W Lizbonie nic szczególnego

Zgodnie z zaleceniami Alfreda Hitchcocka zacznę od trzęsienia ziemi. To które nawiedziło Lizbonę w połowie XVIII wieku uznaje się za największe w historii. W oszacowaniu liczby ofiar śmiertelnych przeszkadza fakt, że rejestry ludności także zostały zniszczone. Lizbona była wówczas największym miastem portowym nad Atlantykiem, jednym z największych i najbardziej znaczących na świecie. Jako stolica kraju opływającego w dostatki (ani na chwilę nie zapominajmy o zyskach z zamorskich kolonii) konkurowała z Paryżem i Londynem. Zachowały się rysunki przedstawiające lizbońskie kościoły i pałace. Te najwspanialsze zbudowano w znanym z przesadnej dekoracyjności stylu, który od imienia króla Manuela I nazwano stylem manuelińskim.

Katastrofa przyszła od strony oceanu w dzień Wszystkich Świętych, gdy większość mieszkańców zebrała się w kościołach oraz w synagogach, bo akurat była sobota. Trwające około 6 minut wstrząsy o sile 8 stopni w skali Rychtera powaliły najpierw najwyższe budowle, te niższe zostały zmiecione falami potężnego tsunami, a dzieła zniszczenia dopełniły trwające kilka dni pożary. Ponad 85% budynków Lizbony zamieniło się w gruz i zgliszcza. Większość mieszkańców zginęła, ci którzy przetrwali i uciekli z miasta, zadawali sobie pytanie, za co nas to spotkało? Podobne pytania zadawali sobie mieszkańcy całej Europy, w której coraz śmielej kiełkowała myśl oświeceniowa. Kościelni hierarchowie próbowali po staremu opowiadać bajki o karze boskiej zesłanej przez miłosiernego boga na grzeszne społeczeństwo. Argument ten był o tyle śmieszny, że w trzęsieniu najmocniej ucierpiały postawione na wzgórzach okazałe kościoły, które zwaliły się na głowy rozmodlonym wiernym, ocalała natomiast niżej położona dzielnica czerwonych latarni.
Wątek ten wykorzystał później Voltaire w swojej sztuce teatralnej „Kandyd”. Nazwisko francuskiego myśliciela i dramaturga nieprzypadkowo pojawia się w tym kontekście. Lizbońskie trzęsienie ziemi oprócz tego, że wymusiło badania naukowe z zakresu geologii i sejsmologii, miało wielki wpływ na filozofów czasów oświecenia. Rok 1755 podaje się czasem jako ten w którym tkwią korzenie współczesnego ateizmu. Mówiąc krótko, Europa zaczęła wtedy poważnie wątpić w istnienie boga i coraz mocniej skłaniała się ku racjonalizmowi.

Musiałem zacząć od trzęsienia ziemi, bo ono odpowiada za obecny wygląd Lizbony  przebudowanej po pamiętnym roku 1755. Poprzednio opisałem jej przestronne place, jasne domy i eleganckie ulice. Dziś pozostaje mi przyznać się, że w drugim dniu pobytu ta kurortowa elegancja i życzliwość ludzka zaczęła mnie niepokoić. Nie, żebym miał coś przeciwko życzliwości albo reagował alergicznie na schludne ulice. Bardziej chodziło mi o siebie, o swoje upodobanie do autentycznych, trochę chropawych i tajemniczych staroci. Czyżby  bakcyl  odkrywcy znalazł się w fazie zaniku? Czyżbym stoczył się do roli wygodnego turysty, którego obecność windy i bezszelestnie otwierających się drzwi hotelowych cieszy bardziej niż mrok zamkowych korytarzy? Czy memu powonieniu przestał być miły zaduch kościelnych krypt?

Lizbona nie jest miejscem, przed którym miałbym ochotę kogokolwiek przestrzegać. Wręcz przeciwnie, po raz pierwszy na tym blogu poważę się na zachętę: jeśli nie byliście w Lizbonie, jedźcie tam. Kto może niech pędzi zobaczyć to miasto! Nie sugerujcie się tym, co zaraz napiszę, bo jak wiadomo każdy opis jest subiektywny. Otóż, nie potrafię ukryć, że w centrum Lizbony czułem się nieco znudzony i zblazowany, brakowało mi tego dreszczyku, który towarzyszy mi zawsze, gdy widzę coś mi emocjonalnie i estetycznie bliskiego, coś za czym podświadomie tęskniłem, albo coś, co wcześniej pod wpływem lektur i obejrzanych fotografii uznałem za warte zobaczenia. Tak było w pełnym „klimatów” Porto, dreszczyk nie schodził z moich pleców w Wenecji i w innych miastach włoskich, tymczasem w Lizbonie nic. Spacery po ulicach Baixa-Chiado, kasztany z dymiących piecyków, wystawy sklepów z butami, kawa na jednym placu, ciastko z budyniem na drugim.

_MG_6460

W poznawaniu Lizbony pomogły mi dwa obiekty ściśle związane z jej historią. Do pierwszego udają się tłumy turystów – to renesansowa wieża obronna Belem stojąca na malutkiej wyspie obmywanej wodami szerokiego Tagu. Z przystanku kolejowego idzie się do Belem wzdłuż nabrzeża, po drodze trzeba minąć okazały, całkiem udany Pomnik Odkrywców przypominający o chlubnej i niechlubnej przeszłości portugalskich żeglarzy i misjonarzy, przedsiębiorców i łupieżców.

_MG_6560
Mijam wędkarzy na skarpie, zerkam na białe żaglówki śmigające po Tagu, wreszcie wieża Belem, do której wchodzi się po drewnianym mostku, jak do kasztelu Juranda ze Spychowa.
Chodząc po dziedzińczyku Belem, zapuszczając się w mroczne korytarze, wyglądając z narożnych wieżyczek strzelniczych i wreszcie stojąc na szerokim balkonie, zaskakująco ozdobnym jak na budowlę o przeznaczeniu militarnym, zastanawiałem się, co pozwoliło tej kamiennej wieży przetrwać owo trzęsienie ziemi w 1755. Czy wartownicy zostali cudownie ocaleni, żeby bronić zgliszcz przed najeźdźcami, czy bardziej zbawienna okazała się szczęśliwa lokalizacja i solidna struktura wieży?

DSC03547 Niedaleko Belem znajduje się ogromny klasztor i kościół św Hieronima. W jego salach i kryptach spoczywa kawał historii Portugalii. Siedemsetletnia budowla, przykład dojrzałego stylu manuelińskiego ma także udział w tworzeniu historii najnowszej – w 2008 roku właśnie w klasztorze św. Hieronima przywódcy państw europejskich podpisali słynny Traktat Lizboński. Polskę reprezentował mało ciekawy osobnik, który nie umiał wówczas podjąć jednoznacznej decyzji i musiał dzwonić po poradę do brata. Ta słabość charakteru ostatecznie spowodowała, że jego szczątki leżą teraz w krypcie wawelskiej. Krypta nie ma nic wspólnego ze stylem manuelińskim a pompatyczny pogrzeb osobnika był natomiast przykładem złego stylu. Tyle o związkach manuelizmu z podatnością na manipulacje.
IMG_6484

Wracam do Lizbony: miejscem, które odwiedziłem dnia następnego jest muzeum sztuki dawnej. Mieści się w dzielnicy ambasad, a jego oryginalna nazwa Museu Nacional de Arte Antiga brzmi na tyle zachęcająco i intrygująco, że chce nam się wsiąść w pociąg i dwa lub trzy przystanki na zachód pojechać. Żeby zrozumieć kraj, trzeba poznać jego historię, jej namacalne świadectwa schowane są w muzealnych gablotach, porozwieszane na ścianach.

Muzeum zawiera nie tylko dzieła malarskie, można w nim zobaczyć portugalską ceramikę i meble pochodzące z różnych epok. Zaciekawienie budziły małe ozdobne krzesełka umieszczone w przeszklonych gablotach, były tez wielgaśne szafy, komody i łoża. W kolejnym dziale umieszczono przedmioty przywiezione przez portugalskich podróżników z dalekiego Wschodu, były więc drewniane szkatułki pokrywane chińską laką, miniaturowe rzeźby z kości słoniowej, wachlarze i parawany pokryte delikatnymi malunkami charakterystycznymi dla sztuki azjatyckiej oraz wiele innych zadziwiających artefaktów. W kolejnych salach wystawiono ogromne zbiory porcelany chińskiej oraz bardziej toporne dzbany i wielkie talerze z grubej ceramiki. Wzory i kolory wskazywały, że wypalono je w krajach arabskich, stawiałem na Turcję i słynny z oryginalnego wzornictwa region Iznik. Rzeczywiście, trochę naczyń pochodziło z Turcji, inne wypalono w Syrii, co sprawiło, że przyjrzałem się im uważniej, z maleńkim jakby współczuciem. Nie wiadomo, czy te turkusowe misy i talerze przetrwałyby obecne szaleństwo religijnych fundamentalistów w Syrii, czy nie zostałyby po nich drobne skorupy, gdyby w odpowiednim czasie nie zostały zabrane do Lizbony lub do jakiegokolwiek muzeum w cywilizowanym świecie.

Kolejne działy rozległego muzeum mieszczą zbiory malarstwa portugalskiego, o którym mało wiemy w naszej części kontynentu. Więcej wiemy o tym, że uznani malarze niemieccy i niderlandzcy malowali na potrzeby królewskiego dworu w Lizbonie. Niektóre z dzieł Boscha, Cranacha i Dürera przetrwały do naszych czasów, można je oglądać w najdalszych salach muzeum. Ale to już temat na osobną opowieść, teraz trzeba dać odpocząć zmęczonym nogom.

_MG_6688

Do centrum wracałem tramwajem i to nie byle jakim, tylko słynnym żółtym starociem oznaczonym numerem 28. Ruszyliśmy z dzielnicy Estrel, aby z piskiem, zgrzytem i stukaniem zjechać na poziom eleganckiego Praca de Commercio a potem stromymi podjazdami, minąwszy katedrę, wspiąć się na przeciwległe wzgórza, skąd rozciąga się widok na szare wody Tagu i zamglony ląd na horyzoncie. Jeszcze kilka zakrętów, trochę kołysania, przedzieranie się przez uliczkę tak wąską, że prócz torów tramwajowych nie ma już miejsca na chodnik, wreszcie ostatnia premia górska i zatrzymaliśmy się na placu Graça, w samym sercu arabskiej dzielnicy Alfama. Obok przystanku stragany z pamiątkami i odzieżą, dalej malutka kawiarnia, jedna albo dwie. Kto był w Lizbonie a nie przejechał się dwudziestką ósemką, ten nie wie co stracił. Ja przejechałem się tylko raz, poczułem tam swój dreszcz, z powtórnego rajdu wolałem zrezygnować, żeby przyjemności nie przedawkować. Zostawiam ją na następną okazję. Tramwaj nr 28 z pewnością będzie nadal jeździł po Lizbonie. Ze zgrzytem i z fasonem.

Reklamy

Komentarzy 15 to “W Lizbonie nic szczególnego”

  1. guciamal (małgosia) Says:

    Dziękuję za ten wpis. Portugalia nigdy mnie nie pociągała, jakoś nie czułam emocjonalnego związku z historią i kulturą tego kraju. Podobnie, jak Ty potrzebuję takich bodźców, aby po ciele przebiegały dreszcze, potrzebuję wulkanów emocji, a nie letniej konstatacji, że coś jest ciekawe i ładne i warte odwiedzenia. Dlatego latami spychałam na dalszy plan tą Portugalię. W tym roku wydawało mi się, że dojrzałam do odwiedzin (m.in. dzięki blogowym wpisom u ciebie, nutty czy iter sensus). Bilety lotnicze już zakupione, noclegi zarezerwowane, a ja nadal czuję niepokój, że moje tam przebywanie nie będzie tym, czym chciałabym aby było. Przeczytałam Portugalskie szkice, przeczytałam Historię oblężenia Lizbony (choć nie Lizbona jest tam głównym bohaterem) i nadal odczuwam jedynie letniość uczuć. Dlatego dziękuję za ten wpis, który pozwala mieć nadzieję, że jednak nie będzie to czas stracony. A tak przy okazji, czy możesz polecić jakąś literaturę z Lizboną/Portugalią w tle. Lecę do Lizbony, ale chciałabym też zahaczyć o parę innych miejsc w Portugalii.

    • laudate44 Says:

      Hmm. i co ja mam odpowiedzieć? Niepokój przed podróżą to raczej pozytywny objaw 🙂
      Z lektur niczego nie mogę sobie przypomnieć, zresztą moja wiedza jest nadal skromna, a to co wiem dziś o Lizbonie/Portugalii, wynikło z bezpośrednich kontaktów, trochę doczytałem po powrocie. To poniekąd świadoma strategia – chciałem uniknąć „obciążenia wiedzą”, chciałem żeby było inaczej niż w przypadku włoskich wojaży, do których raczej solidnie się przygotowywałem.
      Rok temu moja znajoma zachęcała mnie do odwiedzenia Lizbony, dodając, że Portugalia jest jak Italia. Miało to zabrzmieć jak zachęta a okazało się zupełną nieprawdą. Co nie znaczy że się rozczarowałem.
      Na czym polega ta odmienność, przekonasz się sama. Życzę Ci wielu pozytywnych wrażeń i estetycznego trzęsienia ziemi 🙂

    • Tetryk56 Says:

      Może „Nocny pociąg do Lizbony” Pascala Mercier?

  2. Agata Hiacynta Wieczorowska Says:

    Umarłabym, żeby pojechać do Lizbony. Byłam raz. Rok temu. Wakacje życia. :’D

    • laudate44 Says:

      Nie umieraj. Jedź na kolejne wakacje życia. 🙂
      Niekoniecznie do Lizbony – jest jeszcze tyle ciekawych miejsc…
      🙂

  3. Tetryk56 Says:

    Czy tytuł jest zamierzoną parafrazą z Remarque’a?
    Nawet nieszczególnie poruszony potrafisz opisywać interesująco 🙂

    • laudate44 Says:

      Tytuł jeśli jest parafrazą, to niezamierzoną. Pojawił się, gdy opisywałem swoje nieporuszenie i brak dreszczy 🙂
      Pozdrawiam

  4. D. Says:

    Witaj
    Zainteresowało mnie szczególnie kilka słów „Niektóre z dzieł Boscha, Breugla i Durera…” Wiele sobie obiecuję po tym zdaniu. Pozdrawiam serdecznie, wierząc że spędzę na tym blogu miłe chwile popijając je kawą.
    D.

    • laudate44 Says:

      Dürer będzie. 🙂

      • D. Says:

        To pewnie będzie o Św. Hieronimie. Czekam.
        D.

      • laudate44 Says:

        D.
        No jak mogłaś?
        To miała być tajemnica przecież 🙂

      • D. Says:

        Zatem spodziewam się wspaniałej uczty duchowej. Doskonałość techniczna oraz wizja i rozmach Durera w grafikach są niedoścignione, a dodając do tego Twoje umiejętności opisywania rzeczywistości przyprawione
        trafnymi spostrzeżeniami oraz celnymi podsumowaniami spowoduje, że dzień stanie się milszy.
        Kawowe pozdrowionka.
        D.

  5. guciamal (małgosia) Says:

    No to nie pomogłeś mi za wiele 😦 rozumiem chęć pójścia na żywioł, działania intuicyjnego, nie „obciążania wiedzą”, tyle, że ostatnie zdanie się na intuicję okazało się kompletnym niewypałem 😦 więc wolałabym mieć jakiś punkt zaczepienia, coś co wprowadzi w klimat. A mając już jakiś punkt zaczepienia nic nie stoi na przeszkodzie, aby działać intuicyjnie 🙂 Tetryku dzięki za polecenie – z opisu wnoszę, że to coś podobnego przynajmniej tematycznie do Aniołów Panny Garnet (o odwiedzeniu Wenecji przez starszą panią o poukładanym, nudnym życiu i odnalezieniu tam nie tylko Wenecji, ale i siebie samej).

  6. guciamal (małgosia) Says:

    Zajrzę do każdego, który się pojawi 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: