Archive for Kwiecień 2018

Wrocław – poduszka i paralizator

15 kwietnia 2018

We Wrocławiu byłem ostatnio w maju 2016, a relację z tamtego pobytu musiałem podzielić na dwie części. Doczytajcie do końca, przekonacie się, dlaczego.

Od rana krążyłem wokół Rynku i placu Solnego robiąc zdjęcia tym kamienicom i detalom, na które akurat padało mocne wiosenne słońce. Zacienioną część zostawiłem sobie na drugą rundę. Tymczasem ruszyłem w stronę katedry. Najpierw szedłem Kotlarską, potem skręciłem w Kuźniczą, żeby przeciąć Nożowniczą. W dzieciństwie szokowały mnie te nazwy, szczególnie buntowałem się przeciw Rzeźniczej, przy której znajdował się teatr. W umyśle 13-latka proceder zabijania i ćwiartowania zwierząt był nie do pogodzenia ze szlachetną działalnością artystyczną. Nie znałem jeszcze pojęć sacrum i profanum. Czułem jednak, że coś tu do siebie nie pasuje.

W połowie lat osiemdziesiątych zupełnie przypadkowo trafiłem na happening Pomarańczowej Alternatywy. Poznałem wtedy jednego z jego organizatorów, Piotra. W jego mieszkaniu,  mimo ciasnoty, spotykali się młodzi chłopcy, których pierwszym życiowym celem była rozmaicie pojmowana „walka z komuną”. Pamiętam, że raz lub dwa tam nocowałem. Nie stać mnie było na hotel, mogłem się jedynie odwdzięczyć gospodarzom butelką bułgarskiego wina. Piotr chętnie użyczał gościny, jego dzieci ze wszystkimi były na ty i wiadomo było, że gdy odpowiednio podrosną, przyłączą się do gromady młodzieży „walczącej z komuną”. Cokolwiek by to znaczyło. Tych dzieci było troje, zajmowały jeden pokój, w drugim była sypialnia małżeńska Piotra. Dla mnie znalazło się miejsce w kuchni, materac ułożyliśmy niemal pod stołem. Nie spało mi się najlepiej, tuż obok poduszki przebiegała pionowa rura kanalizacyjna, która mimo nocnej pory, co jakiś czas hałasowała. Same dźwięki nie były tak dotkliwe, jak wyobrażenie tego, co spływa z toalet drugiego i trzeciego piętra. Do rana nic nie przeciekło, ale nocne wizje pozostały ze mną na długo. Nie mam wpływu na to, co pamięć zatrzymuje w swoich schowkach.

Wróciłem na Rynek, wyjąłem z plecaka lustrzankę i miałem zrobić kolejne zdjęcia, kiedy z Placu Solnego nadeszła grupa wygolonych na łyso facetów niosących czarnozielone sztandary i stukających podkutymi butami o bruk. Szli w milczeniu, krzyczały za nich nienawistne hasła wypisane na banerach, naziolskie symbole namalowane na sztandarach. Przezornie cofnąłem się pod ścianę, aparat dla świętego spokoju przykryłem kurtką. Nie po to tu wróciłem, żeby fotografować pokaz prymitywnej siły. Przyglądałem się niemo, jak przygłupie byczki maszerują, jak zadzierają brody i prężą muskuły, jak zerkają na boki, czy ich parada budzi oczekiwany przestrach i oburzenie. Nie na to czekaliśmy w latach osiemdziesiątych, kiedy wiadomo było, że komuna upadnie. Nie takie były nasze wyobrażenia wolnej Polski, kiedy z Piotrem i jego gośćmi rozmawialiśmy wieczorami, kiedy dzieci poszły spać, a my osuszaliśmy kolejne butelki bułgarskiego wina. To czego się wtedy obawiałem leżąc na materacu z głową przytuloną do rury kanalizacyjnej, dokonało się teraz. Gówno wybiło.

Ponury pochód oddalił się, ich miejsce zajęli przechodnie i turyści. Kawiarniane stoliki ożywiły się gwarem na nowo. Zwyczajność. Bezcenna zwyczajność, za którą, jak za świeżym powietrzem zaczyna się tęsknić wtedy, gdy jej brak. Ruszyłem dalej, parę razy zapuściłem się w boczne uliczki, żeby sfotografować kolejną serię gzymsów, ryzalitów, półkolumn i portyków oblanych miękkim światłem zachodzącego słońca i tak doszedłem do hotelu. Okna mojego pokoju wychodziły na ulicę, z korytarza widać było wewnętrzne podwórko. Nic szczególnego, ale parę szczegółów przykuło moją uwagę. Rozpoznałem układ ścian, kształty okien i przybudówek, sylwetkę komina wystającego ze ściany szczytowej. Przecież wcześniej już to widziałem! W przeciwległej kamienicy, na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie Piotra. te dwie ulice (Ruska i św. Mikołaja) zbiegają się w tym miejscu, zatem podwórko musi być wspólne. Zatoczyłem koło.

Symbolika była oczywista: wtedy byłem pariasem wałęsającym się po marginesach socjalistycznego państwa, bywalcem dworcowych poczekalni, schronisk młodzieżowych i rozrzuconych po Polsce mieszkań przyjaciół. Teraz miałem do dyspozycji klimatyzowany pokój z łazienką, wygodnym łóżkiem i miękką pościelą. Żaden niespodziewany hałas nie powinien zakłócać mi snu. Nazajutrz miałem wyjeżdżać, budzik nastawiłem na wpół do siódmej. Cieszyłem się, że kolejny ranek zastanie mnie w tym eleganckim mieście, i w drodze na dworzec kolejowy pstryknę jeszcze parę fotek. W żadnym scenariuszu nie przewidziano, że nowy dzień zacznie się dwadzieścia po czwartej, bo akurat pod moim oknem dwaj pijaczkowie z trudem utrzymując linię melodyczną będą śpiewać swoją wersję piosenki “Guantanamera”. Przez cudowny majowy świt niosło się pijackie darcie. „Żuliki” z wysiłkiem  i werwą artykułowali wyuczone słowa: “zawsze i wszędzie policja jebana będzie…, zawsze i wszęęędzie policja…” Mimo rozespania zadałem sobie w myślach pytanie, dlaczego pijackie emocje wciąż muszą skupiać się na tym samym, co za moich młodych lat? Komuna się skończyła, dlaczego kibolstwo wciąż leczy swoje kompleksy nienawiścią do policji? Gdybym wiedział, co wydarzy się we Wrocławiu już za kilka dni, nie zadałbym tak idiotycznego pytania.

16 maja o świcie wrocławscy policjanci zgarnęli z Rynku a potem w komisariacie bestialsko zamordowali 26-letniego Igora Stachowiaka. Całą winą młodego chłopaka było to, że wydał się komuś podobny do poszukiwanego przestępcy. Umundurowani bandyci zignorowali dane widniejące na dowodzie osobistym Igora. Zabrali go dokładnie z tego miejsca, z którego fotografowałem kamieniczki oblane porannym słońcem. Do tej pory głupio się czuję wspominając tamten pobyt na Rynku. Wystarczyłoby, żeby jakiś skacowany śledczy wskazał mnie palcem, a nawet nie miałbym okazji, żeby się przekonać, czy zdjęcia wyszły udane. Piękne miasto. Parszywe, opresyjne państwo.

Reklamy

W cieniu gotyckiego ratusza

3 kwietnia 2018

Rozmigotane, kolorowe okna restauracji i lokali ze striptizem. Neony nad drzwiami do aptek, do barów, sklepów. Eleganckie kobiety na Świdnickiej, kolorowe korowody wycieczek szkolnych. Trwa sezon kwitnienia, wypiętrzania się i wzrostu. W całym mieście widać rozmach ocierający się o brak skromności. Nawet germański gotyk, z natury smukły i powściągliwy, w towarzystwie odrestaurowanych kamienic wydaje się rozpasany, jakby chciał konkurować z barokiem. A przecież z barokiem, który obfitością masywnych wybrzuszeń, nagromadzeniem miękkich linii i roślinnych detali zdaje się wprawiać w ruch stateczne kamienice i pałacyki, nic nie może konkurować. Kolory jak z katalogu Benettona. Co ma się świecić – świeci. Co miało być odnowione – jest wypucowane, zmodernizowane, wybłyszczone.

Przecinając skwerki, omijając mosiężne figurki krasnoludków i zaglądając na dziedziniec Uniwersytetu zrozumiałem, że aby doznać tego estetycznego poruszenia, trzeba było się oddalić i wrócić teraz, kiedy niemal wszystko, nawet wiecznie zapyziały Dworzec Główny, jest w stanie rozkwitu i lśnienia. Pamiętam Wrocław z czasów, kiedy był szary, ponury i smutny. Z nieodległej prowincji przyjeżdżałem do Wrocławia regularnie, najpierw z wycieczkami szkolnymi do ZOO, teatru lub do muzeum, potem jako nastolatek na koncerty rockowe w domach kultury albo w hali, która wtedy nazywała się Ludowa. Jakoś w tym czasie na ścianach wrocławskich kamienic zaczęły pojawiać się kolorowe krasnoludki. Początkowo nie pojmowałem znaczenia tych rysunków. Za to teraz jestem wręcz zachwycony obecnością mosiężnych krasnoludków we Wrocławiu.
Chodziłem po Podwalu, placu Kościuszki, Dominikańskiej. Co znałem z czasów socjalistycznej siermięgi, teraz jawiło się jak piękny sen. Widziałem dużo miast, zdecydowanie sławniejszych, ale tu było inaczej. Na wrażenia estetyczne nakładała się refleksja nad zmianami, których stałem się mimowolnym świadkiem.

Trzydzieści lat to sporo czasu. Pamiętam ostatnią swoją wizytę we Wrocławiu. Wtedy też było słonecznie, w oknie Biura Wystaw Artystycznych stała naturalnej wielkości figura odziana w husarską zbroję. Przed budynkiem natomiast znajdował się pomarańczowy fiat 126p i kiedy patrzyło się pod odpowiednim kątem, husarz znajdował się dokładnie ponad dachem samochodu. Tworzył z nim jedność, jak jeździec z koniem, albo jak papież z papa-mobile. Wydało mi się wówczas, że ten pobłyskujący srebrną zbroją fiato-husarz lada chwila ruszy w trasę, przetnie kilka podwórek i wyjedzie na dwupasmową Kazimierza Wielkiego, gdzie już będą czekać wiwatujące tłumy z chorągiewkami. Optyczna iluzja, która z husarza i autka FSO 126p uczyniła ontologiczną jednię mocno wstrząsnęła moją wyobraźnią. Kto wie, czy nie od tego zaczęło się fotografowanie architektury? Odkąd nabyłem pierwszy fotoaparat z upodobaniem kieruję obiektyw na detale odbite w oknach, lustrach i witrynach.


Oczywiście teraz znowu poszedłem do BWA. Bez większej nadziei, że zastanę ten sam widok, co trzydzieści lat temu. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym tego nie sprawdził. Husarza oczywiście nie było, za to wkoło trwał prawdziwy karnawał: kwitnące drzewa, śmigające samochody, mosty odbite w tafli Odry i rzędy domów zdawały się tańczyć w wiosennym słońcu i rytmicznie powtarzać refren „my tworzymy miasto, my jesteśmy miasta migotaniem i masą”. Między dojrzałe kamienice, między ich barokowe, klasycystyczne lub secesyjne frontony zdobione gzymsami, portalami, półkolumnami i boniami wdarły się gładkie fasady z aluminium i szkła. Bliskie sąsiedztwo, początkowo szokujące, obu stronom wychodziło na dobre. Obecność lustrzanych płaszczyzn pomagała eksponować ponadczasową urodę starszych budynków. Masywny, pociemniały ze starości kościół św. Magdaleny, który tyle lat stał samotnie na nieogrodzonym placu, rozrósł się, kiedy tuż obok postawiono szklany biurowiec. Gotyckie mury, przypory i witrażowe okna z lubością przeglądają się w przeciwległych fasadach udając pełne fałd i zawijasów dzieła Gaudiego. W słoneczne dni wdzięczą się do tych odbić, wyginają i prężą, jakby zrzucały z siebie odwieczny porządek narzucony przez średniowiecznych budowniczych, którzy z takim mozołem wprowadzali dyscyplinę poziomów i pionów.

Odkrywanie miast, które się znało, to jazda w głąb swoich wspomnień, przyglądanie się sobie dawnemu. Jakimś cudem zapamiętałem, że najlepsze wrocławskie lody sprzedają przy Szewskiej. Zamówiłem małą porcję w rożku. Przez wiele lat wspomnienie smaku lodów z tej budki stanowiło wzorzec smaku lodów polskich w ogóle. Jasne, że porównanie nie będzie już możliwe, ale od zamiaru nie odstąpiłem. Był to rodzaj zobowiązania wobec mnie dawnego, a może raczej wobec tego kogoś, którym dawniej byłem. Ciągłość swojej tożsamości można potwierdzać na różne sposoby, także lodem w rożku.

Natomiast pod zegarową ścianą Ratusza doznałem zgoła czegoś odmiennego. Sylwetkę Ratusza znam od dzieciństwa, najpierw z okładek zeszytów szkolnych i ze znaczków pocztowych, potem z bezpośredniego oglądania. Musiało to być oglądanie pobieżne, bo jakoś wcześniej nie poczułem dreszczu estetycznej rozkoszy, takiego samego, który dopadał mnie wśród murów Brugii, w rozgrzanych uliczkach Sieny, przed pałacami Florencji i na mostkach Wenecji. Ten dreszcz lepiej niż wszystkie rozprawy naukowe upewniał mnie, że mam do czynienia z arcydziełem. Dlaczego wcześniej nie poczułem go we Wrocławiu? Musiałem być kim innym.

Gdybym był tym obecnym , wypatrzyłbym na przykład, że pod dachem wieżyczki z lewej strony zegara plujące deszczową wodą gargulce umieszczone są nietypowo:  jeden nad drugim. Ten wyższy zbiera wodę ze stromego dachu, drugi obsługuje gzymsy. To unikat, nie widziałem nigdzie takiego rozwiązania. Zdublowane rozwarte paszcze gargulców zobaczyłem, kiedy wycelowałem tam obiektyw aparatu. Ucieszyłem się z tego odkrycia, poczułem się jakbym odzyskał wzrok. Skoro trzydzieści lat temu nie zachwyciłem się gargulcami, co znaczy, ni mniej ni więcej, że mnie pod ratuszem nigdy nie było. Dopiero teraz jestem.

Puste kościoły, pełne place

1 kwietnia 2018

Kiedy powiedziałem mojej znajomej Caroline, że jadę do Rzymu i w dodatku solo, zapytała bez namysłu:
– I co będziesz tam robił?
– Będę zwiedzał muzea i stare kościoły – odpowiedziałem.
– O, mam nadzieję, że ja już żadnego kościoła nie będę musiała oglądać. Dla mnie one wszystkie są takie same.
Co miałem na to odpowiedzieć? Wzruszyłem ramionami i zmieniłem temat rozmów. Nie miałem do Caroline pretensji, 95% moich znajomych nie interesuje się ani zwiedzaniem muzeów, nie słucha muzyki klasycznej, nie czyta książek o historii sztuki. Ha! Mam takich znajomych, którzy nie czytają niczego poza instrukcjami obsługi nowych gadżetów. Nie ma powodu, żeby z osobistych pasji robić jakieś halo. Komentarze Caroline, z którą znamy się od wielu lat, są poniekąd uprawnione. Całkowicie podzielam jej krytycyzm wobec instytucji kościelnej, ale nie ma mowy, żebym o włos zmienił swoje plany podróżne. Najświetniejsze przykłady europejskiej sztuki i architektury powstałej przed 1600 r. należą do sztuki sakralnej. Nie mogę jej ignorować, dlatego, że nie podoba mi się stojąca za tym ideologia, że nie akceptuję systemu społecznego opartego o wyzysk, terror i manipulację. Innego systemu nie było. Trzeba brać, co dają. Caravaggio był awanturnikiem, w bójce zabił człowieka. Czy z tego powodu jego sztuka ma być pomijana lub potępiana? Albo oglądamy to do naszych czasów przetrwało i co szerokiej publice jest udostępnione, albo się obrażamy i idziemy do parku słuchać drozdów. Koneser sztuki nie może sobie pozwolić na komfort moralnej wyższości.

Caroline opowiada nonsensy, bo nie wszystkie kościoły są takie same, a tysięczne różnice wynikające ze stylu, czasu i okoliczności powstania oraz legendy dotyczące patrona decydują o ich niepowtarzalności i unikalności. Niebagatelne znaczenie ma hojność fundatora. Bogate nie zawsze znaczy piękne, ale nie bądźmy drobiazgowi. Większość kościołów w Rzymie stanowi przykład niespotykanego gdzie indziej przepychu i dekoracyjnego rozpasania. Ale, jak już poprzednio wspomniałem, nawet tam można znaleźć stare świątynie zawdzięczające swój urok dobrze dobranym proporcjom, kolorystyce i zapierającemu dech w piersiach malarstwu. Przykładem jest niezwykle harmonijne wnętrze niewielkiej bazyliki św. Praksedy. Świątynia ta stoi  w bocznej uliczce niedaleko słynnej z innych powodów bazyliki Santa Maria Maggiore. Do Praksedy zajrzałem o wczesnej porze, kiedy nie było jeszcze nikogo. Puste i ciche wnętrze kościelne to w Rzymie widok dość niezwykły.

Przez tę ciszę miałem wrażenie, jakbym znalazł się w teatrze tuż przed rozpoczęciem przedstawienia. Albo tuż po, kiedy aktorzy i widzowie się rozeszli ale ktoś zapomniał zwinąć dekoracje. Ale to nie była scenografia, malowidła umieszczone wysoko ponad ołtarzem pełne są teologicznej symboliki i odniesień do historii. Najważniejsza i najcenniejsza jest pochodząca z IX wieku mozaika w apsydzie przedstawiająca Jezusa w towarzystwie świętych. Widoczny po lewej stronie biskup trzyma model kościoła – to przyszły papież Paschalis, który był fundatorem bazyliki. Gdy mozaika powstawała, Paschalis jeszcze żył, dlatego jego aureola ma kształt kwadratowy a ponad głową na gałęzi palmowej siedzi feniks, ptak symbolizujący odrodzenie z popiołów. Długo podziwiałem harmonijne wnętrze, delikatnie stąpałem po wielobarwnej posadzce, nie mogłem pozostać obojętnym na urodę kasetonowego sufitu z błękitnymi wypełnieniami.

Więcej błękitu, ale w nieco ciemniejszej tonacji można oglądać w kościele Santa Maria Sopra Minerva. Tam żadnych śladów bizantyjskich nie znajdziecie, kościół jest gotycki, o wyraźnie zaznaczonych żebrowaniach na sklepieniu. Te żebrowania misternie dekorowane na złoto otaczają ciemnoniebieskie połacie udające rozgwieżdżone niebo. Dwa rzędy masywnych kolumn oddzielają nawę główną od naw bocznych. W pobliżu ołtarza stoi marmurowa figura Jezusa wyrzeźbiona przez Michała Anioła, a w jasno oświetlonej, noszącej znamiona luksusu kaplicy bocznej znajduje się nagrobek dwóch papieży z rodu Medicich: Leona X i Klemensa VII. Jakkolwiek wszystkich papieży epoki średniowiecza, renesansu, baroku, klasycyzmu i epok późniejszych uznaję za nieprzeciętnych łotrów – do Leona mam wyjątkową sympatię. Być może wynika ona ze współczucia: Giovanni Medici (o którym pisałem TAM) był krótkowzrocznym grubasem, nękanym przez bolesne choroby i czyhających na jego życie kardynałów. Miał Leon wielkie upodobanie do zbytku, sztuki i wystawnego stylu życia. Do historii przeszedł jako najbardziej rozrzutny z papieży. O takich jak on bohater filmu „Killer” powiedział pamiętne zdanie: „mają rozmach skurwysyny…”

Niedaleko Minervy znajduje się barokowy kościół św. Ignacego ze sklepieniem pokrytym efektownym malarstwem iluzjonistycznym. Trudno uwierzyć, ale fundatorzy tego kościoła przeliczyli się z możliwościami finansowymi (w Rzymie!) i z tego powodu zrezygnowali z budowy kosztownej kopuły. Jednak dzięki udanym zabiegom malarskim widz stojący we wnętrzu wcale nie musi tego zauważyć.

Rzym nie jest miastem magicznym, jak to się egzaltowanie pisze o równie sławnych miejscach. Zwiedzanie wymaga żelaznej kondycji, odporności na hałas ulicy i gwar tłumów. Zresztą, gdybym szukał magii, pojechałbym do Hogwartu, w którym Harry Potter uczył się sztuki czarodziejskiej. Ja chciałem zobaczyć Rzym, dotknąć jego historii, otrzeć się o jego splendor i potęgę – cały czas świadom, że to co widzę, to jedynie naskórek prawdziwego miasta. Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej czułem się jak ten pierwszoklasista ze śląskiej anegdoty:
Po pierwszym dniu w szkole, dziadek zapytał wnuczka:
– No i jak tam, Karlik, podobało ci się w szkole?
– Podobało Starzyku, ale musza tam jutro wrócić, bo żech sie jeszcze wszystkiego nie nauczył.

Kiedy ostatniego dnia pobytu pomaszerowałem na Zatybrze, żeby obejrzeć zbiory malarstwa w zachwalanej przez znajomych willi Farnesina i kiedy okazało się, że się spóźniłem, bo dla zwiedzających otwarta jest tylko do 14.00 a potem we wnętrzach i ogrodzie urządzane są rauty dla zamożnych gości – wtedy postanowiłem, że do Rzymu jeszcze wrócę.

Po co mi wiedza o Rzymie? Nie wystarczy pić cappuccino na pełnym turystów Campo di Fiori, oglądać fasady pałaców, pstrykać fotki na schodach, na placach, na ruinach? Otóż nie. Historia Rzymu, tak jak historia Jerozolimy, jest kluczem do poznania historii Europy. Wskutek tego, że ostatni cesarz oddał władzę papieżom, Rzym przez blisko dwa tysiąclecia był miejscem, gdzie zapadały najważniejsze decyzje dotyczące niemal całego świata. Wiele z nich miało bezpośredni wpływ na historyczne wydarzenia w Polsce. Począwszy od wojen husyckich, wojny trzydziestoletniej, przez konflikt z Zakonem Krzyżackim, śmierć Władysława Warneńczyka, udaną, o dziwo, kampanię militarną Sobieskiego pod Wiedniem, wypędzenie Arian, kolejne rozbiory i powstanie kościuszkowskie – zawsze zachęta lub głos potępienia płynęły z rzymskiej siedziby papieży. O obecnym uzależnieniu polskiego państwa od dogmatycznych i chciwych hierarchów, litościwie nie wspomnę.

Powyższe zdjęcie pochodzi z bazyliki św. Jana na Lateranie. W sumie, mniej lub bardziej pobieżnie, obejrzałem 14 rzymskich kościołów. Niemało, ale w tym najważniejszym nie byłem. Nie miałem takiego planu. Zapuściłem się w niedzielne przedpołudnie w pobliże Watykanu, mijając liczne przybytki sakrobiznesu podszedłem pod samą kolumnadę i wiedziony ciekawością wmieszałem się w tłum Azjatów, czarnoskórych zakonnic i pielgrzymów południowoamerykańskich. Razem z tym tłumem udało mi się przebrnąć przez bramki bezpieczeństwa ustawione między kolumnami Berniniego i – ciagle nie dowierzając, że dotarłem aż tak daleko – stanąłem na placu św. Piotra. Akurat w oknie pałacu pojawił się papież Franciszek pozdrawiany przez zgromadzonych i przemawiał przez piętnaście minut. Zrobiłem kilka zdjęć, nawet nagrałem krótki filmik z tego wydarzenia.

Caroline, której później o tym opowiadałem, nie próbowała ukryć oburzenia:
– Naprawdę tam poszedłeś? Do Watykanu?
Na niewiele zdały się tłumaczenia, że byłem tylko na placu, że nie wszedłem ani do Bazyliki św. Piotra, ani do kaplicy Sykstyńskiej ani do muzeum watykańskiego. Nie wspiąłem się też – choć pokusa była silna – na szczyt kopuły, żeby popatrzeć na panoramę miasta. Nie dołożyłem zatem ani jednego euro do wypełnionego po brzegi skarbca watykańskiego.
Caroline nie dawała za wygraną:
– Ja tam byłam prawie trzydzieści lat temu, w tej bazylice. Weszłam jako katoliczka, wyszłam jako ateistka. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tej ogromnej przepaści między stanem posiadania Kościoła instytucjonalnego a biedą, którą cierpią jego wierni.
Miała rację Caroline, więc żeby nie wyjść na zupełnego głupka szybko zmieniłem temat rozmowy, na Watykan wzruszyłem ramionami, ale jakby sam do siebie. Bo co miałem zrobić, kiedy już było po fakcie? Ciekawość zaprowadziła mnie tam, gdzie z wielu powodów iść nie powinienem. Co się stało, to się nie odstanie. Moja noga więcej w Watykanie nie stanie.