Archive for the ‘religia’ Category

Czarne wygrywają , czarni przegrywają ?

1 października 2016

Znacie ten rysunek Marty Frej przedstawiający kilkunastu biskupów ustawionych do grupowego zdjęcia opatrzony znamiennym komentarzem O KOBIETACH WIEMY WSZYSTKO?

o-kobietach-wiemy-wszystko
Ta sama Marta Frej namalowała niedawno mem zatytułowany „teraz to jesteśmy już naprawdę wkurwione”. Chodzi oczywiście o zamach obecnej władzy na prawa i wolność kobiet. Jak już kilka publicznych osób zdążyło napisać, „w dyskusji” o prawo do aborcji wcale nie chodzi o dzieci poczęte, zupełnie nie chodzi o dzieci, które już na świat przyszły, a jedyną zwierzyną, którą ustawodawcy wzięli na cel są kobiety w wieku rozrodczym.

Zamysłem tej nieludzkiej ustawy zabraniającej usuwania ciąży z gwałtów, ciąży patologicznej, zagrażającej bezpośrednio życiu kobiety jest ubezwłasnowolnienie kobiet, odebranie im praw do decyzji o swoim życiu intymnym, rozrodczości, macierzyństwie i tak dalej. Całkowity zakaz… –  to brzmi jak okrutna kara za nie wiadomo jakie uczynki. Tylko pozbawieni sumień fundamentaliści mogli wpaść na to, by karać kobiety za zdolność do rodzenia dzieci.  Ta zdolność wynika z biologii, a więc niesie z sobą naturalne niedoskonałości. I na nie właśnie czyhają tak zwani „obrońcy życia”.  Odwieczna nienawiść katolickich duchownych do kobiet, którzy w przeszłości oskarżali je o czary, sprowadzanie zarazy, gradobicia i kopulacje z diabłami przybrała obecnie postać prawnego zamachu na kobiecą wolność, z którą od średniowiecza nie mogą się pogodzić.

Nic dziwnego, że kobiety nazajutrz po skierowaniu haniebnej ustawy do dalszych prac sejmowych skrzyknęły się na ogólnopolski protest. W obronie swoich praw ale i w obronie demokracji, bo kiedy jedna grupa społeczna próbuje narzucić wszystkim styl życia i zbiór wyznawanych wartości – tam zaczyna się dyktatura. Polki i Polacy zauważyli właśnie, że nie chcą katolickiej dyktatury na wzór Salwadoru i innych państw Ameryki Łacińskiej.

Zapowiedzi w mediach wyglądają bardzo buńczucznie. I obiecująco. W kampanię promocyjną włączyły się sławne aktorki, dziennikarki i pisarki. Grupa aktywistek (i aktywistów) nagrała pod Sejmem ostry protest song:

Już dziś, na dwa dni przed @czarnym protestem można przewidzieć, że pod względem liczebności i siły oddziaływania protest będzie sukcesem. Bez względu na to, czy upiorny projekt zostanie wycofany z prac sejmowych, istotny jest edukacyjny aspekt całej żywiołowej akcji. Kobiety (i ich partnerzy) niejako przy okazji dowiedzą się, skąd płynie inspiracja do uchwalania tak nieludzkiego prawa, oraz komu posłowie populistycznych partii PIS i Kukiz’15 chcą się przypodobać tak bardzo, że godzą się na rozbrat z ludzką wrażliwością i sumieniem. O zdrowym rozsądku nie wspominając.

O konserwatystach i ideologii „obrońców życia” wie coś George Carlin:

W psychoterapii istnieje coś takiego jak „praca na emocjach” – zauważono bowiem, że lepsze efekty terapeutyczne przynosi omawianie tych aspektów rzeczywistości, które pacjentowi/klientowi, mówiąc kolokwialnie, „podnoszą ciśnienie”. Dotykanie swoich bolączek, ujawnianie cech wstydliwych i skrzętnie ukrywanych to bolesny proces, ale skuteczny. Po zakończeniu terapii człowiek ma lepszy kontakt z rzeczywistością, mniej cierpi.
Analogia do psychoterapii pojawia się nieprzypadkowo. Od momentu, gdy zwiedziony pisowskimi obietnicami i warcholstwem Kukiza naród pozbawił prezydentury Komorowskiego i odsunął rząd PO + PSL od władzy, wiadomo było, że powrót do normalności nie będzie łatwy a przyswajanie wiedzy o funkcjonowaniu państwa i społeczeństwa – bolesne. Można to ująć w trywialny bon-ton: „Kto nie przyswaja wiedzy głową, ten zrozumie, gdy dostanie w dupę.”

Atak koalicji sejmowo-kościelnej na elementarne prawa kobiet jest jednym z etapów tej bolesnej upokarzającej nauki. Wściekłość kobiet (nie tylko kobiet, bo w przypadku wejścia w życie tej złej ustawy faceci będą obrywać rykoszetem) i ożywienie medialne prawdopodobnie przyczyni się do wzrostu świadomości społecznej. Nie wszystko od razu: część wojowniczek nadal będzie o wszystko obwiniać „tego strasznego kaczora z Żoliborza”, lecz jakiś procent zauważy logiczne związki między charakterem tej ustawy a obsesjami Kościoła oraz tęsknotami tegoż Kościoła za ustrojem feudalnym, w którym kobieta stała o jedno oczko wyżej od zwierzęcia domowego. Poczucie zagrożenia jest dobrym katalizatorem procesów myślowych – można więc liczyć, że po akcji @czarny protest zrozumienie, KTO rzeczywiście sprawuje władzę w Polsce obejmie ciut większy odsetek obywatelek i obywateli.

Aspekt edukacyjny jest bardzo ważny:

Wystarczy, że Panie nie pójdą z dziećmi do kościoła w niedzielę. Tak naprawdę tą ustawą steruje ePiSkopat. I to jego najbardziej powinien zaboleć odpływ klienteli. Usługi duchowe są intratnym interesem pod warunkiem, że mają klientów. Jeśli osłabi się popyt na te usługi, korporacja KK spuści z tonu i przestanie dyktować kobietom jak powinny żyć. Póki co niewinne owieczki idą sumiennie do kościoła i pozwalają programować własne dzieci, które nasłuchają się tych farmazonów z ambony, tydzień po tygodniu, aż same zaczną w to wierzyć. Wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Pamiętajcie Panie – hajs musi się zgadzać, a kościół to tylko biznes, polityka i wpływy. Ktoś musi utrzymywać tych niedojrzałych chłopców dyktujących Wam jak żyć i tak się składa, że to jesteście także wy, drogie Panie.
(Komentarz z forum GW)

Kobietom należy się cała prawda całą dobę. Powinny zauważyć, jak kler panoszył się w Polsce przez ostatnie lata i, że klerowi nigdy dość. Po przywilejach dla duchowieństwa, ubezpieczeniu na koszt podatnika, wprowadzeniu religii do szkół i uzyskaniu miliardowych odszkodowań za utracone włości – Kościół zapragnął dobrać się kobietom do… wiadomo czego. Wiadome było, że tak się stanie. Czy kiedyś księża odpuścili? Jeśli z jakimś pomysłem nie udało się im jednego roku, to przeczekali i ruszali do ofensywy za rok, dwa, gdy wprowadzili do Sejmu partię sobie podległą i urobioną jak plastelina. Potem oczywiście żądali zapłaty za poparcie. Ten scenariusz realizuje się obecnie: kobiece zdrowie, życie i poczucie bezpieczeństwa jest Szanowne Panie „daniną”, którą PIS składa na ołtarzu dobrej współpracy ze środowiskami katolickimi.

Oficjalnie Episkopat może umywać ręce, paru tzw. światłych księży może krytykować „dobrą zmianę” , co nie zmienia faktu, że Parlamentarzyści są pod stałą presją hierarchów, a ministrowie, jako stali goście wiadomych rozgłośni są emisariuszami, którzy przywożą instrukcje i życzenia drugiej strony. Kościół katolicki jest de facto koalicjantem w obecnym rządzie. Zatem logika podpowiada, że protest przeciw łamaniu praw ludzkich należy skierować nie do rządu i nie należy czekać do poniedziałku, lecz zacząć w go niedzielę. Powstrzymać się od udziału we mszy, a tym samym osłabić instytucję, której dogmaty są pierwszym i jedynym źródłem opresyjnej polityki. Schorzenia nie leczy się naskórkowo. Logicznych wniosków nie da się przykryć lub odłożyć na bok. Bo one wrócą przy okazji kolejnego zamachu na wolność obywatelską. Kosztowna i bolesna sesja w zbiorowej psychoterapii będzie się powtarzać.

PS. I na tym można by zakończyć, gdyby nie pokusa, aby przewidzieć ciąg dalszy. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że tytułowe czarne sobie pokrzyczą i wrócą we wtorek do pracy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (tego im nikt nie może odebrać!), natomiast czarni (i purpurowi) zwąchawszy zagrożenie ogłoszą, że z miłosiernych powodów  apelują do parlamentu o złagodzenie wniesionej ustawy, a najlepiej o pozostawienie jej w obecnej „kompromisowej” wersji.  (która nota bene wcale kompromisową nie jest, bo dostęp do tak do in-vitro jak do usuwania ciąży we wczesnej fazie powinien być bezwarunkowy, traktowany na równi z innymi zabiegami medycznymi). W ten sposób sukienkowi dobrodzieje na jakiś czas zdejmą z kobiet widmo zagrożenia i znowu wyjdą na jedynych sprawiedliwych. Odwracanie kota ogonem to w końcu ich specjalność. Praktykują to od 2000 lat.

Reklamy

Ostatni bastion przyzwoitości.

25 września 2016

Miała tu być relacja z pobytu w kolejnym pięknym mieście, ale ponieważ wczoraj odbył się marsz KODu, którego echa nadal są w Internecie żywe – muszę kilka słów temu zjawisku poświęcić.
Z oczywistych przyczyn na marszach nie bywam, mam nadzieję, że kiedyś mój grafik cudownie skoreluje się z grafikiem manifestacji, że do wielotysięcznego tłumu dołączę i zrobię sobie fotkę z panem Wujcem lub panią Ostaszewską. Nie mam powodów, by wątpić w dobre intencje założycieli ruchu oraz tych wszystkich, którzy biorą udział w marszach poświęcając swój czas i pieniądze. Od początku istnienia KODu mocno mu kibicuję, dostrzegam jego mankamenty, lecz jako zwolennik demokracji, wolności osobistej i paru jeszcze humanistycznych wartości – wielkiego wyboru nie mam. W powodzi chamstwa, złodziejstwa, złowrogiego nacjonalizmu oraz politycznego, edukacyjnego i ekonomicznego szkodnictwa KOD stał się ostoją rozsądku, troski o państwo i przykładem tolerancji. To bardzo dużo, bo KOD nie zamierza być bojówkarskim ruchem dążącym do konfrontacji z PISem. Lustrzane odbicie sekty kaczyńskiego to ostatnia rzecz, jaka byłaby Polsce potrzebna. KOD jest w polskim życiu społecznym reprezentantem tego, co przyzwoite, rozumne, nacechowane szacunkiem dla ludzi i dla prawa. Nie jest nim w żadnym wypadku instytucja, która winna nim być z racji swego charakteru i wyjątkowego statusu czyli kościół katolicki.

Bo kościół akurat ustawił się po drugiej stronie. Twardo trzyma ze złodziejskim, oszukańczym PISem i wcale się tego sojuszu nie wyrzeka. Dlaczego niby miałby się wyrzekać, skoro (państwowa) kasa płynie doń szerokim strumieniem, niezliczone ulgi i nieformalne układy czynią kler kastą uprzywilejowaną a zapowiedzi reform szkolnych dają biskupom podstawy, by sądzić, że koniunktura jeszcze parę latek potrwa: zindoktrynowane pokolenie młodych polaczków, nawet po zmianie władzy nadal będzie napełniać księżowskie kieszenie datkami a w razie próby oddzielenia Kościoła od Państwa stanowczo i gorliwie będzie „bronić wiary”. Tresura „janczarów” musi trwać.

Zacząłem o KODzie, a zeszło mi na kościół. Czyżbym miał obsesję? Nie, po prostu zestawiłem dwie grupy interesów, które zgodnie z prawami logiki winny się wzajemnie zwalczać i wykluczać, tymczasem u wielu zacnych ludzi deklarujących przywiązanie do demokracji i wartości ogólnoludzkich występuje rodzaj pomroczności, która nie pozwala im dojrzeć oczywistych faktów. Złowieszcza i inspiratorska rola koscioła w destrukcji zycia publicznego jest zbyt często przemilczana i bagatelizowana. Zmęczeni cała sytuacją i zagrożeni bezpośrednimi skutkami „podłej zmiany” ludzie psioczą na kaczyńskiego i jego ekipę, wieszają psy na posłance pawłowicz (ona, tak jak misiewicz albo suski jest na etacie błazna odwracającego uwagę od spraw poważniejszych), a nie zauważają, że bezpośredniej inspiracji i moralnego wsparcia udziela PISowi zwierzchnictwo kościoła katolickiego. Bandzior z Nowogrodzkiej wysyła kasę do Torunia a w zamian za to szamani z Miodowej ogłupiają elektorat. Od czasów premiera Mazowieckiego Episkopat trzęsie polską polityką a im bardziej usłużna władza, tym większe ma szanse trwać przy korycie, bo „dobrze obsłużeni” biskupi uruchomią swoich proboszczów do aktywnego uczestnictwa w kolejnej kampanii wyborczej.

Dwa wnioski: kiedy się chce zmieniać Polskę, nie można iść na marsz KODu w czasie wolnym między sumą a nieszporami. Albo się służy demokracji albo wrogom demokracji. Albo się pragnie wolności obywatelskich, przejrzystości w życiu publicznym i wyrównywania zapóźnień cywilizacyjnych albo się ma duszę niewolnika dumnego ze swojego zaścianka. Nie ma co udawać, że KK kocha demokrację albo, że biskupom zależy na relacjach Polski z Europą, na prawach kobiet i wzroście krajowego PKB.  I niech nikt nie mówi, że kościół to nie biskupi, tylko ogół wiernych. Teoretycznie tak, fajnie to nawet brzmi „my  tworzymy wspólnotę wiernych”, ale odpowiedzcie sobie od razu, ile wy w tej wspólnocie macie do powiedzenia? Praktyka pokazała, że Episkopat nie słucha nikogo prócz siebie. Jest głuchy na apele Franciszka, na opinie katolickich publicystów, na zatroskane głosy zasłużonych intelektualistów też katolickich. Zwykły parafianin jest dla kleru pospolitą owcą, która milcząco ma dać się policzyć na mszy (statystyki dają biskupom oręż w rozmowach z rządem i Parlamentem) a wcześniej wnieść stosowne opłaty i posłać dziecko do komunii.

Wiedzcie więc przyjaciele z KODu, że źródłem obecnego zła w tym samym stopniu jest PIS co polski kościół katolicki.
Prof. Środa nie pierwsza to zauważyła:

Myślę, że czas na jakąś rewolucję. Głosowanie w sejmie nad ustawami aborcyjnymi i skierowanie do komisji tej barbarzyńskiej (Stop aborcji), to kolejny, tym razem milowy, krok na drodze ku piekłu kobiet. (…)

Trzeba uderzyć w fundamenty tego fanatyzmu, głupoty, zaściankowości i nienawiści do kobiet, czyli w Kościół i jego cynicznych hierarchów żądnych władzy. Przestańcie chodzić do Kościoła, Bóg jest wszędzie! Wiara może być piękna a w Kościele jest tylko PiS i inkwizytorzy kobiet. Jak mówiła Arendt, największą przyczyną zła jest bezmyślność, posłuszeństwo, rutyna.

Obudźcie się ci, którzy wspieracie ten nieludzki kościół, a potem dziwicie się, że nie macie praw, że jesteście otoczeni przez złych, okrutnych ludzi, którzy bardziej przejmują się zapłodnioną komórką niż waszym życiem.

Wtóruje jej dziennikarka i feministka Paulina Młynarska:
„Tak długo, jak kościoły będą pełne, tak długo będziemy w czarnej dupie.”

I ma rację: jeśli chce się przywrócić demokrację oraz wyłonić władze, które rzeczywiście zadbają o rozwój kraju we wszystkich sferach, nie wystarczy co cztery lata wrzucić kartkę do urny. Przy powszechnej głupawce niedokształconych obywateli podżeganych przez połączone siły narodowo-katolickie głosik na lewicę lub partię centrową to za mało, żeby zapełnić sejm ludźmi kompetentnymi i odpowiedzialnymi. W tym względzie potrzebna jest poważna zmiana. Żeby przywrócić znaczenie słowu demokracja, obywatele muszą nabyć trochę wiedzy i zacząć odróżniać to co mądre, od tego co głupie; co służące ogółowi a co wyłącznie wąskiej, ubranej w patriotyczne i religijne pióra grupie idącej po trupach po władzę. Wielkim, najważniejszym zadaniem KODu jest edukacja obywatelska. To jedyna szansa na całkowite odrzucenie groźby dyktatury.

Ostatnie wybory dowiodły wielkich zaniedbań na tym polu: banda zmanipulowanych durniów wybrała bandę złodziei, żeby ci w ich imieniu rozpruli państwową kasę. Dla niepoznaki okrasili ten proceder bogoojczyźnianymi hasłami i parszywą propagandą. Obecnie trwa dzielenie łupów i odbywa się to wg bolszewickiego klucza: wam damy po 500 zł a dla siebie zatrzymamy odbite od poprzedników posady w spółkach skarbu państwa, zaprzyjaźnione szkole medialnej damy sute dotacje, wesprzemy projekt Św. Op. Bożej oraz wymyślimy tysiąc księżycowych projektów, których beneficjentami będą ludzie „lepszego sortu”.
Dzięki KODowi i wszystkim ludziom zaangażowanym w jego akcje ta tragiczna sytuacja może się zmienić. Pod warunkiem wszakże… patrz wyżej.

Pod papugami

28 marca 2016

Parę tygodni temu, pod artykułem dotyczącym wypadku limuzyny wiozącej Dudę z kolejnego wypadu w góry (tym razem z Karpacza), pojawił się celny komentarz: „On powinien być instruktorem narciarskim a nie prezydentem”. Po jakimś czasie zabawny bon mot podjęła w krytycznym wobec Dudy wywiadzie Jadwiga Staniszkis.
Przykładów na to, jak gwiazdy medialne czerpią z gotowców znalezionych w internecie można przytoczyć więcej. Stało się regułą, że zanim jakieś śmielsze opinie trafią do mainstreamu, najpierw pokazują się na blogach, forach, w komentarzach. Blogerzy i wolni strzelcy nieskrępowani konwenansami ani strachem przed wydawcą, mogą formułować dowolne teorie. Znaczny z nich procent trafia od razu na śmietnik, ale część zostaje zauważona, wędruje dalej i wypływa z innych, prominentnych ust. Anonimowi internauci nie mają się o co obruszać, bo przepływ trwa także w drugą stronę: ciekawsze wypowiedzi dziennikarzy lub polityków krążą po sieci rozpowszechniane jako „głos rozsądku”, choć częściej jako żarty lub tematy memów. Podpatrujemy i cytujemy się wzajemnie. Jak jeden mąż kołyszemy się nad klawiaturami w rytm piosenki „Pod papugami”. Tylko jeden Tomasz Lis ma lepszą sytuację, bo tyle trafnych prognoz postawił, że może z powodzeniem cytować wyłącznie siebie. Ostatnio wydał książkę pt. „A nie mówiłem?”, gdzie też pewnie cytuje.

Mogę być posądzony o megalomanię, ale wbrew pozorom, przewidywanie rozwoju wypadków na podstawie bieżącego oglądu wcale nie jest trudne. Czy ktoś (poza pisowcami, kukizami i kucami od korwina) miał wątpliwości, jakie będą ekonomiczne i dyplomatyczne efekty dojścia PISu do władzy? To partia katastrofy, znakomicie sprawdzająca się w rozwalaniu i niszczeniu – więc nie trzeba być Wernyhorą, żeby skutki jej działań z grubsza przewidzieć.

To również partia głupców. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: Puszcza Białowieska. Pisowski minister uparł się, żeby w puszczy dokonać wycinek wbrew protestom, opiniom naukowym i groźbie sankcji ze strony Unesco. Artykuł w „The Guardian” przytacza znane fakty a smaczku dodaje uwaga, że znacznie większy obszar puszczy leżący po stronie białoruskiej w całości znajduje się pod ochroną. Tamtejsze dzięcioły, żuczki i gryzonie mogą spać spokojnie. Powiedzcie, po kiego czorta rząd uwikłany w konflikt o TK i dziesiątki innych spraw budzących szeroki sprzeciw, rzuca się z siekierami na skrawek lasu? Zyski z wyrębu nie pokryją strat wizerunkowych. Zatem powstaje pytanie z dziedziny psychiatrii: jaką tym razem traumę prezes chce odreagować na zrębie dziewiczego lasu? Czy przypadkiem nie o to dziewictwo chodzi? Brak życia seksualnego aż tak uwiera?

Kilka wpisów temu przewidywałem, że idąc tak szerokim frontem (frontem już nawet nie białoruskim, bo Łukaszenko jednak Puszczę oszczędził) PIS nagrabi sobie u wielu, niepowiązanych ze sobą grup społecznych i zawodowych. Potwierdzenie, nie pierwsze zresztą, znalazłem dziś w Wyborczej:

Rząd rozwściecza przedsiębiorców, rolników, rodziców, w których uderzy wycofanie 6-latków ze szkół i brak miejsc w przedszkolach dla 3-latków, kobiety obawiające się zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej i ograniczenia dostępu do pigułki „dzień po”. Ostatnio minister Szyszko stojący na czele resortu dewastacji środowiska wywołał liczne sprzeciwy, gdy zarządził potężną wycinkę Puszczy Białowieskiej. Najpewniej zaraz obudzą się internauci zagrożeni niekontrolowaną inwigilacją sieci przez służby specjalne. Wszystkich tych konfliktów nie zrekompensuje program „500+”. Klęskom w polityce wewnętrznej towarzyszy katastrofa w stosunkach zagranicznych.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,19830430,pis-jest-w-kleszczach-miazdza-go-wlasne-slabosci-oraz-sila.html#ixzz44CtpsuN7

A’propos stosunków zagranicznych: wczorajszy dzień przyniósł dwie ważne informacje: prezydent Obama nie znajdzie czasu dla polskiego PIS-prezydenta, natomiast Mateusz Kijowski spotka się w USA z przedstawicielami Senatu i wpływowymi intelektualistami. I druga rzecz: PIS chyłkiem wycofał się pomysłu organizacji wzorowanego na faszystowskich marszach Marszu Miliona. Dwie porażki wizerunkowe, które w obecnym rozhuśtaniu nastrojów mogą okazać się pierwszymi gwoździkami do trumny PISu. Za wcześnie? Mam nadzieję, że za wcześnie. To szaleństwo powinno jeszcze potrwać, żeby mocno dało się we znaki naiwniaczkom zwabionych na lep obietnic socjalnych i zapowiedziami podniesienia Polski z kolan. A także po to, aby antypisowsko nastrojeni obrońcy prawa, szlachetni zwolennicy stabilizacji i niezmordowani uczestnicy marszów KODu przyswoili sobie podstawową prawdę o przyczynach obecnego zamordyzmu. Prawdę, którą zręcznie wyartykułował internetowy komentator o ksywce duszpastuszek.

Ten zamach stanu to oni, czyli kaczyści i kler, musieli razem przygotować – musiała to być zmowa, gdyż bez pewności co do poparcia biskupów Kaczyński nigdy nie odważyłby się na ten skok. Kaczyński jest tchórz i wszarz, ale głupi to on nie jest.
A przy okazji, tak się składa, że zarówno faszyści jak i katolicki kler nienawidzą demokracji – od zawsze. Nie tylko o spodziewaną przez kler kasę idzie tu zatem. Oni po prostu wspaniale się dobrali. Choć mogło się wydawać, że po doświadczeniach we Włoszech Mussoliniego, Hiszpanii za czasów Franco, Portugalii Salazara, Chile Pinocheta, Polski okresu sanacji,kler katolicki zrezygnował z rycia pod demokracjami. Nie! Kościelna reakcja antydemokratyczna trafiła na podatny grunt w Polsce.

Kiedyś, bodaj w roku 1983, wyraziłem opinię, że komuna musi upaść w ciągu kilku lat, ale największą przeszkodą dla zadomowienia się w Polsce demokracji będzie katolicki Kościół, który wyczeka okazji, by skutecznie podstawić jej nogę. Właśnie to uczynił. Pytanie tylko – na ile skutecznie.
Gdy Polska znajdzie się na śmietniku Europy – pamiętajcie o biskupach i reszcie kleru. To oni inspirują tę faszystowską bandę. To oni przyczynili się do wygranej PiSu i Dudy – do obalenia demokracji poprzez eliminację TK. Nie zapomnijcie!

To na potwierdzenie, że odważne, nierzadko prorocze obserwacje i diagnozy najpierw pojawiają się w sieci, a potem dziennikarskie i profesorskie papugi podejmują je publicznie. Pytanie tylko, czy zdążą polski lud oświecić, zanim KK w obawie przed coraz dotkliwszą utratą owczarni nie wsadzi PISu na minę i nie przyczyni się do odebrania mu władzy?

Zaklęcia 2016

31 stycznia 2016

Przez parę dni milczałem, bo liczyłem, że ktoś z blogerów podejmie temat, który mi chodzi po głowie od ostatniego poniedziałku. Oglądałem wtedy (wyjątkowo) program Lis na żywo, który tego dnia miał swoją ostatnią odsłonę.
Pożegnanie Tomasza Lisa z widownią TVP2 miało rekordową widownię 3 mln widzów. Dla wielu był to program zamykający funkcjonowanie TVP w warunkach niezależności. Lis postarał się o mocny akcent i do rozmowy zaprosił dwóch byłych prezydentów i dwóch byłych premierów. Ich obecność w studiu była znacząca, nawet symboliczna, choć przyznać trzeba, że niewiele z ich wypowiedzi wynikło.

Wszyscy – nawet powściągliwy Belka, który jako jedyny z tych czterech nadal pełni funkcję państwową – zgodzili się w ocenach, że w kraju dzieje się źle a polityka zagraniczna prowadzona przez PIS-dyletantów szkodzi Polsce. Najbardziej bezpośredni w punktowaniu słabości władzy i jej konceptów okazał się Cimoszewicz. (Opinie wygłaszane u Lisa rozszerzył kilka dni później podczas rozmowy w radiu Zet z M. Olejnik – warto odszukać i posłuchać). Wałęsa używa meta języka, trudno połapać się w jego intencjach, zresztą specjalnym mówcą Wałęsa nigdy nie był, wystąpił więc zdecydowanie jako zasłużona maskotka. Zdobył się tylko na powtórzenie sloganu, że lud powinien brać sprawy w swoje ręce. Podobnego zdania był Komorowski podkreślający że demokracja musi się opierać na masowym ruchu i aktywności obywatelskiej. Szkoda, że po 26 latach wciąż trzeba te banalne prawdy przypominać…
Komorowski, który wystąpił u Lisa jako pierwszy, gładko wszedł w rolę ojca Narodu i snuł gawędę tym, że walkę społeczeństwa z opresyjną władzą uda się wygrać, bo kłamstwo ma krótkie nogi a już raz się udało, komuna upadła, choć na początku wielu z tych, co kręcili korbami powielaczy i roznosiło ulotki nie wyobrażało sobie jak do tego dojdzie. A jednak zwyciężyliśmy! – triumfował Komorowski. Otuchy w jego słowach było sporo, ale jakim sposobem odebrać Kaczyńskiemu pełnię władzy były prezydent nie powiedział. Nie powiedział także Lis, który w podsumowaniu programu obiecał, że jeszcze będzie normalnie i znowu będziemy się do siebie uśmiechać.
Tak więc jeśli chodzi o sztukę zaklinania, program okazał się atrakcyjny. 3 miliony widzów mogło pójść spać w spokoju. W obszarze stosowania zaklęć jestem raczej sceptykiem, nie wiem, czy zaklęcia pomogły kiedykolwiek zmienić losy jakiegokolwiek kraju. Od samego mieszania herbata nie staje się słodsza. Niestety, codziennie czytam całe kolumny zaklęć wypełniające fora internetowe, słyszę je podczas wystąpień podczas kolejnych manifestach KODu.

„Wiosna będzie nasza” – pokrzykują jedni. „Ta władza jest zbyt zuchwała i prymitywna, nie przetrwa całej kadencji” – pocieszają się drudzy. „Kaczyński musi odejść” – mantrują inni.

Zupełnie mnie to nie przekonuje.

Komorowski aktywnie walczył z komuną, więc powinien zauważyć, że jego porównanie jest nieuprawnione. Tamta walka odbywała się w całkowicie innych warunkach. Kilka (nie tylko polskich) niepodległościowych zrywów zostało brutalnie stłamszonych a piewcy socjalizmu dopiero wtedy oddali władzę, gdy po pół wieku rządzenia zrujnowali gospodarkę, ich partia opadła z sił a jej funkcjonariusze (nie mówiąc o szeregowych członkach) przestali wierzyć w to, co głoszą. Ideały socjalizmu zostały skompromitowane, a zielone światło do zmian dał „szef wszystkich szefów” czyli Gorbaczow. W lipcu 1987 roku Gorbi przyleciał do Warszawy a w lutym następnego roku PZPR zaprosiła Solidarność do rozmów.
Czy coś z tamtej sytuacji znajduje odbicie w obecnej? Gdyby żoliborski „szef wszystkich szefów” otrząsnął się z urojeń i nagle przyjął kurs na integrację z Unią Europejską, wzmocnienie prawa i rezygnację z modelu gospodarki opartej na rozdawnictwie i konsumpcji… Tak, gołym okiem widać, że to mrzonka. Bolszewicki model rządzenia jest jedynym jaki Kaczyński zna, akceptuje i potrafi wdrażać, ale powiedzmy, że w dniu urodzin doznałby cudownego olśnienia i odwołałby zgraję ministrów bredzących o zamachu, zrujnowanej gospodarce, braku wodociągów i wegetarianach. Co wtedy? Czy setki tysięcy pisowczyków obsadzonych na stanowiskach państwowych zaczęłoby akceptować pomysły wodza? Czy służby Ziobry i Kamińskiego wycofałyby się nagle z akcji zbierania haków i zastraszania niewinnych ludzi? Zamach na państwo już się dokonał a ci którzy to zrobili i ci którzy im kibicują święcie wierzą w swoje racje. Prezydent i inni funkcjonariusze PIS w obawie przed odpowiedzialnością karną władzy dobrowolnie nie oddadzą. Standardy demokratyczne nie mają tu nic do rzeczy, bo jest jeszcze coś takiego jak standardy bantustanu, którymi akurat obecna władza chętnie się posiłkuje. Albo od innej strony: czy 5 milionów wyborców PIS, których głównym paliwem jest nienawiść i żądza „wyrównania krzywd” zaczęłoby się nagle na rozkaz Jarosława  uśmiechać do „komuchów i złodziei”, którzy w futrach z norek chodzą na manifestacje w obronie demokracji?

Zmiany mentalne wywołane wieloletnią indoktrynacją poszły za daleko, przeciwnicy liberalnej gospodarki  są w większości wyznawcami teorii spiskowych i zasługują na miano hołoty wykarmionej insynuacjami Kaczyńskiego, Korwina i Kukiza. Nie tworzą ruchu obywatelskiego zdolnego do dbałości o dobro wspólne. Przez lata wmawiano im, że mają się jednoczyć nie po to, by coś zbudować, lecz żeby zniszczyć. Ich celem są zgliszcza. Ich umysły to beton. Rewanż za zdradę i upokorzenie, pragnienie powstania z kolan i wywyższenie „ich” narodu ponad inne narody – to jest spoiwo  wyborców PISu i partii satelickich. Dlatego w przypadku hipotetycznej zmiany kursu przez Kaczyńskiego, oni prędzej uznają go za zdrajcę, niż cofną się w swoich oczekiwaniach o milimetr. Wódz jest ich zakładnikiem ale nie jest powiedziane, że musi być to stale ten sam wódz. Najważniejsze, by mówił to, czego oni chcą słuchać oraz żeby znajdywał im nowych wrogów, stawiał nowe nieosiągalne cele godne mesjaszy „nowego porządku”. Chętni, by zastąpić Kaczyńskiego na pewno się znajdą.

_MG_4195Zaklęcia więc nie zadziałają. Uśmiechać się można, ale na łagodne wyjście z klinczu nie ma co liczyć. Nawet jeśli po pierwszej kadencji PIS władzę utraci, zgoda narodowa pozostanie w sferze życzeń. Z jednego podstawowego powodu, który „czterej mędrcy” występujący u Lisa zgodnie przemilczeli. Powodem tym jest oczywiście Kościół Katolicki i potęga jego zaklęć.

Paralela Komorowskiego tu też okazuje się chybiona: podczas walki z komuną i wiosny ludów 1989 roku Kościół polski zachęcany przez papieża Wojtyłę stał wyraźnie po stronie większości domagającej się swobód demokratycznych. Dziś ten sam Kościół trudno podejrzewać o sympatię dla demokracji.  Od lat obserwujemy próby powstrzymania procesu przemian cywilizacyjnych.  Hierarchowie Kościoła nie kryją swoich tęsknot do zaprowadzenia rządów opartych wyłącznie na prawie kształtowanym przez ich dogmaty. Nieszczęściem Polski jest to, że ten Kościół ma wciąż tak duże poparcie społeczne.

Rola Kościoła Katolickiego w obecnym procesie demontażu porządku prawnego i podkopywaniu międzynarodowej pozycji Polski jest oczywista. Instytucja zarządzana przez purpuratów posłusznych Rydzykowi (bo przecież nie Franciszkowi) jawnie popiera rozbijackie zapędy PIS i nie protestuje, gdy łamana jest konstytucja i prawa obywatelskie. Dlaczego zresztą miałby to robić? Kościół tęskni do feudalizmu a w demokracji i liberalizacji widzi wyłącznie zagrożenie. Wszedł w sojusz z władzą spodziewając się państwowych dotacji i współudziału w tworzeniu prawa nadającego kolejne przywileje klerowi i zwiększającego kontrolę nad swobodami obywatelskimi. Od tego tylko krok do stwierdzenia, że dzisiejszy Kościół stoi dokładnie tam, gdzie stało ZOMO.

W Warszawie podczas manifestacji KOD ludzie odmawiali modlitwę bez udziału księdza.

Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale zbaw mnie od nienawiści
Ocal mnie od pogardy Panie…

Powtarzając strofy wiersza Natana Tenenbauma zaklinali rzeczywistość, ale już na własną rękę.

Książki i bóstwa

21 stycznia 2016

„Żeby napisać jedno zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych” – miał podobno powiedzieć Ryszard Kapuściński. Coraz mniej ufam Internetowi, stąd to asekuracyjne „podobno”, ale z cytatu nie rezygnuję, bo zgrabnie wprowadza w dzisiejszy temat.
Oczywistością jest, że jeśli ktoś pisze, musi również czytać i to czytać dużo. Pisząc bloga wielokrotnie powoływałem się na zaliczone lektury, choć konsekwentnie unikam roli recenzenta. Nawet gdy pisałem o biografii Miłosza, koncentrowałem się na losach Poety, a nie na zawartości książki Andrzeja Franaszka. Średnio mnie obchodzi, czy ktoś przeczyta książkę, która mnie się podobała. Aż takim misjonarzem nie jestem. Z lekturą jest jak z muzyką: każdy sięga po to, co mu pasuje, do czego zdążył się przygotować, otrzaskać, dojrzeć. Ilość gatunków literackich dobitnie świadczy o tym, że gusta i potrzeby są różne.

W doborze lektur sprawdza się zasada, że to co odkryte w wyniku samodzielnych poszukiwań smakuje lepiej niż towar (przesadnie) reklamowany. Dlatego do pisania recenzji mnie nie ciągnie, za to  dość chętnie je czytam. Nie znoszę natomiast czytelniczych rankingów i zestawień. Krążący onegdaj w sieci kwestionariusz „10 książek, które wywarły na mnie największy wpływ” ominąłem szerokim łukiem. Wyjaśnię dlaczego.

Po pierwsze: nawet usiłując odpowiedzieć szczerze, nie jesteśmy w stanie tego wpływu „zmierzyć”. Zamiast odpowiedzieć zgodnie z „obiektywną prawdą”, powiemy tylko, co nam się wydaje. Na jedno doświadczenie wynikłe z lektury mogło przez lata nałożyć się dziesięć innych doświadczeń wywołanych filmem, muzyką, relacjami z ludźmi, ze zwierzętami, kontaktem z przyrodą. Umysł jest jak gąbka, a raczej jak szkolna tablica, którą stale się ściera i pisze coś nowego. Czy tablica wie, jakie zdanie napisane na jej powierzchni było najważniejsze? Gdzie w grę wchodzi ułomna pamięć oraz zmieniająca się psyche, tam wynik quizu musi być zakłamany, a wybór tytułów podszyty bieżącym nastrojem, chęcią szpanu lub tak powszechną w Internecie potrzebą autokreacji. Intencji może być tysiąc. Za mało wiemy o sobie samych, żeby się serio zabierać za nanoszenie dziesięciu ważnych punktów na mapie umysłowego i emocjonalnego dojrzewania.

Po drugie: gdzie w tej niepoważnej wyliczance miejsce na emocje wywołane lekturą książki, której tytułu nieszczęśliwie się zapomniało? Jeśli ten jeden tytuł zostanie zastąpiony innym, wartość całego kwestionariusza szlag trafia. Albo inna przypadłość, którą znam z autopsji: ostatnia zwrotka wiersza Brzechwy „Na straganie” dobitniej uświadomiła mi daremność jałowych sporów i nieuchronność śmierci niż dwa opasłe tomy „Czarodziejskiej góry”. Nie muszę dodawać, że istotny był mój wiek. Brzechwę czytałem jako dziesięciolatek, Tomasza Manna jakieś 15 lat później.

Skoro już sięgam do szuflady osobistych wspomnień, to jeszcze to: pierwszy wstrząs wywołany lekturą przeżyłem w wieku sześciu lat. Akurat nauczyłem się czytać i kiedy w opowiadaniu o przygodach jakiegoś urwisa natknąłem się na zdanie „krasnoludków naprawdę nie ma na świecie”, musiałem je sobie dwukrotnie powtórzyć głośno. Do tej pory byłem przekonany, że malutkie ludziki w czerwonych czapkach istnieją, a tu nagle taki klops! Rzeczywistość zaskrzeczała, czar prysł. Po nagłym odkryciu przyszło pytanie: dlaczego mnie oszukiwano? Komu było potrzebne, żebym wierzył w coś, czego nie ma?

Nie wiem, jak to sobie wtedy rozstrzygnąłem, może uznałem, że to był test na samodzielne myślenie, w każdym razie skoro nadal pamiętam tamten epizod, mam prawo przypuszczać, że był on zaczątkiem nieufności do powszechnych przekonań i oficjalnych wierzeń. Obudził się we mnie zmysł krytyczny, kotwica została podniesiona, na łagodnej fali wypłynąłem na morze samodzielnego myślenia. Z niepomyślnymi wiatrami wątpienia zmagałem się w pojedynkę. Do żadnej bezpiecznej przystani wierzeń w zewnętrzne moce z tego rejsu nie wróciłem. Nawet zakład Pascala nie zdołał mnie przekonać. So far, so good – jak mówią w Dublinie.

Książki czytam „od zawsze”, być może dzięki nim trwam w przekonaniu, że świat jest pełen wartych poznawania tajemnic. Z książek wiem, że reguły rządzące światem nie zawsze są zrozumiałe, czasami są bardzo dalekie od tego, co NAM wydaje się racjonalne, co WYDAJE się słuszne, sprawiedliwe i pożądane. Człowiek zdolny do akceptacji swojej ograniczonej wiedzy, potrafi obywać się bez sił nadprzyrodzonych, a tym bardziej nie ciekawi go opinia ludzi „w imieniu” tych bóstw przemawiających. A jeśli Opiekuńcze Moce istnieją, to z pewnością radzą sobie znakomicie bez szeptania im w ucho, co mają robić i nad kim się litować. Mnie osobiście błaganie o litość jest organicznie obce. Nie robię tego, nawet gdy nikt nie patrzy. Zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy!

Wiara w dusiołki, srebronie i aniołki nie ma w sobie nic złego. Osobista przestrzeń dla intuicji, dla wrażeń pozawerbalnych jest potrzebna. Dla osobowości o inklinacjach artystycznych wiara w „coś innego” bywa inspirująca, dla osób nie znajdujących dostatecznego oparcia w świecie realnym – wręcz niezbędna. Jednak upychanie jej w gorset świętości i dogmatów, których mają przestrzegać także inni, to przejaw niezdrowej megalomanii. Kiełznanie rozumowych wniosków, osobistych wrażeń i intuicji przez mroczne instytucje żerujące na słabościach ludzkich charakterów i umysłów to już haniebne nadużycie. Proceder ten jest jednak tak powszechny, że wciąż niewielu widzi w tym nadużycie, a jeszcze mniej odważy się nazwać to formą współczesnego niewolnictwa.
Nieobecność tej definicji, brak grupowej refleksji nad pojęciem całkowitej wolności duchowej jest prawdopodobnie tego niewolnictwa potwierdzeniem. Ludzie urodzeni i wychowani w niewoli nie wiedzą, że są niewolnikami. Ich sformatowane umysły poruszają się w granicach wyznaczonych przez uzurpatorów.

Może nie być kolejnej okazji na rozwinięcie tego wątku, więc dopowiem: źle bym się czuł w roli wiernego baranka, posłusznego odgórnym dyrektywom, podatnego na naciski i manipulacje. Skóra osobnika wierzącego w dogmaty ukształtowane przez innych jest dla mnie zdecydowanie za ciasna. Nie dlatego odrzucam istnienie niewidzialnych bóstw, żebym obawiał się ponownego rozczarowania, jak to było w przypadku krasnoludków. Wiara religijna – jeżeli już do tego doszliśmy – jest sprawą bardziej intymną niż seks. Nie można bez szkody dla siebie robić z niej towaru na sprzedaż, sztandaru na procesję, tematu na przechwałki godne rekrutów odwiedzających lupanary.

Akceptuję istniejące mitologie i legendy – ten rodzaj literatury wzbogaca nas na równi z poezją Rumiego, opowiadaniami Marqueza, wierszami T.S. Eliota, powieściami Vargasa Llosy. Mądrość i głupota minionych pokoleń jest jak lustro, w którym człowiek współczesny może się do woli przeglądać. Podoba mi się świat zaludniony dusiołkami, faunami i boginkami. Nie podobają mi się ludzie, którzy w imieniu faunów i boginek  narzucają innym swoją wolę. Pod pozorem szerzenia wiary (jak można szerzyć coś tak osobistego?) realizują swoje interesy. Dlatego poruszanie się świecie wolnym od dogmatów uważam za przywilej i źródło satysfakcji. Być może moje niewinne odkrycie dokonane podczas lektury dziecięcej czytanki było początkiem podróży do duchowej wolności. Jeśli tak, to żadna lista „Top Ten” nie jest potrzebna.

Wszystko to razem nie znaczy, że trzeba unikać opowiadania o przeczytanych książkach. Niewątpliwie najlepiej opowiada się o tych, które istotnie „wywarły wpływ”. Kilka miesięcy temu, gdy już myślałem, że żadna książka (oprócz tej, którą sam napiszę) nie będzie w stanie mnie poruszyć, że wiatr ustał, trwa odpływ i w wyczekiwaniu na kolejne dzieło np. Vargasa Llosy przez długie miesiące będę dreptał po literackiej pustyni, wtedy wysoka fala przyniosła „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Połączenie beletrystyki z gawędą, legendą, epistolografią i analizą historyczną – podziwiam Autorkę, że się na tak szeroki i w zasadzie dziewiczy temat porwała i byłbym srodze zawiedziony, gdyby nagrodę Nike przyznano komuś innemu, za inną książkę. Dzieło Olgi Tokarczuk nie miało sobie równych. Prawie tysiąc stron potężnej literatury. Zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie czytali o losach Jakuba Franka. I na tych zachwytach poprzestanę, obszerniejsze recenzje można znaleźć w sieci.

Zacząłem od Kapuścińskiego i nim zakończę, bo to cytat w polskim roku 2016 szalenie ważny:
„Boję się świata bez wartości, bez wrażliwości, bez myślenia. Świata, w którym wszystko jest możliwe. Ponieważ wówczas najbardziej możliwe jest zło.”

Nieuniknione rozstania

10 stycznia 2016

Tegoroczna zima nie zaskoczyła drogowców – za to większość społeczeństwa zaskoczyła skala bezczelności z jaką PIS rzucił się na struktury państwa. Reakcją na zmiany przeprowadzane pośpiesznie i w bolszewickim stylu jest powstanie KODu i masowe manifestacje. Jednak – czemu trudno się dziwić – wielu ludzi nadal jest zdezorientowanych. Na forum KODu trwa wymachiwanie szabelkami i powtarzanie naiwnych haseł „zima wasza, wiosna nasza.” Ale zaklinanie rzeczywistości nie pomaga jej zmieniać. Bez fundamentalnej wiedzy o rzeczywistości w jakiej znalazła się Polska, bez rozpoznania celów, jakie przyświecają narodowym socjalistom z PIS, trudno będzie znaleźć antidotum na tę zarazę. Antidotum się znajdzie. Nie natychmiast, bo trzeźwienie z katolicko-zaściankowego snu musi potrwać kilka lat i wcale nie będzie bezbolesne. Ale to może być długotrwała i jedyna korzyść obecnej pisowskiej próby zniewalania umysłów i deptania godności Polaków.

Seweryn Blumsztajn powiedział wczoraj na wiecu, że wierzy w możliwość obrony wolnego słowa, ale równocześnie boi się potęgi kłamstwa.
Ma rację. Wobec bezczelnego odwracania kota ogonem, kiedy kneblowanie mediów nazywane jest przywracaniem wolności, a zamach na konstytucję usprawiedliwia się „wolą narodu” – jesteśmy poniekąd bezsilni. Nie możemy odebrać szaleńcom władzy, nie możemy im zabronić wygadywania głupstw i kompromitowania Polski. Możemy protestować przeciw łamaniu prawa. Możemy śmiać się z ich niedorzeczności, straszenia wiatrakami, wegetarianami i rowerami. Śmiech jest zdrowy, ale najważniejsza w „sztuce przetrwania” jest solidna wiedza, która na kłamstwa uodparnia i pozwala przeniknąć zamiary przeciwnika. Ciekawe obserwacje o celach przyświecających Kaczyńskiemu znalazłem w artykule Piotra Pacewicza:

Po co Kaczyński tak obraża swoich przeciwników? Żeby podkreślić, że nie mieścimy się w horyzoncie polskości, jesteśmy pasożytem na ciele polskiego, czyli PiS-owskiego narodu. Ta prawda jest ważniejsza nawet niż pragmatyzm, nie poddaje się kalkulacji.

To wszystko dobrze tłumaczy także nieprzywiązywanie nadmiernej wagi do reakcji partnerów europejskich (inaczej może być z USA). Bo to już nie są żadni partnerzy. (..)

Wszystko to może jednak znaczyć, że jest gorzej niż gdyby w grę wchodził tylko zamach na demokrację. Wiadomo nie od dziś, że w obronie najświętszych wartości wolno sięgnąć po najbardziej podłe środki, z przemocą włącznie. I nie ma tu większego znaczenia, czy funkcjonariusze państwa PiS wezmą udział w tej narodowej terapii z przekonań (np. religijnych czy nacjonalistycznych), z chęci odreagowania zadawnionych frustracji czy z czystego koniunkturalizmu.(…)
To wszystko stwarza też problem przed obywatelskim ruchem oporu, który w odróżnieniu od przeciwnika nie tworzy jednej formacji kulturowej. Na manifestację przychodzą konserwatyści i lewacy, wierzący i niewierzący, jakby z preambuły konstytucji wzięci. (…)

Dobra wiadomość jest taka, że wartości demokratyczne – wolność, równość, różnorodność – odzyskują właśnie utracony blask. Bo są one jak powietrze, odczuwasz je najsilniej, gdy zaczynasz się dusić.

Jest jeszcze drugie pytanie, na nieco dalszą przyszłość, gdy epizod PiS przeminie. Jak zbudować demokratyczną Polskę, w której na co dzień będziemy oddychać wolnością, równością i różnorodnością?

Diagnoza Pacewicza jest wprawdzie interesująca, ale niepełna. Wydaje mi się nawet, że doświadczony publicysta celowo zasłonił sobie jedno oko dłonią, żeby nie być zanadto przenikliwym. Tylko taki trik tłumaczy, dlaczego pisząc o podszytej paranoją aberracji pisowskiej wierchuszki nie zauważył lustrzanego odbicia tej formacji. Kościół katolicki – identycznie jak PIS – sporą część Polaków od dawna uznaje za pasożytów i przeciw nim szczuje swoje owieczki. Polski Kościół z furią atakuje wszystko, co mu nie sprzyja i nie jest podporządkowane. Strategia oblężonej twierdzy i wynajdywanie wrogów tam, gdzie ich nie ma – to nie patent Kaczyńskiego. On korzysta z gotowego wzoru . Pacewicz pisząc o „oddychaniu wolnością i równością” z pewnością coś ważnego przeoczył.

Kościół, który optuje za równością w Niebie a ziemskiej wolności nie znosi, w ogromnym stopniu przyczynił się do obecnej katastrofy i zapewne się nie opamięta. (Przykład asekuranckiego zachowania hierarchów widzieliśmy podczas awantury o krzyż w 2010 r.) Zamęt społeczny i pogarszające się warunki życiowe „prostego ludu” zawsze były czynnikiem Kościołowi sprzyjającym. Kto tak dobrze utuli zestrachane i niepewne jutra owieczki jak nie złotousty kaznodzieja niosący religijne pocieszenie? Dobrobyt i demokracja to nie są ulubione bajki kościelnych strategów. Spójrzmy na prawosławną Cerkiew „cudownie odrodzoną” w Rosji za czasów Putina. Tam jest to, co syte tygryski w czarnych i purpurowych sutannach lubią najbardziej.

Od dawna czekam aż większość publicystów zacznie kojarzyć podstawowe fakty, że nie tylko Eliza Michalik i Cezary Michalski (oboje po przejściach w obozie prawicowym) będą wygarniać kawę na ławę. Czekam aż zjawiska, które od lat są dla mnie oczywistością staną się zauważalne dla prominentnych publicystów, których zadaniem jest prześwietlać rzeczywistość, a nie lawirować po jej obrzeżach. Tymczasem od lat polityczną świadomość Polaków kształtują wierni uczniowie i uczennice JPII, którzy własne przekonania religijne i koniunkturalizm cenią wyżej niż „oddychanie wolnością”. Być może nie do końca pojmują znaczenie tych słów. Nawet Adam Michnik rzadko zdobywał się na ostrzejszą krytykę Kościoła. W sytuacjach, gdy hierarchowie naprawdę „przeginali”, Michnik wolał przypominać zasługi księży stanu wojennego i społecznie ważną rolę kleru w czasach realnego socjalizmu.

Polska odzyskała niepodległość 26 lat temu i od tego momentu Kościół zajął się powiększaniem swoich wpływów. Przestał bronić społeczeństwa przed władzą, bo nie było takiej potrzeby. Mocno się za to do władzy przyssał. Wszedł w jej krwioobieg do tego stopnia, że coraz trudniej odróżnić, które decyzje władza podejmuje samodzielnie a które z wiadomej inspiracji, na czyje życzenie…

Łatwo się w tym pomieszaniu ról pogubić, dlatego z satysfakcją przyjmuję komentarze świadczące o trzeźwości spojrzenia:

„Kościół stał się wydziałem propagandy PiSu, zaś PiS jest zbrojnym ramieniem Kościoła. Rachunek za Kaczyńskiego należy wystawić biskupom. Rachunek za sojusz z agentem Putina niejakim Rydzykiem należy wystawić Kaczyńskiemu. Nie można oddzielać lewej i prawej ręki. To są dwie ręce tego samego ciała.”(internauta „Narciarz 2”)
Danuta Adamczewska-Królikowska opisała proces metodycznego zdobywania przywilejów przez Kościół w Polsce po 1989 r. I tak początkowo, w momencie tworzenia ustawy o wprowadzeniu lekcji religii do szkół:

Księża mieli pracować bez dodatkowego opłacania, po prostu zamiast w salkach katechetycznych, w klasach szkolnych. Wiemy teraz, że po latach zażyczyli sobie płacenia pensji i zapisów w Karcie Nauczyciela, pełnych nauczycielskich uprawnień, ale już nie obowiązków, bo ich pracy nie ma prawa nadzorować dyrektor szkoły. (…) W czasie całego cyklu nauki od przedszkola do matury kiedyś było co najmniej 12 godzin fizyki, teraz doszliśmy do 14 godzin religii, zaś fizyki tylko 6!

(…) Bez protestów łożyliśmy miliony na Świątynie Opatrzności, zwroty mienia, które rychło odsprzedawano z wielkim zyskiem, a rządy (nawet lewicowe) brały udział w święceniu wszystkiego co się dało – budynki, autostrady…

Popiskiwania niezadowolonych z takiego obrotu rzeczy kwitowano jako niedopuszczalny atak ateistów (w Sejmie nawet powstała specjalna Komisja do Przeciwdziałania Ateizacji), a wszystkie rządy zachowywały się jakby puszczały do nas oko – nie możemy inaczej, bo przegramy. Każdy rząd unikał jakiejkolwiek konfrontacji, bał się zatargów z Kościołem, a w tym czasie jego rola rosła i rosła. To ksiądz mógł łamać ciszę wyborczą, instruować wiernych, kto jest uczciwy, kto złodziej (…) Po wyborach stacje pokazują, kto jak i gdzie głosował – PiS wygrywał tam, gdzie Kościół ma największe wpływy – na wsiach i w małych ośrodkach, na wschodzie bardziej niż na zachodzie. Na razie nie widać by Kościół upominał się wdzięczności za ten kawał roboty, ale jeszcze wkrótce usłyszymy.

http://studioopinii.pl/danuta-adamczewska-krolikowska-pierwsza-wladza/

Już się upomniał: najnowszy Newsweek podaje, że „Sejmowa komisja administracji chce zwiększyć finansowanie kościelnej imprezy w Krakowie o 80 mln zł. Więcej o 17 mln zł państwo przekaże także na Fundusz Kościelny”.

Pobieranie publicznych pieniędzy wypracowanych przez całe społeczeństwo nie jest największym grzechem Kościoła. Trudno to sobie wyobrazić, ale największe zagrożenie płynie z jego nauk. Profesor Stanisław Obirek nie ma złudzeń, co do szkodliwego charakteru Kościoła w obecnej postaci. Były jezuita otwarcie wytyka kościelnym funkcjonariuszom szerzenie katolickiego fundamentalizmu i teologicznego zamordyzmu.

…bardzo lubię wydaną w 1965 roku książkę Włocha Ignazia Silonego „Uscita di sicurezza” – Wyjście bezpieczeństwa. On potrzebował go do odejścia od komunizmu, ja do odejścia od polskiego katolicyzmu, który staje się, moim zdaniem, coraz bardziej fundamentalistyczny.

Na pranie mózgów, zaprzeczanie nauce i szerzenie ksenofobii – tym zajmuje się fundamentalizm w każdej postaci – godzi się w Polsce ok. 40 % obywateli. Tyle wg oficjalnych statystyk nadal uczestniczy w mszach, wspiera KK materialnie i nabija jego statystyki.

Na forum Komitetu Obrony Demokracji ktoś krótkim zdaniem skwitował winę Kościoła w obecnym kryzysie. W obronie KK stanęła pewna pani zauważając, że nie cały Kościół jest zły, że ona w swojej parafii ma wspaniałego księdza, który nigdy o polityce nie mówi. Bywają tacy księża, ale nie wolno przeoczyć faktu, że „dobrzy” kapłani pełnią w KK rolę pożytecznych… sług. Do dobroci i poczciwości inspirują ich ci sami biskupi, którzy wygłaszają pełne jadu kazania, apelują do posłów o nieuchwalanie prawa przeciwnego naukom Kościoła i wreszcie piszący żenujące listy do zagranicznych polityków (bp Mering). Ci „dobrzy” kapłani, tak jak kiedyś św. Franciszek są po to, by budować pozytywną legendę Kościoła, żeby przyciągać i utrzymywać w jego szeregach jak największą rzeszę ludzi płacących datki. Masowość i bogactwo materialne stanowią o sile przetargowej Kościoła szantażującego kolejne władze. Do jakich przetargów stają zwierzchnicy Kościoła i jakie cele realizują, szarych mas nie powinno obchodzić, zresztą każdy żyjący w Polsce katolik, choćby najbardziej przywiązany do Kościoła, zdaje sobie sprawę, że nie ma w nim nic do powiedzenia. Jest niemą owcą, która musi iść tam, gdzie wskazują pasterze.

Wspomniana zwolenniczka KOD nie zauważyła zapewne, że idąc ramię w ramię z Kościołem i broniąc jego uprzywilejowanej pozycji, staje się de facto demokracji przeciwniczką. Deklaruje co innego, niż czyni. KOD powstał, żeby reagować na łamanie reguł demokratycznych przez obecną władzę, a władzę tę wypromował i intensywnie wspiera Kościół ( kto jeszcze śni o Kościele „łagiewnickim” stojącym w opozycji do „toruńskiego” niechże się wreszcie obudzi, tamtego Kościoła nie ma, po oddaniu przez Dziwisza krypty wawelskiej w łapy propagandy pisowskiej, po zakneblowaniu ks. Bonieckiego i zniszczeniu ks. Lemańskiego polski Kościół ma tylko jedno oblicze. A właściwie dwa oblicza: zacięta twarz Hosera i przebiegła, kupiecka buźka Rydzyka.) Czy 40% obywateli chce budować demokrację i praworządność w Polsce w oparciu o te autorytety?

Czy naprawdę ktoś wyobraża sobie, że możliwe jest odsunięcie PISu od władzy bez odsunięcia Kościoła od rozległych wpływów? Kościół nigdy z demokracją nie miał nic wspólnego, na dobrobycie obywateli mu nie zależy, najchętniej cofnął by Polskę do czasów feudalnych (co zresztą PIS na jego życzenie robi). Uzależnienie partii politycznych od łaskawości Kościoła doprowadziło do tego, że kampania wyborcza trwa przez cały rok, bo agitacja płynie z ambon. Nawet jeśli „dobry kapłan” ani słówkiem nie odnosi się do polityki. W tej sytuacji głos oddany co cztery lata w lokalu wyborczym nie ma większego znaczenia. Nawet jeśli ktoś z przekonania oddał głos np. na lewicę, ale co niedziela „dawał się policzyć” na mszy i zasilał kościelna skarbonkę – też przyłożył się do zwycięstwa PISu. Moc Kościoła i jego karta przetargowa tkwią w jego statystykach i społecznym poparciu. Wielu kolejnych premierów musiało w zaciszu gabinetu usłyszeć od biskupa groźby wyprowadzenia ludzi na ulice, jeśli zostanie wdrożona ustawa niezgodna z oczekiwaniem hierarchów.

Dopóki KK ma taką siłę przebicia jak obecnie, nigdy nie dopuści do rządzenia krajem partii, która nie będzie jeść mu z ręki. Dla wielu katolików jest to prawda niewygodna, woleli by tkwić w swoich religijnych przekonaniach a jednocześnie żyć w wolnym, przyjaznym i dostatnim kraju. Trudno z dnia na dzień przeorać sobie świadomość. Proces laicyzacji społeczeństwa rozłożony jest na pokolenia, jednak w warunkach podwyższonej gotowości, gdy okoliczności zmuszają do nagłej weryfikacji swoich sympatii, taki proces nabiera przyspieszenia. Dyskomfort wynikający z przynależności do Kościoła, który głosi opinie, na które się nie zgadzają, jest większy niż obawa przed opuszczeniem wspólnoty wiernych. Dla wielu drogowskazem mogą być słowa prof. Bartoszewskiego: „Kiedy nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie.”

I w podobnym tonie Obirek:

Trzeba mieć odwagę odejścia od czegoś, co przestało spełniać elementarny wymóg przyzwoitości. Jeśli trwanie w związku, też z człowiekiem, oznacza powtarzające się upokorzenia bez możliwości przedyskutowania własnych racji, to jest to wystarczający i konieczny warunek, żeby odejść. Jeśli będzie się w tym trwało za cenę pseudoposłuszeństwa czy pseudowierności, to tak naprawdę podpisuje się wyrok pod własnym życiem. Przegra się, życie będzie klęską.