Adoracja berlińska

Jeśli chodzi o piosenki, mam podobnie jak inżynier Mamoń: podobają mi się głównie te, które już słyszałem. Ze sztuką wizualną jest inaczej, oglądanie dzieła widzianego już wcześniej albo znanego z reprodukcji daje satysfakcję, często łączy się to z radością podróżnika, który lubi powiedzieć sobie „o, nareszcie/znowu tu jestem”. Zupełnie innym doznaniem jest zetknięcie się z obrazem, rzeźbą czy budowlą, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia i dopiero w obliczu jej urody spływa na nas olśnienie, że to jednak rzecz wartościowa, taka miła niespodzianka, że warto było i tak dalej. Na przyjemność estetyczną nakłada się satysfakcja odkrywcy, nawet jeśli wartość odkrycia jest pozorna i wynika tylko z braku dostatecznej wiedzy.

Po obejrzeniu części eksponatów galerii malarstwa w Berlinie mogę się przyznać do jednego i drugiego: wielu tamtejszych obrazów nie znałem, o innych miałem pojęcie mgliste a jeszcze inne powaliły mnie doskonałością techniczną, potwierdzając żelazną prawdę, że żadna reprodukcja nie zastąpi oryginału. Oferta berlińskiej Gemäldegalerie jest ogromna, sam spis nazwisk (Wielkich Nazwisk) przekracza możliwości blogo-pisania, dlatego skupię się na kilku obrazach, które mnie najbardziej zaskoczyły, zachwyciły i zainspirowały.

Portret Hieronymusa Holzschuhera – Albrecht Dürer

Wcześniej w stolicy Niemiec nie byłem, poleciałem tam właściwie dla jednego obrazu, o którym czytałem parę lat temu. Dojdę do niego za chwilę, tymczasem stoję przed obrazami Albrechta Dürera i oczu nie mogę oderwać od dwu portretów, tak realistycznych, że chce się całkiem serio zapytać, czy malarz korzystał z fotoszopa czy, co bardziej prawdopodobne, wszedł w konszachty z czartem. Każda zmarszczka, każdy włos obfitego zarostu i futrzanego kołnierza Herr Hieronymusa Holzschuhera namalowany jest z osobna, skóra twarzy, pozornie jednolita, mieni się pięćdziesięcioma odcieniami różu, a wielkie oczy patrzą cokolwiek złowrogo. Lepiej nie podchodzić zbyt blisko do obrazu a jeśli już, to od lewej strony. Z jednakową perfekcją namalowany jest portret Jakoba Muffela.

Gdybym był młodszy, mógłbym pod wpływem nagłego wrażenia dokonać przed tymi portretami czegoś w rodzaju wyznania wiary. Wyszeptałbym na przykład, że „nie ma mistrza nad Abrechta, bo on ci jest jeden i niedościgniony” albo polecieć wieszczem i wydeklamować „było portrecistów wielu, ale wszyscy siadają przy Düreru”. Jednak nie. Jako człowiek stateczny powstrzymałem się od egzaltacji, choć widzicie, z jakim trudem mi to przychodzi. Nie mam takiego opanowania jak inżynier Mamoń. Poza tym kilka minut wcześniej widziałem dwa obrazy innego arcymistrza – Konrada Witza. Przed jednym z nich, widząc misterny tłoczony wzór na złocistej tapecie, fantazyjnie udrapowany płaszcz króla i pochyloną sylwetkę królowej, niemal na kolana padłem.


Król Salomon i królowa Saba – Konrad Witz

Strojne szaty, kapelusz z szerokim rondem oraz cała kompozycja oparta na silnych kontrastach przywodzi na myśl malarstwo japońskie. To skojarzenie całkowicie osobiste, nie ma podstaw przypuszczać, aby urodzony na początku XV wieku Konrad Witz domyślał się w ogóle istnienia Japonii. Tamtejsza moda też więc musiała być mu nieznana, warto jednak zwrócić uwagę na oryginalność tego dzieła. Po drugiej stronie Alp, w państwach-miastach Italii sztuka nadal podlegała wpływom bizantyjskim, u Witza nie ma ich wcale.

Niewiele wiadomo o tym artyście, do naszych czasów zachowała się zaledwie garstka jego prac. Głównie są to fragmenty ołtarzy malowanych dla kościołów na terenie obecnej Szwajcarii. Chyba najbardziej znanym, częściowo z racji znaczenia dla rozwoju malarstwa, jest znajdujący się w Genewie „Cudowny połów ryb”. Uznaje się go za pierwszy europejski obraz, na którym scena biblijna rozgrywa się nie w wyimaginowanej Galilei lecz nad brzegiem znanego pierwszym odbiorcom dzieła jeziora Genewskiego, z widocznymi w oddali szczytami Alp. Późniejsi twórcy chętnie korzystali z tego patentu, co łatwo dostrzec choćby na obrazach prymitywistów flamandzkich, pełnych zamglonych widoczków malowanych z natury gdzieś w okolicach Bruggi czy Gandawy. Solidną reprezentację tamtejszego malarstwa można spotkać w berlińskiej galerii, ale to temat na osobną dysertację. Powiedzieć, bez zagłębiania się w szczegóły, że na niewielkiej powierzchni zgromadzono dzieła Hugo van der Goesa, Rogiera van der Weydena, Hansa Memlinga, Petrusa Christusa i Jana van Eycka, to tak jakby nic nie powiedzieć. Niech jednak ta lista znakomitości będzie zachętą do odwiedzenia Gemäldegalerie. Berlin leży tylko 70 km od granicy Polski.

Zaskoczyła mnie „Madonna w kościele” – znałem ją z reprodukcji. Pisząc o van Eycku, wielokrotnie podziwiałem ją w książkach i na monitorze. Nie zwróciłem nigdy uwagi na wymiary oryginału. Dopiero podczas zwiedzania przekonałem się jakie to maleństwo. Obrazek 14 X 31 cm, nieznacznie większy od przewodnika, który nabyłem w muzealnej księgarni w żadnym jednak razie nie rozczarował. Na niewielkiej przestrzeni Jan van Eyck stworzył dzieło o pomysłowej kompozycji i bezbłędnej perspektywie; pełne delikatnego światła i ciepłych barw. Madonna jest radosna i powabna. Doświadczenie miniaturzysty bardzo się tu artyście przydało.

W kolejnej sali trafiłem na prawdziwego giganta, tak pod względem gabarytów (147 X 242 cm) jak i malarskiej zawartości. W „Adoracji dzieciątka” zwanej też „Ołtarzem z Monforte” Hugo van der Goes dał popis swoich możliwości. We Florencji widziałem jego „Tryptyk Portinarich”, ale obraz berliński, będący środkowym panelem ołtarzowym (boczne zaginęły) sprawił mi więcej przyjemności. Począwszy od skałek i roślin w prawej dolnej części obrazu aż po zielone dęby na odległych wzgórzach wszystkie detale namalowane są z wielką dbałością i realizmem. W scenie adoracji bierze udział kilkanaście postaci rozmieszczonych na kilku planach, (brodacz na drugim planie z piórkiem u kapelusza to podobno sam van Goes), prócz ludzi występują zwierzęta duże (konie) oraz małe (wiewiórka), ważną rolę kompozycyjną pełni architektura, dzięki niej artysta uzyskał efekt głębi. Precyzja rysunku, rozplanowanie kolorystyczne, perspektywa powietrzna i setka innych zabiegów dopełniają wrażenia iluzji. Zatem kolejny mistrz, przed którym padłbym na kolana, gdyby nie to, że inni już tam klęczeli a ich płaszcze daleko lepsze od mojego. Dlatego na ławce usiadłem pośrodku sali i na dzieło flamandzkiego iluzjonisty patrzyłem, nawet nie umiem przypomnieć sobie, co było na pozostałych ścianach porozwieszane.

I tak, wspomniawszy po drodze Florencję dotarłem do obrazu, dla którego do Berlina pielgrzymowałem. Pielgrzymka o tyle nietypowa, że większość trasy pokonałem w fotelu samolotu a pod samą galerię z Alexander Platz podjechałem rykszą. Pan kierowca nie przestając pedałować objaśniał co ciekawsze punkty w topografii miasta i dzięki temu wiem, że na placu budowy rozciągającym się pomiędzy katedrą a czerwonym ratuszem powstaje pałac królewski. Kiedyś już w tym miejscu stał, był dumą Berlina i siedzibą władz pruskich, ale w 1951 roku komuniści zburzyli go i postawili tam siedzibę parlamentu. Kiedy komunizm upadł, sowieckie gmaszysko zburzono, żeby znowu zrobić miejsce pod pałac. Spodobał mi się ten niemiecki upór, to dosłowne „stawianie na swoim” ale wróćmy do sali wystawowej i renesansu. W dziale „malarstwo włoskie od XIII do XVI wieku” odnalazłem obraz, o którym pisałem dwa lata temu, kiedy śledziłem losy artystów florenckich. Już wtedy zachciało mi się go trochę poadorować. Udało się.

„Adoracja Dzieciątka w lesie”, jedno z najlepszych dzieł Filippo Lippiego LINK powstała w połowie XV wieku. Stylistycznie odległy od ówczesnych standardów i tajemniczy obraz zamówił opiekun i dobroczyńca niesfornego malarza – Cosimo Medici. Przez wiele lat „Adoracja…” zajmowała centralne miejsce w prywatnej kaplicy w pałacu Medicich, następnie malowidło zostało sprzedane kolekcjonerom pruskim. Scena z nagim bezbronnym Jezuskiem, gdzie oprócz Madonny pokazany jest młodziutki Jan Chrzciciel i św. Bernard rozgrywa się w gęstym lesie pełnym cieni, dzikich roślin, poskręcanych gałęzi. Okoliczności tego wydarzenia bardziej przypominają scenografię filmu o Harrym Potterze niż stajenkę w Betlejem. Nie natrafiłem nigdzie na wyjaśnienie, dlaczego Lippi tak to namalował. Zresztą wystarcza mi, że namalował dobrze a nawet celująco.

Podczas II Wojny Światowej „Adoracja..” była ukrywana w bunkrze przeciwlotniczym. Tuż przed kapitulacją Berlina, wraz z innymi cennymi dziełami sztuki została przewieziona do nieczynnej kopalni potasu w miejscowości Merkers. Po zakończeniu wojny obrazami „zaopiekowali się” Amerykanie, którzy wiele z nich zabrali za ocean. Po kilku latach dzieło Lippiego wróciło do Berlina. No i dobrze, do Ameryki trochę daleko.

Reklamy

Tagi: , , , , , ,

Komentarzy 12 to “Adoracja berlińska”

  1. laudate44 Says:

    Link do „Adoracji…” van der Goesa w lepszej rozdzielczości. Różnica ogromna.

  2. Tetryk56 Says:

    Faktem jest, że poza Dürerem i Lippim prezentowani tu twórcy – zwłaszcza Witz – nie do kończ sobie radzą z twarzami. Wobec maestrii przedstawienia tkanin twarz króla Salomona przypomina karykaturę Jasia Fasoli 😉 Również twarz Madonny w Kościele nie powala, a proporcje między nią i Jezuskiem są kompletnie zaburzone. W „Adoracji dzieciątka” jest dużo lepiej – acz i tu głowy dwóch wyrostków sugerują wątpliwość: czy artysta odpuścił, czy sportretował lekko upośledzonych bliźniaków?
    Precyzja pozostałych twarzy sprawia, że głosowałbym za tą drugą opcją.

    • laudate44 Says:

      Oj tam. Oceniając w ten sposób to można powiedzieć, że portrecista Durer kompletnie nie radził sobie z tłem. Takie nijakie, prawda?
      Wypada przywyknąć, że obrazy średniowiecza mają trochę niedoskonałości, to w moim mniemaniu stanowi o ich atrakcyjności. jak będę chciał oglądać ładne i proporcjonalne ciała, włączę sobie hollywodzki serial!
      Twórcom dzieł religijnych nie zawsze zależało na rysunkowej poprawności, woleli naginać proporcje dla uzyskania oczekiwanego efektu. Obecne filmy fabularne też nie trzymają „rzeczywistości”, upraszczają sytuacje i oszukują widzów a mimo to są oglądane.

      Ja przywykłem to tych „usterek” – koślawych nóżek, wydłużonych korpusów i źle namalowanych twarzy – bez nich czułbym się trochę nieswojo, wszak to średniowiecze, cóż wymagać?
      A o upośledzonych bliźniakach lepiej nie wspominaj, bo mnie sprowokujesz do zabrania głosu na tematy polityczne 🙂

      • Eva70 Says:

        Przypomniał mi się wykład prof. Samsonowicza, o sztuce średniowiecznej sprzed wielu, wielu lat, podczas którego wyświetlał on slajdy nam, studentom II roku Wydziału Historycznego (w owych czasach taka prezentacja rzadko się zdarzała i pewnie dlatego to zapamiętałam). Jeden z tych slajdów prezentował rzeźbę kobiety o pyzatej twarzy, która – moim zdaniem – była bez wyrazu, tymczasem Profesor – ku mojemu zdumieniu – rzekł: proszę zwrócić uwagę, jaki rozpustny wyraz twarzy ma ta Ewa. Pomyślałam wówczas, że tylko męskie oko mogło wypatrzeć ten rozpustny wyraz, ale z czasem dotarło do mnie, że trzeba mieć głębszą wiedzę, niż ja wtedy miałam, żeby rozumieć intencje twórcy tak odległej epoki.
        Przy okazji chcę złożyć Gospodarzowi serdeczne życzenia świąteczne i jeszcze serdeczniejsze podziękowanie za Jego piękny blog, dzięki któremu mogę bywać w miejscach, w których nie byłam i których zapewne już nie odwiedzę. Jeśli chodzi o Berlin, to byłam krótko w l. 60. ubiegłego wieku tylko w Berlinie Wschodnim i zwiedziłam jedynie Muzeum Pergamońskie.

      • laudate44 Says:

        Evo, dziękuje za odwiedziny, dawno Cię tu nie było. Zwróciłaś uwagę na ciekawy i chyba najważniejszy aspekt obcowania ze sztuką (nie tylko z obrazami, także z muzyką) – po tym jak odbieramy dzieło, poznajemy swoją dojrzałość. Porównywanie swoich dawnych i obecnych wrażeń może być nie tylko miernikiem, lecz ciekawym doświadczeniem osobistym. Dostrzeganie na obrazie czegoś, czego dawniej nie widzieliśmy przekonuje nas, że nie stoimy w miejscu. Zatem warto zerkać w to lustro 🙂
        Pozdrawiam

  3. guciamal Says:

    A ja nawet z piosenkami mam podobnie, jak Ty z obrazami. Generalnie podobają mi się niektóre z tych, które już mam osłuchane, ale i tu zdarzają się takie odkrycia jak w malarstwie. Słyszę pierwszy raz i już wiem, że to jest właśnie to- olśnienie. Tak a propos tego stwierdzenia przypomniał mi się fragment z Prousta -nie wiem, czy mi się zmieści 🙂
    „Ale często, jeśli chodzi o muzykę dość trudną, której słuchamy pierwszy raz, nie rozumiemy nic. Mimo to, kiedy później przegrano mi parę razy tę sonatę [Vinteuila] spostrzegłem, że znam ją doskonale. Toteż słusznie się mówi: „słyszeć pierwszy raz”. Gdybyśmy naprawdę, tak jak przypuszczaliśmy, nic nie podchwycili za pierwszym razem, drugi i trzeci raz byłby znowuż pierwszym i nie byłoby racji, abyśmy coś rozumieli za dziesiątym. Jeżeli czegoś nam brak za pierwszym razem, to prawdopodobnie nie zrozumienia, lecz pamięci. Bo w stosunku do złożoności wrażeń, z jakimi pamięć musi się zmierzyć, gdy słuchamy, pamięć ucha jest znikoma, krótka, jak pamięć człowieka, który śpi, myśli tysiąc rzeczy po to, aby je natychmiast zapomnieć, lub człowieka wpółzdziecinniałego, który po minucie nie przypomina sobie tego, co musi się powiedziało dopiero co. Pamięć nasza nie jest zdolna dostarczyć nam natychmiast wspomnienia różnorodnych wrażeń. ..” Naprawdę pojechałeś dla jednego obrazu? Jakże mnie to raduje, bo potwierdza, iż moje wariactwo wybierania celu podróży pod kątem oglądania obrazów nie jest takim znowu wariactwem 🙂

    • laudate44 Says:

      Proust się zmieścił, cytat bardzo interesujący, przeczytam go za chwilę jeszcze nie raz, bo „pamięć jest krótka” 🙂
      Teza o pielgrzymowaniu do jednego obrazu jest lekko naciągana, bo wybierając się do wspomnianej galerii liczyłem, że obejrzę obrazy wielu Mistrzów. Prawdą jednak jest, że poleciałem do B. głównie dla malarstwa, a ten Lippi chodził mi po głowie od dawna. Wiedziałem, że przyjdzie taki dzień, kiedy stanę sobie przed „Adoracją…” i popatrzę na mroczny las betlejemski i Jezuska leżącego na ściółce 🙂
      Pozdrawiam
      PS. Nawet jeśli podróże e poszukiwaniu dzieł malarskich sa wariactwem, to z pewnością jest to wariactwo najmniej szkodliwe.

  4. Wiedźma Says:

    Chyb a Cię rozumiem… inną formą ” podróży” dla obrazu ” jest szczególne zapamiętanie jakiegoś jednego dzieła, mimo że w galerii są tych dzieł ilości wielkie 🙂
    Takie rozumienie podróży powstało we mnie po wizycie, lata temu, w Zwingerze…. a tam wielkich dzieł też niemało.
    Każdy z nas ” patrzy inaczej” 🙂 i pewnie dlatego Tetryk widzi po pierwsze te ” niedoskonałości ”
    ?

    • Tetryk56 Says:

      Dlaczego „po pierwsze”? Nie ukrywam, że każdy z tych obrazów zawiera coś (jeśli nie całość) godnego podziwiania. Ale komentarz w stylu „tak, Autorze, to co nam pokazałeś jest zachwycające” nie wnosi wiele do rozmowy… Autor pokazał nam dzieła godne uwagi – ja zwróciłem tylko uwagę na ich mniej istotne braki, które dziwią (mnie) w kontraście z maestrią oddania innych szczegółów 🙂

      • laudate44 Says:

        No proszę, jak elegancko Tetryk się wywinął. Obserwacje obyczajów mazurskich węgorzy okazują się bardzo przydatne 🙂
        A bardziej serio – Twoje uwagi, całkiem uprawnione, dały mi nowy impuls do rozważań o malarstwie średniowiecza. Akurat mam jeden obraz do omówienia – będzie jak znalazł…

    • laudate44 Says:

      Wiedźmo, mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Gdybyś napisała, że nie rozumiesz – popadłbym w jesienną depresję, (za oknem wiosenne słońce) 🙂
      „Podróżowanie do obrazu” zabrzmiało jak metafora. Zdanie ujęte w cudzysłów otwiera całkiem nowe pole do dociekań, zwraca uwagę, że zwyczajne przypominanie sobie obrazu tez jest swego rodzaju „podróżą”. Przy okazji można się zastanowić, dlaczego akurat TEN obraz spośród wielu pozostaje w pamięci. Wisi ich na ścianach tysiące, a ten jeden zostaje w głowie… Przecież nie zawsze jest to obraz wybitny, taki o którym piszą w przewodnikach.
      Pozdrawiam

  5. Lizbońskie smakowanie | Laudate Says:

    […] sukcesu. Nad jego biegłością warsztatową już się rozpływałem przy okazji odwiedzin w berlińskiej Gemäldegalerie. Być może wspominałem o Dürerze w tekstach o artystach weneckich, którzy początkowo nieufnie […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: