Posts Tagged ‘Michał Anioł’

Rzymska majówka

3 marca 2018

Dawno tu nie pisałem, na komentowanie polskiej polityki szkoda prądu w klawiaturze, natomiast podróże… czekały na swój dobry czas. Blog się zawiesił, liczyłem się jednak z możliwością jego odwieszenia. Na wszelki wypadek wrażenia notowałem w zeszycie.

Prawie rok temu, w maju wybrałem się do Rzymu. Spędziłem tam zaledwie pięć dni, ale były to dni wypełnione samotnymi wędrówkami po ulicach, placach i mostach Wiecznego Miasta. Wcześniej oczywiście czytałem sporo o dziełach sztuki, które można podziwiać w tamtejszych kościołach i muzeach. Mówiąc krótko, wiedziałem po co tam jadę. Pierwszego dnia, po wstępnym rozeznaniu w terenie i pierwszej kawie zapuściłem się w dzielnicę Monti. Dzielnica leży na wzgórzu, dlatego niektóre z uliczek przybierają postać schodów i jedna z takich schodkowych arterii nosi nazwę Via di Monte Polacco. Po wyjściu z gęstej zabudowy można dostrzec bryłę Koloseum, trudno tę budowlę pomylić z czymkolwiek. Ale zanim do Koloseum, zanim zobaczę ogorzałych facetów przebranych za rzymskich legionistów, którzy pozują za pieniądze do zdjęć, skręcam w lewo (lewo jest mi organicznie bliskie) i po kolejnych schodkach wchodzę na dziedziniec kościoła św. Pawła w Okowach. Domniemane okowy męczennika spoczywają w szklanej gablocie pod głównym ołtarzem.

Lecz nie żelazne łańcuchy zwabiły mnie do wnętrza kościoła, nie jego masywne kolumny i kasetonowy pozłacany sufit. W bocznej nawie, tuż obok ściany ołtarzowej znajduje się nagrobek papieża Juliusza II, tego samego, który zmusił Michała Anioła do malowania sufitu Kaplicy Sykstyńskiej. Centralną figurą monumentalnego nagrobka jest nie kto inny jak Mojżesz. Pełna blasku i odczuwalnej mocy sylwetka fascynuje mnie od niepamiętnych czasów, a dokładniej od szóstej klasy podstawówki. Kiedy na lekcji „plastyki” zobaczyłem fotografię dzieła Michała Anioła poczułem, że chciałbym go kiedyś zobaczyć. Trochę to potrwało, ale marzenie spełniłem. Nie sądziłem tylko, że kościół, w którym zasiada ten nadludzki, gotowy powstać i zakrzyknąć Mojżesz, jest, jak na warunki rzymskie, taki niepozorny. Cieszyłby się znacznie mniejszym zainteresowaniem turystów, gdyby nie skarb, który od pięciu wieków kryje pod swym dachem. Już Giorgio Vasari w „Żywotach artystów” (wyd. 1556) odnotował, jak przed figurą Mojżesza „niczym stado szpaków” kręcą się Żydzi, którzy z pobliskiej synagogi przychodzili podziwiać swojego proroka. Wierciłem się i ja przed Mojżeszem, wpatrywałem się w jego groźną twarz, bezkarnie pstrykałem kolejne zdjęcia i niemo go podziwiałem, choć to nie mój prorok. Nie pytajcie, co takiego znajduję w dziełach sztuki, że jadę setki kilometrów, żeby na nie przez chwilę popatrzeć. Odpowiedź byłaby pokrętna i niewykluczone, że nieprawdziwa.

Spod figury Mojżesza całkiem blisko do Koloseum. Dzień był ciepły, majowy. W sandałach i krótkich spodniach, z aparatem na szyi zbliżyłem się do tłumu turystów. Zrobiłem kilka zdjęć, z boku podszedł czarnoskóry sprzedawca pamiątek. Wyglądał schludnie, nie wyczułem nachalności. Kiedy skrzyżowaliśmy spojrzenia, wtedy ośmielił się i zagaił:
– Skąd jesteś?
Nie lubię tego pytania, więc trochę zaczepnie odparowałem
– Zgadnij!
– Z Niemiec?
– O, pochlebiasz mi. (Zawsze imponowali mi niemieccy turyści we wzorzystych zapinanych swetrach, masywnych skórzanych butach i skarpetkach naciągniętych wysoko na łydkę.) Ale ja nie jestem z Niemiec. Czy wiesz, jaki kraj leży na wschód od Niemiec?

Niepewność na twarzy rozmówcy skłoniła mnie, żeby tajemnicę ostatecznie wyjawić:
– Polska.
– A, Polska! Spotykałem wielu turystów z Polski, kiedy mieszkałem jeszcze w Kenii. Fajni ludzie, opowiadali o Polsce. To musi być piękny kraj.
– Rzeczywiście piękny jest. Ale ty kolego raczej nie powinieneś się tam wybierać.
– Dlaczego?
– Bo to kraj pełen rasistów i łatwo mógłbyś dostać regularny wpierdol a policja nie kiwnęłaby palcem, żeby cię obronić.
– Mój rozmówca zaśmiał się i dopytywał: atakowaliby mnie za to, że mam inną skórę?
A ja patrząc na jego niewinne oblicze i rządek białych zębów dokończyłem opis mojej ojczyzny:
– Na sto procent dosłałbyś wpierdol. O wyzwiskach nie wspomnę. Tam nawet pobili polskiego wykładowcę, za to, że w tramwaju mówił po niemiecku. To chory kraj.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę, z sympatii do młodego Kenijczyka kupiłem kilka bransoletek z grawerowanymi słonikami i kolorowymi koralikami. Gdy odchodziłem kierując się ku dostojnej budowli, zapewnił, że za te kilka euro jego kenijska rodzina będzie miała co jeść przez cztery dni. Nie wiem, czy mówił prawdę, może tylko opowiadał to, co przeciętny turysta sięgający do portfela chce usłyszeć.

Obszedłem Koloseum dookoła, na zwiedzanie części wewnętrznej się nie zdecydowałem (odstraszała mnie długość kolejki chętnych) i minąwszy triumfalny Łuk Konstantyna przez wzgórze palatyńskie doszedłem aż do Forum Romanum. Zgiełk miasta został daleko za mną. Oaza spokoju. Po drodze mijałem kolejne grupy mniejszych lub większych ruin, które w zestawieniu z wybujałymi drzewami, różanymi klombami i dzikimi łąkami tworzą urokliwy park. Być może temu miejscu należy się więcej szacunku, wszak wzgórza palatyńskie uznaje się za kolebkę cywilizacji rzymskiej a od Palatynu wywodzi się obecne w wielu językach słowo pałac. Rozciągające się na obszarze kilkunastu hektarów pozostałości po łaźniach, pałacach i świątyniach, karbowane szczątki marmurowych kolumn sprzed 2,5 tys lat oraz masywne ceglane budowle z pewnością nie są jakimś tam parkiem. Dosłownie rzecz biorąc są ponurym cmentarzyskiem. Z jednej strony świadczą o niebywałym zaawansowaniu antycznej sztuki budowlanej i wysmakowanych gustach estetycznych właścicieli tych budowli. Graficzne wizualizacje dostępne na YT pokazują jak wspaniałe pod względem formy, rozplanowania przestrzennego i funkcjonalności były to obiekty.  Projektanci epoki renesansu chętnie czerpali z dokonań antycznych poprzedników. Zapytać wypada, skąd ci pierwsi czerpali wiedzę o sposobach układania cegieł, tworzenia sklepień łukowych, zachowania proporcji?

_MG_8340

Z drugiej strony porastające trawą  ruiny są niemym wyrzutem sumienia, turyści dosłownie spacerują po zniszczonych dziełach sztuki.  Unicestwienie dawnego miasta (w czasach Cesarstwa Rzym liczył prawie milion mieszkańców!)  nie dokonało się siłami natury. Gdyby tym budowlom pozwolono stać, stałyby do dziś, tak jak stoi grecki Partenon, świątynia Maison Carrée znajdująca się we Francji, albo Panteon. Forum Romanum rozbudowywano i restaurowano aż do wieku VII. Dopiero kiedy w Rzymie utrwaliła się władza papieży, a po dawnych wierzeniach nie pozostał żaden ślad, budowle starorzymskie z premedytacją niszczono a budulec – w tym złoto i czerwony marmur sprowadzany z Afryki – wykorzystano przy wznoszeniu świątyń i rezydencji nowej – jedynie słusznej – władzy. Zanim do Rzymu wkroczyli Wandale, Forum Romanum pokrywała warstwa śmieci i błota.

Można jednak przyjąć inną, bardziej optymistyczną perspektywę: po odłożeniu na bok wiedzy o historii i cywilizacyjnych osiągnięciach Cesarstwa, po schowaniu na dno plecaka arkusza z graficznymi rekonstrukcjami budowli zostajemy pośród bezładnie rozmieszczonych ruin, masywnych murów i sterczących kolumn a najważniejszym zmysłowym doświadczeniem jest gwar dzieci, zapach sosen, chrzęst żwiru pod nogami i przyjemne ciepło bijące od rozgrzanych słońcem kamieni. Wychodzi na to, że zdolni architekci Juliusza Cezara i jego następców wieloletnim wysiłkiem stworzyli unikalny ośrodek odpoczynku i rekreacji – samo wejście na wzgórze palatyńskie wymaga sporego wysiłku. I za to chciałbym Juliusza pochwalić: Ave Cezar! Zostawiłeś po sobie wspaniały park, co prawda bez dinozaurów, ale za to z gniazdującymi ptakami. Jakże miło spalać kalorie w tak pięknych okolicznościach historii.

Rzym to, oprócz placów i pałaców, przede wszystkim kościoły. Nie sposób ich wszystkich obejrzeć, niemożliwością opisać na blogu. Te największe są tak znane z reprodukcji, że oglądanie na żywo nie przynosi już wielkiej satysfakcji. Cenię bardzo  sztukę sakralną,  ale lubię być zaskakiwany, dlatego chętniej zaglądałem do przybytków bardzo starych, w których mogę się spodziewać nawarstwionych śladów kolejnych epok oraz śladów sztuki bizantyjskiej i romańskiej. Taka jest Bazylika św. Klemensa, dostojnie stara i jak na warunki rzymskie, niezbyt duża. Wnętrze nie powoduje poczucia przytłoczenia, za to może oczarować nastrojem. Najbardziej efektowne jest malowidło ołtarzowe utrzymane w czystym bizantyjskim stylu, a więc wklęsła złocona apsyda, centralnie umieszczony krucyfiks, obok postacie boskie, gołębie i uformowane w efektowne spirale pędy roślinne, u dołu na ciemnozielonym tle rząd owieczek i stojący pośrodku baranek w aureoli.

(kliknij w poniższą ikonkę, żeby otworzyć obraz)

Bizantyjskie cudowności nie powinny nas jednak zmylić, na niższym poziomie budowli można znaleźć ślady o wiele wcześniejsze. Za czasów Cesarstwa Rzymskiego, na fundamentach prywatnego domu powstała pierwsza świątynia, w której czczono boga Mitrę. Po urzędowym zakazie jego kultu w IV wieku obiekt został przejęty przez chrześcijan, rozbudowany i podwyższony. Od tej pory przechodził kolejne przeobrażenia, wspomniany ołtarz apsydowy powstał w XII wieku. Robienie zdjęć we wnętrzu jest niedozwolone, zdołałem jedynie utrwalić jak wygląda wejście do bazyliki. Prawda, że łatwo przeoczyć?

Nie muszę zaznaczać, że niniejszy blog nie aspiruje do miana przewodnika turystycznego. Od przewodników są specjaliści, a mnie po obejrzeniu skrawka Wiecznego Miasta zwyczajnie przyszła ochota, by o nim opowiedzieć. Rzym był i będzie opisywany, bo na historycznej mapie Europy i świata jest rozgrzanym do czerwoności punktem i nie sposób zachować wobec niego obojętności. Dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś użytecznego, z czystym sumieniem odsyłam do książki, z której sam korzystałem. Tytuł znakomicie wydanego, bogatego w mapki, opisy i fotografie przewodnika-spacerownika brzmi „Rzym i jego czarna arystokracja”. Autor Wojciech Ponikiewski, który jest (był?) dyplomatą, spędził w Rzymie kilka lat, miał więc czas i sposobność na gromadzenie wiedzy i wygrzebywanie ciekawostek.  Do jego książki będę wracał. Bo to nie koniec rzymskiej majówki.

Reklamy

Aniołologia

25 lutego 2014

Tematy na wpisy blogowe nie sfruwają z nieba. Nawet jeśli ktoś pisze o obrotach sfer niebieskich, musi czasem zajrzeć do książek, żeby sprawdzić, czy Kopernik był kobietą i któremu papieżowi dedykował dzieło swego życia. Niniejszy tekst też opiera się na wiedzy książkowej a pomysł na jego napisanie przyszedł mi do głowy kilka tygodni temu, gdy wracając z miasteczka Dunshaughlin zajechałem na parking przed centrum ogrodniczym.

Skręciłem z głównej szosy w ostatniej chwili, skuszony możliwością wypicia dobrej kawy w przepastnych wnętrzach przeszklonego pawilonu. Lubię to miejsce, nie jest tak zatłoczone jak zwyczajne centrum handlowe, bujna zieleń nadaje mu niemal parkowy charakter. Oprócz roślin w różnych postaciach i stanach skupienia sklep oferuje akcesoria ogrodowe a także, co raczej nietypowe, ma stoiska z wełnianą odzieżą, wyposażeniem kuchennym, zdrową żywnością, zdrowym winem i niezdrowymi bibelotami. W odległym skrzydle tego przybytku znajduje się kafejka, do której zazwyczaj idę na końcu, po obejściu sekcji z nawozami, kwiatami doniczkowymi i narzędziami. Obok kafejki jest niewielka księgarnia, gdzie można nabyć kalendarze oraz książki o sztukach: kulinarnej i wizualnej. W wersji popularnej. Z sąsiedniego stoiska chwyciłem butelkę wina, po czym wróciłem do półki z książkami i wyłowiłem coś dla siebie.

Pani kasjerka widząc co jej kładę na ladę, uśmiechnęła się leciutko. Mogła być trochę zawiedziona, że zamiast kupić worek kompostu, sześciopak rozkwitłych orchidei i emaliowany gazowy grill za jedyne €1499, zadowalam się butelką wina i książką z renesansowym aniołkiem na okładce. Stukając w kasowe klawisze uśmiechała się niby Anioł, a ja już wiedziałem, że jestem na tropie swojej nowej pasji, że ta niepozorna książeczka odmieni moje życie. No, może nie całe życie, najwyżej kilka tygodni. Dobre i to, absurd istnienia trzeba uśmierzać każdym dostępnym sposobem. Miałem więc książkę. Tak jak syn mojego przyjaciela w wieku dziewięciu lat chciał zostać robakologiem, bo fascynowały go owady, gąsienice a nawet larwowate paskudztwo żywiące się spróchniałymi belkami (ich nazwa to spuszczele) – tak ja w nieco starszym wieku poczułem niezłomną wolę, żeby stać się aniołologiem. Już na sklepowym parkingu, zanim uruchomiłem silnik samochodu, przebiegłem wzrokiem pierwsze strony „The book of Angels”.

Wiem, nazwa angelolog byłaby poprawniejsza, ale będę trzymał się swojej. Angelologia to coś oficjalnego, wchodzi w skład nauk teologicznych, o których nie mam pojęcia. Co ciekawe, w polskiej Wikipedii angelologia nie ma jeszcze definicji. To duże niedopatrzenie w kraju wzmożonym religijnie. Tymczasem uprzedzając zarzuty formalistów, ogłaszam, że czuję się uprawniony do subiektywnego potraktowania anielskiego tematu. Bo Anioły są dobrem wspólnym, nie należą do żadnej wybranej religii lecz, jak wykażę za chwilę, do całej naszej cywilizacji. O Aniołach wspominałem w tekstach dotyczących sztuki średniowiecza i renesansu, teraz przyszła pora na uporządkowanie wiadomości, niech dobry Anioł ma w opiece moją klawiaturę.

stół ogrodowy 458
Rzeźba Anioła we florenckim kościele Santa Croce

Teologia, jak wiadomo, jest dość zawiłą spekulacją na temat istot wymyślonych przez ludzi. Aniołologia (a raczej angelologia) jest składnikiem tych spekulacji, więc badacz nie ma wątpliwości, że poświęca swój czas i uwagę bytom bezcielesnym, od początku do końca wymyślonym przez człowieka. Nie pytajcie, czy ja wierzę w Anioły, to pytanie stawia całe zagadnienie na głowie.

Na początek trzeba uznać fakt masowego występowania Aniołów w religii, w literaturze, malarstwie, rzeźbie, architekturze – słowem we wszystkim, co stworzył człowiek. Jak się dobrze rozejrzeć, poszukać w kronikach, heraldyce i nazwach miast (Los Angeles, Archangielsk) Anioły od tysiącleci zaludniają świat. One towarzyszą człowiekowi na jego własną prośbę. Być może zostały przyjaciółmi człowieka wcześniej niż zostały nimi psy i konie. Ludzkość, która postawiła sobie za cel tworzenie cywilizacji najwyraźniej bez Aniołów nie dałaby rady. No, a ludzkość – kwiat stworzenia, mylić się nie może. Zatem logika podpowiada, że nawet jeśli Aniołów nie ma tam, gdzie ludzkość twierdzi, że być powinny, to one jednak są. Są w kulturze – tej wysokiej i tej popularnej. Czyli wszędzie.

Jako kandydat na aniołologa nie mogę ignorować nieprzerwanej obecności Aniołów w cywilizacji od czasów sumeryjskich, poprzez Babilon, starożytny Egipt, Islam, Judaizm, Chrześcijaństwo i Popkulturę. Przyglądanie się kiczowatym wizerunkom już nie Aniołów lecz „aniołków” przynależnych do popkultury wymaga dużego samozaparcia, ale trudno, zdeterminowany badacz nie cofnie się nawet przed zalewem szmiry. Chyba że szmiry będzie tak dużo, że jednak cofnie.

Celem dociekań aniołologa jest nie tyle stwierdzenie obecności lub nieobecności Aniołów w niebie, lecz zdobycie wiedzy o nich. Aniołolog musi mieć anielską cierpliwość, żeby przebrnąć przez ocean informacji o funkcjach, odmianach, imionach i właściwościach Aniołów. Ich wizerunki zmieniały się w zależności od epoki i miejsca występowania, niezmienny pozostał zadziwiająco wielki wpływ Aniołów na życie ludzi, a poprzez to udział Aniołów w kształtowaniu cywilizacji. Jakbyśmy wyglądali bez nich?

Niewidzialnych istot tłumy sąsiadują z nami wszędzie.
I kto kogo ujrzy pierwej? I kto komu duchem będzie?

Błąkają się między nami i po nocy, i o świcie –
I nie wiedzą, że to właśnie jest wzajemność i współżycie.

Oni o nas, a my o nich nic nie wiemy – tylko tyle.
Że bywają nagłe zmierzchy i przychodzą pewne chwile…

Bolesław Leśmian

Anioł budzi sympatię i wyrozumiałość. Nawet w ustach osoby niereligijnej odwołanie się do anielskiej opieki nie uchodzi za brak konsekwencji. Władczy Bóg, w imieniu którego wypowiadają się jego kapłani i tychże kapłanów wyznawcy jest postacią o wiele mniej sympatyczną niż poczciwe Anioły, które jak wiadomo także początkującym aniołologom, są ponad-religijne i multi-religijne, o czym za chwilę.

O stałej obecności Aniołów w ikonografii i literaturze nie trzeba nikogo przekonywać. Kto spragniony szczegółów, może zajrzeć na blog http://anielskiewyzwanie.blogspot.ie/. Nie da się ukryć, że na tym blogu również wielokrotnie wspominałem o Aniołach, nie do końca zdając sobie sprawę, jak często skrzydlaci posłańcy występowali w przytaczanych przeze mnie legendach, w opisywanych dekoracjach świątyń, na podziwianych obrazach i tak dalej. Teraz zamierzam te braki nadrobić. Nie wstydzę się Anioła. Ale nie zamierzam być ckliwy, aniołologia nie polega na zanoszeniu modlitw do skrzydlatych istot lub na podziwianiu ich słodkich wizerunków (dwa pucułowate bachorki z obrazu Rafaela dawno przestały mi się podobać).

Anioły zostały powołane do istnienia, aby reprezentować to, co wysublimowane, co jest ponad naturą, co naturze zaprzecza. Na przykład bezpłciowość. Anioły są obojnakami, w rubryce gender wpisują – „nie dotyczy”. Ale czy istoty wyidealizowane, zupełnie pozbawione ludzkich przymiotów mogły jakoś się ludzkości przydać? Czy mogły zaspokoić ludzkie tęsknoty? Człowiek jest częścią przyrody, czego namacalnym, organicznym dowodem są akty narodzin, prokreacji i śmierci. A jednak niezwykła popularność Aniołów, ich nieustająca obecność w kulturach wschodu i zachodu, oraz ich uniwersalność dowodzą, że bez Aniołów ludzkość prawdopodobnie nie umiałaby żyć. Posługiwanie się symbolem /archetypem/ Anioła weszło ludziom w krew, znalazło swoje miejsce w literaturze i codziennym zestawie pojęć.

Skrzydlate istoty w roli posłańców i mediatorów występują w licznych (może we wszystkich?) kulturach i religiach świata. O ile główny Bóg, Manitu, Jahwe czy Ozyrys są z definicji wszechmocni i wszechwładni, o tyle Anioły nie posiadają niewielkie moce sprawcze, ich umiejętności ograniczone są do wąskiej specjalizacji. Każdy słyszał o Aniele Stróżu, albo o Aniołach opiekuńczych. W dziewiętnastym wieku popularne stały się Anioły zabierające martwe dzieci do nieba, co wynikało z dużego odsetka umieralności wśród dzieci. Doskonale znany z obrazów renesansowych Anioł Posłaniec nie tylko Marii przynosił wiadomości od Boga. Objawiał się także Mahometowi.

Posłannicza rola Anioła jest w powszechnej świadomości najważniejsza – ostatecznie nazwa Angel, Angelus, Anhelo wywodzi się z greckiego słowa aggelos oznaczającego posłańca. Stąd tylko krok do Archanioła, czyli lidera Aniołów: archo, po grecku znaczy „pierwszy”. W mitologii chrześcijańskiej występuje siedem (lub siedmiu) Archaniołów, z których najbardziej znani to Gabriel i Michał. Te same archangielskie imiona pojawiają się w tradycji żydowskiej i muzułmańskiej. Nie w imieniu Aniołów toczą się wojny religijne, nie Anioły dzielą społeczeństwa na „wiernych” i w najlepszym wypadku „innowierców”, w gorszym odszczepieńców, heretyków i kacerzy. Choćby za to należy się Aniołom szacunek, bez względu na to czy one istnieją realnie, czy nie.

Mimo tak silnej reprezentacji istot anielskich w kulturach świata, o samych Aniołach nie wiadomo nic pewnego. Raz mają one dwoje skrzydeł i powabne oblicza, innym razem tych skrzydeł jest sześć lub więcej, w niektórych opisach pojawiają się potrójne, poczwórne głowy oraz ilość oczu idąca w setki i tysiące. Szczególnie rozrzutni pod tym względem są wizjonerzy z kręgu islamskiego. Ich mitologia roi się od ogromnych dziwolągów „sięgających od ziemi do nieba” posiadających setki par kończyn i skrzydeł, ptasich pazurów i zwierzęcych głów.
Skromniejszy pod tym względem był Judaizm, który również dopuszczał współistnienie odmiennych gatunków Aniołów, dopiero legendy chrześcijańskie doprowadziły do jako takiej unifikacji, która utrwaliła w naszej wyobraźni postać Anioła jako zgrabnego młodzieńca odzianego w tunikę, posiadającego skrzydła, bujne włosy i urodziwą buzię ale nie posiadającego płci. Mimo to Archanioł Michał odziany w zbroję i strącający buntowników do piekła ma zdecydowanie męskie rysy natomiast Gabriel bywa ukazywany jako kobieta, nieraz zaskakująco podobna do Marii – takie delikatne odmiany Aniołów znamy z obrazów Fra Angelico, van Eycka i Leonarda. Zwiastowanie to wyjątkowa chwila dla kobiety, która ma zostać matką – Anioł musi wykazać maksimum subtelności. Malarze doskonale rozumieli tę sytuację. Na obrazach Blake’a Anioły są ogromne, ich rozłożone skrzydła sięgają sklepienia katedr, z kolei na obrazach mistrzów włoskich i flamandzkich wzrost Anioła zmienia się w zależności od potrzeb. Dlatego malarze lubili Anioły. W zależności od wymogów kompozycji, mogli je dowolnie powiększać lub pomniejszać. Zasady proporcji i perspektywy dotyczą ludzi, ale nie Anioły. To istoty wolne.


Petrus Christus – Adoracja dzieciątka

Do grona posłańców, pośredników między Bogiem a człowiekiem zalicza się greckiego półboga Hermesa, choć z nim sprawa nie łatwa. Grecy raczej nie uznawali Aniołów, a ów Hermes nie miał skrzydeł na plecach lecz u kapelusza i sandałów. Z kolei w starożytnym Egipcie większość bogów i bóstw – ich łączna liczba przekracza tysiąc – wyposażona była w dzioby, pazury i głowy zwierząt, ale też w skrzydła, Wszystko razem może sugerować, że egipskie niebo zamieszkiwały istoty opiekuńcze bardziej przypominające Anioły, niż wyniosłe bóstwa. Egipcjanie wierzyli, że każdy człowiek ma swojego Anioła Stróża. Niebiańskie istoty, z ich ograniczoną mocą sprawczą i gotowością służenia bardziej ludziom niż wydumanym prawom boskim wydają się nieśmiałymi zwiastunami humanizmu. Nie mają cech władczych – to raczej niemi obserwatorzy, którzy podejmują interwencję, gdy pojawia się zagrożenie. Bywa, że wypełniając swoje opiekuńcze obowiązki występują przeciw porządkowi boskiemu. Ich skrzydła miast służyć wyłącznie lataniu, osłaniają podopiecznych przed ciosami rozgniewanych bogów. Interwencja Anioła chroni człowieka przed tym, co w zasadzie winno być nieuchronne, bo zesłane przez los. Czy taki czujny Anioł, to już Anioł zbuntowany? Pytań jest więcej.

ANIOŁ
Czemu leciał tak nisko ten anioł, ten duch,
Sięgający piersiami skoszonego siana?
Wiatr rozgarniał mu skrzydeł świeżący się puch,
A od kurzu miał ciemne, jak murzyn, kolana…

Włos jego – hartowana w niekochaniu miedź!
Oczy płoną, miłosnym nieskalane szałem !
Snem wezbrała mu w skrzydłach niewiadoma płeć,
Kiedy lecąc, sam siebie przemilczał swym ciałem…

Leśmian pytał nie tylko o Anioły. Pojawiały się w jego wierszach Znikomki, Świdronie i Dusiołki, o których wiadomo niewiele, bo nie występują nigdzie indziej. Poniekąd jest to zrozumiałe: z opisu wynika, że te stworki są bardzo małe, być może nie większe od bakterii lub owada, podpadające w sferę zainteresowań robakologa a nie aniołologa. Z tego też powodu nie miały wzięcia wśród malarzy i a tym bardziej u rzeźbiarzy – to kwestia skali.
Namalować trudno, ale to nie powód by odmawiać im jestestwa – według logicznego osądu, ich istnienie jest tak samo prawdopodobne jak istnienie Aniołów. W konkurencji ze Znikomkami Anioły są na razie górą, bo miały lepszą i długotrwałą kampanię reklamową. W grę wchodzi jeszcze estetyka: kto chciałby mieć nad łóżkiem obraz przedstawiający bakterię o imieniu Dusiołek? Osobiście wybrałbym malowidło van Eycka z urodziwym Archaniołem Gabrielem mówiącym do Marii w języku łacińskim.

Większość Aniołów, jakie znamy z miliardowych reprodukcji przedstawiono w barwach pastelowych. Ich cera jest mlecznobiała, młodzieńcza, pozbawiona trądziku, skrzydła wymuskane, mieniące się kolorami tęczy (!), szaty anielskie są powiewne jak z garderoby moskiewskiego baletu. Wyjątkiem jest czarny Anioł Śmierci, obecny chyba na wszystkich cmentarzach świata. Zwykle występuje jako postać o smutnym melancholijnym obliczu – symbol przejścia z krainy żywych do krainy umarłych. Wykute w kamieniu pocieszenie, że tam, po drugiej stronie, jest ktoś kto bierze w opiekę drogich zmarłych.

Glasnevin 09 021 Anioł z cmentarza Glasnevin w Dublinie

Wspomniałem o ptasich atrybutach niebiańskich postaci starożytnego Egiptu. To nie były Anioły w powszechnie przyjętym rozumieniu. Podobnie Feniks, zrodzony z marzeń o nieśmiertelności i magicznych zdolnościach Aniołem prawdopodobnie nie jest. Zamiast delikatnej, pozbawionej zarostu buzi ma ptasi dziób. Gdyby był prawdziwym Aniołem z mgły i wyobraźni (bo przecież nie z krwi i kości) nie pozwalałby sobie na ekstrawagancje typu śmierć w płomieniach i zmartwychwstawanie wprost z popiołu. Autorka „The book of Angels” zakwalifikowała Feniksa do Aniołów na specjalnych prawach – ale ja mam wątpliwości. Jestem za czystością gatunku. Muszę głębiej pochylić się nad definicją anielskości. Zresztą, jak się domyślacie, nie jestem w stanie odnieść się do wszystkiego, co o Aniołach kiedykolwiek napisano. To ogromna wiedza.

Jak wspomniałem na początku, prawdziwy aniołolog nie poprzestaje na kontemplacji zwiewnych figur i uroczych twarzyczek barokowych cherubinków. Rzetelny i odważny aniołolog nie może uchylić się przed spojrzeniem w czeluść piekła zamieszkałego przez istoty Upadłe, służące Szatanowi. Znamy je dobrze, one też występują na obrazach wielkich mistrzów, czają się w ciemnych kątach malowideł średniowiecza, renesansu, baroku itd.

Na pierwszy rzut oka to są mocne Anioły, ale nie wierzcie Pilchowi – w gruncie rzeczy są to Anioły z problemami. Zamiast trwać w niebiańskiej glorii i nie reagować na pokusy świata, te słabe istoty przejęły cechy ludzkie. A ponieważ w ludzkim charakterze przeważają cechy negatywne – Czytelnik nie ma wątpliwości jak wygląda kręgosłup moralny Anioła upodobnionego do człowieka. Taki zhumanizowany Anioł to już diabeł. Upadek jest zatem prostą konsekwencją fascynacji Aniołów naturą. W ujęciu teologicznym natura jest zła, jej jądro ma tak wielką siłę przyciągania, że nie oprą się jej nawet najdoskonalsze z istot.

Ciekawa jest ta figura pojęciowa, zakłada bowiem, że zło jest kuszące. Przeistaczanie się Aniołów w diabły jest wykładnią niewiary człowieka w skuteczność sublimacji. Gdyby sublimacja (= trwała doskonałość) była możliwa, diabły nie zostałyby powołane do życia. Wystarczyłyby same Anioły. Tymczasem obecność diabłów w cywilizacji jest faktem chyba bardziej znaczącym niż istnienie Aniołów. Te ostatnie sprowadzone zostały ostatnio do roli kiczowatej dekoracji, tymczasem książęta piekieł korzystaja w pełni z ludzkich zdolności i mają się dobrze. Mefistofeles lub Mefistofel – jeden z bardziej znaczących osobników w diabelskiej hierarchii nie jest wybrykiem natury. On reprezentuje cechy typowo ludzkie. Jego imię powstało z połączenia słów hebrajskich: mephiz czyli niszczyciel, oraz tofel czyli kłamca.

Kłamca i niszczyciel – pozwólcie, że na tym zakończę. Nie było moją intencją pisać o Kaczyńskim.

Shadow w cieniu

22 lutego 2014

Tymczasową pracownię zrobiłem sobie w garażu. Podłogę i regały przykryłem podwójną warstwą folii, na środku ustawiłem stół, obok wielką lampę i skrzynki na narzędzia. Dopiero wtedy zabrałem się za rozbiórkę kominka z salonu. Samo palenisko było jeszcze w dobrym stanie, ale stuletnie marmurowe okładziny zaczynały się kruszyć i odpadać od ściany. Kolejno poprzenosiłem okopcone elementy do garażu dzieląc je na te, które nadają się do powtórnego użycia oraz na te, które trzeba zastąpić nowymi. We wszystkich czynnościach towarzyszył mi Shadow.

Czarny pies jakkolwiek ufny w stosunku do innych, do mnie przywiązał się szczególnie mocno. Niemały w tym udział miały kawałki wędzonej ryby lub surowego mięsa rzucane wprost do psiego pyska. Kiedy kręciłem się po obejściu państwa Courtney, Shadow chodził za mną jak cień. Gospodarze dziwili się trochę tej zażyłości, ale nie protestowali.

Lubiłem jego towarzystwo, intrygował mnie swoją godnością. Jeżeli rację miał Miłosz domyślając się istnienia “esencji psiości”, to Shadow jako przedstawiciel rasy labrador miał tej esencji bardzo dużo. Był od niej aż czarny.

A ja byłem biały: szorowałem krawędzie marmurowych bloków za pomocą specjalnej korundowej kostki, od czasu do czasu wygładzałem je suchą ściereczką i szorowałem znowu. Czasem używałem szlifierki elektrycznej i wtedy drobny pył wypełniał cały garaż, osiadał na moim ubraniu i twarzy. Tak musiał wyglądać Michał Anioł, kiedy rzeźbił swojego Bachusa, Davida, Pietę, Mojżesza i inne figury z mitologii greckiej, rzymskiej i żydowskiej. Biały jak młynarz.

Shadow przyglądał mi się badawczo. Leżał w progu garażu i cierpliwie czekał na moment, gdy zdejmę lateksowe rękawiczki i go pogłaszczę. Na wszelki wypadek, żeby sobie nie poszedł, zagadałem do niego.

Czy wiesz, że Michał Anioł był geniuszem?

Odpowiedzią było uniesienie głowy i wyprostowanie uszu. Było oczywiste, że pies nigdy wcześniej nie słyszał o geniuszach ani o wytworach kultury. Ani o estetyce.

No co tak patrzysz? Ludzie są istotami nieco bardziej skomplikowanymi, mają inne potrzeby, chcą na przykład mieć w salonie ładny kominek, żeby było na czym ustawiać bibeloty. O bibelotach też nie słyszałeś? No cóż, człowieczeństwo różni się mocno od psiości.

Gdybym zamiast szlifierki nastawił płytę z koncertem fortepianowym Czajkowskiego natychmiast zacząłbyś wyć do rododendronów na skarpie. A mnie, gdy słucham początkowych akordów, za każdym razem ciarki przechodzą po plecach. Czuje się tak, jak ty byś się poczuł na widok miski pełnej pasztetówki.

Po ostatnich słowach Shadow uniósł łeb jeszcze wyżej i zrobił minę, jakby miał przemówić. W ostatnim momencie zrezygnował i nie przestając się we mnie wpatrywać położył kształtną głowę na przednich łapach.

W świecie zwierząt nie ma muzyki, nie ma doznań estetycznych i filozoficznych systemów. Nie ma geniuszy i herosów. Nie ma też kłamców i wyrachowanych zbrodniarzy – tutaj macie przewagę nad nami.

Ale zauważ piesku, gdyby ludzie nie byli ani próżni ani zachłanni, nadal siedzieliby w jaskiniach, jedli półsurowe mięso, grzali brudne stopy przy ognisku i iskali wszy ze skołtunionych głów.

A jednak ruszyli z tych jaskini i szałasów, chyba w tym samym czasie kiedy udomowili psa. Nie pytaj, co ich stamtąd wypędziło. Czy chęć dominacji, próżność czy potrzeba ładu i piękna. Cokolwiek to było, spowodowało rozwój gatunku i postęp cywilizacyjny. Żeby przeżyć i płodzić potomstwo wcale nie musieli rysować tych rogatych bawołów na skalnych ścianach. Nie musieli wplatać piór we włosy, nakłuwać sobie uszu, wieszać korali i rozmazywać roślinnego soku w geometryczne wzory. Wystarczyłoby, żeby udoskonalili radło i naostrzyli narzędzia do ścinania roślin i patroszenia zwierząt. A jednak zaczęli się stroić, budować domy, wynaleźli koło, wyprawiali się nie tylko po mięso ale po bursztyn, jedwab i barwniki. Grali na bębnach i piszczałkach, dłubali rylcem w glinie, malowali na skórze, kamieniu i na pergaminie. Objawili się pierwsi artyści. To wtedy zaczęło się wydobywanie złota i jaspisu, ozdabianie, dekorowanie i upiększanie. Powstanie sztuki to chyba najwspanialsze, co ludzkości mogło się przytrafić.

Nie podchodź tutaj, leż! Wytrzymaj tam jeszcze trochę, zaraz przyjdzie twoja pani zawołać mnie na kawę, wtedy otrzepię się z pyłu i cię pogłaskam, dobrze?

Barbarzyński świat potrzebował sztuki, do końca nie wiadomo dlaczego. Po co Wikingom były ozdoby ze złota formowane w misterne zawijasy? Postęp techniczny wynikał głównie z wymyślania nowych narzędzi do zabijania. Sztuka przez długie wieki służyła indoktrynacji czyli masowemu praniu mózgów. Ale to nic, najważniejsze, że ocalała do naszych czasów. Miło popatrzeć na zabytki, rozdziawić buzię w zachwycie nad kunsztem snycerzy, malarzy i złotników, którzy mając tak prymitywne narzędzia i ograniczoną wiedzę dokonywali prawdziwych cudów, aby tworzyć arcydzieła i zadowolić swojego pana.

Wiedz, że za każdy detal w zamku z mostem zwodzonym, setką komnat i stajniami artystom i budowniczym płacił jakiś bogacz, który najpierw złupił swoich poddanych. Za kościoły z dzwonnicami, dębowe ołtarze i złocone lichtarze płaciła armia bosonogich chłopów oddających klerowi dziesięcinę albo pracująca niewolniczo w klasztorach. Myślę, że twoje pieskie życie jest o sto razy lepsze od życia milionów nieszczęśników wegetujących w cieniu książęcego zamku, opactwa lub strzelistej katedry. Sztuka, a może cała cywilizacja, jest jak nenufar: widzimy tylko piękny kwiat, ale jego korzenie zanurzone są w gnijących szczątkach.

Obracając kamienną płytę na drugą stronę zerkałem na Shadowa. Nadal tkwił na swoim posterunku, trochę znudzony, ożywiał się tylko wtedy, gdy do niego mówiłem.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że bez bogaczy sztuka by nie powstała. Dzięki ich zachciankom, artyści mogli pokazać siłę swojego talentu, zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Szkoda tylko, że tak niewiele z tego wynikło. Na życzenie bogaczy namalowano tysiące a może miliony scen ukazujących dobro, szlachetność i tuzin innych cech z najwyższej etycznej półki. Jakiś bohater ginął w obronie ideałów, ktoś oddawał płaszcz biedakowi, kobiety o anielskich twarzach tuliły dzieci do piersi i tak dalej. Sądzisz, że posiadacze tych malunkówe, kiedy się już napatrzyli, stawali się szlachetniejsi i zdolni do współczucia? A skądże.

Papież Juliusz II, inicjator krwawych wojen, chciwiec i despota, był pospolitym skurwysynem, ale to jego megalomanii ludzkość zawdzięcza malowidła na suficie Kaplicy Sykstyńskiej oraz posąg Mojżesza. Przy rzeźbieniu takiego kolosa musiało się dopiero kurzyć, nie tak jak tu przy kominkowych kostkach. I wiesz co Michał Anioł powiedział po skończeniu dzieła, kiedy już ostatnia rysa na obliczu rogatego proroka została wypolerowana? Powiedział mu: “A teraz przemów!” Ale Mojżesz nie przemówił. Tylko patrzył z głębin swojego tajemniczego jestestwa, tak jak ty teraz. Choć niezupełnie tak samo, bo Mojżesz nie machał ogonem i nie prostował uszu.

A co w tej historii jest najlepszego? Geniusz! Michał Anioł wielokrotnie upokorzony przez Juliusza, zmuszany przez niego do nadludzkiej pracy, zostawił po sobie dzieło tak wielkie, że nawet szkolne dzieci wiedzą, że największym rzeźbiarzem pozostaje Michał Anioł. Tymczasem imię dziadygi w papieskiej koronie pamiętają najwyżej badacze kryminalnej historii kościoła rzymskiego.
Caroline pewnie już nastawiła czajnik, za parę minut przyjdzie zaprosić mnie na herbatę. Teraz podśpiewuje jakąś arię, albo rozmawia z rudzikiem dziobiącym okruszki na parapecie. Lub po raz setny tłumaczy kotu, żeby nie obgryzał sukulentów i paprotek. Uparła się, żeby wygłaszać kotu dydaktyczne pogadanki, chociaż wie, że kot niczego nie pojmie. Dziwna kobieta, prawda piesku?

Przekładam bloki kamienne, jedne oczyszczam szmatką nasączoną impregnatem, inne układam na roboczym stole, przykładam miarkę, rysuję ołówkiem linie, po których poprowadzę ostrze szlifierki.

A teraz odsuń się, bo będzie sie strasznie kurzyć, idź o tam, pod krzaczek. No zobacz, trzymam szlifierkę w rękach, zaraz będzie hałas. No idź…

Hałas też człowiek ucywilizował: ilu ludwisarzy, lutników, bębniarzy i innych majstrów dostało zatrudnienie tylko dlatego, że jakiś kapryśny książę lub biskup chciał by jego uszy pieściły dźwięki porywiste jak wiatr lub łagodne jak syreni śpiew. Nie zapominaj o kompozytorach. Na przykład Beethoven. Trzeci koncert fortepianowy zagrał po raz pierwszy publicznie, nie mając jeszcze wszystkich nut zapisanych na partyturze. Zamiast nich porobił sobie tylko jakieś szkice i tak grał z wyobraźni i zebrał wielkie brawa, których zresztą nie słyszał. O, Beethoven to był geniusz największy. Nie dlatego, że komponował utraciwszy słuch. On pchnął muzykę o sto lat do przodu, pokazał ludzkości, że zdolna jest do tworzenia wielkiej muzyki. Bo ludzkość nie od razu wiedziała, jaka jest zdolna, musiała się o tym rok po roku, wiek po wieku przekonywać.

Rozmawiasz z psem po polsku? – w drzwiach stanęła gospodyni lustrując spoza chmury pyłu postępy mojej pracy.

Uczę go słówek.

Ho, ho! Natasza czasem odzywa się do niego po mołdawsku, a mój wnuk wydaje mu komendy po niemiecku. Jak tak dalej pójdzie, Shadow będzie znał więcej języków niż ja!
Shadow, słusznie przekonany, że o nim mowa, dawał zwykłe oznaki radości merdając ogonem. Patrzył to na nią, to na mnie, sprawdzając czy cieszymy się razem z nim.

Shadow, bądź miłym pieskiem, zaproś naszego majstra na kawę. Właśnie zaparzyliśmy.
Caroline zwróciła się bezpośrednio do mnie: przyjdź od razu, zanim Philip zje wszystkie ciastka.

* * *

Wróciłem z jadalni i korzystając z tego, że mam czyste ręce, przykucnąłem przy czekającym psie i pogłaskałem go po lśniącej sierści. Shadow wydawał się jakiś nieswój. Co ci jest, Szadołku? Coś taki poważny? Może przestraszyła cię sarna wyskakująca z krzaków? Mogłeś na nią szczeknąć. Ty nigdy nie szczekasz. I nic nie mówisz. Jesteś najbardziej przemądrzałym niemową jakiego znam.

Wszedłem do garażu i zabrałem się do pracy. Z krawędzi płyt usuwałem brud i resztki starych spoin dbając, żeby nie zarysować dłutem wypolerowanych płaszczyzn.

O czym ci ostatnio mówiłem? A, o tym, że genialni artyści wytyczają drogę swoim następcom. Podobnie myśliciele, filozofowie i prorocy. Tylko, że oni nie zostawiają po sobie żadnych przedmiotów, tylko idee i systemy filozoficzne. Następni myśliciele dokładają swoje pomysły na to jak zbudowany jest świat i tak rośnie warstwowo ten cały filozoficzny galimatias. Dziedzictwo kulturowe czyli inaczej mówiąc wytwory ludzkiej wyobraźni. W większości ciekawe, nawet fascynujące, ale nie do tego stopnia, żeby traktować je jak fetysz, żeby przed nim padać plackiem. Niestety większość ludzi pojęcia zaczerpnięte z przekazów kulturowych traktuje jak rzecz ostateczną.

Dasz wiarę piesku, że są ludzie, którzy czczą wytwory własnej wyobraźni? No tak! Latami trenują bojaźń i drżenie przed zmyślonymi duchami, bo grupa cwaniaków wmówiła im, że rozmowa z duchami jest najwyższą, kurwa, formą człowieczeństwa. A przecież nie ma jednej miary na człowieczeństwo, ani wzornika wzniosłości. Nie wiem, czy od religijnego opętania nie lepsze jest przemawianie do rudzika na parapecie albo śpiewanie operowych arii sukulentom i paprotkom.

Tak, w ludzkim świecie jest mnóstwo szaleństwa i wzajemnej wrogości. Nie masz nam czego specjalnie zazdrościć. Bądź sobie tym czworonogiem. A wiesz co jest najgorsze? Że cywilizacji nie można zanegować bez popadania w śmieszność. Nie możemy być na powrót dzicy, choćbyśmy nie wiem jak się starali. Rodzimy się i umieramy w cywilizacji.

Od ciągłego mówienia kamienny pył zaczynał zgrzytać mi w zębach. Chodź Szadołku, przejdziemy się na spacer, popatrzymy na ogród, niech nas wiatr owieje. Wszystko już wyczyszczone i przycięte na wymiar, jutro będziemy dopasowywać i składać w całość. Niech kurz w garażu opadnie, mniej się naniesie do salonu.

Ruszyłem przodem, po drodze nachyliłem się nad ogrodniczym wiaderkiem z deszczówką, umyłem twarz i ręce, pies dreptał za mną, ale bez entuzjazmu. Nadal miałem wrażenie, że coś go trapi. Wiedziałem, że nie była to żadna fizyczna dolegliwość. Sierść mu błyszczała, ogon miał uniesiony na zwykłą wysokość, nos zimny. Był to raczej problem natury psychicznej, a nawet intelektualnej. Ten ostatni domysł wymaga pewnej brawury, ale kto udowodni, że w kształtnej głowie czarnego labradora nie zachodzą głęboko skrywane procesy myślowe?

Przeszedłem przez podwórze, minąłem samochody i wszedłem w gęstwinę, tam gdzie dziki ogród zmieniał sie w regularny las z paprociami, omszałymi konarami, jelenimi ścieżkami, szczątkami rozszarpanych ptaków i głazami wystającymi spod listowia. Zatrzymałem się pod rozłożystym klonem, który o tej porze roku jarzył się pożółkłymi liśćmi jak gigantyczny lampion, rozpiąłem rozporek, żeby sobie ulżyć po dwóch kawach. Spojrzałem na Shadowa, który nawet tu mnie nie odstępował. Stał czarny i lśniący naprzeciw mnie ubielonego marmurowym pyłem. W jego oczach wyczułem zniecierpliwienie, a nawet pewną złość, że oczywistego pytania nie może zadać głośno.

Ach, o to ci chodzi? Pytasz, dlaczego mając do dyspozycji cztery łazienki w domu państwa Courtney przychodzę pod drzewo?

Błysk w oczkach i machnięcie ogonem wystarczyły za potwierdzenie domysłów.

Tobie pierwszemu to powiem: sikając tutaj czuję się całkowicie wolny, a zawsze chciałem być wolny. Ten ciepły strumień wzmacnia mój związek z przyrodą, może nawet z utraconą zwierzęcością. Sikanie z dala od porcelanowych muszli to nie żaden kaprys, to obrona konieczna. Przed czym? Przed wynaturzeniem, czyli zapomnieniem, skąd się wziąłem. Trawa, las i moczolubne krzaczki to moje środowisko, dopóki je mam pod stopami i mogę sikać z dala od ludzkich oczu – wiem, że życie ma sens. Dzięki tej banalnej czynności – mówiłem zapinając guzik spodni – utrzymuję równowagę między kulturą a naturą. Nie chcę się wyrzec dzikości, bo ona we mnie tkwi. Gdybym się wyrzekł i uznał wyższość kultury, pewnie bym cię nawet nie głaskał za uszami, nie rzucał ci patyka do aportowania i nie przywoził łososia w szeleszczących torebkach. Wiem, zabrzmi to okrutnie, ale prawdopodobnie uznałbym, że twoje marne psie życie toczy się w cieniu naszej wspaniałej cywilizacji. O, niech mnie złocisty klon chroni przed takim mniemaniem. Chodź Shadow.

Michał Anioł Buonarroti

18 lutego 2014

Dokładnie dziś przypada 450 rocznica śmierci Michała Anioła – artysty, którego imię wielokrotnie przywoływałem na tym blogu i którego dzieła zdarzało mi się oglądać. Nigdy dotąd nie poświęciłem mu osobnego wpisu, a to z tego prostego powodu, że biografia Buonarrotiego jest tak fascynująca, a twórczość tak bogata i ważna dla rozwoju sztuki w ogóle – że próba pomieszczenia w blogowym tekście choćby najważniejszych dokonań genialnego Florentyńczyka skazana jest na porażkę. Jednak z drugiej strony, podziw dla jego talentu, waga osiągnięć w kontekście rozwoju kultury oraz fascynacja osobowością tytana pracy każą mi wystawić się na śmieszność i kilka zdań o Michale Aniele napisać.

Gdzieś z tyłu głowy czai się niepewność, czy w epoce tak łatwego dostępu do informacji oraz kilkadziesiąt lat po wydaniu znakomitej książki Irvinga Stone’a „Udręka i Ekstaza” pozostało jeszcze coś, o czym czytelnicy nie wiedzą? Prawdopodobnie wiedzą wszystko, dlatego już bez przeszkód mogę przystąpić do wyrażenia swojego banalnego zachwytu.

Od razu zastrzegam, że nie wszystko co pozostawił po sobie MAB podoba mi się w równym stopniu. Postaci z Kaplicy Sykstyńskiej (znane mi jedynie z reprodukcji) budzą mieszane uczucia choćby przez to, że malując kobiety Michał Anioł korzystał z męskich modeli. W rezultacie mitologiczna Ewa i jej siostry przypominają umięśnione NRDowskie pływaczki karmione męskimi hormonami i mięsem z nutrii. O wiele przyjemniejsza dla oka jest postać Madonny z Tonda Donich (w Uffizi) albo zwiewne postaci z niedokończonego obrazu „Złożenie do grobu” (NG Londyn). Niedościgłym wzorem subtelności jest natomiast twarz i figura słynnej Piety watykańskiej, którą Buonarroti wyrzeźbił mając 25 lat. Równie delikatna jest Madonna z Brugii, o której miałem okazję pisać.

Prawdą jest, że Michał Anioł najchętniej malował i rzeźbił nagich mężczyzn, nie wyłączając ukrzyżowanego Jezusa. Nie wynikało to wyłącznie z chęci popisania się znajomością anatomii, nie było też prowokacją. Nagość jako stan naturalny służyła Buonarrotiemu do wyrażenia prawdy o człowieku, który jest jednocześnie bezbronny i zuchwały, gotowy na wyzwania. Wyzwań i niebezpieczeństw w czasach renesansu nie brakowało. Zadziwiający – choć nie tak mocno jak jego umiejętności i hart ducha – jest fakt, że Michał Anioł dożył 89 lat. Niemal do końca pracował – ostatnią, niedokończoną rzeźbą jest Pieta florencka znajdująca się w tamtejszym Muzeum Katedralnym.

Rzeźba była jego prawdziwą pasją, już w młodości uznał wyższość tej dyscypliny nad malarstwem, któremu zarzucał iluzoryczność, udawanie czegoś, czym nie jest. Rzeźba w mniemaniu Michała Anioła jest prawdziwsza, dlatego swoje artystyczne spełnienie widział jedynie w mozolnej obróbce kamienia. Podczas pracy nad posągiem Davida, którego ze względu na wielkość nazywano Gigantem, artysta całymi dniami nie schodził z rusztowania. Nie chciał tracić czasu. Zdarzało mu się nawet spać w ubraniu na deskach, aby po obudzeniu od razu przystąpić do pracy. W zimowe dni owijał sobie nogi zwierzęcymi skórami, w nocy palił pochodnie w warsztacie – pasja tworzenia była zbyt silna, żeby poddawać się warunkom pogodowym. Poświęcenie i chorobliwa niemal obsesja zaowocowały tym, że po niespełna dwóch latach wysiłków z bloku marmuru wyłoniła się postać subtelna i przepełniona mocą. Prawdziwy okaz ludzkiego piękna, idealny symbol dumnej i niepodległej Florencji wkraczającej w wiek szesnasty.

Giorgio Vasari opisał sposób, w jaki transportowano gotowy posąg: za pomocą sznurów ułożono Davida na platformie z desek, która potem niby mały pociąg napędzany siłą mięśni czterdziestu robotników sunął z pracowni usytuowanej pod murami katedry na Plac Signorii. Trwało to podobno cztery dni.

Kilka lat wcześniej (1499) spod dłuta Buonarrotiego wyszła Pieta – arcydzieło, którego doskonałości ani on sam ani nikt z następców nie zdołał przebić. Młody artysta zazdrosny o swoją sławę na wszelki wypadek wykuł nazwisko Buonarroti na szarfie zawieszonej na ramieniu Madonny. Później ta sława na równi z jego własną chciwością przysporzy mu kłopotów. Przez wiele lat krnąbrny, trudny w obyciu i nie lubiany przez otoczenie artysta pracował dla kolejnych papieży. Oni płacili najlepiej, ale mieli wymagania tak wysokie jak mniemanie o sobie samych.
Michał Anioł zaspokajał ambicje pięciu kolejnych władców państwa kościelnego. Najbardziej męcząca, ale jednocześnie owocna okazała się jego praca dla Juliusza II. Znamienny i dość dobrze opisany jest fakt, że Michał Anioł, który chciał poświęcić się wyłącznie rzeźbie, został przez porywczego Juliusza zmuszony do malowania. Zadanie obejmowało namalowanie scen ze Starego Testamentu na suficie Kaplicy Sykstyńskiej. Wcześniej ten sam papież zamówił u Michała Anioła gigantyczny nagrobek kuty w marmurze – teraz kazał ten projekt zarzucić.
Niechciane zlecenie spadło na barki MAB w wyniku intrygi Bramantego, który podobnie jak Rafael i Leonardo nie znosił zarozumiałego rzeźbiarza, zatem przekonał Juliusza II, żeby właśnie Buonarrotiemu powierzyć niewdzięczną robotę. Robotę, która kosztowała Michała Anioła utratę zdrowia, zaniki pamięci i przejściową ślepotę, ale w ostateczności przyniosła mu podziw i sławę, o których Bramante do spółki z Rafaelem mogli tylko pomarzyć. Fenomen Michała Anioła – zdumiewający kolejnych badaczy sztuki – polegał na tym, że artysta tak oddany rzeźbie, nieprzejednany w ocenie malarstwa, które w jego mniemaniu „dobre jest dla starych dewotek i mnichów lub dla arystokratów niezdolnych do odczuwania prawdziwej harmonii”, zdobył się na kolosalny wysiłek twórczy i powtarzając jak refren „to nie jest moje powołanie” zostawił w Sykstynie arcydzieło.

Osobnik targany sprzecznościami, porywczy gbur i wrażliwy poeta, okazał się człowiekiem z żelaza. Warunki pracy przy pokrywaniu 10 arów sufitu tynkiem i farbą były niewyobrażalnie ciężkie, prawdopodobnie ktoś o mniejszej odporności nie przetrzymałby takich obciążeń. Michał Anioł zahartowany w ascezie, przetrzymał trudy malowania w pozycji leżącej. Zajęło mu to cztery lata, które uznawał za czas całkowicie zmarnowany. Po śmierci Juliusza pojechał do Florencji i wykonał rzeźby do kaplicy Medyceuszy, a po powrocie do Rzymu, kiedy po Leonie X nastał Klemens VII, MAB znowu musiał wspinać się na rusztowania, żeby przedstawić światu swoje, rewolucyjne jak na tamte czasy, wyobrażenie Sądu Ostatecznego.

Wreszcie przyszła pora na dokończenie nagrobka dla Juliusza. Zmęczony kaprysami najpierw papieża a potem jego spadkobierców Michał Anioł nazwał pracę przy monumencie „tragedią nagrobka”. Ostatecznie, po paru dekadach podejmowania i przerywania prac ukończył go w roku 1545. Nie osiadł na laurach, mimo podeszłego wieku przez kolejne kilkanaście lat oddawał się ulubionemu zajęciu czyli rzeźbie. Na życzenie kolejnego papieża („Władcy się zmieniają, ale jest tylko jeden Michał Anioł”) podjął się przeprojektowania rzymskiej bazyliki św. Piotra, nadając jej kształt jaki znamy obecnie.

Dlaczego dobrze się stało, że MAB przetrzymał wszystkie florenckie niewygody i męczarnie sykstyńskie? Ponieważ bez niego nie powstałby Mojżesz. Ponadnaturalnej wielkości posąg – realistyczne wyobrażenie starotestamentowego proroka – wszedł w skład nagrobnego monumentu Julisza II i znajduje się w kościele św. Piotra w okowach (San Pietro in Vinkoli) w Rzymie. Michał Anioł niczym czarnoksiężnik uwolnił z kamienia zażywnego starca o niezwykłej mocy, budzącego respekt i gotowego do działania. Być może przekazał Mojżeszowi trochę własnych cech.

Michał Anioł urodził się 6 marca 1475 roku – zmarł 18 lutego 1564 roku. Pochowany został w kościele Santa Croce we Florencji.
Więcej informacji biograficznych w Wikipedii

Madonna z Brugii

11 lipca 2012

Znajoma, której powiedziałem, że na swoje urodziny wybieram się do bajkowego miasta Brugia, skomentowała że jestem „very romantic” . Nie protestowałem, bo jeśli zainteresowania historią sztuki i architekturą są wyrazem romantyczności – niech jej będzie.
Gdyby jednak fakt, że zaraz po zameldowaniu sie w Brugii poszedłem do Onze Lieve Vrouwekerk czyli kościoła NMP chciała zinterpretować jako przejaw mojej religijności – musiałbym pokręcić głową. Dodałbym, że doceniam jej poczucie humoru, ale tu akurat spudłowała, co więcej wszelkie sugestie, że w tak dojrzałym wieku mógłbym jeszcze być religijny – uważam za obraźliwe.

Kościołów w Brugii jest wiele, wyjątkowość gotyckiej budowli pod wezwaniem NMP polega na tym, że w bocznej kaplicy za kuloodporną szybą znajduje się oryginalna rzeźba Michała Anioła – jedyna, która za życia artysty opuściła Italię.

Rzeźbiona w białym marmurze „Madonna z Dzieciątkiem” nie jest tak słynna jak powstała kilka lat wcześniej Pieta, jest też znacznie mniejsza, przy czym różne źródła podają różne wymiary. Raz jest to 94, a drugim razem 104 cm wysokości – sam z oczywistych powodów nie mogłem wspiąć się na stopnie ołtarza i jej zmierzyć. Natomiast długo i z przyjemnością mierzyłem Madonnę wzrokiem. Może to kwestia ciemnego tła kontrastującego z bielą marmuru, może szczególna uroda i ludzkie ciepło bijące od obu naturalistycznie pokazanych postaci, albo wymowa subtelnie oddanych, wieloznacznych gestów – dość, że na tę rzeźbę chce się patrzeć i to patrzeć z bliska.

Powiedział ktoś przekornie, że sztuka rzeźbiarska sprowadza się do usunięcia z kamiennego bloku wszystkiego tego, co przesłania ukrytą wewnątrz postać. Zgoda, technologia rzeźby na tym polega, ale tylko nielicznym wizjonerom wyposażonym w dłuto i młotek udaje się uzyskać poziom, na którym proporcje rzeźby, jej dynamika, gra światła, subtelność gestów i sposobu wykończenia powierzchni dadzą efekt ni mniej ni więcej tylko genialny. Tak wyrzeźbić postać, aby z jej pozy i wyrazu twarzy widz odgadywał jej osobiste myśli, przeczucia i zawahania – to potrafią tylko mistrzowie. Do tych naprawdę nielicznych, którym się sztuka udawała należał Michał Anioł Buonarroti. Więc żeby zrozumieć, skąd wzięło się przekonanie iż Michał Anioł „wielkim artystą był” warto pojechać do Brugii.

Madonna odziana we wspaniale udrapowany płaszcz w dostojnej pozie siedzi na skale, spojrzenie utkwiła w jakimś odległym punkcie, jakby przeczuwając tragiczny los, który czeka jej syna. Tymczasem on, kilkuletni malec wiedziony naturalną potrzebą poznawania świata zsunął się z matczynych kolan i szykuje się by dać pierwszy samodzielny krok w nieznane. Matka zatopiona we własnych myślach pozornie tego nie zauważa, ale lewą ręką opiekuńczo obejmuje ramię niesfornego Jezusa. Gest dziecka wysuwającego stopę poza bezpieczną sferę wyznaczoną płaszczem Madonny można odczytać jako próbę poznania zewnętrznego świata. Możliwa jest jednak druga interpretacja: chłopiec właśnie przed chwilą poczuł, że za bardzo oddalił się od matczynych kolan i z wyrazem ufności oraz lekkiego zawstydzenia szuka znowu jej bliskości. (dowolne tłumaczenie z książki „Michelangelo” – Eleny Carpetti)

Rzeźba powstała między rokiem 1503 a 1505, MAB wykonał ją na zamówienie flandryjskiego kupca Aleksandra Mouscrona, fundatora kaplicy w brugijskim kościele. Brugia należała wówczas do najbogatszych miast północnej Europy a jej mieszkańcy często w interesach wyprawiali się do Italii. Obiektem wymiany handlowej coraz częściej stawały się dzieła sztuki. („Ołtarz Portinarich”, który zdobił jeden z florenckich kościołów a dziś znajduje się w Uffizi – Hugo van der Goes namalował właśnie w Brugii) Zanim jednak Madonna wyruszyła w morską podróż, we Florencji widział ją Rafael. Ślady inspiracji tym dziełem można znaleźć na późniejszym jego obrazie – „Madonna ze szczygłem”.

Zauważalne jest podobieństwo Madonny z Brugii do rzymskiej Piety – delikatna owalna twarz przypomina kobiety z obrazów Lippiego i Botticellego, podobne jest wysmakowane ułożenie fałd płaszcza i dostojeństwo bijące z postaci Marii.

Rzeźba dwukrotnie opuściła Belgię: raz podczas najazdu wojsk austriackich w 1794 roku, kiedy znaleziono jej bezpieczne schronienie w Paryżu; drugi raz podczas odwrotu wojsk hitlerowskich, kiedy to skradziony posążek zawinięto w dywan i w konwoju PCK przewieziono do Niemiec. Szczęśliwie Madonna została po dwóch latach odnaleziona i wróciła na miejsce w bocznej kaplicy kościoła NMP, tam gdzie chciał ją widzieć bogaty kupiec, pan Mouscron.

O Florencji na gorąco

1 lutego 2012

Przez chwilę miałem watpliwości, czy w tak mroźne dni wypada pisać o Florencji kojarzonej wiadomo z czym. Jednak dwie okoliczności pomogły mi przezwyciężyć wahania: pierwsza taka, że wczoraj spadł śnieg w Toskanii (do Irlandii ta zaraza dopiero się zbliża) więc w opisach florenckich zabytków nie będzie żadnej perwersji i grania na nerwach przemarzniętym Czytelnikom. Druga okoliczność to przekonanie graniczące z przesądem, że od czytania o „słonecznych krainach” robi się człowiekowi cieplej. Czego Wam bardzo życzę chuchając i dmuchając na monitor komputera pokazującego minus 18 w Lublinie, niewiele mniej we Wrocławiu, już o Suwałkach nie wspomnę.

Napomknąłem niedawno o zwiedzaniu muzeum porcelany w Ogrodach Boboli – zadumałem się tam nad filiżanką z obrazkiem przedstawiającycm florencką katedrę, ale surową, jeszcze bez charakterystycznej marmurowej okładziny. Filiżankę wykonano około roku 1800, kiedy wciąż trwały prace nad układaniem marmurowych płyt na fasadzie i pozostałych ścianach zewnętrznych. Zakończenie montażu elewacji nawiązującej wzorem do Wieży Giotta oraz Baptysterium nastąpiło dopiero w roku 1887 i do tego jeszcze wrócę. Przypomnę, że budowę katedry Santa Maria del Fiore rozpoczęto na początku XIV wieku, co pokazuje że Florencję, tak jak Kraków, nie od razu zbudowano.

Ciekawe są losy fasad dwu innych kościołów Santa Croce i San Lorenzo.
O San Lorenzo opowiedzieć łatwiej, bo on nie ma fasady z prawdziwego zdarzenia a chropawy mur z brązowej cegły od 600 lat czeka żeby go zamaskować czymś szlachetnym. Co prawda w 1516 roku papież Leon X – czyli Giovanni Medici zlecił Michałowi Aniołowi wykonanie fasady „rodowego” kościoła – niestrudzony artysta poczynił projekty i nawet spędził jakiś czas w Pietrasanta dozorując pozyskiwanie marmuru – ale po czterech latach (czas wtedy płynął wolniej) papież zmienił zdanie i zamiast fasady kazał Buonarottiemu wykonać coś, co do dziś wprawia w zachwyt koneserów rzeźby i architektury.

Umieszczona w podziemiach kościoła San Lorenzo Kaplica Medicich jest dobrze strzeżonym skarbem. Aby się do niej dostać trzeba kupić bilet, minąć panów strażników, przejść przez bramkę bezpieczeństwa jak na lotnisku, a podręczną torbę przepuścić przez skaner. Wszystko dlatego, że rzeźby nagrobne wykonane są ręką Michała Anioła i trzeba chronić je przed szaleńcami. Cieszyłem się w duchu, że nie jestem szaleńcem – inaczej nie dostałbym się w pobliże rzeźb. Nie miałem przy sobie młotka ani miniaturowej bazuki, w głowie nawet nie powstała mi myśl, by dotykać zastygłych w marmurze, zadumanych postaci. Rzeźby te – niektóre niedokończone, ze śladami dłuta i zarazem ostatnie jakie we Florencji wykonał Michał Anioł przed wyjazdem do Rzymu – uważa się za doskonałe przedstawienie ekspresji ciała ludzkiego oraz głębokich uczuć widocznych na twarzach postaci zgrupowanych w dwie pary: Dzień i Noc oraz Świt i Zmierzch. Michał Anioł tchnął w te postaci nie tyle życie w znaczeniu „witalność”- ile medytację nad życiem. Coś niebywałego!

Florence (70)

 

Bazylika Santa Croce – znana jako miejsce spoczynku wielu zasłużonych Włochów, w tym samego Michała Anioła – została wybudowana w średniowieczu i konsekrowana w XV wieku.  Marmurowy fronton Santa Croce utrzymany w stylu neogotyckim został wykonany późno, bo dopiero w 1863 roku. Projektantem był żydowski architekt Nicolo Matas i jemu Santa Croce zawdzięcza swój znak rozpoznawczy. Tym znakiem jest umieszczona centralnie nad oknem witrażowym niebieska Gwiazda Dawida. Element umiejętnie wkomponowany w wielobarwne dekoracje ale dość nietypowy jak na świątynię rzymsko-katolicką. Architekt Matas wyraził przed śmiercią wolę by być pochowanym w bazylice, ale jego  woli nie spełniono i jako Żyda pochowano go poza murami. Donatello, chociaż był gejem, ma swój nagrobek w San Lorenzo.

Wróćmy jednak do katedry, o której wspominałem przy okazji opowieści o Brunelleschim lecz muszę jeszcze kilka słów dorzucić, bo o arcydziełach należy mówić dużo i często. Nie wiem jak Wam, ale mnie obcowanie z wytworami geniuszu ludzkiego pozwala odczuwac dumę, że my jako ludzkość jesteśmy jednak coś warci – umiemy coś więcej niż wywoływanie wojen i doskonalenie metod zadawania śmierci.

Zamożność i megalomania renesansowych inwestorów spowodowała, że budynki Florencji są okazałe, a gdy się patrzy z bliska, wręcz przytłaczające. Sama katedra… tu już brak słów. Kiedy ze wzgórza San Miniato podziwia się panoramę miasta skąpanego w zachodzącym słońcu – wzrok zatrzymuje się zawsze na wielkiej kopule Duomo. Dopiero z daleka widać jak jest okazała, żeby nie powiedzieć wielgaśna i jakby przerośnięta w stosunku do dźwigających ją murów. Zatem Florencja z lotu ptaka to przede wszystkim katedra z dominującą kopułą a tło tworzą budowle mniejsze – coś jakby pokryte czerwoną dachówką szałasy.

stół ogrodowy 347

 

Wnętrze katedry rozległe i ascetyczne, nijak nie podobne do wywołującego oczopląs wnętrza katedry sieneńskiej. No i ta niebywała przestrzeń, której nic nie zakłóca, bo kolumny rozstawione są szeroko i niezbyt gęsto. Powierzchnia posadzki to 150 m długości i 38 m szerokości (boisko piłkarskie ma 105m X 70 m). Doprawdy dużo miejsca na ochy i achy we wszystkich językach.

Znalazłem w Internecie ciekawy list będący zapisem wrażeń z uroczystości zakończenia budowy katedry w 1887 roku. Autorką jest angielska rezydentka mieszkająca we Florencji. Czytając ten list żałowałem, że w tamtych czasach nie pisano blogów – mielibyśmy więcej „wrażeń na gorąco” i ciekawych obserwacji życiowych. Przytaczam w dość wiernym tłumaczeniu, z nadzieją że niezbyt boleśnie łamię czyjeś prawa autorskie.

Piszę do Ciebie w dniu wielkiej fiesty. Dzwony rozbrzmiewają w całym mieście oznajmiając, że Duomo jest już odsłonięte i że dzieło rozpoczęte sześćset lat temu zostało ukończone. Siedzę teraz sama, Edwige pośpieszyła zobaczyć swoją ukochaną budowlę; ona zupełnie oszalała: po tylu ciężkich przejściach jakich zaznała w życiu tutaj zachowuje się jakby miała nie więcej niż 16 lat. Kiedy wspomniałam, że zostanę w pokoju dopóki nie minie ekscytacja, bo nie mam serca do rozrywek i ulicznego gwaru – przekonywała mnie, żebym choć obejrzała dekoracje na Piazza, a w końcu nie mając argumentów stwierdziła, że „jeśli nie pójdzie pani popatrzeć na Duomo, będzie to oznaczać, że nie jest pani prawdziwą Florentynką”. Ostatecznie poszłyśmy tam wczoraj, przeciskając się przez gwarny tłum – na ulicach wrzało jak w pszczelim ulu.
Wydaje się, jakby wszystkie okoliczne miasta opustoszały a mieszkańcy zjechali do Florencji pęczniejącej z dumy i szczęścia. Doprawdy przyjemnie popatrzeć, nawet najbiedniejsi starają się ubrać lepiej niż zazwyczaj, aby podkreślić swoją dumę z bycia Florentyńczykami.

(Edwige „z miłości do Duomo” założyła jedwabną chustkę, której wcześniej nigdy nie nosiła…)  Pobyt tam był dla mnie bardzo poruszający, uroczysta powaga chwilami przechodziła w smutek. (…) Widziałam przybyszów z prowincji, wielu z nich w dziwacznych ubiorach. Dwie dziewczynki w domowej roboty sukienkach uszytych z czerwonej tureckiej bawełny używanej zazwyczaj jako podszewka pod narzutę na łóżko. Patrzyłam jak zadowolone posilały się pod gołym niebem, siedząc przed restauracją przystrojoną kwitnącymi pnączami.