Posts Tagged ‘historia’

Innuici i ci inni

29 marca 2018

Miał tu być kolejny odcinek relacji z Rzymu, ale uznałem, że opowieść o Innuitach lepiej pasuje do okoliczności.
Tekst powstał ponad dwa lata temu, był drukowany w antologii „Przewodnik po zaminowanym terenie”.

* * *
Misjonarze, którzy do nich podążali, nie dość dobrze
zabezpieczyli się przed zimnem i kolejno wymierali w drodze. Ich ciała
kryje wieczna zmarzlina, dusze uleciały pod postacią Aurora Borealis.
Żaden innuicki prorok nie zdołał ocalić głosicieli Dobrej Nowiny.
Żadnemu nie udało się nakazać ujemnej temperaturze,
żeby się cudownie podwyższyła. Zdaje się zresztą,
że żaden nie próbował. Zatem Innuici też.

Oni też, ale przed wszystkimi zapiekli heretycy,
Manichejczycy, krnąbrni Katarzy i wyznawcy Husa,
któremu stos niewątpliwie się należał;
za nimi Mahometanie bijący pokłony do czegoś,
na co w prawdziwym niebie miejsca nie ma.

Potem na łyso ogoleni mnisi, którym w oczy zagląda buddyjska pustka,
zaraz za nimi czciciele Słońca, Druidzi i pijący piwo
szydercy z durszlakami na głowach, następnie
– to oczywiste – Henryk VIII i jego psy gończe z Cromwellem na czele.
Ze współczesnych błazny YouTube’a:  George Carlin,
Christopher Hitchens, Richard Dawkins
oraz pomniejsze lewackie ścierwo. Oni wszyscy.

Razem jakieś 7 miliardów.
Bez 2,2 miliarda tych, którzy wybrali właściwie i będą śpiewać Hosanna.
Więc tym od Hosanny nic nie grozi. Nadal pozostaje 4,8 miliarda
potencjalnych mieszkańców piekła. Do nich dodajmy
niewyobrażalną rzeszę nieszczęśników
urodzonych zbyt wcześnie lub zbyt daleko.
Innuitów i innych.

Ci inni: śmieszni hutnicy z epoki brązu, wynalazcy
kościanych szydeł i kamiennego radła. Całe pokolenia homo sapiens,
które nie zaczekały na pojawienie się długowłosego Żyda
ze śladami po gwoździach na dłoniach i stopach. Zupełnie nierozważnie
porodzili się wcześniej i wcześniej pomarli.
Będą mieć za swoje.

Albo ci, którzy zamiast szukać wody życia,
szwendają się po pustyniach, w dżunglach
kołyszą się między małpami, hodują krowy,
dziurawią nosy, na uszach wieszają ciężarki,
malują ciała kolorową gliną, albo
szyją buty ze skór reniferów. Ośmielają się wierzyć
w moc lwa, wieloryba, bałwanów lub zorzy polarnej.

Zorza – mówią Innuici – to taniec zmarłych. W jej obecności
nie wolno gwizdać, bo to irytuje tańczących. Wybici
z rytmu pradziadkowie mogą się rozgniewać i jednym
pociągnięciem świetlistego miecza obciąć psotnikowi głowę.
Zatem Innuici też.
(Akurat im się należy za wpajanie dzieciom
poczucia winy. Ze strachu przed zorzą
innuickie dzieciaki sikają w grube majtki)

Nie musicie schodzić z sanek, ściągać futrzanych czapek,
wyprzęgać psów, nie ma konieczności
byście odkładali wiosła, wysiadali ze swoich zwinnych łodzi.
Jakby nigdy nic oprawiajcie foki, odcinajcie rybom głowy,
zbierajcie paszę dla reniferów. Pod pokładami wiecznego lodu
już żarzą się dla was ogniska.
Spisane są czyny i rozmowy. Trójkątne oko
uzurpatora już na was patrzy.

Mirosław Drabczyk

Reklamy

Pod Anielskim Skrzydłem

31 sierpnia 2014

Bywałem w tej sali wcześniej, z pewnością więcej niż raz, być może na ten obraz też patrzyłem, musiało to jednak być patrzenie „nie widzące”, bo żaden ślad w pamięci nie został, najprawdopodobniej potraktowałem go jako kolejny przykład średniowiecznej propagandy, do której zdołałem już przywyknąć, ale ciągle nie potrafię się nią zachwycać. Patrzenie na niezliczone wersje adoracji, ostatnich wieczerzy, ukrzyżowań, zmartwychwstań i wniebowstąpień powoduje po pewnym czasie otępienie, dlatego zdarza mi się omiatać wzrokiem niektóre partie ekspozycji i wędrować do obrazów bardziej znanych, albo w jakiś sposób odmiennych czy zaskakujących. Po sąsiedzku znajduje się „Chrzest Chrystusa” Piero della Francesca – dzieło wybitne, jeden z ulubionych obrazów Zbigniewa Herberta. W tym samym rewirze znajdują się majestatyczne malowidła Duccia i mniej docenianego Nardo di Cione. Ciągnie mnie też przed drewniane panele ołtarzowe, które dzięki wysmakowanym proporcjom i strzelistym zwieńczeniom wyglądają jak miniaturowe zamki. Oczywiście zamki gotyckie, bo cały czas krążę po salach ze sztuką średniowiecza. Lubię przystawać przed tymi ołtarzami, nie przeszkadza mi, że są „wyjęte z kontekstu” i że zamiast w zacienionym wnętrzu kościoła oglądam je na muzealnej ścianie. Dzięki takiej ekspozycji można pozaglądać z boku na podniszczone drewno, podpatrzeć jak zmyślnie łączono poszczególne listewki i panele. Przyznam, że w wielu przypadkach obramowanie zdobione delikatnym motywem roślinnym jest ciekawsze od zawartości malarskiej. Porządnych stolarzy, snycerzy i złotników mieli w średniowieczu.

Mieli też malarzy. Właśnie dla jednego malarskiego arcydzieła, na którego opisy i reprodukcje trafiłem przy okazji zbierania informacji o malarstwie miniaturowym przyjechałem do Londynu. Bo to ta sama epoka i ta sama szkoła, którą późniejsi badacze nazwali gotykiem międzynarodowym. Dyptyk Wiltona – bo nim mowa – podobnie jak „godzinki” braci Limburg reprezentują malarstwo dworskie z końca XIV wieku. Brak silnego ośrodka władzy i rozproszenie bogatych dworów po Europie powodowało, że żaden styl nie był wówczas dominujący. Artyści podróżując od dworu do dworu nadążali za modą i malowali podobnie, niewykluczone, że wzajemnie się imitowali – stąd w określeniu ówczesnego stylu przymiotnik „międzynarodowy”. W Polsce zachowało się z tamtego okresu niewiele, najbardziej znanym przykładem jest pełna łagodności i pogody rzeźba „Madonny z Krużlowej”.
Ale wróćmy do Dyptyku Wiltona – autor malowidła jest nieznany, nie wiadomo nawet jakiej był narodowości, nazwa pochodzi od tego, że obraz zanim został zakupiony przez NG przez długie lata był własnością rodziny Wilton. Wiedziałem, gdzie znajdę obraz. Tego odważnego nagromadzenia błękitu i złota nie mógłbym już przeoczyć. Jednak kiedy już wszedłem do sali, wpadłem w konsternację. „Mojego” obrazu na ścianach nie było. Zupełnie zapomniałem, że dzieło oprócz awersu ma też rewers a więc jest trójwymiarowe. Szklana gablota stoi na samym środku sali, w niej zamknięty biały jelonek, święci w bogatych szatach, Madonna z Dzieciątkiem, Anioły i sześćset lat malarstwa.

Rewers, czyli zewnętrzna, „okładkowa” część dyptyku:

Dyptyk jest nazwą mylącą, bo dwa obustronnie zamalowane panele dają razem cztery osobne pola. Obraz malowany na deskach z dębu pozyskanego nad Bałtykiem służył celom dewocyjnym. Wyposażony w zawiasy po zamknięciu mógł być przewożony i rozkładany jako przenośny ołtarzyk. Dyptyk Wiltona powstał w 1390 roku (to akurat łatwo ustalić przy użyciu nowoczesnych metod badawczych) najprawdopodobniej zamówił go angielski król Ryszard II, który w tym czasie zasiadał na tronie.

Ryszard II ukazany jest z profilu w pozie klęczącej. Z tym królem związana jest symbolika występująca zarówno w awersie jak i rewersie. Przede wszystkim biały jeleń, ukazany w prawym skrzydle rewersu, na ozdobnym płaszczu królewskim, w który odziany jest monarcha, i na aplikacjach szat aniołów. Natomiast zamieszczony na rewersie herb, jest herbem Ryszarda II jako króla Anglii.
Święci: Edmund, Edward Wyznawca oraz Jan Chrzciciel mają silny związek z Ryszardem II. Edmund trzyma w rękach strzałę – narzędzie jego męczeńskiej śmierci. Edward Wyznawca trzyma pierścień, nawiązujący do legendy, w której Edward napotkał przebranego za żebraka św. Jana Ewangelistę; król nie mając żadnego majątku ofiarował mu swój królewski pierścień. Wszyscy trzej święci są patronami Anglii, stąd umieszczenie ich potęguje sakralny wymiar Królestwa Anglii. (Wikipedia)

Awers – zasadnicza, dewocyjna część dzieła:

Przyjrzyjmy się części głównej dyptyku: król klęczy przed Madonną trzymającą Dzieciątko. Chociaż boskie postacie umieszczone są na drugim panelu monarcha utrzymuje z nimi kontakt wzrokowy. Artysta nadał scenie formę dynamiczną – Dzieciątko wyraźnie lgnie do króla Ryszarda. W przeciwieństwie do Madonny, która zachowuje stoicki spokój, urodziwe złotowłose Anioły zdają się być poruszone obecnością króla i świętych. Anielskie błękitne płaszcze oraz miękko pofałdowana szata Madonny wypełniają większą część prawej strony dyptyku. Ponad ten skondensowany błękit (lapis lazuli?) wzbija pionowo równy rząd anielskich skrzydeł. Ich mocny zarys na złotym tle przypomina ustawione na sztorc kosy kościuszkowców. Cały ten panel zdominowany jest przez dwa kolory, które jak wiadomo zawsze dobrze ze sobą współpracują: niebieski i złoty. Kolory nieba. Wielobarwny dywan kwiatowy pod stopami poświadcza, że scena rozgrywa się w raju. Warto zwrócić uwagę, że tło obu tych części dyptyku tworzą misternie powiązane wzory geometryczne. Nie zostały namalowane lecz wytłoczone maleńką matrycą w złocie. Trudno powiedzieć, czy delikatne dekoracje na królewskim płaszczu – zauważmy tam powtarzający się motyw siedzącego jelenia – również wykonano tą techniką. I co w takim razie z bujnymi pawimi ogonami zdobiącymi płaszcz króla Edmunda, (później ogłoszonego świętym stąd korona i aureola razem) – czy je też wykonano przy użyciu stempla czy jednak namalowano? I dlaczego szaty aniołów zdobią emblematy królewskie? Owszem takie „oznakowanie” mieszkańców raju podkreślało związek Ryszarda II z niebiańską arystokracją, ale czy nie uznano tego za nadużycie? Albo dlaczego Madonna trzyma Jezuska za stopę? Bo to raczej nie przypadek.
Zagadek jest więcej. Na tym polega urok sztuki średniowiecznej, w której oczywista symbolika miesza się z aluzyjnością i tajemniczością, a rozwiązania formalne zaskakują śmiałością i pomysłowością. Rząd pionowo wzniesionych anielskich skrzydeł tnących złotą siateczkę śni mi się po nocach.

(tu zdjęcie obrazu w wysokiej rozdzielczości)

Stary pałac letnią nocą

29 grudnia 2013

Po ekskluzywnych wycieczkach do budowli sakralnych, kilka słów należy się obiektowi cywilnemu. Takiemu, który stoi na najważniejszym, odwiedzanym przez miliony turystów placu w mieście. Palazzo Vecchio ze swoją charakterystyczną wieżą jest znakiem rozpoznawczym Florencji, znajduje się w najchętniej odwiedzanym miejscu, w otoczeniu dzieł sztuki najwyższej klasy, o dwa kroki od Galerii Uffizi.
Musiało być już dobrze po 10 wieczorem, kiedy przekroczyłem próg pałacu. Najpierw znalazłem się w ogromnej, bogato zdobionej sieni z łukowymi sklepieniami podtrzymywanymi przez masywne kolumny i z fontanną pośrodku, potem zakupiwszy bilet zapuściłem się w ciąg komnat umieszczonych na piętrach.
Pałac jest ikoną włoskiej architektury renesansowej, choć jego geneza sięga czasów znacznie wcześniejszych. Zbudowano go na początku XIV wieku nadając mu kształt romańskiej fortecy. Przez wieki służył jako siedziba władz republiki a potem księstwa Toskanii. U początków nosił nazwę Palazzo della Signoria, ponieważ urzędowali w nim wybierani na kolejne kadencje przedstawiciele bogatych rodów florenckich czyli signorii. W połowie wieku XVI, gdy rozrastająca się administracja Księstwa Toskanii przeniosła się do innych budynków nazwano go Starym Pałacem.

stół ogrodowy 486

W tym samym czasie książę Cosimo I zlecił przeprowadzenie gruntownego remontu pałacowych wnętrz. Zatem obecny ich wygląd zawdzięczamy Vasariemu, który przebudowę projektował i wykonał większość malowideł ściennych. Podobno pod jednym z nich znajdującym siew Wielkiej Sali (Sala Grande) zachował sie fresk wykonany wcześniej przez Leonarda da Vinci. Nic pewnego o nim nie wiadomo, trwają żmudne badania…
Zwiedzający mają szansę obejrzeć apartamenty księcia Cosimo I oraz sale noszące imię papieża Leona X. Wśród malunków nie zabrakło oczywiście portretów przodków: Lorenzo il Magnifico czyli Wawrzyniec Wspaniały raz jedzie na koniu, raz gawędzi z artystami, innym razem pochyla się nad papierami. W ozdobnym kartuszu umieszczono wizerunek założyciela rodu – Giovanniego di Bici. Motywy dekoracji ściennych nawiązują do sztuki antycznej. Wśród roślinnych pnączy, delikatnych jak pędy winorośli, pojawiają się groteskowe maski oraz sceny rodzajowe. Pałac nie był nigdy budowlą sakralną dlatego zamiast madonn, proroków i świętych występują tu roztańczone bachantki, kupidyny i odziane w kolorowe szaty Fauny. Pnącza roślinne jakkolwiek gęste i podkręcone finezyjnie niby sarmackie wąsy bynajmniej nie pną się dziko i bezładnie. Ich kształt i rozmieszczenie rygorystycznie podporządkowane jest kompozycji opartej na symetrii.

DSC02701

Wśród kolorowych i radosnych dekoracji nie mogło zabraknąć akcentu politycznego: tu i ówdzie widzimy motyw sześciu kul należących do herbu Medicich, co nie powinno dziwić zważywszy, kto finansował prace dekoracyjne.

DSC02721

Przez pewien czas w pałacu mieszkał wielki książę Toskanii Cosimo I wraz z małżonką Eleonorą z Toledo. Ich rodzinne apartamenty urządzone są ze smakiem, pośród komnat sypialnych znalazło się miejsce na małą kaplicę dla Eleonory. Możemy podziwiać jej meble i domowe sprzęty. Jednak dla księżnej, która była córką wicekróla Neapolu, wnętrza Palazzo Vecchio musiały wydać się zbyt skromne. Dlatego po kilku latach książęca rodzina przeniosła się na drugą stronę rzeki Arno do pałacu Pittich. Słynny korytarz Vasariego biegnący nad Ponte Vecchio i łączący oba pałace jest konsekwencją tej przeprowadzki. Wspominałem o tym w jednym z dawniejszych wpisów.

Eleonora była córką księcia Alby – wicekróla Neapolu (pozostającego pod dominacją hiszpańską) i w 1539 roku została żoną Cosimo I, zapewniając tym samym wejście rodziny Medicich do arystokracji europejskiej. To ona z pieniędzy wniesionych w posagu odkupiła od Pittich ogromny pałac, zarządziła jego modernizację oraz urządzenie ogrodów. (…) Podczas nieobecności Cosimo I we Florencji pełniła obowiązki regentki.

Mimo, że najcenniejsze przedmioty rodziny Medicich przeniesiono do nowej siedziby, w Starym Pałacu nadal jest co podziwiać. W głównej sieni i na pierwszym piętrze dominują rozkrzyczane, manierystyczne dekoracje ścienne, podłogę pokrywają terakotowe mozaiki, (na niektórych widnieją książęce inicjały). Na wyższych piętrach przybywa oryginalnych mebli i malowideł słynnych florenckich artystów. W salach reprezentacyjnych zdobienia sufitów nabierają barwy złotej, stają się ciężkie i nobliwe. W sali zwanej liliową, tej w której stoi rzeźba Donatella dekorację ścienną stanowią złote florenckie lilijki umieszczone na ciemnoniebieskim tle tkaniny.DSC02735

Pora robi się późna, księżyc zawieszony gdzieś nad San Miniato widoczny jest z pałacowej werandy, dalszy szlak prowadzi galeryjką monumentalnej Sala Grande do pomieszczenia z mapami i globusem. Tam wielki książę Medici zgromadził bezcenne zbiory map geograficznych z XVI wieku. Kolekcja daje pojęcie nie tyle o technikach malarskich, ile o stanie wiedzy ówczesnych kartografów. Mapy przedstawiają wszystkie znane kontynenty ale większość z nich obejmuje kraje europejskie.

Większość z nazw państw pokazanych na mapach z trudem przypomina nazwy obecne, czego przykładem jest niewielka wyspa Hibernia zwana obecnie Irlandią. Na terenie Polski moją uwagę zwróciła obecność miasteczka Goltberg (obecna Złotoryja), przy jednoczesnej nieobecności kilku ważnych obecnie miast (ich nazw z tego powodu nie zapamiętałem) Zupełnym zaskoczeniem była natomiast Bochotnica – znana mi wioska w okolicach Kazimierza Dolnego. Kto ją umieścił na mapie i dlaczego jednocześnie pominął sam Kazimierz?
Autorem wszystkich map był niejaki Ignazio Danti korzystający jeszcze z opracowań wykonanych wg systemu ptolemejskiego. Zapewne także zgodnie z teorią geocentryczną wykonano zwalisty globus stojący na środku pomieszczenia – niestety kontury poszczególnych lądów są na nim już zatarte, trudno ocenić, jak bardzo mylono się przed Kopernikiem.

Palazzo Vecchio to nie tylko dekoracje i ciekawostki, w żadnym razie nie można go sprowadzić do roli obiektu z pocztówki. Co prawda dobór eksponatów muzealnych kieruje uwagę zwiedzających bardziej w sferę estetyki niż polityki, nie można zapominać, że pałac, jako siedziba władz florenckich był świadkiem wielkich wydarzeń politycznych. Tu zapadały decyzje dotyczące kwitnącej gospodarki średniowiecznej Florencji, tu w roku 1433 przeciwnicy Medicich uwięzili Kosmę Starego (Cosimo de Medici) zarzucając mu działania na szkodę Florencji i doprowadzając do wygnania Kosmy z miasta. Z nim do Wenecji odjechał jego kapitał (część kosztowności powierzył na przechowanie mnichom z San Miniato) i wielu pomniejszych bankierów, co z kolei zmusiło florencką Signorię do wycofania oskarżeń. Po roku Kosma i jego pieniądze wrócili do Florencji.

Kolejne wydarzenie miało miejsce w niedzielę wielkanocną roku 1478, kiedy po zabójstwie Giuliano Mediciego dokonanego w katedrze, krwawo zdławiono spisek Pazzich zawiązany przez wrogów Medicich z papieżem Sykstusem IV na czele. Część spiskowców została pojmana właśnie w Palazzo Vecchio i tam natychmiast dokonano ich egzekucji wieszając w pałacowych oknach kardynała Salviatiego oraz Francesco Pazziego. Pisałem o tym tam: LINK
I na koniec jeszcze jeden fakt z bogatej historii florenckiego ratusza: podczas chwiejnych rządów Republiki (trwających w okresie wygnania Medicich na przełomie XV i XVI wieku) w pałacowych salach urzędował zdolny prawnik, dyplomata i humanista Nicolo Machiavelli.
Jego nazwisko niech będzie zapowiedzią kolejnego tekstu.

Wszystkim Czytelnikom życzę Szczęśliwego Nowego Roku, spełnienia marzeń i wielu inspirujących przeżyć.

PS.O papieżu Leonie X pisałem tam:
https://laudate44.wordpress.com/2011/08/17/safandula-i-terminator-leon-x/

Unikając przygód

1 Maj 2013

Porzucam chronologię, przestaję zerkać na zegarek i liczyć mostki. Nie wiem, czy naprawdę było ich 44. Kto by tam liczył mostki, gdy tyle innych rzeczy do zapamiętania? Gęsta zabudowa, ilość smakowitych detali i pamiątek historycznych powodują, że spacerując po Wenecji nie można przestać być czujnym. Nazwałem swoje zwiedzanie podchodami nie bez powodu. Przechodząc obok jakiegoś domu nigdy nie mamy pewności, czy nie mieszkał w nim na przykład żeglarz Marco Polo albo komediopisarz Carlo Goldoni. W Wenecji bywali niemal wszyscy znani z podręczników historii.
Kto wie, czy w niepozornym pałacyku, z którego tynk odchodzi płatami a zielone liszaje wilgoci podchodzą wysoko ponad lustro wody, czy tam pod koniec wieku XVI nie mieścił się zamtuz, do którego wieczorami podpływał łódką zamaskowany Henryk Walezy. (Po ucieczce z Krakowa zatrzymał się w Wenecji na kilka tygodni, głównie po to by roztrwonić fortunę zrabowaną z polskiego skarbca). Albo czy na mostku w dzielnicy San Polo nie stawał wieczorami młodziutki Mozart i pochylony nad balustradą nie szukał w odgłosach chlupoczącej wody pierwszych taktów swojej Eine Kleine Nacht Musik? Gdzieś w tym labiryncie mieszkał Albrecht Dürer, gdzieś pracownię miał Tycjan i Tiepolo. Do małego kościoła wciśniętego między domy na msze chodził Bellini. Może zostawił w nim mały obraz…

Powie ktoś, że te fakty nie mają znaczenia, że włóczenie się po zaułkach obcego miasta i tropienie śladów przeszłości większego sensu nie ma. Ustalanie, kto, gdzie i kiedy – graniczy z jakąś obsesją, bo wiadomo, że taka wiedza generalnie niczemu nie służy. Zgodzę się z taką opinią chętnie i bez szemrania. Po czym, jeszcze bardziej bez szemrania, zostawię dyskutanta w tym miejscu, w którym mu dobrze a sam podreptam na kolejny mostek, przecisnę się przez niewiarygodnie wąski przesmyk, przemknę pod suszącym się praniem i jak wilk, któremu znudziło się przebywanie w gęstym lesie wyskoczę na jasne nabrzeże, skąd widok na zatokę, na odległe zabudowania i na niebo.

stół ogrodowy 242

Człowiek, który świadomie nie chce naśladować ludzi wielkich, może niechcący zacząć naśladować tych małych. Ludzie naprawde wielcy zbudowali Wenecję, zostawili w niej swoje dzieła, nie wszystkie z nich są dziełami sztuki, choć paradoksalnie sztuka wydatnie pomogła temu miastu w rozwoju. Sztuka i kult św. Marka – trudno o bardziej niepraktyczne sfery życia i to w Wenecji, gdzie priorytetem winna być walka o przetrwanie.

Celowo zagladam w rejony gdzie mogę znaleźć ślady działalności pobytu tych wielkich i sławnych. Przyglądam się temu, co oni obdarzyli uwagą (mieli powód, prawda?) wydeptuję ścieżki, które oni deptali. Żałuję, że na pielegnowanie swoich obsesji mam tak mało czasu. Nieprzypadkiem trafiłem na Fondamenta degli Incurabili (Nabrzeże Nieuleczalnie Chorych), te same, po których w zimowe dni chodził Brodski i których nazwę wykorzystał w tytule włoskiej wersji swojej książki. Fondamenta są jak na weneckie warunki dość szerokie, przestronne, wyobrażam sobie, że w grudniu i styczniu wiatr musi tam nieźle hulać. Teraz jest całkiem ciepło, kamienie zdążyły się już nagrzać od słońca, na żadnym z nich nie ma wizerunku skrzydlatego lwa – bez obaw mogę usiąść i otworzyć zeszyt.

_MG_3860

Uparłem się, żeby pisać o Wenecji, chociaż mam świadomość, że temat jest wyeksploatowany i po tym co już napisano we wszystkich językach świata – trudno będzie o jakąś oryginalną myśl. Pisanie nieoryginalnych myśli też bywa pożyteczne. Woda chlupie o kamienie, patrzę na łódki płynące z portu pasażerskiego w stronę otwartego morza. Po drugiej stronie wody na wyspie Giudecca wielki ceglany gmach z wieżyczką. To nieczynny młyn, jeden z większych weneckich pustostanów. Nieco dalej dwa kościoły frontonami zwrócone w stronę wody. Raczej ich nie odwiedzę, nie tym razem.

Akurat przewoźnicy podpłynęli do brzegu i rozładowują małą barkę. Towaru nie mają dużo, za to szczególnego rodzaju: zgrzewki z wodą. To paradoks: na wyspę otoczoną wodą wodę trzeba przywozić. Zawsze tak było, na coraz gęściej zaludnione wysepki przywożono nie tylko wodę. Na początku, jak wiemy, Nie Było Niczego. Każdy kamień, każdy dębowy pal do umacniania dna, każda cegła i dachówka musiały być przywiezione. Marmurowe kolumny przypływały z Grecji, bloki skalne z Werony, Carrary lub Istrii. Rumaki Lizypa przywieziono z Konstantynopola a ciało św. Marka z Aleksandrii. Ziarnko do ziarnka aż powstała Wenecja.

_MG_3858

Gdyby założyciele miasta – uwaga, to czysta spekulacja – chcieli na jego budowę zaciągnąć pożyczkę, sporządziliby profesjonalny biznes-plan i z tym planem udali się do jednego, potem drugiego, potem dziesiątego i setnego banku, to w sto pierwszym powiedziano by im wreszcie, że plan jest kompletnie nierealistyczny i zapytano by, czy oni się urwali z choinki.
Miasto bez dostępu do wody pitnej, bez zaplecza rolnego, bez kamieniołomów, cegielni lub chociażby lasów to zupełna mrzonka. Niech ojcowie-założyciele nie opowiadają, że to projekt długofalowy i że za kilka stuleci Wenecja będzie stolicą żeglarzy, perłą Adriatyku, najpiękniejszym miastem świata, Serenissimą czyli „najświetniejszą”. Takie miasto nie powstanie, bo praw natury nie da się przeskoczyć. Proszę napisać plan na nowo, radzimy wybrać bardziej przyjazną człowiekowi lokalizację, a teraz żegnamy, bo kończą się godziny naszego urzędowania i nasza cierpliwość.

Celowo porzuciłem chronologię, bo czas w Wenecji istnieje na specjalnych prawach. Setki miejskich zegarów, z których najważniejszy jest ten na Wieży Zegarowej – odmierzają triumf Wenecji, która powstała bez kredytów bankowych i przetrwała 1500 lat opierając się żywiołowi morskiemu, wojnom i katastrofom. To miasto jest jak kowboj podczas rodeo: już dawno powinien spaść z konia, a jednak trzyma się w siodle i w uśmiechu szczerzy zęby do widzów.
Dzwony z kościelnych wież co kwadrans biją na znak, że w konkurencji pod nazwą „Trwanie miasta zbudowanego wbrew logice” Wenecja jest nie do pobicia.

Ktokolwiek był w Wenecji, zwrócił uwagę, że na środku każdego placu znajduje się studnia lub przynajmniej cembrowina. Centralne ich usytuowanie nie wynika z fanaberii lecz ze względów praktycznych. Studni w Wenecji nie drążono. W zamian budowano całkiem spore podziemne zbiorniki na wodę deszczową, która spływając przez otwory w płytach chodnikowych i po przejściu przez filtrujące warstwy piasku gromadziła się pod studziennym otworem. Studnie nie były więc studniami w tradycyjnym rozumieniu. Budowa tych arcydzieł sztuki inżyniersko-hydrologicznej wymagała wielkich nakładów sił a korzystanie z nich obwarowane było szczegółowymi przepisami. Kraty na cembrowinach studzien wskazują, że to bogactwo było pieczołowicie chronione. Wodę czerpano w określonych godzinach, pod okiem strażnika miejskiego, który na noc studnię zamykał.

IMG_3722

Lubię oglądać takie zwykłe rzeczy, potem sprawdzam w książkach jak działają, kto je stworzył i dlaczego. Zapytuję też sam siebie, dlaczego coś pociąga mnie bardziej a coś innego mniej. Ot choćby słynne gondole. Z daleka smukłe, urodziwe, utrwalone w zbiorowej wyobraźni jako symbol egzotycznych podróży i romantycznych przytulanek przy wtórze śpiewu gondoliera. Z bliska gondole rozczarowują. Odpycha mnie ich kiczowatość, by nie powiedzieć estetyka trumienna. Gondolą zatem nigdy nie płynąłem. Powodem nie jest skąpstwo. To raczej kwestia smaku.

_MG_3868

Kicz w Wenecji jest faktem, pielęgnuje się go na potrzeby tabunów ludzi wychowanych na intelektualnej, estetycznej i emocjonalnej mierzwie. Stragany z milionem pamiątek są tego najwymowniejszym znakiem. Turyści kicz utrwalają i legitymizują. Pozwalają mu się panoszyć. Jadąc do Wenecji musimy umieć obecność kiczu akceptować, co nie znaczy, że mamy mu ulegać. Bo oprócz niego są tam prawdziwe skarby. Jest w czym wybierać.
Josif Brodski napisał, że Wenecja “jest dziełem sztuki, największym arcydziełem stworzonym przez nasz gatunek.” Gdybym się z nim nie zgadzał, pojechałbym zwiedzać Helsinki, albo Ostrołękę.

Nie przyjechałem tu w poszukiwaniu przygód, co więcej, miałem głęboką nadzieję, że żadne przygody mnie nie spotkają, jedna trzecia mojej czujności dedykowana była temu, by przygód uniknąć. Mogą ich wyglądać ci, którzy się nudzą, nie ja! Kilka kroków od mojego cichego, rozgrzanego kwietniowym słońcem nabrzeża znajdowała się Galeria Accademia. Tam mnie poniosło.

Sztuka na zgliszczach

10 marca 2013

Kończąc poprzedni wpis nie wiedziałem, że jego motto narzuci temat do dzisiejszych rozważań o architekturze, sztuce oraz o okolicznościach ich powstawania. Chodziło o angielskiego dziewiętnastowiecznego bankiera, który zgodził się ponieść koszty ratowania przed ruiną średniowiecznej świątyni, ale – przejąwszy kontrolę nad zarządem, podjął szereg nietrafnych decyzji a w rezultacie okazał się estetycznym szkodnikiem. Przez lordowską megalomanię oraz brak szacunku dla zabytkowej materii obiekt został oszpecony. Na szczęście w architekturze jest inaczej niż w sztuce kulinarnej i jedno paskudne okno wstawione na rozkaz profana nie zniweczyło starań poprzednich budowniczych. Unikalną katedrę nadal można podziwiać, nieszczęsne okno traktować jak wypadek przy pracy, a całą historię jako dowód na istnienie naturalnych praw, gdzie w jasnym polu znaku Jing znajduje się ciemna kropka Jang. I na odwrót. Nie ma róży bez kolców lecz pecunia non olet, przywary bankiera da sie znieść, byle świątynia ocalała.

Wspomniałem niedawno o wielkim zbiorowym wysiłku niezbędnym przy powstawaniu katedr gotyckich. Wysiłku nie tylko budowniczych i dostawców materiałów ale całej rzeszy bezimiennych wyrobników, którzy dobrowolnie lub nie oddawali owoce swojej pracy na zbożny cel. Cena powstania katedr oraz wszelkich architektonicznych i artystycznych wspaniałości kolejnych epok była wyższa niż przypuszczamy. Jak to zwykle bywa, gdy idea przesłania poczucie rzeczywistości te wielkie inwestycje prowadziły do zachwiania gospodarczej równowago całych regionów. Ktoś nie wytrzymywał podatków i bankrutował, ktoś łamał przyrzeczenia, ktoś zaczął z głodu rabować, komuś innemu puszczono domostwo z dymem, a wielu musiało szukać chleba za siedmioma górami.

_MG_3221.

Przez tysiące lat trwał system feudalny, w którym żadna ze stron nie pojmowała na czym mogą polegać prawa człowieka. Wola możnowładcy automatycznie stawała się obowiązującym prawem i tej zasady nikt nie poważył się kwestionować. Pan na włościach realizował nie tylko swoje własne zachcianki, ale wyznaczał życiowe cele swoim poddanym. Tysiące, jesli nie miliony ludzi musiały żyć w biedzie i zacofaniu, aby królowie, książęta i kardynałowie mogli zaspokajać swoje wybujałe ambicje. Analizy prowadzone z obecnej perspektywy nieodmiennie prowadzą do wniosku, że ambicje nawet te ocierające się o obłęd i patologię w większości przypadków prowadziły do rozwoju sztuki, nauki, odkryć geograficznych i piśmiennictwa. Dzięki ambicji pojawiło się na świecie wiele praktycznych wynalazków i tak dalej. Faktem jest, że tak jak inne wymienione dziedziny, wielka sztuka powstała dzięki wielkiemu cierpieniu.

Wystarczy przypomnieć w jaki sposób Hiszpanie zdobywali na kontynecie amerykańskim złoto przywożone do Europy. Jeśli nie stawało się ono bezpośrednim surowcem do wytwarzania dzieł sztuki, służyło jako środek płatniczy. Pięły się więc w górę zamki, pałace i kościoły; urządzano przepyszne ogrody, dekorowano pałacowe sale i stawiano ołtarze, przy których odziani w drogie szaty kapłani modlili się za powodzenie łupieżczych wypraw i nawracanie pogan. Wielcy mecenasi sztuki, krzewiciele idei humanizmu korzystali z owoców pracy poddanych chłopów i robotników w manufakturach. Nawet Medici miał kirgiską nałożnicę przywieziona z targu niewolników w Wenecji.

Bardzo wymowne są okoliczności powstania Petersburga, nie bez podstaw zwanego architektoniczną perłą północnej Europy. Na rozkaz cara Piotra I, w ciagu zaledwie kilkunastu lat zbudowano miasto, któremu niewiele miast Zachodu mogło dorównać. Splendor Petersburga też miał swoja cenę. Przyjmuje się, że mokradła Piotrogrodu pochłonęły kilkadziesiąt tysiecy ofiar. W tej liczbie są robotnicy z całej Rosji zwożeni do pracy przymusowej oraz szwedzcy jeńcy wojenni zapędzeni do umacniania grząskiego gruntu i wznoszenia budynków nad Newą.

Czy znajomość tych faktów ma nas dzisiaj powstrzymywać przed podziwianiem dzieł dawnej sztuki? Czy w imię całkowitego potępienia praktyk feudalnych i zadośćuczynienia ofiarom wyzysku mamy wyrzec się związków z materialnymi pozostałościami tamtych czasów? Z pewnością nie. Gdyby ktoś w imię arcyszlachetnych ideałów nie chciał obciążać sobie sumienia a wzroku kalać widokiem obrazów lub pałaców powstałych za pieniądze z wyzysku – musiałby się mocno nagimnastykować. Przypuszczam nawet, że gdyby w swoim slalomie-gigancie był konsekwentny i pominął całą architekturę i sztukę powstałą przed Rewolucją Francuską, nie zostałoby mu nic do oglądania. Musiałby tez zrezygnować z czytania, bo druk też wynaleziono w atmosferze terroru i poddaństwa. Oraz koło.

Znam jednego pana, miłośnika muzyki klasycznej i znawcę win, który zupełnie serio zdeklarował się, że nigdy nie pojedzie do Watykanu, bo nie chce przyczyniać sie do podtrzymywania sławy i prosperity instytucji opartej na… no, sami wiecie na czym. Watykańskie eminencje są niewinne tylko we własnej opinii, a i to nie zawsze. Rzeczony znajomy nie zamierza ich wspierać za żadna cenę. Woli podróżować po innych krajach, we Włoszech był ostatnio na wybrzeżu Amalfi. Bardzo to szlachetne z jego strony ale i niekonsekwentne. Wyzysk i przemoc były w pewnych czasach chlebem powszednim, traktat Machiawelego, który dziś służy jako synonim zła ukrytego w ludzkiej naturze, w czasach powstania stanowił skrócone kompendium wiedzy praktycznej. Rodzaj rodzaj poradnika pt. „Jak nie wstając z łóżka zarobić w weekend 100 tysiecy”, gdzie pokazane są metody osiągania celów.

Siena (30)

Cywilizacja i prawa człowieka, tak jak je teraz chcemy rozumieć, szły do Europy powoli i czesto stawały w rozkroku, bo jeśli już czegoś nie wypadało czynić w Europie pachnącej perfumą i ideami oświeceniowymi, na innych kontynentach wciąż uchodziło. W Afryce, Azji i Ameryce Południowej interesy prowadzili bogaci Europejczycy, nierzadko koneserzy sztuki, wielbiciele Bacha, zwolennicy ideałów JJ Rousseau, czytelnicy Voltaire’a. Na antypodach, w głuszy do której nie docierały hasła o wolności równości i braterstwie niewzruszenie trwał kolonializm. Bogate rody europejskie czerpały z niego korzyści. Na przykład król Leopold II, któremu Bruksela zawdzięcza swój blask a Belgia lata prosperity w XIX wieku prowadził bezwzględną, opartą na terrorze i niewolnictwie eksploatację na terenie Afryki. Obszar dzisiejszej Republiki Kongo stanowił wówczas prywatne kondominium króla a armia uzbrojonych najemników zmuszała czarnych podludzi do pracy przy pozyskiwaniu kości słoniowej i kauczuku. Liczba ofiar przemocy trudna jest do oszacowania – podobno kilka milionów istnień. Król zakończył panowanie w 1909 roku, zaś Kongo odzyskało niepodległość dopiero w roku 1960. Bruksela zachwyca swoją urodą i smakiem czekolady.

DSC02181

Londyńską Galerię Narodową, do której zbliżają mnie kolejne zdania i akapity, założył w 1826 roku bogaty bankier John Angerstein. Do stolicy Zjednoczonego Królestwa przybył z Rosji i szybko stał się szanowanym londyńskim przedsiębiorcą. Powody ku temu były tylko dwa, ale oba ważne. Angerstein był synem angielskiego kupca i którejś z rosyjskich caryc. Nie ma pewności, czy przyszły filantrop opuścił łono carycy Anny czy Katarzyny Wielkiej czy też carycy Elżbiety. Zanim John Angerstein stał się wpływowym członkiem brytyjskich kręgów politycznych ożenił się z córką duńskiego ambasadora i bankiera. Po jej śmierci ożenił się ponownie z wdową po dyrektorze kompanii handlowej prowadzącej zamorskie interesy. Stał się jeszcze bardziej bogaty i bardziej szanowany, wybierano go do zarządów różnych kół i organizacji. Przekazana na użytek publiczny kolekcja 38 obrazów pośród których były płótna Rubensa, Rembrandta, Velázqueza, Tycjana, Rafaela, Correggia oraz wczesne rysunki Williama Turnera stała się fundamentem bogatych zbiorów sztuki Galerii Narodowej w Londynie.
Dlaczego opowiadam o panu Angersteinie w kontekście ceny jaką zniewolone masy ludzkie musiały płacić za powstawanie dzieł cieszących nasze zmysły? Z prostego powodu – w latach 30-tych XIX wieku na Karaibach istniały plantacje zatrudniające czarnych niewolników a właścicielem jednej z nich był John Angerstein.

Nie popieram niewolnictwa, ale nie myślcie, że nie wejdę do National Gallery. Zbliżam się do niej konsekwentnie. Mógłbym co prawda w odruchu solidarności z poszkodowanymi pokoleniami zatrzymać się na Trafalgar Square, przysiąść pod kolumną Nelsona i z daleka obserwować przybytek zła. A jeśli wówczas dowiedziałbym się, że siedze na krzywdzie ludzkiej bo kogoś, na przykład podwykonawcę układajacego kamienne bloki bardzo skrzywdzono przy budowie monumentu albo, że sam admirał Nelson zachował się niegodnie, bo uwiódł żonę brytyjskiego konsula w Neapolu, to co wtedy? Mam odskoczyć od kolumny jak oparzony? I na jaką odległość? Jedynym doktrynalnie słusznym wyjściem byłoby opuścić Londyn immediately? Może to opcja dla nadwrażliwców, nie potrafiacych zaakceptować faktu, że chodząc po tej ziemi stąpamy po zgliszczach.
Dlatego zaraz wejdę po schodkach do NG, odszukam interesujące mnie sale wystawowe a z tego co zobaczę, zdam relację na piśmie. Ciekawość sztuki oraz chęć dzielenia się obserwacjami bierze górę nad obrzydzeniem do mało chwalebnych wyczynów naszych przodków. Śmiem twierdzić, że sama sztuka, w tym architektura, jest mimo wszystko niewinna.

100_0063

Biblioteka Piccolominich

30 grudnia 2011

W sieneńskiej bibliotece Piccolominich nie wypożycza się książek, zresztą księgozbiór jest niewielki, zaledwie kilkadziesiąt manuskryptów niezbyt atrakcyjnych dla przeciętnego turysty. Swoją sławę biblioteka zawdzięcza freskom, których uroda zapiera dech w piersiach. Nie bez znaczenia jest jej usytuowanie w obrębie katedry oraz fakt kim byli fundatorzy. Piccolomini pochodzili z Sieny, obaj zostali papieżami oddali wielkie zasługi dla rodzinnego miasta.

Kardynał, który potrafił osiągnąć szczyt kościelnej kariery był dla miasta źródłem dumy i oczywistą szansą na kolejne profity. Władza papieska dawała wówczas nieograniczone możliwości: papież podejmował decyzje polityczne i ekonomiczne prowadzące do rozwoju bądź upadku poszczególnych regionów. Mieszkańcy bogatych miast nie szczędzili wysiłków by to „ich człowiek” objął najważniejszy urząd w cywilizowanym świecie. Licząc na przyszłe nadania, stanowiska i inwestycje hojnie wspierali starania kardynałów o tron papieski. Podstawą były odpowiednie fundusze na „kampanię wyborczą” – tylko bogate miasta mogły sobie na nie pozwolić. Te same miasta zbierały później plon swojej zapobiegliwości. Do nich należała Siena. Korzyści widać do dziś, pałac Picolominich jest najokazalszą budowlą renesansową Sieny, a biblitekę odwiedzają miliony turystów.

Enea Silvio Piccolomini, wykształcony w Sienie wykładowca, autor traktatu o wychowaniu chłopców, w młodości był biskupim sekretarzem, potem pnąc się po szczeblach kariery kościelnej podróżował po Europie jako dyplomata. Jako kardynał uczestniczył w soborach i negocjacjach z władcami europejskimi i odnosił sukcesy. Jako Pius II, zasiadał na rzymskim tronie przez sześć lat. Przez ten czas podejmował działania na rzecz Sieny. I tak w roku 1461 kanonizował Katarzynę Sieneńską, co było wielkim sukcesem miasta, do którego od tej pory ciągnęli pielgrzymi chcący ogrzać się w blasku świętej oraz zobaczyć relikwie w postaci jej czaszki z wybitym przednim zębem, palca wskazującego i skórzanego bicza, którym zadawała sobie pokutę. Te relikwie nadal można oglądać w bazylice św. Dominika – jak się okazuje w KAŻDYCH czasach jest to niezbędny atrybut marketingu religijnego.

Pius był koneserem sztuki, kolekcjonował manuskrypty i obrazy. Pociągała go też architektura, w sąsiedztwie Piazza di Campo zbudował rodowy pałac Piccolominich, będący dziś siedzibą archiwum miejskiego. Została po nim też Loggia Papieska, troche niefortunnie usytuowana w ciasnej uliczce, ale też przyciagająca turystów. Wiedząc, że czas pontyfikatu jest jedyną szansą na realizację marzeń Pius II wynajął sieneńskiego architekta Rosselino i w rodzinnym miasteczku Corsignano (przemianowanym później na Pienzę od imienia Pius), kazał wybudować katedrę, pałac biskupi, reprezentacyjną siedzibę władz miejskich oraz prywatny pałac Piccolominich. Zachęcał też swoich kardynałów, aby w sąsiedztwie budowali swoje letnie siedziby. Jednym z posłusznych woli papieża okazał się nie kto inny jak kardynał Rodrigo Borgia, który prawdopodobnie spędzał w Pienzie wakacje z hiszpańską kochanką.

Pienza uchodzi dziś za przykład „idealnego miasta” renesansowego, budowanego wg przymyślanych założeń urbanistycznych, z których później korzystały inne miasta nie tylko w Italii. Nowatorskie było też założenie pałacowego ogrodu oraz wybudowanie loggi, z którego Pius II mógł podziwiać ogród i nieodległe góry. Średniowiecze nie znało takich fanaberii.

Do zasług Piusa II sieneńczycy mogą zaliczyć… nominacje kardynalską dla siostrzeńca Francesco Piccolominiego, który w przyszłości przyniesie zaszczyt miastu zostając papieżem Piusem III. Co prawda na krótko, bo otruje go bezwględny następca Juliusz II, ale zanim to się stanie, kardynał Piccolomini zdąży do głównej nawy sieneńskiej katedry dobudować osobne pomieszczenie, w którym na cześć zasłużonego wuja urządzi bibliotekę. Słynną na cały świat: prawdopodobnie wiedzą o niej nawet indianie z Ameryki Południowej, a bez wątpienia każdy jej detal znają koneserzy w Japonii.

Cykl dziesięciu fresków przedstawiających sceny z życia Piusa II namalował Pinturicchio, możliwe że korzystał z projektów Rafaela. Tak powstała niewielka galeria sztuki przypominająca wnętrze barwnej szkatułki z miniaturami. Dzięki udanej perspektywie na obrazy Pinturicchia patrzy sie jak na sceny rozgrywające się tuż za oknami, niewielkie pomieszczenie nabiera przestrzeni. Widz odnosi wrażenie jakby przebywał w przeszklonym pawilonie, wokół którego rozgrywają się doniosłe uroczystości.

_MG_4853

Bajkowo wymalowany jest sufit, za to powagi wnętrzu nadają wyłożone na pulpitach iluminowane manuskrypty po wuju. Pośrodku, na podwyższeniu wdzięczą się kamienne Trzy Gracje – arcydzieło greckiego antyku, inspiracja dla Botticellego, który przedstawił je w „Wiośnie”,a także dla Pontormo, Rafaela oraz Rubensa, który namalował Gracje „po swojemu” tzn. tu i ówdzie dodał im tkanki tłuszczowej. Jak to Rubens.

Widok ogólny sklepienia:

I detal: