pytanie, skąd Antonello da Messina znał dzieła malarzy z Brugii, Brukseli i Gandawy. Jak znajomość technicznych i kompozycyjnych sekretów dotarła z północy Europy do południowych Włoch? Wyjaśnienie jest proste: Antonello wychował się na Sycylii podległej Królestwu Neapolu, które z kolei było we władaniu królów hiszpańskich bądź francuskich. W XV wieku władzę sprawował książę francuski lecz utracił ją na rzecz hiszpańskiej dynastii Aragon. Oba zwaśnione rody łączyła jedna rzecz: uznanie dla sztuki flamandzkiej, która przeżywała wtedy swój rozkwit. Dzieła artystów z Burgundii i Niedrlandów często trafiały do pałaców w Neapolu, tam mogli je podglądać miejscowi malarze, zachęcani przez potencjalnych fundatorów do naśladowania stylu. W atmosferze podziwu dla sztuki flamandzkiej wychował się Antonello, któremu z rodzinnej Mesyny bliżej było do Neapolu niż do Florencji czy Rzymu. Wiadomo, że Jan van Eyck podróżował po Europie, na dworze hiszpańskim malował portret królewskiej siostry Eleonory. Niewykluczone, że zajrzał do Neapolu, choć z pewnością do spotkania malarzy nie doszło, bo dzieliła ich duża różnica wieku. Nie zachował się też żaden dowód na to by van Eyck namalował św. Hieronima. Przypisywany mu obraz – ten poniżej – powstał w rok po śmierci Mistrza, gdy pracownią zarządzała jego żona Małgorzata a pędzle przejęli czeladnicy. To widać, bo Mistrz Jan pluszaków nie malował.

Reklamy

Tagi: , , ,

Komentarzy 28 to “Powtórka z lwa”

  1. laudate44 Says:

    Żadnych komentarzy w lwiej sprawie? 🙂
    Gdyby jednak jakieś były, odniosę się do nich jutro.

    • D. Says:

      Pozytywnie nastawiona do poszukiwania weneckich odniesień na Twoim blogu pozwól, że odniosę się nieco do brakującego nawiązania do współcześnie najmodniejszych złotych lwów tych z Lido, potem pozwolę sobie zadrzeć głowę na lwa na kolumnie tuż obok św. Teodora (często tu siedzę w Quadri i słucham Łysola – Josepha Miottiego), potem zatrzymać wzrok na Pałacu Dożów gdzie sąsiaduje z klęczącym dożą, udać się do Arsenału gdzie królują największe, popłynąć Canale Grande, żeby przyjrzeć się tym z cokołu Palazzo Venier dei Leoni. Tutaj jednak mam myśli zdecydowanie bardziej kosmate jak patrzę na Anioła Marino Mariniego z dokręcaną częścią… hm i przypominam sobie jak to Peggy Guggenheim zdeprawowała swojego niedoszłego gościa…
      Rozumiem Cię jednak Ty wspaniale piszesz tylko o obrazach! Jaka szkoda! A jeszcze przypomniał mi się lew na mozaice tuż obok ołtarza tzw. „wodzący oczami” w bazylice św Marka! Na domiar tego w moim pokoju patrzy na mnie reprodukcja – zapomniałam kogo??? – lwa weneckiego z napisem Pax tibi….
      Pozdrawiam serdecznie.
      D.

      • laudate44 Says:

        Pozytywne nastawienie warto w sobie pielęgnować zawsze – niezależnie od okoliczności, niemniej cieszę się, że Twoje sympatie orbitują wokół spraw weneckich 🙂
        Wenecja jest bowiem osobną planetą i dopiero gdy ten fakt sobie uświadomimy, jesteśmy w stanie należycie docenić pobyt tamże. Oraz zrozumieć, skąd to nadnaturalne przyciąganie weneckie powodujące, ze w chwilę po wyjeździe już chce się tam wracać. W Quadrii nigdy nie byłem, przystanąłem tylko przed Florianem, żeby posłuchać jazzujących facetów w eleganckich garniturach.

        Tak, lwów Serenissima ma pod dostatkiem. Gdyby kiedyś one wszystkie jednocześnie ryknęły – dzwony w Bazylice mogłyby pospadać na posadzkę a wody Adriatyku mogłyby się cofnąć aż pod Chorwację. 🙂 Więc lepiej niech milcząco, dostojnie głoszą pokój…
        Jak się domyślasz, nie mogłem w jednym tekście wymieniać wszystkich skrzydlatych lwów św. Marka, dygresja byłaby za długa.
        Zaciekawiła mnie ta reprodukcja z lwem w Twoim pokoju. Czy to dzieło malarskie, czy fotografia płaskorzeźby? Może wyszukiwarka google byłaby pomocna w identyfikacji? Lubię takie łamigłówki. Twoje komentarze też. Ukłony

      • D. Says:

        Wyszukiwarka google to wspaniała rzecz i niezawodna!
        Otóż jest to XVI wieczne dzieło malarskie raczej o ciemnym tle, przyprószonym starocią, ale o intensywnych kolorach. Trudnością okazało się to, że moja reprodukcja jest częścią tego obrazu. Na mojej części widoczna jest tylko głowa lwa w złotej aureoli z otwartą księgą z wiadomym napisem. W tle zaś prezentuje się pałac Dożów z Campanillą. Obraz okazał się większy i widać na nim całego dumnie prezentującego się lwa z bogatą jak na ówczesne standardy roślinnością, dość szczegółowo przedstawioną, oraz flotą wenecką w tle. Gdzieś „nad ogonem lwa” widać wieżę kościoła z Lido. Domyślam się, że to kościół św Mikołaja (zaślubiny doży z morzem). Myślę, że ta zagadka to dla Ciebie pestka i odgadniesz nazwisko weneckiego malarza, a wtedy wszystkie panny weneckie Ci podziękują, a szczególne danie Giuseppe Ciprianiego będzie doskonale smakowało!
        Pozdrawiam.

      • laudate44 Says:

        Ach, tak – ten obraz znam, Widziałem go w Pałacu Dożów, poza tym mam reprodukcje w przewodniku po malarstwie weneckim „Where to find…”
        To bardzo symboliczny obraz Carpaccia – lew trzyma tylne łapy w wodzie na znak dominacji Wenecji nad lądem i wodą.
        Mnie niezmiernie podobają się równiutkie ząbki pana lwa. Dzięki nim uśmiech zwierza jest ludzki, a nawet dziecinny. Choć równie dobrze może to być uśmiech kota z Cheshire. Ale to już inna bajka 🙂 🙂
        PS. Zbieram sie do napisania o Bolonii, ale ciągle mnie coś rozprasza… Byłaś tam?

    • D. Says:

      Bravo! To Vittore Carpaccio! Znasz jego „Polowanie na lagunie” z Paul Getty Muzeum w Los Angeles? To druga część słynnych „Dam Weneckich” albo jak to woli „Kurtyzan”.
      W Boloni byłam przejazdem gdzieś pomiędzy Padwą, Florencją a San Gimigiano itd. Ale nie pamietam zbyt wiele. Chętnie przeczytam co Cię tam zafascynowało. Milknę i nie rozpraszam.
      Pozdrawiam.
      D.

      • laudate44 Says:

        To nie tak miało być! Wspomniałem, że Coś mnie rozprasza a nie Ktoś. To zasadnicza różnica! 🙂
        Zacząłem właśnie o Bolonii pisać, całkiem nieźli mi idzie i jestem pewien, że to Twoje komentarze podziałały mobilizująco. Tak więc, proszę się odzywać, kiedy najdzie ochota. Wszak o
        Wenecji mogę dyskutować godzinami.
        „Polowania na lagunie” Carpaccia nie kojarzę – może zajrzę do googli. Ale to już jutro… 🙂

    • D. Says:

      http://cudaswiata.archeowiesci.pl/2009/12/vittore-carpaccio-dwie-weneckie-damy-i-polowanie-na-lagunie/

  2. mbpPolka Says:

    spokojnie moge sobie wyobrazic zamiast lwa starą słonicę. Pozdrawiam serdecznie, Maria.

    • laudate44 Says:

      No widzisz, Ty możesz, a ja nie mogę.
      Czy stara słonica była kiedyś królem zwierząt albo kładła dostojnym ruchem łapę na otwartej księdze mądrości? 🙂
      Jak chcesz, poszukam obrazów renesansowych ze słonicami, ale nie wróżę sukcesu.

  3. laudate44 Says:

    Taa… najpierw zachęcacie żebym cos napisał a jak już tekst powstał, to nawet lew z kulawa nogą nie zajrzy, żeby się odezwać (lub ryknąć!) 🙂
    A co to za blog bez interakcji?
    Jakbym skrobnął kilka zdań o Kaczyńskim , to byłyby komentarze. Oczywista oczywistość. 😦

    • Tetryk56 Says:

      A co ja mogę na to, że napisałeś dopiero jak wyjechałem na weekend? O Kaczyńskim lepiej nie pisz, zwłaszcza w kontekście Króla Lwa…
      Lew łączy w sobie kocią niezależność z siłą drapieżnika – to dwie podstawowe cechy władców; stąd i odwieczne skojarzenie. Na personifikację dobrotliwego stwórcy jednak się chyba niezbyt nadaje 😉

      • laudate44 Says:

        Ech, w tej Polsce weekendy jakieś powymyślali i jeżdżą 🙂 zamiast siedzieć przy klawiaturze i pisać i świat naprawiać! 🙂

  4. wiedźma Says:

    Dobry wieczór ! Bawiłam w krainie Liczyrzepy i ani mi w głowie były lwy ! ale już (niestety) wróciłam i z zaciekawieniem ale i z niejakim nabożeństwem czytam Twoją opowieść. Nabożeństwo bierze się stąd, że tyle wiadomości z wdziękiem podanych to przecież dużo lektur, przemyśleń i zbierania w całość …. Chylę czoło….. Miałeś jakichś uczonych a pracowitych benedyktynów wśród przodków? 🙂

    • laudate44 Says:

      Jadłem raz bułkę z dżemem „benedyktyńskim”. Może to od tego 🙂

      • Tetryk56 Says:

        To spróbuj jeszcze nalewki benedyktyńskiej – to może wzmóc twoją pracowitość do niewyobrażalnego poziomu! 😆

      • laudate44 Says:

        Akurat spożywam smakowitą nalewkę Jameson. 🙂
        (Ma ona tyle samo wspólnego z Benedyktynami, co ten dżem ze sklepu franczyzowego i wyprodukowany w jakimś Milejowie.)
        A czy Jameson coś wzmaga? Hm… zobaczę 🙂

      • eliza Says:

        A no widzisz, gdybyś sie odezwał kiedy byłeś w Brugge, dostalbyś nawet kilka butelek MOJEJ nalewki z polskich wiśni, mam z zeszlego roku jeszcze kilka litrow, Pychotka, jak mowi sąsiad ale dla mnie trochę za mocna…. „przeprocentowalam” ale rozgrzewa swietnie w zimowe dni. O lwach nie napiszę bo kiedy czytam te Twoje piękne felietony to stwierdzam ze jestem …n u l. Muszę kiedyś namowic corkę aby coś skrobnęla w komentarzach, choc jest grafikiem, skonczyla Akademię Sztuk pięknych w Liege, pieknie maluje, a raczej malowala, bo „nigdy nie ma czasu”, a wiem, że Cię czyta, choć nieregularnie. Nawet nieraz pyta „Co nowego o malarstwie napisal ostatnio Laudatte? muszę wpaść na bloga”.
        Chyba nie komentuje bo się wstydzi, gdyz niestety mając bardzo malo stycznosci z polskim robi blędy.
        Co do NARNI, bardzo mi się podobal film. Robią chyba 4. Ale najlepsze jest to ze w Narni nie ma świątyń lwa Aslana, nie ma biskupów, księży, inkwizycji strzegącej czystości doktryny.
        Warto ten film pokazać dzieciom, aby wiedziały, że są chrześcijanie, dla których idealnym światem, swoistą arkadią, jest kraj wolny od chciwych, pazernych i okrutnych kapłanów…..
        Pozdrawiam serdecznie

  5. laudate44 Says:

    Elizo, dziękuję, bardzo pięknie podsumowałaś Narnię-Arkadię, mnie w swoim czasie też ta książka urzekła.
    Ukłony dla córki, szykuję akurat coś bliskiego jej zainteresowań, zapraszam za parę dni do lektury 🙂
    Jutro znowu goście, nie wiem czy się wyrobię…
    A po nalewkę być może zgłosze się przy następnej okazji. Tylko nie pomyśl sobie, że jestem pijakiem 🙂
    W miastach Belgii jeszcze tyle do obejrzenia. I tyle do opisania, że nie-do-opisania.
    Pozdrawiam

  6. Hirundo Says:

    Tetryk wyruszył na weekend, ja po drugiej stronie Śnieżnika niż Twoja ulubiona rozważałam dylemat, czy może wybrać by się na grzyby. Ty poszedłeś na maxa i po prostu śmiało wyprawiłeś się na lwy. Nie mogę sobie odmówić, więc odwołam się do klasyków takich wypadów:

    na lwy by – na gorący czarny ląd
    na lwy by – gdyby nieco bliżej stąd
    właśnie, wziąłby człowiek amunicję
    eksportową śliwowicję
    drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
    „przedsięwzięto ekspedycję”
    na lwy by – patrzysz samiec, więc go trach
    a tu lwica – tonie w łzach
    robi nam się strasznie głupio
    bo ten lew już chyba trupio
    więc czyby nie lepiej już na ryby
    lub na grzyby
    albo na ryby
    w każdym razie nie na lwy by
    a może na ryby w grzybach, duszone.

    Ponieważ w komentarzach padła deklaracja dotycząca nalewki wiśniowej i jeszcze bardziej przeprocentowanej whisky, napomknienie o swojskiej śliwowicji wprost rozgrzewa podniebienie 🙂

    W Twojej opowieści pięknie splotły się ciekawostki o „lwiej” Wenecji z twórczością Durera, który w onej Wenecji bywał oraz z legendą św. Hieronima, który inspirował Mistrza. W grafice „Św. Hieronim w swojej celi” lew nie jest już miniaturową maskotką. Zajmuje pierwszy plan, jak przystało na króla zwierząt i wiernego przyjaciela twórcy Wulgaty. Między innymi ten alegoryczny miedzioryt Durera przyczynił się do jego sławy jednego z najwybitniejszych rytowników renesansowej Europy. Dzięki, Laudate, że Cię naszła nieodparta chęć, by na lwy się wybrać z klawiaturą 🙂
    lew durer

    http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:D%C3%BCrer-Hieronymus-im-Geh%C3%A4us.jpg&filetimestamp=20111017214243

    • laudate44 Says:

      Dziękuję Hirundo
      – za wirtualną śliwowicę
      – za wierszyk na lwy by
      – za rycinę Durera, której chyba wcześniej nie widziałem.
      W pracowni Hieronima nastrój skupienia i bezpieczeństwa. Lew śni o czymś przyjemnym. To prawdziwy lew salonowy!
      I jakie wypielęgnowane ma pazurki! 🙂

  7. Hirundo Says:

    Laudate – Starsi Panowie (dwaj) utrwalili czułą nazwę „śliwowic-j-a”. Może powstała ze skojarzenia z delicją? Dla miłośników SP to niemal znak rozpoznawczy. Tak więc masz u mnie jakąś znakomitą śliwowic-j-ę. Może Łącką, może krzepką pejsachówkę – znakomitą podają w Arielu na krakowskim Kazimierzu… pomarzyć dobra rzecz 🙂

  8. laudate44 Says:

    Wychodząc naprzeciw Waszym oczekiwaniom, aby pisać o czymś innym niż bieżąca polityka (zalatująca ostatnio prosektorium) zapowiadam nowy tekst, którego lwia część będzie dotyczyć dawnego malarstwa.
    Wodowanie około północy, kapitan statku pochodzi z Niderlandów i ma na imię Jan 🙂

    • wiedźma Says:

      Witaj ! To piękna zapowiedź … Jan van Eyck…. dawno temu , w Dreźnie widziałam jego niewielki obraz, urzekł mnie precyzją, a i uroda niezwykłą. Warto czekac 🙂

    • Tetryk56 Says:

      Już szykuję szampana i magiczną formułę „płyn po morzach i oceanach…”

      • laudate44 Says:

        Ojej, teraz nie wypada się wycofać do suchego doku 🙂
        Niech się zatem dzieje wola Posejdona…

  9. Wenecjanie w NG | Laudate Says:

    […] a jego obraz przedstawiający św. Hieronima pojawił się na tym blogu przy okazji omawiania lwiej obecności w legendach. Skoro lew to Wenecja a skoro Wenecja to jej skąpane w słońcu, nieco frywolne […]

  10. Lizbońskie smakowanie | Laudate Says:

    […] Sztuki Dawnej przedstawia świętego Hieronima, tego samego o którym wspominałem w tekście Powtórka z lwa. Hieronim często przedstawiany jest w towarzystwie oswojonego lwa, za tło często ma odludny […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: