Archive for the ‘historia’ Category

Weneckie blaski i cienie

18 września 2016

Mapka pojawia się tu nieprzypadkowo. Któregoś dnia, zamiast zapuszczać się w zaułki historycznych dzielnic, postanowiłem obejść weneckie obrzeża – mniej ludne, nie tak malownicze jak ścisłe centrum, i z pewnością mniej rozpoznawalne. Żeby tam dotrzeć, musiałem skorzystać z tramwaju wodnego, bo jeśli w Wenecji mówimy o obrzeżach, muszą to być wyspy. Zanim z Wielkiego Kanału wydostaliśmy się na otwarte wody zatoki, przepłynęliśmy pod nowoczesnym mostem, po którym kursują wagoniki bezzałogowej kolejki łączącej Piazzale Roma (jedyny plac dostępny dla ruchu samochodów i busów) oraz terminal portu Marritima, do którego przybijają promy pasażerskie. Konstrukcja mostu widziana z dołu przypomina kręgosłup dinozaura.

img_7925

Pierwszym celem podróży była Giudecca – wyspa o podłużnym kształcie widoczna u dołu mapki. Wysiadłem na pierwszym przystanku i ruszyłem wzdłuż nabrzeża.
Giudecca jest wąska, ponad kanałami przecinającymi ją poprzecznie widać kolejna wyspę – Lido. W jednym z korytarzy wiodących na obszerny dziedziniec nieczynnej manufaktury trafiłem na starą gondolę, wyposażoną w budkę chroniąca przed wiatrem, deszczem i wścibskimi spojrzeniami. Takie gondole można zobaczyć na obrazach Canaletta. Być może z podobnej korzystał Henryk Walezy, który bawiąc w Wenecji po ucieczce z Krakowa, pod osłoną nocy wymykał się do domów schadzek.

_mg_7959

Giudecca zaskoczyła mnie spokojem, który jak się można domyślać, wynikał z niewielkiej liczby turystów. Na tym skrawku lądu hoteli i zabytków było mniej. Większość zabudowań stanowiły domy mieszkalne, szkoły oraz magazyny i drobne wytwórnie. Stali mieszkańcy w większym stopniu niż ich sąsiedzi po drugiej stronie kanału mogli tu czuć się u siebie. Panowała  atmosfera spowolnienia a nawet zapóźnienia, którego nikt nie starał się specjalnie nadrabiać. Miejscowi krzątali się na podwórkach, plotkowali przed sklepami i pozdrawiali się w pasażach. Fale chlupały o kamienny brzeg, policjanci wolnymi krokami odmierzali czas do końca służby.

img_7974

img_7953

Po dwudziestu minutach marszu, z jednym tylko przystankiem na kawę, dotarłem na schody kościoła Il Redentore, którego biała fasada góruje nad okoliczną zabudową. Kościół, jak na warunki weneckie, jest całkiem nowy. Powstał w drugiej połowie XVI wieku a autorem projektu jest słynny Andrea Palladio, twórca własnego stylu opierającego się na wzorach greckich i antycznych rzymskich.

Il Redentore, który widywałem wcześniej z przeciwległego brzegu, zbudowany jest z rozmachem, którego nie powstydziliby się patrycjusze rzymscy. Kamienna fasada zwieńczona trójkątnym tympanonem podtrzymywanym przez cztery masywne półkolumny oraz ozdobiona wyrazistym portykiem oraz dwiema symetrycznie umieszczonymi niszami robi imponujące wrażenie. Obecność szerokich zewnętrznych schodów jeszcze to wrażenie potęguje. Wnętrze, w którym dominują masywne kolumny podtrzymujące półkoliście zwieńczony jasny sufit, potężne okna wpuszczają snopy światła rozlewającego się po kamiennej posadzce a niezaprzeczalna harmonia jest wynikiem ścisłego podporządkowania regułom matematycznym – to wnętrze jest bardzo eleganckie i jednocześnie bardzo zimne. To samo można powiedzieć o stojącym nieopodal kościele  San Giorgio Maggiore. Oba zaprojektował Palladio.

img_7963

W obu można dostrzec triumf ludzkiego umysłu i oba są jednako pozbawione ducha. Gdzie im tam do pełnego złoceń, bizantyjskich malunków i odwiecznych tajemnic wnętrza bazyliki? Gdzie im do urokliwego mroku gotyckich i romańskich kościołów z okolic mostu Rialto? Niebo a ziemia. Już wiem dlaczego przed San Marco od rana ustawiają się tasiemcowe kolejki chętnych, a tu odgłos migawki aparatu echem odbija się od ścian. Nie wypadało jednak tak ważnego punktu w panoramie miasta pominąć. Kiedy znowu z podcieni Pałacu Dożów popatrzę na białą fasadę San Giorgio, przypomnę sobie, co widziałem we wnętrzu: nieskazitelna biel ścian, masywne, idealnie uszeregowane kolumny i wysokie sklepienia a pod nim lśniąca posadzka i znudzona bileterka. Może pięć osób snujących się wśród kolumn. Większym zainteresowaniem cieszy się dziedziniec, z którego roztacza się romantyczny, a dzięki licznym obrazom, filmom i reprodukcjom, mocno utrwalony w zbiorowej świadomości widok na Pałac Dożów i dzwonnicę. Wszyscy chyba znają obraz Canaletta przedstawiający odświętnie dekorowane łodzie, barki i gondole sunące po wodach zatoki podczas ceremonii zaślubin z morzem. Wielkie spektakle odbywały się w tym unikalnym miejscu nie tylko w zamierzchłej przeszłości.

W 1989 roku na specjalnej platformie umieszczonej w centralnym punkcie basenu, dokładnie między San Giorgio a biblioteką Sansovino odbył się koncert grupy Pink Floyd. Wokół pływającej estrady na niezliczonej ilości jachtów, łódek i platform oraz na wysuniętych cypelkach lądu zgromadziło się około 250 tys. widzów. Musiało to być imponujące widowisko, Pink Floyd lubił szokować widownię efektami dźwiękowymi i świetlnymi, więc trudno sobie wyobrazić, by w obecnych warunkach zdecydowano się na coś podobnego. Choćby ze względów bezpieczeństwa. Przyznam, że wcale nad tym nie ubolewam. Wenecja, żeby przetrwać, potrzebuje spokoju a nie laserowych świateł i decybeli.

img_7984

Jest na Youtube film mówiący o historii Wenecji i współczesnych jej problemach. Na początku oglądamy domniemane miejsca, w których „perła Adriatyku” miała dopiero powstać: porośnięte sitowiem wyspy, muliste rozlewiska, mokradła i ciągnące się po horyzont błota. Rysunkowe animacje pokazują, jak odbywało się wbijanie drewnianych pali w grząskie dno, jak na tych palach budowano pierwsze drewniane domy. W miarę zdobywania doświadczeń, decydowano się powiększać budowle a zamiast ścian drewnianych wznosić murowane. To także był eksperyment. Gdy się powiódł, a marmur z Istrii stosowany jako podwalina okazał się wodoodporny, kościoły i pałace zaczęły powstawać w Wenecji jak grzyby po deszczu.
Najstarszym kościołem weneckim jest maleńki San Giacomo di Rialto położony u podnóża schodów słynnego mostu. Jego początki datuje się ostrożnie na V wiek. Ale pierwszy wielkogabarytowy kościół wsparty w całości na dębowych palach powstał w VII wieku na konkurującej z Wenecją wyspie Torcello. Próba wypadła pomyślnie, dębowe pale zanurzone w wodzie uzyskują po latach strukturę i twardość skały, jednak grząskie dno poddawane wstrząsom i wibracjom nigdy pozwoliło się obłaskawić. Dlatego kościół na Torcello (obecnie katedra), podobnie jak setki innych starych budowli, wielokrotnie przebudowywano i naprawiano. Wiele budynków trzeba było rozebrać, sporo wież zawaliło się, a inne wyraźnie odchylają się od pionu. Mimo obecnej wiedzy i technicznych możliwości problem nadal istnieje. Jak pokazuje wspomniany film, nie tylko problem grząskiego dna zagraża Wenecji. Obecnie są to na przykład wibracje powodowane przez coraz większe silniki jednostek pływających. No i podnoszący się stale poziom morza.

_mg_8082

Prześwietna Serenissima przeszła już przez wszystko: wysiłek pierwszych osadników walczących o przetrwanie, mozolne budowanie osad, obserwacje przyrody, przechodzenie od rybołówstwa i myślistwa do wytwórczości i handlu, kult religijny, tworzenie się struktur społeczeństwa hierarchicznego, prowadzenie wojen, powstawanie miast, banków, portów i manufaktur, zawieranie i łamanie traktatów pokojowych, podbój i kolonizacja sąsiednich krain, pomnażanie bogactwa, wykorzystywanie mitów religijnych do umacniania władzy, plagi i karnawały, rozwój nauki i sztuki, dalsze bogacenie się, bunty niższych warstw społecznych, deprawacja wyższych, konieczność nadążania za szybkim rozwojem technologicznym, mniej lub bardziej świadome stawanie się częścią globalnej wioski i wreszcie stawianie czoła zagrożeniom wynikającym m.in. ze zmian klimatycznych wywołanych działalnością ludzi.
Losy Wenecji są wiernym odbiciem losów naszej cywilizacji, choć zagrożenia dotyczące jej egzystencji są jakby bardziej widoczne. Tak mały punkt na mapie łatwiej wziąć pod lupę. Nie sposób sobie wyobrazić, że tego miasta mogłoby nie być, lecz z drugiej strony trudno lekceważyć wiszące nad nią zagrożenia. Ponad sto lat temu pewien filozof powiedział „my, cywilizacje wiemy już teraz, że jesteśmy śmiertelne”. Gdyby Wenecja miała zginąć – jak bez niej poradzi sobie reszta świata? Czy nie będzie to spóźniony sygnał ostrzegawczy?
Mam nadzieję, że nie są to pytania, na które obecne pokolenie będzie musiało odpowiadać.

_mg_8103

Książki i bóstwa

21 stycznia 2016

„Żeby napisać jedno zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych” – miał podobno powiedzieć Ryszard Kapuściński. Coraz mniej ufam Internetowi, stąd to asekuracyjne „podobno”, ale z cytatu nie rezygnuję, bo zgrabnie wprowadza w dzisiejszy temat.
Oczywistością jest, że jeśli ktoś pisze, musi również czytać i to czytać dużo. Pisząc bloga wielokrotnie powoływałem się na zaliczone lektury, choć konsekwentnie unikam roli recenzenta. Nawet gdy pisałem o biografii Miłosza, koncentrowałem się na losach Poety, a nie na zawartości książki Andrzeja Franaszka. Średnio mnie obchodzi, czy ktoś przeczyta książkę, która mnie się podobała. Aż takim misjonarzem nie jestem. Z lekturą jest jak z muzyką: każdy sięga po to, co mu pasuje, do czego zdążył się przygotować, otrzaskać, dojrzeć. Ilość gatunków literackich dobitnie świadczy o tym, że gusta i potrzeby są różne.

W doborze lektur sprawdza się zasada, że to co odkryte w wyniku samodzielnych poszukiwań smakuje lepiej niż towar (przesadnie) reklamowany. Dlatego do pisania recenzji mnie nie ciągnie, za to  dość chętnie je czytam. Nie znoszę natomiast czytelniczych rankingów i zestawień. Krążący onegdaj w sieci kwestionariusz „10 książek, które wywarły na mnie największy wpływ” ominąłem szerokim łukiem. Wyjaśnię dlaczego.

Po pierwsze: nawet usiłując odpowiedzieć szczerze, nie jesteśmy w stanie tego wpływu „zmierzyć”. Zamiast odpowiedzieć zgodnie z „obiektywną prawdą”, powiemy tylko, co nam się wydaje. Na jedno doświadczenie wynikłe z lektury mogło przez lata nałożyć się dziesięć innych doświadczeń wywołanych filmem, muzyką, relacjami z ludźmi, ze zwierzętami, kontaktem z przyrodą. Umysł jest jak gąbka, a raczej jak szkolna tablica, którą stale się ściera i pisze coś nowego. Czy tablica wie, jakie zdanie napisane na jej powierzchni było najważniejsze? Gdzie w grę wchodzi ułomna pamięć oraz zmieniająca się psyche, tam wynik quizu musi być zakłamany, a wybór tytułów podszyty bieżącym nastrojem, chęcią szpanu lub tak powszechną w Internecie potrzebą autokreacji. Intencji może być tysiąc. Za mało wiemy o sobie samych, żeby się serio zabierać za nanoszenie dziesięciu ważnych punktów na mapie umysłowego i emocjonalnego dojrzewania.

Po drugie: gdzie w tej niepoważnej wyliczance miejsce na emocje wywołane lekturą książki, której tytułu nieszczęśliwie się zapomniało? Jeśli ten jeden tytuł zostanie zastąpiony innym, wartość całego kwestionariusza szlag trafia. Albo inna przypadłość, którą znam z autopsji: ostatnia zwrotka wiersza Brzechwy „Na straganie” dobitniej uświadomiła mi daremność jałowych sporów i nieuchronność śmierci niż dwa opasłe tomy „Czarodziejskiej góry”. Nie muszę dodawać, że istotny był mój wiek. Brzechwę czytałem jako dziesięciolatek, Tomasza Manna jakieś 15 lat później.

Skoro już sięgam do szuflady osobistych wspomnień, to jeszcze to: pierwszy wstrząs wywołany lekturą przeżyłem w wieku sześciu lat. Akurat nauczyłem się czytać i kiedy w opowiadaniu o przygodach jakiegoś urwisa natknąłem się na zdanie „krasnoludków naprawdę nie ma na świecie”, musiałem je sobie dwukrotnie powtórzyć głośno. Do tej pory byłem przekonany, że malutkie ludziki w czerwonych czapkach istnieją, a tu nagle taki klops! Rzeczywistość zaskrzeczała, czar prysł. Po nagłym odkryciu przyszło pytanie: dlaczego mnie oszukiwano? Komu było potrzebne, żebym wierzył w coś, czego nie ma?

Nie wiem, jak to sobie wtedy rozstrzygnąłem, może uznałem, że to był test na samodzielne myślenie, w każdym razie skoro nadal pamiętam tamten epizod, mam prawo przypuszczać, że był on zaczątkiem nieufności do powszechnych przekonań i oficjalnych wierzeń. Obudził się we mnie zmysł krytyczny, kotwica została podniesiona, na łagodnej fali wypłynąłem na morze samodzielnego myślenia. Z niepomyślnymi wiatrami wątpienia zmagałem się w pojedynkę. Do żadnej bezpiecznej przystani wierzeń w zewnętrzne moce z tego rejsu nie wróciłem. Nawet zakład Pascala nie zdołał mnie przekonać. So far, so good – jak mówią w Dublinie.

Książki czytam „od zawsze”, być może dzięki nim trwam w przekonaniu, że świat jest pełen wartych poznawania tajemnic. Z książek wiem, że reguły rządzące światem nie zawsze są zrozumiałe, czasami są bardzo dalekie od tego, co NAM wydaje się racjonalne, co WYDAJE się słuszne, sprawiedliwe i pożądane. Człowiek zdolny do akceptacji swojej ograniczonej wiedzy, potrafi obywać się bez sił nadprzyrodzonych, a tym bardziej nie ciekawi go opinia ludzi „w imieniu” tych bóstw przemawiających. A jeśli Opiekuńcze Moce istnieją, to z pewnością radzą sobie znakomicie bez szeptania im w ucho, co mają robić i nad kim się litować. Mnie osobiście błaganie o litość jest organicznie obce. Nie robię tego, nawet gdy nikt nie patrzy. Zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy!

Wiara w dusiołki, srebronie i aniołki nie ma w sobie nic złego. Osobista przestrzeń dla intuicji, dla wrażeń pozawerbalnych jest potrzebna. Dla osobowości o inklinacjach artystycznych wiara w „coś innego” bywa inspirująca, dla osób nie znajdujących dostatecznego oparcia w świecie realnym – wręcz niezbędna. Jednak upychanie jej w gorset świętości i dogmatów, których mają przestrzegać także inni, to przejaw niezdrowej megalomanii. Kiełznanie rozumowych wniosków, osobistych wrażeń i intuicji przez mroczne instytucje żerujące na słabościach ludzkich charakterów i umysłów to już haniebne nadużycie. Proceder ten jest jednak tak powszechny, że wciąż niewielu widzi w tym nadużycie, a jeszcze mniej odważy się nazwać to formą współczesnego niewolnictwa.
Nieobecność tej definicji, brak grupowej refleksji nad pojęciem całkowitej wolności duchowej jest prawdopodobnie tego niewolnictwa potwierdzeniem. Ludzie urodzeni i wychowani w niewoli nie wiedzą, że są niewolnikami. Ich sformatowane umysły poruszają się w granicach wyznaczonych przez uzurpatorów.

Może nie być kolejnej okazji na rozwinięcie tego wątku, więc dopowiem: źle bym się czuł w roli wiernego baranka, posłusznego odgórnym dyrektywom, podatnego na naciski i manipulacje. Skóra osobnika wierzącego w dogmaty ukształtowane przez innych jest dla mnie zdecydowanie za ciasna. Nie dlatego odrzucam istnienie niewidzialnych bóstw, żebym obawiał się ponownego rozczarowania, jak to było w przypadku krasnoludków. Wiara religijna – jeżeli już do tego doszliśmy – jest sprawą bardziej intymną niż seks. Nie można bez szkody dla siebie robić z niej towaru na sprzedaż, sztandaru na procesję, tematu na przechwałki godne rekrutów odwiedzających lupanary.

Akceptuję istniejące mitologie i legendy – ten rodzaj literatury wzbogaca nas na równi z poezją Rumiego, opowiadaniami Marqueza, wierszami T.S. Eliota, powieściami Vargasa Llosy. Mądrość i głupota minionych pokoleń jest jak lustro, w którym człowiek współczesny może się do woli przeglądać. Podoba mi się świat zaludniony dusiołkami, faunami i boginkami. Nie podobają mi się ludzie, którzy w imieniu faunów i boginek  narzucają innym swoją wolę. Pod pozorem szerzenia wiary (jak można szerzyć coś tak osobistego?) realizują swoje interesy. Dlatego poruszanie się świecie wolnym od dogmatów uważam za przywilej i źródło satysfakcji. Być może moje niewinne odkrycie dokonane podczas lektury dziecięcej czytanki było początkiem podróży do duchowej wolności. Jeśli tak, to żadna lista „Top Ten” nie jest potrzebna.

Wszystko to razem nie znaczy, że trzeba unikać opowiadania o przeczytanych książkach. Niewątpliwie najlepiej opowiada się o tych, które istotnie „wywarły wpływ”. Kilka miesięcy temu, gdy już myślałem, że żadna książka (oprócz tej, którą sam napiszę) nie będzie w stanie mnie poruszyć, że wiatr ustał, trwa odpływ i w wyczekiwaniu na kolejne dzieło np. Vargasa Llosy przez długie miesiące będę dreptał po literackiej pustyni, wtedy wysoka fala przyniosła „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Połączenie beletrystyki z gawędą, legendą, epistolografią i analizą historyczną – podziwiam Autorkę, że się na tak szeroki i w zasadzie dziewiczy temat porwała i byłbym srodze zawiedziony, gdyby nagrodę Nike przyznano komuś innemu, za inną książkę. Dzieło Olgi Tokarczuk nie miało sobie równych. Prawie tysiąc stron potężnej literatury. Zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie czytali o losach Jakuba Franka. I na tych zachwytach poprzestanę, obszerniejsze recenzje można znaleźć w sieci.

Zacząłem od Kapuścińskiego i nim zakończę, bo to cytat w polskim roku 2016 szalenie ważny:
„Boję się świata bez wartości, bez wrażliwości, bez myślenia. Świata, w którym wszystko jest możliwe. Ponieważ wówczas najbardziej możliwe jest zło.”

Odkrywanie Lizbony

3 marca 2015

Po wizycie w Porto wybór kolejnego miasta był prosty. Lizbona, która w styczniu jest najcieplejszą stolicą europejską sama pchała się w ręce, musiałem tam polecieć, zobaczyć, porównać. W samolocie troszkę się zdrzemnąłem, obudziłem się kiedy już kołowaliśmy wybrzeżem, sunęliśmy właśnie nad rozlewiskiem rzeki Tag, dostrzegłem ogromny most i dachy domów. Lizbona dosłownie ścieliła się u stóp. Mogłem już wypatrywać placów, ulic i promenad, po których wkrótce miałem chodzić. Miłe jest odkrywanie nowych widoków. Pierwsze wrażenia najmocniej zapisują się w pamięci, spotkanie z nowym miejscem powoduje znajomy dreszczyk emocji i satysfakcji. Wcześniejsze „podglądanie” z góry przy użyciu Google Maps tego stanu nie zmienia.

_MG_6426

Czytałem kiedyś książkę, której akcja działa się w Lizbonie, opowieść o zakochanym mężczyźnie bodajże nosiła tytuł „Fado”. Fabuła uleciała mi z głowy, za to dobrze pamiętam klimat tej opowieści, jakieś włóczenie się po brukowanych uliczkach, zaglądanie do zadymionych knajpek, spotkania z tajemniczymi kobietami, wieczorne spacery po plaży i oczywiście muzyka fado, która targała emocjami głównego bohatera.

Jestem dużym chłopcem, umiem oddzielić życie od literatury ale jeśli kto mnie spyta, czy podświadomie liczyłem, że taki klimat w Lizbonie odnajdę – nie zaprzeczę. Czy znalazłem – nie wiem. Może nie byłem tym razem gotowy. Obiektywnie, nie ma czegoś takiego jak „klimat”. Owszem mówi się o genius loci – duchu miejsca – ale jako nieprzejednany racjonalista powątpiewam w jego bezwarunkowe istnienie. Faktem są jedynie legendy nadające temu lub owemu miejscu wyjątkowość, reszta jest kwestią zdecydowanie subiektywną. Odczuwanie niesamowitości i wyjątkowości to wynik osobistego nastawienia, na które wpływ mają wcześniejsze doświadczenia, oczekiwania, wiara w zasłyszane opinie itp. Znaczące są też bieżące emocje oraz – żeby zamknąć temat i nie popaść w kaznodziejstwo – wiek i płeć osoby. Ja wielkich uniesień w Lizbonie nie przeżyłem, ale wyłącznie z własnej winy, widocznie nie spełniałem warunków, żeby duchowi miejsca się poddać. Albo wypiłem za dużo wina.

DSC03620Z geniuszem czy bez Lizbona jest wyjątkowa. Jeśli ktoś tam pojedzie, musi być przygotowany na kilometry spacerów z góry i pod górę. Podobnie jak Rzym Lizbona jest miastem siedmiu wzgórz, na jednym z nich stoi kamienny zamek św. Jerzego. Oglądany z daleka wygląda jak forteca, której zamiast żołnierskich batalionów strzegą drzewa – ich zielone kapelusze wystają zza szarych murów, zupełnie jakby wypatrywały najeźdźców. Z bliska dominium św. Jerzego okazuje się uroczym parkiem, atrakcyjnym przez swoje wyniosłe położenie oraz obecność masywnych baszt i obronnych murów. Strefę zamkową otacza dzielnica niewielkich, gęsto pobudowanych domków. Domki są kolorowe, obok frontowych drzwi często wiszą klatki z papugami lub kanarkami, brukowane uliczki są wąskie i ciche. Jakiż kontrast w zestawieniu z rozległymi jasnymi placami i promenadami niższej części Lizbony. Miałem wrażenie, że znalazłem się w innym mieście, w innym świecie. Wyobraźnia podpowiadała mi, że zamiast ludzi mieszkają tam hobbity lub brodate skrzaty w czerwonych czapkach. Rozsądek zaraz przypomniał, że tylko ludzie hodują papugi w klatkach a ulica Skrzatów znajduje się w całkiem innej części świata czyli w Lublinie.

Różnice poziomów są w Lizbonie dość poważne, to nie to samo co „kamienne schodki starego miasta” na warszawskiej Starówce. Czasami wspinaczka powoduje zadyszkę, ale wytrwały piechur never give up, bo wie, że widoczna z góry panorama będzie dostateczną nagrodą za wysiłek. Często obok tarasów widokowych można znaleźć kawiarniany stolik i wygodną ławeczkę, co jest oczywiście dodatkowym bodźcem do wspinaczki. W paru miejscach pomocna bywa winda (wypatrujcie nazwy elevador), można też skorzystać z tramwaju, któremu stromizny nie straszne, ale o tramwajach będzie za chwilę.

Architektura stolicy Portugalii jest łatwa do opisania: nie znajdziemy tam prawie nic, co pochodzi ze średniowiecza lub renesansu, dominuje osiemnastowieczny i dziewiętnastowieczny klasycyzm. Zachowała się katedra i wspomniany bastion na wzgórzu, ale to są właśnie te wyjątki. Jedna z architektonicznych perełek Lizbony, elevador de Santa Justa swoją urodę zawdzięcza ostrołukowym oknom i roślinnym dekoracjom właściwym dla gotyku, ale w oczywisty sposób nie jest to budowla średniowieczna. Budynek powstał w roku 1901, a jego unikalny wygląd jest wynikiem fascynacji neogotykiem. Początkowo do obsługi windy używano silnika parowego, później zastąpiono go elektrycznym. Z tarasu, na którym zatrzymuje się winda rozciąga się widok na najbardziej reprezentacyjną część Lizbony Baixa-Chiado. Tak jak w dzielnicach sąsiednich należących do strefy śródmiejskiej dominuje tu architektura klasycystyczna, powstała nie wcześniej niż w osiemnastym wieku. Z dołu i z góry widać, że ulice tej części metropolii są szerokie a place rozległe – rzecz nietypowa jak na miasto o ponadtysiącletniej historii, miasto, które pamięta czasy Fenicjan, a w zapiskach starożytnych Rzymian pojawia się jako Olissippo.

_MG_6375 Trzeba pamiętać o jednym: w 1755 roku Lizbona została dotknięta trzęsieniem ziemi. Tam gdzie dziś jest reprezentacyjny plac Praça do Comércio, stał królewski pałac. Epicentrum trzęsienia o mocy 9,5 stopnia w skali Rychtera znajdowało się pod oceanem w odległości 200 km od miasta. Ale to wystarczyło by 90% budowli, w tym przykłady unikalnego stylu manuelińskiego powstałego w renesansie, obrócić w gruz. Co nie zawaliło się od razu, zostało zmyte przez tsunami lub spłonęło w pożarach. W katastrofie zginęło około 100 tysięcy ludzi – najwięcej w historii trzęsień ziemi. Przetrwała romańska katedra, tylko z jej ścian i sufitu opadły dekoracje.

Podczas odbudowy prowadzonej przez koniec XVIII i cały wiek XIX Portugalia wciąż była państwem bogatym, zasilanym wpływami z eksploatacji kolonii zamorskich. Pozwoliło to zbudować Lizbonę na nowo, w stylu, który wtedy i teraz uznawany jest za szczyt wytworności i elegancji. Kiedy patrzy się na masywne kamienice, na potężne pałace, łuk triumfalny u wejścia do Baixa-Chiado lub choćby na budynek dworca kolejowego Rossio można sobie uświadomić skalę przedsięwzięcia. Skalę i wielkopańskie aspiracje inwestorów. Zauważalna także dziś elegancja, masywne zdobienia frontonów kamienic i mosiężne gałki w drzwiach nie biorą się z niczego.
Na obecny charakter miasta składają się głownie dziewiętnastowieczne budowle, place z fontannami wykładane brukową kostką w efektowne wzory, wyłączone z ruchu samochodowego ulice oraz liczne schody. Nie można zapomnieć o azulejos i tramwajach. Bez tramwajów nie byłoby Lizbony.
_MG_6723 Nie jest tajemnicą, że od paru dziesięcioleci Portugalia przeżywa coś w rodzaju odwrotności prosperity. Podczas spacerów spotkać można zamknięte na głucho sklepy, pustawe kafejki i ogromne biurowce do wynajęcia. W Lizbonie obraz dekadencji nie jest tak jaskrawy jak w Porto, ale i tam recesja daje się zauważyć – trzeba być na to przygotowanym. Sytuacja gospodarcza nie wpłynęła jednak na ogólne dobre wrażenie: ulice są czyste i spokojne, jedzenie smaczne a ludzie mili. Dlatego w dogodnej chwili chętnie poleciałbym do Lizbony po raz drugi a potem trzeci.
Ale dość tych marzeń, tekst się rozrósł ponad miarę, resztę dopowiem w następnym odcinku. Będzie wreszcie o tramwajach.

Ely czyli ili. Katedra czyli okręt

3 stycznia 2015

Okładka płyty Division Bell grupy Pink Floyd może sugerować, że po Nowym Roku zmieniłem obiekt blogowych westchnień i od teraz będę opowiadał o muzyce rockowej. Nic podobnego. O pop-kulturze i polityce tylko w komentarzach, a reszta pozostaje bez zmian. Blogiem rządzą średniowieczne newsy i renesansowe świeżynki.

Co w takim razie robi tu okładka winyla z roku 1994? Co dwie bliźniacze głowy z ciężkiego metalu mają do średniowiecza? Zerknijcie na linię horyzontu: w przestrzeni między ustami widać cztery światełka a za nimi zarys katedry. Nie będę udawał, że rozumiem przesłanie tego obrazu, nawet się nie domyślam, dlaczego dwa metalowe monstra chcą zjeść średniowieczny zabytek, ale sylwetkę budowli rozpoznaję. To katedra w Ely (fonetycznie ili) – największym mieście historycznej krainy Fens znanej z mokradeł, depresji i rozległych równin. Masywna katedra dominująca w płaskim krajobrazie wschodniej Anglii niektórym przypomina korab (Ship of the Fens) sunący przez pokryte trzciną równiny. Porównanie nie jest oryginalne, nasz Wieszcz widywał statki na stepach akermańskich.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,

Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,

Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Nie wiem czy ktoś z zespołu Pink Floyd czytał w oryginale Mickiewicza, albo czy Roger Waters zapuścił się do katedry w poszukiwaniu muzycznych inspiracji. Ja nie tylko do wnętrza zajrzałem, ale nawet wyszedłem na jej dach. Znam się trochę na naprawie dachów, jednak tym razem to nie było to. Pojechaliśmy do Ely we trójkę na początku lata. Była niedziela, miasteczko senne, na parkingu dużo miejsca. Zostawiliśmy auto i od razu przystąpiliśmy do metodycznego zwiedzania. Z bliska katedra-okręt prezentuje się tak:

Ely tower

IMG_2937

Frontowa wieża nie jest szczególnie okazała, wznosi się na 66 metrów, czyli tyle co dwa dziesięciopiętrowe bloki. Druga wieża ozdobiona licznymi pinaklami mierzy tylko 54 metry, ale to wokół niej kręci się zainteresowanie turystów.

Wznoszenie katedry w obecnym kształcie rozpoczęto w XI wieku. W owym czasie była to największa budowla w całej północnej Europie. Tylko Włosi i Hiszpanie budowali większe świątynie. W okolicach XII wieku katedrę ukończono. Zachowały się w niej elementy stylu romańskiego ale jako całość jest wzorcowym przykładem wczesnego gotyku angielskiego. Czystości stylu nie naruszyły liczne przebudowy prowadzone w późniejszych wiekach, kiedy to dobudowywano kaplice, ganki i portyki a następnie je demolowano. Jak łatwo sobie wyobrazić, historia osiemsetletniej budowli (naprawdę o wiele starszej, bo wcześniej w tym miejscu stała mniejsza świątynia) obfituje we wzloty i upadki. Katedra w Ely od wczesnego średniowiecza nabierała znaczenia, stanowiła ważny ośrodek władzy religijnej podczas Wojny Róż (walka dwu magnackich rodów o władzę w państwie) oraz na początku panowania dynastii Tudorów. W XVI wieku przyszła katastrofa, kiedy Henryk VIII pamiętnym dekretem rozwiązał klasztory i biskupstwa. Zniszczone zostały średniowieczne rzeźby i witraże, nieczynna i zaniedbana świątynia czekała na lepsze czasy. Odbudową zajął się dawny opat klasztoru, który dostosowawszy się do nowego porządku politycznego umieścił w katedrze szkołę królewską.

Historie tego typu obiektów zazwyczaj są ciekawe i burzliwe. Ely niczym szczególnym się nie wyróżnia, zresztą wszystko staje się mało ważne, gdy już przekroczy się próg i stanie między jasnymi kolumnami nawy głównej. Dla wygody zwiedzających umieszczono tam lustro na stoliku, aby lepiej było widać drewniany malowany sufit.

IMG_2974

IMG_2962

Katedra w Ely nigdy nie dorównała rangą katedrze w Canterbury, nie jest tak „historycznie zasłużona” jak związana z monarchią Westminster Abbey ani tak sławna jak katedra w Salisbury uwieczniona na obrazach Johna Constable’a. Nie jest też największa wśród angielskich katedr ani najdłuższa. A jednak jest unikalna – tylko w Ely można podziwiać arcydzieło sztuki ciesielskiej – ośmiokątną „latarnię” czyli wieżowe wypełnione oknami witrażowymi zwieńczenie na skrzyżowaniu nawy głównej z transeptami. Pod witrażami na ściankach ośmiokątnej wieży umieszczono drewniane panele, na których namalowano anioły. Malunki są stylizowane na gotyk, powstały podczas kolejnej renowacji w XVIII lub XIX wieku. Więc nawet jeśli nie jest to zabytek wysokiej klasy, rolę dekoracyjną pełnią znakomicie. Światło słoneczne padające przez witraże układa się na postaciach aniołów. Nie zapominajmy, że architektura gotyku choćby poddawanego dziesiątkom renowacji nadal jest architekturą światła. Boskiego światła.

IMG_2978

Latarnia ma 23 metry rozpiętości, od posadzki do wewnętrznego zwieńczenia latarni jest 43 metry. Tylko z pomocą mocnego obiektywu można z dołu dostrzec detale. Ale widok jest niezwykły, elementy drewnianego sklepienia układają się w wielobarwną rozetę. Nie sposób się powstrzymać się przed zrobieniem tysiąca zdjęć, wszak apetyt na wrażenia estetyczne rośnie równomiernie do tempa ich dostarczania.

IMG_2973

IMG_3138 Na zdjęciach nie poprzestaliśmy, bo nadarzyła się okazja, żeby to cudo architektury zobaczyć z bliska, a wręcz dotknąć. Na spełnienie marzeń musieliśmy poczekać pół godzinki przy stoliku z biletami, aż wreszcie z zaplecza wyłoniła się jasnowłosa pani przewodnik i niczym dobry anioł zabrała nas w górne strefy gotyckiego nieba. Na chwilę zmienimy dekoracje, przeniesiemy się z kamerą na zewnątrz, żeby spojrzeć na jedną z bocznych wieżyczek. W tej wieżyczce mieszczą się kręte schody, którymi wyszliśmy na dach katedry. Czy muszę mówić, że widok z dachu zapiera dech? Zielona równina pod błękitnym niebem a pinakle, gzymsy, balustrady, przypory, gargulce i okna witrażowe na wyciągnięcie ręki. Dach był tego dnia suchy (pierwszy warunek postawiony przez przewodniczkę czułą na zasady brytyjskiego BHP) i w ogólnym stanie dobrym. Generalny remont przeprowadzono na początku obecnego stulecia.

IMG_3127

IMG_3137

Potem zeszliśmy na poddasze, między solidne belkowania, w bezpośrednie sąsiedztwo ośmiokątnej wieży. I stał się cud jak w Hollywood, blond przewodniczka otworzyła jedne drzwiczki z namalowanym aniołem a potem drugie. Mogliśmy stać naprzeciw siebie i przez całą szerokość szacownej latarni robić sobie słodkie fotki. Oczywiście największe wrażenie robiło wnętrze katedry widziane z nietypowej perspektywy. Znajdowaliśmy się około 33 metry ponad posadzką. Znów pokusa fotograficznego pofolgowania sobie wzięła górę nad wyniesioną z domu skromnością i powściągliwością.

IMG_3055

IMG_3077

IMG_3067

Kierowaliśmy też obiektywy lekko w górę, w stronę witraży i rzeczonego boskiego światła.

IMG_3071

IMG_3088

A potem nastąpiło nieuniknione zejście w dół i pożegnanie z katedrą, która jak legendarny okręt śród fali łąk szumiących popłynęła dalej i zniknęła w mroku.

Dla jednych nie ma, dla innych jest

27 grudnia 2014

_MG_5284 Wrażenia z podróży należy spisywać w trakcie jej trwania albo zaraz po powrocie do domu. Zazwyczaj tak robię, ale czasem, nie będąc pewnym czy moje obserwacje są dość ciekawe, temat odkładam albo całkiem porzucam. Coś jednak przez surowe sito się przedostaje: w mijającym roku zamieściłem tu całkiem sporo relacji ze swoich wypraw. Jaki rodzaj turystyki uprawiam, nie muszę objaśniać, bo to wynika z tekstów. Podczas jednej z podróży spotkałem kogoś, kto tego nie wiedział… Ale po kolei.

W sierpniu znalazłem się w belgijskim miasteczku Mons. Spędziłem tam zaledwie kilka godzin, akurat tyle, by obejrzeć wnętrze katedry (właściwie kolegiaty), zrobić kilka zdjęć, pospacerować po rynku i pod parasolem z napisem Stella Artois spróbować lokalnego piwa. W drodze na dworzec, wstąpiłem do niewielkiego baru z przekąskami i wdałem się w rozmowę z barmanem. Właściwie to on wdał się ze mną w rozmowę. Kiedy piłem kawę, którą u niego zamówiłem i wcinałem makaron w białym sosie, podszedł do stolika i zapytał, czy mi smakuje, a po chwili z najwyższą grzecznością upewnił się, czy może jeszcze o coś zapytać. Wskazałem mu miejsce przy stoliku, byłem naturalnie ciekawy, co też nurtuje młodego barmana, co gryzie tego ciemnowłosego Gilberta czy Jean-Marca? Miał 23 lata, co wynikło z późniejszej rozmowy a gryzła go rzecz podstawowa: dlaczego przyjechałem do Mons. A dokładnie i literalnie pytanie brzmiało: „dlaczego ty tu jesteś? Przecież tu nic nie ma”.

Objaśniłem mu równie grzecznie, że złożyły się na to różne okoliczności, że wracam z Polski, a samolot z pobliskiego Charleroi mam dopiero wieczorem, dlatego tu zajrzałem. Gości w barze nie przybywało, miałem więc okazję opowiedzieć mu epizod z niedoszłym samobójcą, który dzień wcześniej położył się na torach zatrzymując pociąg na dwie godziny, wskutek czego pod znakiem zapytania stanęła dalsza podróż moja i pewnego belgijskiego małżeństwa, którym poniekąd zaopiekowałem się podczas przymusowego postoju w Puławach, tłumacząc co się stało i przynosząc kolejne wieści od kierownika pociągu. Oni też jechali na Okęcie, mieliśmy zresztą lecieć tym samym samolotem. Zdążyliśmy na niego tylko dzięki przyjacielowi z Warszawy, którego powiadomiłem telefonicznie o kryzysie a on odebrał nas na peronie dworca centralnego i pomógł szybko przemieścić się na lotnisko.

Ale to opowiedziałem później. Natomiast odpowiedź na podstawową wątpliwość młodego barmana, który zdążył spędzić rok w Australii i posmakować „wielkiego świata” była zupełnie banalna: do Mons (tej nudnej w jego mniemaniu mieściny) przywiodła mnie ciekawość nowych miejsc a skusiła obecność katedry. Lubię zwiedzać zabytkowe budowle, fascynuje mnie architektura, często bywam w galeriach z dawną sztuką. Jedni zbierają znaczki, hodują kaktusy i opiekują się kotami – inni jeżdżą po świecie, żeby oglądać stare obrazy, rzeźby, krużganki i wieże. Rodzaj nieszkodliwego hobby.
A więc przyjechałem, bo wyczytałem, że jest katedra. Obejrzałem z przyjemnością, chociaż jest trochę pustawa, a wiele elementów wnętrza pochodzi z wieków późniejszych, głównie z epoki baroku, co nie bardzo do gotyku przystaje…

-A skąd to wiesz? – brzmiało podszyte niedowierzaniem pytanie.

_MG_5286 – Wskazuje na to logika: kamienne mury przetrwały osiemset lat a drewniane i metalowe dekoracje, o ile nie zostały zniszczone i rozkradzione, rozsypały się ze starości. Dlatego w epoce rozkwitu gospodarczego zastąpiono je nowszymi. W większości europejskich kościołów tak jest. Tutejsze organy mogą pochodzić z siedemnastego wieku.
– Ale skąd wiesz, jak to jest stare?
– Każda epoka ma swój styl, który łatwo odróżnić po charakterystycznych zawijasach, łukach i innych detalach. W dziejach Europy było dziesięć, może kilkanaście odrębnych okresów różniących się od siebie. Lubię je rozpoznawać, mam satysfakcję, gdy wiem na co patrzę. Albo gdy rozumiem, dlaczego budowle powstałe w tym samym czasie, ale w różnych częściach kontynentu są tak różne. Historia – kolejne wyzwanie dla domorosłego badacza. Oczy Jean-Marca (albo Gilberta) robiły się coraz bardziej okrągłe, ciągnąłem więc dalej.
– W moim wieku nie chodzi się na dyskoteki i nie podrywa dziewczyn na plażach Ibizy, na Kilimandżaro też się nie wybieram. Mam czas na poznawanie historii sztuki.
– I patrząc na jakiś dom możesz powiedzieć, w którym wieku został zbudowany? – chłopak był wyraźnie poruszony taką możliwością. Wiedza, którą się niechcący pochwaliłem, wydała mu się wiedzą niemal tajemną.
– Tak.
Rozstaliśmy się w zgodzie i przyjaźni. Jean-Marc (albo Gilbert) zadeklarował, że to co mówię jest bardzo interesujące i że zacznie zwracać baczniejszą uwagę na style architektoniczne. Ja niczego nie deklarowałem, nawet tego, że tam wrócę. Szedłem na stację kolejową, zerkając czasem na górującą nad dachami gotycką wieżę katedry. Wyjeżdżałem z miasta, w którym nic nie było.

_MG_5254

_MG_5280

_MG_5285

Uczta w NG (bez dosłowności)

16 listopada 2014

Zanim pojechałem do Porto na spotkanie z azulejos i bałwanami, pisałem o pewnym obrazie znajdującym się w londyńskiej NG. Czternastowieczne dzieło – zajrzyjcie tam – jest charakterystyczne dla północnoeuropejskiej sztuki średniowiecza i mieści się w tradycji malarstwa miniaturowego. Choć miniaturą w sensie dosłownym nie jest.

Głównymi postaciami Dyptyku Wiltona są osoby boskie i dwóch a może trzech świętych w złotych aureolach. Oraz anioły, a właściwie anielice w niebieskich szatach. Urodziwe i rozdokazywane. Wieloczęściowy obraz nie służył wyłącznie celom religijnym. Nie jest klasyczną ikoną. To raczej pomieszanie rzeczywistości ziemskiej z niebiańską. A ściśle rzecz biorąc: sztuki dworskiej z religijną. Nie mogło więc na dyptyku zabraknąć właściwej dla średniowiecza symboliki oraz atrybutów władzy królewskiej.
Jak wiele innych dzieł z tamtego okresu „Dyptyk Wiltona” przyciąga wzrok skrótowością i jednoznacznością. Osiągnięciem anonimowego artysty było uzyskanie wspaniałego efektu malarskiego przy wielkiej dyscyplinie kompozycyjnej oraz umiejętnie dobranej kolorystyce. Jedne postaci są statyczne inne dynamiczne; wszystko razem idzie w parze z bogactwem ornamentyki a dostrzegalne nawet po 600 latach ślady rzemieślniczego mozołu zasługują na najwyższe uznanie.

Okazuje się, że Dyptyk znajduje się wśród 30 najcenniejszych dzieł zgromadzonych w National Gallery. Na tej samej nobilitującej liście znalazłem inne obrazy przywoływane na tym blogu. Choćby Ambasadorowie – Holbeina, Portret Doży Loredana – G. Belliniego oraz Portret małżeństwa Arnolfinich – Jana van Eycka. W złotej trzydziestce są jeszcze Słoneczniki – Van Gogha, ale nie wiem czy kiedykolwiek o nich napiszę.

Zazwyczaj narzucam sobie w muzeach surową dyscyplinę i nie chodzę do działów, których zawartość znam słabo albo znam na tyle, że nie chce mi się tam zaglądać. Nie chcę oglądaniem dzieł przypadkowych nie zamazać sobie wrażeń wywołanych wpatrywaniem się w siedemsetletnie deski z malarstwem średniowiecza lub ciut młodsze, bo tylko 500 letnie płótna renesansowe. Trzymam się wąskiej specjalizacji. Podczas ostatniego pobytu w NG było inaczej: okoliczności skłoniły mnie, abym zapuścił się w rejony ze sztuką późniejszą.

Po drodze był Rembrandt i współcześni mu Holendrzy, nie pominąłem malarzy Hiszpańskich z Velasquez’em na czele. Na dłużej zatrzymałem się przy pokaźnych płótnach Canaletta, tego właściwego Canaletta, którego prawdziwe nazwisko brzmi Giovanni Antonio Canal. Kiedyś zdarzyło mi się pomylić go z autorem widoków Warszawy i Drezna, który co prawda podpisywał swoje obrazy pseudonimem sławnego wuja, ale w rzeczywistości nazywał się Bernardo Bellotto. Pomyłka wynika z faktu, że uczeń malował w tym samym stylu i niemal tak dobrze jak mistrz, ale od tego czasu pamiętam, że prawdziwy Canaletto to nie Bellotto, a Bellotto to nie Bocelli ani tym bardziej Balotelli.

Mam słabość do Wenecji, a Canaletto w sposób niezrównany odwzorował wenecką architekturę, nadawał obrazom klimat, za którym się tęskni długo po wyjeździe z Serenissimy. Dodatkową zaletą malarstwa Canaletta jest jego fotograficzna wierność szczegółom. Kto zna topografię Wenecji może bawić się w rozpoznawanie domów, pałaców, mostów i porównywać widok Wenecji osiemnastowiecznej z tą obecną utrwaloną na milionach fotografii. Wiele z tamtych domów na szczęście ocalało i wyglądają tak samo jak w XVIII wieku. Ale są też zmiany: na przykład nie ma kościelnej dzwonnicy (zawaliła się) utrwalonej przez Canaletta na „Podwórku kamieniarzy” – jednym z tych obrazów, które NG umieściła wśród swoich najcenniejszych dzieł.

Inny obraz Canaletta przedstawia fragment Wielkiego Kanału w okolicach mostu Scalzich. Po prawej stronie dostrzegłem kościół, którego jak pamiętam, na pewno tam nie ma. Z opisów wiadomo, że był to kościół św. Łucji i przylegał do niego klasztor z żeńską załogą. Obecnie w tym miejscu zamiast mniszek gromadzą się turyści, a to dlatego, że na początku w. XIX kościelne budynki zburzono a na ich miejscu powstał dworzec kolejowy. Nazwano go Venezia Santa Lucia na cześć dawnej patronki. Sama święta choć z Wenecją związana nie była musi być ważną postacią w chrześcijańskiej mitologii. Widziałem ją na wielu obrazach, na jednym z nich, znajdującym się w Brugii, widać nieszczęsną Łucję powiązaną sznurami i ciągniętą przez woły. Na innych, nieco późniejszych artefaktach, Łucja trzyma w rękach srebrną tacę a na niej własne niebieskie gałki oczne. Ta legenda zasługuje na osobne omówienie, bo to ważna pozycja w dziale z fantastyką chrześcijańską.

Ale wróćmy do londyńskiej galerii, do jeszcze jednego autora, o którym nie będzie już okazji wspomnieć: Giovanni Battista Tiepolo. Jego obrazy widziałem w weneckiej Galerii Accademia, niewykluczone, że również w berlińskiej Gemäldegalerie. Choć barok i rokoko zdecydowanie nie są moimi epokami, obok obrazów Tiepola nie umiem przejść obojętnie. Ich fabuła jest zupełnie nieistotna, liczy się światło i przestrzeń. Obrazy są duże, stojący przed nimi widz czuje się uniesiony w powietrze. Barok często bywa ciężki. Tiepolo daje próbkę baroku lekkiego, chyba najlżejszego jaki znam. Wenecki artysta z powodzeniem rozwinął styl, który zapoczątkował jego rodak – Veronese. Nieprzypadkowo wymieniam obu, do National Gallery poszedłem między innymi z powodu Veronese’a – trwała akurat wielka wystawa poświęcona jego malarstwu. Stąd ten przemarsz omijanymi dotychczas salami NG. Niczym mityczny Tezeusz błąkałem się po labiryncie, żeby zmierzyć się z mocarnym monstrum.

Tak, po dawce ascetycznego, ułożonego i skłaniającego do zadumy malarstwa średniowiecznego (Dyptyk, ach ten Dyptyk!) wielkie manierystyczne płótna wydały mi się przytłaczające i odpychające. Przez długi czas byłem w szoku – stanąłem oto oko w oko z kompozycyjnym bałaganem, papuzią barwnością i ogólnym rozchełstaniem wzmocnionym często elementami kobiecej anatomii. W mózgu odezwał się alarm: po co ta dekoracyjność i natłok postaci? czemu służą te skręty ciał, albo ukłony? te w tył odchylenia i w przód zgięcia? albo ta menażeria, kolumnady, balustrady i murzyni z karłami? dlaczego tak strojnie? gdzie podziała się poukładana symbolika i klarowne przesłanie? Czy ten Veronese zwariował?

Trwało chwilę, zanim dotarło do mnie, że obcuję z malarstwem innej epoki, więc przez inny okular trzeba ją oglądać. A oglądać koniecznie, bo to przykład najwyższych osiągnięć dojrzałego renesansu, kwintesencja malarskich dokonań szkoły weneckiej i wielki, także w sensie gabarytów, wkład w sztukę w ogóle. Obrazy Veronese’a stały się inspiracją dla artystów późniejszych pokoleń. Jego osobisty styl, pełen rozmachu i elegancji przyjął się dobrze do tego stopnia, że zapoczątkował znaną nam współcześnie „estetykę świętych obrazków”. Wszystkie postacie są elegancko ubrane i dobrze odżywione, nawet biedacy mają szlachetne rysy. Ich postura jest nienaganna a ciała okrywają adamaszkowe płaszcze w kolorze cytryny lub kwitnącego goździka. Na wielkich płótnach w dodatku oglądanych z bliska ta kolorystyka tak nie razi, większe wrażenie robi technika malarska i nienaganna kompozycja. Dopiero na pomniejszonych reprodukcjach widać całą nieznośną cukierkowość bliską kiczowi. Gdyby Veronese urodził się w Indiach malowałby z pewnością tamtejsze kolorowe i wymuskane jak gwiazdy Bollywoodu bóstwa z trąbą słonia lub dziesięcioma rękami.

W tej bollywódzkiej konwencji utrzymany jest obraz, który należy do stałej kolekcji NG – „Nawrócenie Marii Magdaleny”. Tytułowa bohaterka przedstawiana jest zwykle z pojemnikiem na wonne olejki – atrybut bierze się stąd, że Magdalena namaszczała stopy Jezusa. Może trudniła się tym zawodowo. Różne legendy krążą o tej postaci – warto zwrócić uwagę, że w Ewangeliach Maria Magdalena wymieniona jest kilkanaście razy. Znacznie częściej niż jakakolwiek inna kobieta nie wyłączając matki Jezusa.

„Nawrócenie…”to przykład malarstwa w stylu manieryzmu, wiodącą rolę grają tu barwy i dynamiczna kompozycja. Postaci pierwszego i drugiego planu ujmują delikatnością i spokojem. Trudno o jakiś dramatyczny akcent. Obraz w założeniach miał być „piękny i szlachetny”. Najpiękniejsza jest oczywiście Maria Magdalena klęcząca u stóp Jezusa i wymownie patrząca mu w oczy. Ten gest, kluczowy dla całej sceny, może sugerować bliższy związek tych dwojga – wszak domysły, że Jezus i Magdalena byli parą a nawet małżeństwem, nie pojawiły się w ostatnich latach. Legendy o tym związku musiały być żywe w czasach, gdy obraz powstawał czyli w roku 1548.

Veronese był wziętym malarzem, nie stronił od tematów zaczerpniętych z mitologii greckiej, nie odrzucał zamówień na dekorację pałaców, a na zamówienie kościołów i zgromadzeń zakonnych malował obrazy o treści religijnej.

Swoboda z jaką traktował wydarzenia opisane w ewangeliach zaprowadziła Veronese’a przed oblicze świętej inkwizycji. Obwiniono go nie o to, że zbyt sugestywnie namalował Marię Magdalenę. Główne pytanie rzymskich inkwizytorów brzmiało, dlaczego na obrazie przedstawiającym Jezusa z uczniami siedzących za stołem Marii Magdaleny nie ma wcale?
Zamiast niej w pobliżu biesiadnego stołu artysta umieścił dużego psa, pod obrus zaś wchodzi inne zwierzę, w którym domyślać się można sarny. W innych częściach malowidła dostrzegamy karła, murzyna, niemieckiego lancknechta i pijaną służbę w kolorowych kaftanach. Za dużo tej rozmaitości jak na gusta ówczesnych strażników dbających o klarowność ewangelicznego przekazu.
Mowa oczywiście o obrazie „Uczta w domu Leviego”, który początkowo miał się nazywać „Ostatnia wieczerza” ale po rozmowie uświadamiającej (w anglojęzycznej Wikipedii znalazłem jej obszerny, dość humorystyczny zapis) Veronese tytuł zmienił i smutni panowie z kościelnego aparatu opresji dali mu spokój. Obraz powstał w roku 1573, nie było go na wystawie w Londynie, tak jak nie było „Cudu w Kanie Galilejskiej”. I bez tych płócien (ogromnych, co uniemożliwia ich transport) wystawa była imponująca, kuratorom z NG udało się zgromadzić ok. 50 obrazów sprowadzonych z odległych muzeów i z kościołów. I ja tam byłem, kawę w kafejce piłem.