Posts Tagged ‘architektura’

Weneckie blaski i cienie

18 września 2016

Mapka pojawia się tu nieprzypadkowo. Któregoś dnia, zamiast zapuszczać się w zaułki historycznych dzielnic, postanowiłem obejść weneckie obrzeża – mniej ludne, nie tak malownicze jak ścisłe centrum, i z pewnością mniej rozpoznawalne. Żeby tam dotrzeć, musiałem skorzystać z tramwaju wodnego, bo jeśli w Wenecji mówimy o obrzeżach, muszą to być wyspy. Zanim z Wielkiego Kanału wydostaliśmy się na otwarte wody zatoki, przepłynęliśmy pod nowoczesnym mostem, po którym kursują wagoniki bezzałogowej kolejki łączącej Piazzale Roma (jedyny plac dostępny dla ruchu samochodów i busów) oraz terminal portu Marritima, do którego przybijają promy pasażerskie. Konstrukcja mostu widziana z dołu przypomina kręgosłup dinozaura.

img_7925

Pierwszym celem podróży była Giudecca – wyspa o podłużnym kształcie widoczna u dołu mapki. Wysiadłem na pierwszym przystanku i ruszyłem wzdłuż nabrzeża.
Giudecca jest wąska, ponad kanałami przecinającymi ją poprzecznie widać kolejna wyspę – Lido. W jednym z korytarzy wiodących na obszerny dziedziniec nieczynnej manufaktury trafiłem na starą gondolę, wyposażoną w budkę chroniąca przed wiatrem, deszczem i wścibskimi spojrzeniami. Takie gondole można zobaczyć na obrazach Canaletta. Być może z podobnej korzystał Henryk Walezy, który bawiąc w Wenecji po ucieczce z Krakowa, pod osłoną nocy wymykał się do domów schadzek.

_mg_7959

Giudecca zaskoczyła mnie spokojem, który jak się można domyślać, wynikał z niewielkiej liczby turystów. Na tym skrawku lądu hoteli i zabytków było mniej. Większość zabudowań stanowiły domy mieszkalne, szkoły oraz magazyny i drobne wytwórnie. Stali mieszkańcy w większym stopniu niż ich sąsiedzi po drugiej stronie kanału mogli tu czuć się u siebie. Panowała  atmosfera spowolnienia a nawet zapóźnienia, którego nikt nie starał się specjalnie nadrabiać. Miejscowi krzątali się na podwórkach, plotkowali przed sklepami i pozdrawiali się w pasażach. Fale chlupały o kamienny brzeg, policjanci wolnymi krokami odmierzali czas do końca służby.

img_7974

img_7953

Po dwudziestu minutach marszu, z jednym tylko przystankiem na kawę, dotarłem na schody kościoła Il Redentore, którego biała fasada góruje nad okoliczną zabudową. Kościół, jak na warunki weneckie, jest całkiem nowy. Powstał w drugiej połowie XVI wieku a autorem projektu jest słynny Andrea Palladio, twórca własnego stylu opierającego się na wzorach greckich i antycznych rzymskich.

Il Redentore, który widywałem wcześniej z przeciwległego brzegu, zbudowany jest z rozmachem, którego nie powstydziliby się patrycjusze rzymscy. Kamienna fasada zwieńczona trójkątnym tympanonem podtrzymywanym przez cztery masywne półkolumny oraz ozdobiona wyrazistym portykiem oraz dwiema symetrycznie umieszczonymi niszami robi imponujące wrażenie. Obecność szerokich zewnętrznych schodów jeszcze to wrażenie potęguje. Wnętrze, w którym dominują masywne kolumny podtrzymujące półkoliście zwieńczony jasny sufit, potężne okna wpuszczają snopy światła rozlewającego się po kamiennej posadzce a niezaprzeczalna harmonia jest wynikiem ścisłego podporządkowania regułom matematycznym – to wnętrze jest bardzo eleganckie i jednocześnie bardzo zimne. To samo można powiedzieć o stojącym nieopodal kościele  San Giorgio Maggiore. Oba zaprojektował Palladio.

img_7963

W obu można dostrzec triumf ludzkiego umysłu i oba są jednako pozbawione ducha. Gdzie im tam do pełnego złoceń, bizantyjskich malunków i odwiecznych tajemnic wnętrza bazyliki? Gdzie im do urokliwego mroku gotyckich i romańskich kościołów z okolic mostu Rialto? Niebo a ziemia. Już wiem dlaczego przed San Marco od rana ustawiają się tasiemcowe kolejki chętnych, a tu odgłos migawki aparatu echem odbija się od ścian. Nie wypadało jednak tak ważnego punktu w panoramie miasta pominąć. Kiedy znowu z podcieni Pałacu Dożów popatrzę na białą fasadę San Giorgio, przypomnę sobie, co widziałem we wnętrzu: nieskazitelna biel ścian, masywne, idealnie uszeregowane kolumny i wysokie sklepienia a pod nim lśniąca posadzka i znudzona bileterka. Może pięć osób snujących się wśród kolumn. Większym zainteresowaniem cieszy się dziedziniec, z którego roztacza się romantyczny, a dzięki licznym obrazom, filmom i reprodukcjom, mocno utrwalony w zbiorowej świadomości widok na Pałac Dożów i dzwonnicę. Wszyscy chyba znają obraz Canaletta przedstawiający odświętnie dekorowane łodzie, barki i gondole sunące po wodach zatoki podczas ceremonii zaślubin z morzem. Wielkie spektakle odbywały się w tym unikalnym miejscu nie tylko w zamierzchłej przeszłości.

W 1989 roku na specjalnej platformie umieszczonej w centralnym punkcie basenu, dokładnie między San Giorgio a biblioteką Sansovino odbył się koncert grupy Pink Floyd. Wokół pływającej estrady na niezliczonej ilości jachtów, łódek i platform oraz na wysuniętych cypelkach lądu zgromadziło się około 250 tys. widzów. Musiało to być imponujące widowisko, Pink Floyd lubił szokować widownię efektami dźwiękowymi i świetlnymi, więc trudno sobie wyobrazić, by w obecnych warunkach zdecydowano się na coś podobnego. Choćby ze względów bezpieczeństwa. Przyznam, że wcale nad tym nie ubolewam. Wenecja, żeby przetrwać, potrzebuje spokoju a nie laserowych świateł i decybeli.

img_7984

Jest na Youtube film mówiący o historii Wenecji i współczesnych jej problemach. Na początku oglądamy domniemane miejsca, w których „perła Adriatyku” miała dopiero powstać: porośnięte sitowiem wyspy, muliste rozlewiska, mokradła i ciągnące się po horyzont błota. Rysunkowe animacje pokazują, jak odbywało się wbijanie drewnianych pali w grząskie dno, jak na tych palach budowano pierwsze drewniane domy. W miarę zdobywania doświadczeń, decydowano się powiększać budowle a zamiast ścian drewnianych wznosić murowane. To także był eksperyment. Gdy się powiódł, a marmur z Istrii stosowany jako podwalina okazał się wodoodporny, kościoły i pałace zaczęły powstawać w Wenecji jak grzyby po deszczu.
Najstarszym kościołem weneckim jest maleńki San Giacomo di Rialto położony u podnóża schodów słynnego mostu. Jego początki datuje się ostrożnie na V wiek. Ale pierwszy wielkogabarytowy kościół wsparty w całości na dębowych palach powstał w VII wieku na konkurującej z Wenecją wyspie Torcello. Próba wypadła pomyślnie, dębowe pale zanurzone w wodzie uzyskują po latach strukturę i twardość skały, jednak grząskie dno poddawane wstrząsom i wibracjom nigdy pozwoliło się obłaskawić. Dlatego kościół na Torcello (obecnie katedra), podobnie jak setki innych starych budowli, wielokrotnie przebudowywano i naprawiano. Wiele budynków trzeba było rozebrać, sporo wież zawaliło się, a inne wyraźnie odchylają się od pionu. Mimo obecnej wiedzy i technicznych możliwości problem nadal istnieje. Jak pokazuje wspomniany film, nie tylko problem grząskiego dna zagraża Wenecji. Obecnie są to na przykład wibracje powodowane przez coraz większe silniki jednostek pływających. No i podnoszący się stale poziom morza.

_mg_8082

Prześwietna Serenissima przeszła już przez wszystko: wysiłek pierwszych osadników walczących o przetrwanie, mozolne budowanie osad, obserwacje przyrody, przechodzenie od rybołówstwa i myślistwa do wytwórczości i handlu, kult religijny, tworzenie się struktur społeczeństwa hierarchicznego, prowadzenie wojen, powstawanie miast, banków, portów i manufaktur, zawieranie i łamanie traktatów pokojowych, podbój i kolonizacja sąsiednich krain, pomnażanie bogactwa, wykorzystywanie mitów religijnych do umacniania władzy, plagi i karnawały, rozwój nauki i sztuki, dalsze bogacenie się, bunty niższych warstw społecznych, deprawacja wyższych, konieczność nadążania za szybkim rozwojem technologicznym, mniej lub bardziej świadome stawanie się częścią globalnej wioski i wreszcie stawianie czoła zagrożeniom wynikającym m.in. ze zmian klimatycznych wywołanych działalnością ludzi.
Losy Wenecji są wiernym odbiciem losów naszej cywilizacji, choć zagrożenia dotyczące jej egzystencji są jakby bardziej widoczne. Tak mały punkt na mapie łatwiej wziąć pod lupę. Nie sposób sobie wyobrazić, że tego miasta mogłoby nie być, lecz z drugiej strony trudno lekceważyć wiszące nad nią zagrożenia. Ponad sto lat temu pewien filozof powiedział „my, cywilizacje wiemy już teraz, że jesteśmy śmiertelne”. Gdyby Wenecja miała zginąć – jak bez niej poradzi sobie reszta świata? Czy nie będzie to spóźniony sygnał ostrzegawczy?
Mam nadzieję, że nie są to pytania, na które obecne pokolenie będzie musiało odpowiadać.

_mg_8103

Multi Wenecja 2

11 września 2016

W Wenecji nie ma tradycyjnych ulic a to co je zastępuje, tworzy nieprawdopodobną plątaninę chodników, przesmyków, nabrzeży i placów. Jeśli się nie chce przemieszczać ze wzrokiem utkwionym w mapie, błądzenie jest koniecznością. Wielokrotnie gubiłem drogę, ale ponieważ nigdzie się nie spieszyłem, mówiłem sobie za każdym razem: „dobrze, że tu mnie poniosło, mam okazję zrobić kolejną fotkę”. Jednak błądzenie męczy, więc czasem musiałem gdzieś odpocząć. Raz wybrałem ławeczkę w podcieniach pałacu Dożów, gdzie dolatywała przyjemna bryza od zatoki. Kiedy tak siedziałem i planowałem dalszą marszrutę, na ławeczkę dosiadła para polskich turystów w średnim wieku. Przyjechali na wycieczkę i na chwilę odłączyli od grupy. Pan Janusz palił śmierdzącego papierosa, (czy Klubowe wciąż tam sprzedają?), pani Grażyna, zdjąwszy kolorowe klapki masowała obolałe stopy. Mówili coś do siebie, starałem się nie podsłuchiwać, ale w pewnym momencie donośny głos Grażyny przebił się przez dookolny szum: „Mi telewizora brakuje. Telewizora w pokoju nie ma, a ja bym chciała wiedzieć, co tam się dzieje”. Podniosłem się z ławki. Zobaczyć Wenecję i zatęsknić za telewizją polską! Cudowne! Poszedłem dalej, tym razem bezbłędnie trafiłem przed kościół San Zaccharia, który o tej porze był zamknięty. Trudno, nie popatrzę na Belliniego tym razem. Święci otaczający Madonnę w niebieskiej sukni nadal będą rozmawiać beze mnie. Kartka na drzwiach informowała, że do wnętrza kościoła będzie można wejść za trzy godziny. Za długo, o tej porze będę w zupełnie innym sektorze weneckiego labiryntu. Sektor nazywa się San Polo. Tam wszedłem do dobrze już znanego, wspominanego w poprzednich relacjach, gotyckiego Santa Maria dei Frari.
Tak aktualnie wygląda jego wnętrze.

img_7710

img_7709

Po wyjściu z kościoła znowu trochę pobłądziłem, co już stawało się rutyną. Wreszcie wyszedłem na jakiś placyk, odczytałem na tabliczce jego nazwę, usiadłem na ławce i wyjąłem z plecaka mapę. Siedzący obok chłopak z dredami zapytał zaraz, czy może zerknąć, bo on zupełnie nie wie, gdzie jest. Witaj w klubie – pomyślałem. Zdziwił się, gdy palcem pokazałem punkt na mapie. Myślał, że ciągle jest po drugiej stronie miasta, tam gdzie rano zaczął wędrówkę. Rozmawialiśmy przez chwilę dopóki on nie skończył palić papierosa, nie wiem, czy poszukiwał kościołów, czy zamierzał pójść do muzeum czy raczej kusiły go nagrzane słońcem nabrzeża i kafejki. Do aż tak intymnych zwierzeń nie doszło. Rozstaliśmy się i po chwili marszu znalazłem się na placu San Polo, tym samym, na którym trzy lata temu zrobiłem zdjęcie biegnącego czarnego psa. Wiem, to głupie chodzić po własnych śladach, wspominać banalne momenty i skrycie wyczekiwać spotkania z tym samym psem lub z dwiema zakonnicami, które sfotografowałem onegdaj na tle pustej ulicy. W życiu nic się nie powtarza, do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy i tak dalej. W życiu z pewnością nie, ale Wenecja to co innego. Miasto, które w niezmienionym kształcie trwa od wieków, które jest jak prehistoryczna mucha zatopiona w bursztynie musi być trochę inne. Aż kusi by je uznać za cudowną anomalię, która się wyłamuje naturalnemu porządkowi. Zbyt dużo świadectw dookoła na nadnaturalność Wenecji. A skoro czas tu się zatrzymał lub co najmniej zwolnił swój bieg, to może również zataczać koła i to co było kiedyś, ma prawo nastąpić powtórnie. A potem jeszcze raz. Jak w filmie Dzień Świstaka albo jak w mitologicznych przekazach zapowiadających powtórne narodziny umarłych i unieważnienie czasu, gdy wypełni się czas. Cokolwiek by to znaczyło.
Czarnego psa przed siedzibą Urzędu Finansowego nie było, świstaka też nie, ale sam plac nie zmienił się. Poszedłem do kawiarnianego, wcale nie zatłoczonego ogródka, a potem siedząc nad kawą, przyglądałem się krzątaninie kelnerów. Było ich chyba z pięciu, wszyscy w jednakowo czarnych spodniach i białych koszulach. Wszyscy młodzi, elegancko ostrzyżeni. Wszyscy piękni i śniadzi.

_mg_7865

Multi-kulti w Wenecji działa. Przybysze z Północnej Afryki lub Bliskiego Wschodu znaleźli tu swoje miejsce. Często widywałem ich także w innych miastach włoskich. Śmiem twierdzić, że usługi hotelowe i gastronomia opierają się na przybyszach spoza Europy. Chińskie kelnerki z niezrównanym wdziękiem stawiają talerze na stole i przyjmują napiwki. Ciemnoskórzy kelnerzy lub chłopcy bagażowi na dworcu odpowiadają grzecznie szczerząc białe zęby. I mnie to nie przeszkadza, nawet, o zgrozo, całkiem mi się podoba. czyżbym nie był genetycznym Polakiem. Czy pobyt na emigracji wyprał mnie z wrażliwości prawdziwego patrioty polskiego?
Spijając resztki słodkiej kawy z dna filiżanki, wzdychałem do tego cudownego spokoju, lekkości rozmów prowadzonych przy sąsiednich stolikach. Nie rozumiałem ich, ale przecież byłem w stanie stwierdzić, że nikt tam nikogo nie wyzywał od żydów, komunistów czy arabusów, nikt nie groził daniem w mordę za mówienie po niemiecku i nie kazał spłoszonym Koreankom wypierdalać do swojego kraju. Poprzedniego wieczora w telewizji włoskiej obejrzałem relację ze ślubu dwóch starszych panów, którzy po latach wspólnego życia mogli zalegalizować swój związek. Ceremonii towarzyszył aplauz i gratulacje. Szpaler radosnych ludzi stał na trasie przejazdu ślubnej dorożki. Zerkając w pustą filiżankę zrozumiałem, że raczej nie doczekam Polski takiej, na jaką miałem nadzieję w pierwszych latach emigracji. Jeszcze parę lat, mówiłem sobie, Polska będzie podobna do krajów Zachodu. Ludzie otrząsną się z socjalistycznej mentalności, młodzież się wyedukuje i zrozumie na jakich wartościach można oprzeć lepszą przyszłość. Naiwny byłem a ostanie wybory do parlamentu pozbawiły mnie złudzeń. Mur miedzy Polską a Europą Zachodnią rośnie. We Włoszech faszyzm skończył się w 1945 roku, w Polsce akurat się zaczyna.

Powodowany nierozumną chęcią odwiedzenia miejsc, które już widziałem – jak choćby plac przed teatrem Fenice, gdzie pięć lat temu jadłem smaczną kolację (czy to aby nie były ravioli w sosie z Missisipi?) – znowu musiałem przejść przez falujący tłum zapełniający dosłownie wszystkie mostki, uliczki, nabrzeża i przesmyki. Przemieszczaniu się tłumu towarzyszył nieustający gwar pomieszanych jak na wieży Babel języków, trzaskały migawki aparatów, dzieci kwiliły, od tłumu bił zapach potu, perfum i czego tam jeszcze. Miał rację poeta Brodski – latem nie ma w Wenecji warunków układanie lirycznych strof o wdzieraniu się fauny morskiej na marmurowe elewacje pałaców, nie ma cichych rozmów z szemrzącą wodą i poetyckich hołdów składanych porannym mgłom. Nie ma miejsca na zadumę nad przemijaniem. Uwagę w całości pochłania wymijanie, omijanie oraz uchylanie się przed krążącymi w powietrzu kijkami do selfie. Wenecja już niejedno widziała. Chciałoby się powiedzieć, że wytrzyma wszystko, ale czy na pewno?

_mg_8044

Wenecję odwiedza rocznie 24 mln osób. To dużo, bardzo dużo. Nieraz widziałem jak z sunącego nabrzeżami i uliczkami tłumu znienacka występuje jedna osoba, jak dopada wielkich drzwi, z jaką determinacją otwiera je kluczem a potem stanowczo i z nieukrywanym poczuciem ulgi zatrzaskuje je za sobą.  Rozumiem tę potrzebę ochrony prywatności.  Mieszkańcy Wenecji muszą mieć nas serdecznie dość. Ostatnio nawet wywieszają banery z apelami, aby nie śmiecić i, za przeproszeniem, nie obsrywać im miasta. Turyści istotnie zachowują się skandalicznie. Na placu Św. Marka pojawiły się specjalni strażnicy, którzy napominają, by nie siadać na chodnikach i na schodkach, aby nie jeść w przedsionkach kościołów i generalnie, żeby nie robić wiochy. Jednak nie zauważyłem, żeby ktoś komuś dał po mordzie za mówienie w innym języku niż włoski. Takie przygody tylko w Warszawie, w Warszawie.

Odkrywanie Lizbony

3 marca 2015

Po wizycie w Porto wybór kolejnego miasta był prosty. Lizbona, która w styczniu jest najcieplejszą stolicą europejską sama pchała się w ręce, musiałem tam polecieć, zobaczyć, porównać. W samolocie troszkę się zdrzemnąłem, obudziłem się kiedy już kołowaliśmy wybrzeżem, sunęliśmy właśnie nad rozlewiskiem rzeki Tag, dostrzegłem ogromny most i dachy domów. Lizbona dosłownie ścieliła się u stóp. Mogłem już wypatrywać placów, ulic i promenad, po których wkrótce miałem chodzić. Miłe jest odkrywanie nowych widoków. Pierwsze wrażenia najmocniej zapisują się w pamięci, spotkanie z nowym miejscem powoduje znajomy dreszczyk emocji i satysfakcji. Wcześniejsze „podglądanie” z góry przy użyciu Google Maps tego stanu nie zmienia.

_MG_6426

Czytałem kiedyś książkę, której akcja działa się w Lizbonie, opowieść o zakochanym mężczyźnie bodajże nosiła tytuł „Fado”. Fabuła uleciała mi z głowy, za to dobrze pamiętam klimat tej opowieści, jakieś włóczenie się po brukowanych uliczkach, zaglądanie do zadymionych knajpek, spotkania z tajemniczymi kobietami, wieczorne spacery po plaży i oczywiście muzyka fado, która targała emocjami głównego bohatera.

Jestem dużym chłopcem, umiem oddzielić życie od literatury ale jeśli kto mnie spyta, czy podświadomie liczyłem, że taki klimat w Lizbonie odnajdę – nie zaprzeczę. Czy znalazłem – nie wiem. Może nie byłem tym razem gotowy. Obiektywnie, nie ma czegoś takiego jak „klimat”. Owszem mówi się o genius loci – duchu miejsca – ale jako nieprzejednany racjonalista powątpiewam w jego bezwarunkowe istnienie. Faktem są jedynie legendy nadające temu lub owemu miejscu wyjątkowość, reszta jest kwestią zdecydowanie subiektywną. Odczuwanie niesamowitości i wyjątkowości to wynik osobistego nastawienia, na które wpływ mają wcześniejsze doświadczenia, oczekiwania, wiara w zasłyszane opinie itp. Znaczące są też bieżące emocje oraz – żeby zamknąć temat i nie popaść w kaznodziejstwo – wiek i płeć osoby. Ja wielkich uniesień w Lizbonie nie przeżyłem, ale wyłącznie z własnej winy, widocznie nie spełniałem warunków, żeby duchowi miejsca się poddać. Albo wypiłem za dużo wina.

DSC03620Z geniuszem czy bez Lizbona jest wyjątkowa. Jeśli ktoś tam pojedzie, musi być przygotowany na kilometry spacerów z góry i pod górę. Podobnie jak Rzym Lizbona jest miastem siedmiu wzgórz, na jednym z nich stoi kamienny zamek św. Jerzego. Oglądany z daleka wygląda jak forteca, której zamiast żołnierskich batalionów strzegą drzewa – ich zielone kapelusze wystają zza szarych murów, zupełnie jakby wypatrywały najeźdźców. Z bliska dominium św. Jerzego okazuje się uroczym parkiem, atrakcyjnym przez swoje wyniosłe położenie oraz obecność masywnych baszt i obronnych murów. Strefę zamkową otacza dzielnica niewielkich, gęsto pobudowanych domków. Domki są kolorowe, obok frontowych drzwi często wiszą klatki z papugami lub kanarkami, brukowane uliczki są wąskie i ciche. Jakiż kontrast w zestawieniu z rozległymi jasnymi placami i promenadami niższej części Lizbony. Miałem wrażenie, że znalazłem się w innym mieście, w innym świecie. Wyobraźnia podpowiadała mi, że zamiast ludzi mieszkają tam hobbity lub brodate skrzaty w czerwonych czapkach. Rozsądek zaraz przypomniał, że tylko ludzie hodują papugi w klatkach a ulica Skrzatów znajduje się w całkiem innej części świata czyli w Lublinie.

Różnice poziomów są w Lizbonie dość poważne, to nie to samo co „kamienne schodki starego miasta” na warszawskiej Starówce. Czasami wspinaczka powoduje zadyszkę, ale wytrwały piechur never give up, bo wie, że widoczna z góry panorama będzie dostateczną nagrodą za wysiłek. Często obok tarasów widokowych można znaleźć kawiarniany stolik i wygodną ławeczkę, co jest oczywiście dodatkowym bodźcem do wspinaczki. W paru miejscach pomocna bywa winda (wypatrujcie nazwy elevador), można też skorzystać z tramwaju, któremu stromizny nie straszne, ale o tramwajach będzie za chwilę.

Architektura stolicy Portugalii jest łatwa do opisania: nie znajdziemy tam prawie nic, co pochodzi ze średniowiecza lub renesansu, dominuje osiemnastowieczny i dziewiętnastowieczny klasycyzm. Zachowała się katedra i wspomniany bastion na wzgórzu, ale to są właśnie te wyjątki. Jedna z architektonicznych perełek Lizbony, elevador de Santa Justa swoją urodę zawdzięcza ostrołukowym oknom i roślinnym dekoracjom właściwym dla gotyku, ale w oczywisty sposób nie jest to budowla średniowieczna. Budynek powstał w roku 1901, a jego unikalny wygląd jest wynikiem fascynacji neogotykiem. Początkowo do obsługi windy używano silnika parowego, później zastąpiono go elektrycznym. Z tarasu, na którym zatrzymuje się winda rozciąga się widok na najbardziej reprezentacyjną część Lizbony Baixa-Chiado. Tak jak w dzielnicach sąsiednich należących do strefy śródmiejskiej dominuje tu architektura klasycystyczna, powstała nie wcześniej niż w osiemnastym wieku. Z dołu i z góry widać, że ulice tej części metropolii są szerokie a place rozległe – rzecz nietypowa jak na miasto o ponadtysiącletniej historii, miasto, które pamięta czasy Fenicjan, a w zapiskach starożytnych Rzymian pojawia się jako Olissippo.

_MG_6375 Trzeba pamiętać o jednym: w 1755 roku Lizbona została dotknięta trzęsieniem ziemi. Tam gdzie dziś jest reprezentacyjny plac Praça do Comércio, stał królewski pałac. Epicentrum trzęsienia o mocy 9,5 stopnia w skali Rychtera znajdowało się pod oceanem w odległości 200 km od miasta. Ale to wystarczyło by 90% budowli, w tym przykłady unikalnego stylu manuelińskiego powstałego w renesansie, obrócić w gruz. Co nie zawaliło się od razu, zostało zmyte przez tsunami lub spłonęło w pożarach. W katastrofie zginęło około 100 tysięcy ludzi – najwięcej w historii trzęsień ziemi. Przetrwała romańska katedra, tylko z jej ścian i sufitu opadły dekoracje.

Podczas odbudowy prowadzonej przez koniec XVIII i cały wiek XIX Portugalia wciąż była państwem bogatym, zasilanym wpływami z eksploatacji kolonii zamorskich. Pozwoliło to zbudować Lizbonę na nowo, w stylu, który wtedy i teraz uznawany jest za szczyt wytworności i elegancji. Kiedy patrzy się na masywne kamienice, na potężne pałace, łuk triumfalny u wejścia do Baixa-Chiado lub choćby na budynek dworca kolejowego Rossio można sobie uświadomić skalę przedsięwzięcia. Skalę i wielkopańskie aspiracje inwestorów. Zauważalna także dziś elegancja, masywne zdobienia frontonów kamienic i mosiężne gałki w drzwiach nie biorą się z niczego.
Na obecny charakter miasta składają się głownie dziewiętnastowieczne budowle, place z fontannami wykładane brukową kostką w efektowne wzory, wyłączone z ruchu samochodowego ulice oraz liczne schody. Nie można zapomnieć o azulejos i tramwajach. Bez tramwajów nie byłoby Lizbony.
_MG_6723 Nie jest tajemnicą, że od paru dziesięcioleci Portugalia przeżywa coś w rodzaju odwrotności prosperity. Podczas spacerów spotkać można zamknięte na głucho sklepy, pustawe kafejki i ogromne biurowce do wynajęcia. W Lizbonie obraz dekadencji nie jest tak jaskrawy jak w Porto, ale i tam recesja daje się zauważyć – trzeba być na to przygotowanym. Sytuacja gospodarcza nie wpłynęła jednak na ogólne dobre wrażenie: ulice są czyste i spokojne, jedzenie smaczne a ludzie mili. Dlatego w dogodnej chwili chętnie poleciałbym do Lizbony po raz drugi a potem trzeci.
Ale dość tych marzeń, tekst się rozrósł ponad miarę, resztę dopowiem w następnym odcinku. Będzie wreszcie o tramwajach.

Podsumowanie

30 grudnia 2014

Miał być kolejny wpis z cyklu „byłem tam”, widziałem to”, ale WordPress przysłał mi doroczny raport o stanie blogo-czytelnictwa i cały plan diabli wzięli. Nie oparłem się ciekawości i zajrzałem do statystyk. Teraz już wiem, ile w mijającym roku postów opublikowałem, który z nich miał największe powodzenie, a także ilu summa summarum czytelników tu zajrzało. Skrupulatny excel podaje też, kto w mijającym roku najczęściej się odzywał a kto się odzywać przestał…

Nie wspomniał WordPress o jednej ważnej okoliczności, a mianowicie takiej, że wiele wpisów w ogóle by nie powstało, gdyby nie gościnność i współpraca moich przyjaciół rozsianych po różnych miejscach Europy. Pamiętacie wizyty w angielskich katedrach albo relacje z National Gallery? Były możliwe dzięki temu, że moi przyjaciele z Londynu użyczali mi dachu nad głową. Do katedr wspaniałomyślnie podwozili mnie samochodem, co więcej podsuwali swój wypasiony aparat z szerokokątnym obiektywem, abym nie musiał wstydzić się publikowanych fotografii. Tak było w Canterbury, potem w St. Albans. Do NG najczęściej chodzę sam, ale każdorazowo pobyt w Londynie zawdzięczam moim wyrozumiałym i życzliwym przyjaciołom.

Efektem wizyt w NG sa liczne wpisy poświęcone obrazom. Notka dotycząca „Ambasadorów” – Holbeina była najczęściej czytana w minionym roku. LINK

Jak wiadomo, zbiory londyńskiej galerii są ogromne. Regularne odwiedziny pozwalają nacieszyć się obecnością arcydzieł oraz jako tako uporządkować książkową wiedzę o malarstwie. Jedna pospieszna wizyta w galerii to za mało, żeby pojąć fenomen malarstwa albo zrozumieć, dlaczego jedne obrazy podobają się bardziej a inne mniej. Nie oczekujcie odpowiedzi. Po kilkunastu i więcej latach przyglądania się obrazom nadal nie wiem, dlaczego coś podoba mi się bardziej a coś innego mniej. Za wielki osobisty sukces uważam samo postawienie tego pytania, liczę, że w przyszłości będę mógł bez przeszkód je pielęgnować.

Estetyczna wątpliwość nie dotyczy wyłącznie malarstwa, to samo jest z rzeźbą i architekturą: dlaczego na widok jednych budowli wpadamy w zachwyt a inne, choć widać, że wykonane większym staraniem nie ruszają nas zupełnie? Tylko z piosenkami sprawa jest od dawna wyjaśniona. Zgodnie z teorią inż. Mamonia, podobają się nam te piosenki, które już słyszeliśmy.

Wspomniałem o wspólnych, już niemal tradycyjnych, wyjazdach do katedr. Z każdej wizyty wracamy bogatsi o nowe wrażenia oraz o kolejną porcję zdjęć.

_MG_3243

10876737_10205273480139157_414132000_o

Kiedy „zasłużeni dla sprawy” przyjaciele przyjeżdżają z rewizytą do Dublina, wtedy robią takie zdjęcia:

IMG_9518

IMG_9527

Fotografują też przyrodę – dwie poniższe fotki powstały ubiegłej wiosny, w górach Wicklow.

IMG_9354

IMG_9355

Podczas tej samej wizyty pojechaliśmy na Howth. Jest to wychodzący w Zatokę Dublińską półwysep, dość malowniczy, ale tego dnia okropnie tam wiało.

IMG_9103

IMG_9122

Dlatego z kolejną rewizytą pojechałem w czerwcu, gdy znacznie się ociepliło. No i kiedy dojrzał plan zwiedzenia kolejnej wspaniałej katedry. Plan został zrealizowany, o czym będzie w następnym odcinku.

IMG_2931

Rocznicowe skojarzenia

17 kwietnia 2014

W berlińskiej galerii nie poprzestałem na kontemplacji średniowiecznych jasełek. W dziale „malarstwo włoskie” trafiłem na pokaźny zbiór obrazów pochodzących z Wenecji. Głównie reprezentacja „szkoły weneckiej” ale nie zabrakło malarzy późniejszych: Tiepola i Canaletta. Mam słabość do weneckiej architektury, dlatego przy tym ostatnim zatrzymałem się na dłużej, żeby po raz kolejny popatrzeć, na ile przez 300 lat zmieniły się domy i place. Na ile zmieniła się barwa wody w zatoce. I czy gondole mają wciąż ten sam kształt.

Ostatnio byłem w Wenecji rok temu, zwiedzałem intensywnie, z aparatem w ręku. Nie, nie wydaje mi się „jakby to było wczoraj”. Minął rok i koniec. Mam powód do obchodzenia rocznicy. Ludzie różne rocznice obchodzą, ja wybrałem właśnie tę. Oraz kilka okolicznościowych zdjęć. Weneckich kanałów, mostków, przesmyków i dachów nigdy dość.

_MG_3656

stół ogrodowy 220

IMG_3698

_MG_3658

wf april 147

_MG_3612

_MG_3730

krużganki Pałacu Dożów

wf april 109

_MG_3739 - Version 2

Pierwszy orszak w Sienie

12 stycznia 2014

Ze stacji kolejowej można się dostać do centrum Sieny na kilka sposobów: autobusem miejskim, taksówką albo ruchomymi schodami. Wybrałem trzecią możliwość, która wydała mi się dość egzotyczna. Po kilku minutach jazdy znalazłem się na poziomie centrum handlowego, gdzie zjadłem pizzę, potem znowu stanąłem na metalowym stopniu i sunąc w majestacie sierpniowego upału dotarłem do punktu docelowego, w pobliże jednej z bram starego miasta. Stamtąd do hotelu miałem jeszcze spory kawałek drogi, ale przecież o to chodziło. Zwiedzanie polega na chodzeniu i patrzeniu, jakby ktoś nie wiedział.
Przy okazji miałem okazję przemierzyć kilka ulic, które pominąłem podczas poprzedniej wizyty. Na chwilę zboczyłem ze szlaku zahaczając o taras widokowy obok bazyliki św. Dominika – chciałem zerknąć na przeciwległe wzgórze gęsto oblepione domami. Z tej perspektywy zdawało się, że stoją jedne na drugich, bez ładu i składu. Porównanie do kopca termitów nasuwało się samo.

Siena (52)

Siena nie jest dużym miastem, nawet przy ponadprzeciętnym nagromadzeniu dzieł sztuki przyciągających wzrok, nadal można je obejść w ciągu paru godzin. Wyjeżdżając stamtąd przed dwoma laty miałem wrażenie, że wszystko już znam. A jednak pojechałem tam znowu, z nadzieją, że odkryję coś nowego, a biorąc rzecz dosłownie – coś starego. Dlatego nie rezygnując z żelaznych punktów programu pozwalałem sobie na włóczęgi traktami pozornie nieatrakcyjnymi, prowadzącymi przez dzielnice opustoszałe, wzdłuż murów miejskich albo kończące się nagle ślepymi zaułkami.

IMG_4991 Podziwiałem łukowe klamry spinające domy stojące po przeciwległych stronach ulicy, zdumiewała mnie zaradność właścicieli samochodów, którzy w tej ograniczonej przestrzeni dodatkowo „urozmaiconej” stromymi podjazdami potrafili upchnąć swoje pojazdy. Do garażowania aut wykorzystuje się w Sienie przepaściste tunele znajdujące się pod budynkami. Niektóre z tuneli są zbyt wąskie, aby mogły pełnić jakąkolwiek rolę użytkową – wtedy można do nich zajrzeć, choć to czynność bezsensowna, bo po dwóch metrach i tak nic nie widać. Prócz sieneńskich ciemności.

Ale wyobraźnia nie pozostawała bezczynna, w głowie powstał mi obraz wzgórza gęsto poprzecinanego korytarzami prowadzącymi we wszystkich kierunkach i być może łączącymi się w samym jądrze ciemności. Porównanie z kopcem termitów nabierało więc dodatkowej treści. Jak mówią starzy mędrcy w hollywodzkich filmach: „Rzeczywistość wcale nie jest tym, czym wydaje się być”.

W jednej z uliczek mało uczęszczanych lecz wcale nie peryferyjnych trafiłem na siedzibę pogotowia ratunkowego. Misericordia mieściła się w średniowiecznej kamienicy i miała bardzo bogata tradycję – w przedsionku umieszczono tablice pamiątkowe, stuletnie fotografie oraz eksponaty w postaci ręcznych wózków służących do przewożenia chorych.

IMG_5003

Potem nastąpił akcent muzyczny. Z okien pierwszego piętra pałacu Chigi dobiegły mnie dźwięki orkiestry smyczkowej. Nie zdziwiłem się, w dawnej siedzibie rozrzutnego bankiera mieści się szkoła muzyczna. Odruchowo spojrzałem w górę, wielką salę zdobiły sufitowe i ścienne malowidła. Najbardziej widoczne były jednak dwa lub trzy ogromne żyrandole. Chciałbym napisać, że sala była oświetlona rzęsiście, ale gdy smyczki ucichły, rozległy się rzęsiste brawa. Więc się powstrzymam, bo takiej intensywności określeń ten krótki opis może nie wytrzymać.
Trzeba jednak być gotowym na intensywność, bo Siena – przecież jako miasto nieduża – jest dosłownie „napakowana” zabytkami, zanurzona po szyję w historii, spowita w tradycję a jednocześnie dostarcza zwykłych przyjemności związanych z jedzeniem, piciem i wygrzewaniem się w promieniach słońca.

Zamieszkałem w hotelu położonym w pobliżu katedry, całkiem niedaleko placyku z kolumną wilczycy i niemal naprzeciwko fontanny z rzeźbą Pantery – symbolu jednej z sieneńskich contrad. Ulica jest z tych niepozornych, mieści się przy niej warzywniak, butik z pamiątkami, sklep z urządzeniami elektrycznymi oraz nieczynny antykwariat, do którego można zajrzeć przez zakurzoną szybę i zobaczyć rzeźbę konia naturalnej wielkości. Początkowo nie zwróciłem uwagi na nazwę ulicy, dopiero rano, wyglądając przez okno pierwszego piętra dojrzałem najpierw przeszklony obraz barokowej Madonny umieszczony w ścianie pobliskiego domu a potem tabliczkę Via Stalloregi. Olśniło mnie wtedy (olśniło rzęsiście), że na końcu tej ulicy biegnącej łukiem ku murom miejskim, tuż przy bramie swoją pracownię miał mistrz najbardziej uznany wśród malarzy szkoły sieneńskiej – Duccio Buonisegna. Tam powstała Maesta, którą pewnego czerwcowego poranka roku 1311 przeniesiono do katedry i ustawiono na ołtarzu głównym. Trwało to pół dnia, bo ludziom średniowiecza udział w uroczystościach potrzebny był bardziej od świeżego powietrza. Ołtarzowy wizerunek Madonny z Dzieciątkiem w otoczeniu aniołów i świętych przy całej swojej artystycznej świetności był tylko wehikułem przenoszącym ich umysły w rzeczywistość metafizyczną. Wielogodzinne celebry i procesje nadawały znaczenia ich życiu, stanowiły okazję do zanurzenia się w świecie wyśnionym, piękniejszym i sprawiedliwszym od tego, który znali.

Procesja szła pod moimi oknami, najpierw dobiegło mnie bicie dzwonów, potem usłyszałem delikatne głosy dziewczynek idących przed orszakiem z koszyczkami kwietnych płatków, kolejny wyraźny dźwięk pochodził spod kopyt końskich a następnie wszystko zlało się w jeden szum wywołany krokami ludzkiej ciżby. Oparłszy łokcie na parapecie przygladałem się setkom wolno przemieszczających się postaci, ponad ich głowami górował olbrzymich rozmiarów obraz umieszczony na platformie niesionej przez ośmiu rosłych młodzieńców.
Malowidło lśniące od złota i purpury zajmuje połowę szerokości ulicy, kołysze się ponad tłumem jak żagiel łodzi sunącej po morskich falach. Grupę osiłków ubranych w jednakowe uniformy poprzedza delegacja opasłych dostojników kościelnych, którym drogę wśród tłumu torują pachołkowie i jeźdźcy konni. Tuż za Maestą idą miejscy patrycjusze, członkowie gildii kupieckich i zakonnicy. Nie brakuje księży z kropielnicami i ministrantów z kadzielnicami. Z oczami łzawiącymi od dymu albo z powodu wzruszenia idzie maestro Duccio w otoczeniu czeladników i rodziny. Za nimi posuwa się tłum zawodzący pieśni, niosący sztandary, proporce, święte obrazki i zapalone świece. Procesję zamykają najbiedniejsi z biednych liczący na to, że uroczystość przyniesie im nie tylko strawę duchową ale będzie okazją do zapełnienia żołądków. Niewykluczone, że ta grupa społeczna jest w orszaku najliczniejsza. Wraz z jej pojawieniem się, byłem zmuszony zamknąć okno i wycofać się w głąb pokoju, jak najbliżej klimatyzatora.

700 lat temu nie zawracano sobie głów czymś tak przyziemnym jak higiena. Myśli prostego biednego ludu zajmowały procesje, oddawanie czci Bogu, upraszanie niezliczonych świetych o wstawiennictwo i troska o zbawienie wieczne. Do tego dochodziły posty i umartwienia. Najbardziej żarliwi Chrześcijanie, jak późniejsza święta Katarzyna Sieneńska, praktykowali także samobiczowanie się. Ale to ekstremum, ludzie pragmatyczni zabiegali o zasługi w niebie nie porzucając starań o pomnażanie bogactwa i wzmacnianie prestiżu miasta. Dbałość o higienę pozostawiali pod rozwagę późniejszych pokoleń.

Na początku XIV wieku wpływowych i ambitnych obywateli Sieny połączyła chęć przebudowania istniejącej katedry. Cel był jasny i oczywisty: udowodnić prymat Sieny nad Florencją. Patrycjusze zatwierdzili plany, zgromadzili pieniądze, podpisali umowy z wykonawcami i zaczęli budować katedrę, która miała być największa na świecie. Powodem do dumy sieneńczyków był już sam zamysł porwania się na wyczyn tak śmiały, wręcz niewiarygodny…
Po stu latach bujania w obłokach i napawania się przyszłym zwycięstwem musieli pogodzić się z porażką – w obliczu epidemii czarnej ospy (wywołanej brakiem higieny), załamania gospodarczego oraz odkrycia błędów konstrukcyjnych megalomańskie dzieło okazało się niemożliwe do realizacji. Część powstałych murów zburzono, zachowano jedynie część nawy, później zaadaptowaną na potrzeby muzeum katedralnego, oraz imponujących rozmiarów ścianę frontową, która teraz służy jako znakomity punkt widokowy. Z powodu wąskich schodów ruch na taras widokowy odbywa się wahadłowo, czas podziwiania toskańskich wzgórz i toskańskiego nieba jest ściśle reglamentowany.

_MG_4730