Archive for the ‘religia’ Category

Puste kościoły, pełne place

1 kwietnia 2018

Kiedy powiedziałem mojej znajomej Caroline, że jadę do Rzymu i w dodatku solo, zapytała bez namysłu:
– I co będziesz tam robił?
– Będę zwiedzał muzea i stare kościoły – odpowiedziałem.
– O, mam nadzieję, że ja już żadnego kościoła nie będę musiała oglądać. Dla mnie one wszystkie są takie same.
Co miałem na to odpowiedzieć? Wzruszyłem ramionami i zmieniłem temat rozmów. Nie miałem do Caroline pretensji, 95% moich znajomych nie interesuje się ani zwiedzaniem muzeów, nie słucha muzyki klasycznej, nie czyta książek o historii sztuki. Ha! Mam takich znajomych, którzy nie czytają niczego poza instrukcjami obsługi nowych gadżetów. Nie ma powodu, żeby z osobistych pasji robić jakieś halo. Komentarze Caroline, z którą znamy się od wielu lat, są poniekąd uprawnione. Całkowicie podzielam jej krytycyzm wobec instytucji kościelnej, ale nie mam mowy, żebym o włos zmienił swoje plany podróżne. Najświetniejsze przykłady europejskiej sztuki i architektury powstałej przed 1600 r. należą do sztuki sakralnej. Nie mogę jej ignorować, dlatego, że nie podoba mi się stojąca za tym ideologia, że nie akceptuję systemu społecznego opartego o wyzysk, terror i manipulację. Innego systemu w tamtych czasach nie było. Trzeba brać, co dają. Caravaggio był awanturnikiem, w bójce zabił człowieka. Czy z tego powodu jego sztuka ma być pomijana lub potępiana? Albo oglądamy to do naszych czasów przetrwało i co szerokiej publice jest udostępnione, albo się obrażamy i idziemy do parku słuchać drozdów. Koneser sztuki nie może sobie pozwolić na komfort moralnej wyższości.

Nie wszystkie kościoły są takie same (Caroline opowiada nonsensy), a tysięczne różnice wynikające ze stylu, czasu i okoliczności powstania oraz legendy dotyczące patrona decydują o ich niepowtarzalności i unikalności. Niebagatelne znaczenie ma hojność fundatora. Bogate nie zawsze znaczy piękne, ale nie bądźmy drobiazgowi. Większość kościołów w Rzymie stanowi przykład niespotykanego gdzie indziej przepychu i dekoracyjnego rozpasania. Jednak, jak już wspominałem poprzednio, nawet tam można znaleźć stare świątynie zawdzięczające swój urok dobrze dobranym proporcjom, kolorystyce i zapierającemu dech w piersiach malarstwu. Przykładem jest niezwykle harmonijne wnętrze niewielkiej bazyliki św. Praksedy stojącej w bocznej uliczce niedaleko dworca Termini. Zajrzałem tam o wczesnej porze, kiedy nie było jeszcze nikogo. Puste i ciche wnętrze kościelne to w Rzymie widok dość niezwykły.

Przez tę ciszę miałem wrażenie, jakbym znalazł się w teatrze tuż przed rozpoczęciem przedstawienia. Albo tuż po, kiedy aktorzy i widzowie się rozeszli ale ktoś zapomniał zwinąć dekoracje. Ale to nie była scenografia, malowidła umieszczone wysoko ponad ołtarzem pełne są teologicznej symboliki i odniesień do historii. Najważniejsza i najcenniejsza jest pochodząca z IX wieku mozaika w apsydzie przedstawiająca Jezusa w towarzystwie świętych. Widoczny po lewej stronie biskup trzyma model kościoła – to przyszły papież Paschalis, który był fundatorem bazyliki. Gdy mozaika powstawała, Paschalis jeszcze żył, dlatego jego aureola ma kształt kwadratowy a ponad głową na gałęzi palmowej siedzi feniks, ptak symbolizujący odrodzenie z popiołów. Długo podziwiałem harmonijne wnętrze, delikatnie stąpałem po wielobarwnej posadzce, nie mogłem pozostać obojętnym na urodę kasetonowego sufitu z błękitnymi wypełnieniami.

Więcej błękitu, ale w nieco ciemniejszej tonacji można oglądać w kościele Santa Maria Sopra Minerva. Tam żadnych śladów bizantyjskich nie znajdziecie, kościół jest gotycki, o wyraźnie zaznaczonych żebrowaniach na sklepieniu. Te żebrowania misternie dekorowane na złoto otaczają ciemnoniebieskie połacie udające rozgwieżdżone niebo. Dwa rzędy masywnych kolumn oddzielają nawę główną od naw bocznych. W pobliżu ołtarza stoi marmurowa figura Jezusa wyrzeźbiona przez Michała Anioła, a w jasno oświetlonej, noszącej znamiona luksusu kaplicy bocznej znajduje się nagrobek dwóch papieży z rodu Medicich: Leona X i Klemensa VII. Jakkolwiek wszystkich papieży epoki średniowiecza, renesansu, baroku, klasycyzmu i epok późniejszych uznaję za nieprzeciętnych łotrów – do Leona mam wyjątkową sympatię. Być może wynika ona ze współczucia: Giovanni Medici (o którym pisałem TAM) był krótkowzrocznym grubasem, nękanym przez bolesne choroby i czyhających na jego życie kardynałów. Miał Leon wielkie upodobanie do zbytku, sztuki i wystawnego stylu życia. Do historii przeszedł jako najbardziej rozrzutny z papieży. O takich jak on bohater filmu „Killer” powiedział pamiętne zdanie: „mają rozmach skurwysyny…”

Niedaleko Minervy znajduje się barokowy kościół św. Ignacego ze sklepieniem pokrytym efektownym malarstwem iluzjonistycznym. Trudno uwierzyć, ale fundatorzy tego kościoła przeliczyli się z możliwościami finansowymi (w Rzymie!) i z tego powodu zrezygnowali z budowy kosztownej kopuły. Jednak dzięki udanym zabiegom malarskim widz stojący we wnętrzu wcale nie musi tego zauważyć.

Rzym nie jest miastem magicznym, jak to się egzaltowanie pisze o równie sławnych miejscach. Zwiedzanie wymaga żelaznej kondycji, odporności na hałas ulicy i gwar tłumów. Zresztą, gdybym szukał magii, pojechałbym do Hogwartu, w którym Harry Potter uczył się sztuki czarodziejskiej. Ja chciałem zobaczyć Rzym, dotknąć jego historii, otrzeć się o jego splendor i potęgę – cały czas świadom, że to co widzę, to jedynie naskórek prawdziwego miasta. Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej czułem się jak ten pierwszoklasista ze śląskiej anegdoty:
Po pierwszym dniu w szkole, dziadek zapytał wnuczka:
– No i jak tam, Karlik, podobało ci się w szkole?
– Podobało Starzyku, ale musza tam jutro wrócić, bo żech sie jeszcze wszystkiego nie nauczył.

Kiedy ostatniego dnia pobytu pomaszerowałem na Zatybrze, żeby obejrzeć zbiory malarstwa w zachwalanej przez znajomych willi Farnesina i kiedy okazało się, że się spóźniłem, bo dla zwiedzających otwarta jest tylko do 14.00 a potem we wnętrzach i ogrodzie urządzane są rauty dla zamożnych gości – wtedy postanowiłem, że do Rzymu jeszcze wrócę. Nie tylko z powodu Farnesiny.

Po co mi wiedza o Rzymie? Nie wystarczy pić cappuccino na pełnym turystów Campo di Fiori, oglądać fasady pałaców, pstrykać fotki na schodach, na placach, na ruinach? Otóż nie. Historia Rzymu, tak jak historia Jerozolimy, jest kluczem do poznania historii Europy. Wskutek tego, że ostatni cesarz oddał władzę papieżom, Rzym przez blisko dwa tysiąclecia był miejscem, gdzie zapadały najważniejsze decyzje dotyczące niemal całego świata. Wiele z nich miało bezpośredni wpływ na historyczne wydarzenia w Polsce. Począwszy od wojen husyckich, wojny trzydziestoletniej, przez konflikt z Zakonem Krzyżackim, śmierć Władysława Warneńczyka, udaną, o dziwo, kampanię militarną Sobieskiego pod Wiedniem, wypędzenie Arian, kolejne rozbiory i powstanie kościuszkowskie – zawsze zachęta lub głos potępienia płynęły z rzymskiej siedziby papieży. O obecnym uzależnieniu polskiego państwa od dogmatycznych i chciwych hierarchów, litościwie nie wspomnę.

Powyższe zdjęcie pochodzi z bazyliki św. Jana na Lateranie. W sumie, mniej lub bardziej pobieżnie, obejrzałem 14 rzymskich kościołów. Niemało, ale w tym najważniejszym nie byłem. Nie miałem takiego planu. Zapuściłem się w niedzielne przedpołudnie w pobliże Watykanu, mijając liczne przybytki sakrobiznesu podszedłem pod samą kolumnadę i wiedziony ciekawością wmieszałem się w tłum Azjatów, czarnoskórych zakonnic i pielgrzymów południowoamerykańskich. Razem z tym tłumem udało mi się przebrnąć przez bramki bezpieczeństwa ustawione między kolumnami Berniniego i – ciagle nie dowierzając, że dotarłem aż tak daleko – stanąłem na placu św. Piotra. Akurat w oknie pałacu pojawił się papież Franciszek pozdrawiany przez zgromadzonych i przemawiał przez piętnaście minut. Zrobiłem kilka zdjęć, nawet nagrałem krótki filmik z tego wydarzenia.

Caroline, której później o tym opowiadałem, nie próbowała ukryć oburzenia:
– Naprawdę tam poszedłeś? Do Watykanu?
Na niewiele zdały się tłumaczenia, że byłem tylko na placu, że nie wszedłem ani do Bazyliki św. Piotra, ani do kaplicy Sykstyńskiej ani do muzeum watykańskiego. Nie wspiąłem się też – choć pokusa była silna – na szczyt kopuły, żeby popatrzeć na panoramę miasta. Nie dołożyłem zatem ani jednego euro do wypełnionego po brzegi skarbca watykańskiego.
Caroline nie dawała za wygraną:
– Ja tam byłam prawie trzydzieści lat temu, w tej bazylice. Weszłam jako katoliczka, wyszłam jako ateistka. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tej ogromnej przepaści między stanem posiadania Kościoła instytucjonalnego a biedą, którą cierpią jego wierni.
Znowu musiałem zmienić temat rozmowy, znowu wzruszyłem ramionami, ale jakby sam do siebie. Bo co miałem zrobić, kiedy już było po fakcie? Ciekawość zaprowadziła mnie tam, gdzie z wielu powodów iść nie powinienem. Co się stało, to się nie odstanie. Moja noga więcej w Watykanie nie stanie.

Reklamy

Innuici i ci inni

29 marca 2018

Miał tu być kolejny odcinek relacji z Rzymu, ale uznałem, że opowieść o Innuitach lepiej pasuje do okoliczności.
Tekst powstał ponad dwa lata temu, był drukowany w antologii „Przewodnik po zaminowanym terenie”.

* * *
Misjonarze, którzy do nich podążali, nie dość dobrze
zabezpieczyli się przed zimnem i kolejno wymierali w drodze. Ich ciała
kryje wieczna zmarzlina, dusze uleciały pod postacią Aurora Borealis.
Żaden innuicki prorok nie zdołał ocalić głosicieli Dobrej Nowiny.
Żadnemu nie udało się nakazać ujemnej temperaturze,
żeby się cudownie podwyższyła. Zdaje się zresztą,
że żaden nie próbował. Zatem Innuici też.

Oni też, ale przed wszystkimi zapiekli heretycy,
Manichejczycy, krnąbrni Katarzy i wyznawcy Husa,
któremu stos niewątpliwie się należał;
za nimi Mahometanie bijący pokłony do czegoś,
na co w prawdziwym niebie miejsca nie ma.

Potem na łyso ogoleni mnisi, którym w oczy zagląda buddyjska pustka,
zaraz za nimi czciciele Słońca, Druidzi i pijący piwo
szydercy z durszlakami na głowach, następnie
– to oczywiste – Henryk VIII i jego psy gończe z Cromwellem na czele.
Ze współczesnych błazny YouTube’a:  George Carlin,
Christopher Hitchens, Richard Dawkins
oraz pomniejsze lewackie ścierwo. Oni wszyscy.

Razem jakieś 7 miliardów.
Bez 2,2 miliarda tych, którzy wybrali właściwie i będą śpiewać Hosanna.
Więc tym od Hosanny nic nie grozi. Nadal pozostaje 4,8 miliarda
potencjalnych mieszkańców piekła. Do nich dodajmy
niewyobrażalną rzeszę nieszczęśników
urodzonych zbyt wcześnie lub zbyt daleko.
Innuitów i innych.

Ci inni: śmieszni hutnicy z epoki brązu, wynalazcy
kościanych szydeł i kamiennego radła. Całe pokolenia homo sapiens,
które nie zaczekały na pojawienie się długowłosego Żyda
ze śladami po gwoździach na dłoniach i stopach. Zupełnie nierozważnie
porodzili się wcześniej i wcześniej pomarli.
Będą mieć za swoje.

Albo ci, którzy zamiast szukać wody życia,
szwendają się po pustyniach, w dżunglach
kołyszą się między małpami, hodują krowy,
dziurawią nosy, na uszach wieszają ciężarki,
malują ciała kolorową gliną, albo
szyją buty ze skór reniferów. Ośmielają się wierzyć
w moc lwa, wieloryba, bałwanów lub zorzy polarnej.

Zorza – mówią Innuici – to taniec zmarłych. W jej obecności
nie wolno gwizdać, bo to irytuje tańczących. Wybici
z rytmu pradziadkowie mogą się rozgniewać i jednym
pociągnięciem świetlistego miecza obciąć psotnikowi głowę.
Zatem Innuici też.
(Akurat im się należy za wpajanie dzieciom
poczucia winy. Ze strachu przed zorzą
innuickie dzieciaki sikają w grube majtki)

Nie musicie schodzić z sanek, ściągać futrzanych czapek,
wyprzęgać psów, nie ma konieczności
byście odkładali wiosła, wysiadali ze swoich zwinnych łodzi.
Jakby nigdy nic oprawiajcie foki, odcinajcie rybom głowy,
zbierajcie paszę dla reniferów. Pod pokładami wiecznego lodu
już żarzą się dla was ogniska.
Spisane są czyny i rozmowy. Trójkątne oko
uzurpatora już na was patrzy.

Mirosław Drabczyk

Rzymskie wariacje

12 marca 2018

Pamięta ktoś film z Gregory Peckiem i Audrey Hepburn „Rzymskie wakacje”? To romantyczna bajeczka o spotkaniu dwojga turystów w Rzymie. Jedna ze scen rozgrywa się przed marmurową tarczą z wizerunkiem antycznego boga Oceanusa. Nazwa tarcza jest nieprecyzyjna, to raczej coś co przypomina plaster gigantycznego sera – jego średnica wynosi 175 cm, a waga 1300 kg. Tarcza ustawiona jest w przedsionku jednego z kościołów rzymskich. Nie byłem w tym kościele, ani nawet w przedsionku. Wspominam o tym, bo losy marmurowej tarczy pokazują, jak w ciagu wieków zmieniają się zastosowania tej samej rzeczy – w tym wypadku kamiennej tarczy.

Wg legendy, otwarte usta bóstwa są ustami prawdy – tylko ludzie prawdomówni mogą bez obawy włożyć w nie dłoń. I tak też zabawiają się bohaterowie filmu. Natomiast wg wikipedii, oblegana przez turystów tarcza, za czasów rzymskich służyła jako pokrywa studzienki kanalizacyjnej, niewykluczone, że przytargano ją do kościoła z miejsca, które kilka wieków wcześniej pełniło fukcję targu bydłem i zarazem ubojni. Idąc tym tropem, musimy przyjąć, że przez usta, oczy i otwory nosowe Oceanusa spływała zwierzęca krew.

Oglądanie głównych atrakcji turystycznych Rzymu daje okazję do wielu ciekawych  odkryć. Pod warunkiem, że dostatecznie często wspomagamy się wiadomościami o o historii miasta.  Minimum wiedzy jest nieodzowne, inaczej nie wiemy, na co patrzymy. Podziwiając Kolumnę Trajana powinniśmy wiedzieć, że pierwotnie na jej szczycie znajdowała się figura bohaterskiego cesarza. W średniowieczu figura zniknęła, a po paru wiekach, na życzenie papieża Sykstusa V, na szczycie kolumny stanął odlany w brązie św. Piotr. Nowe spotkało się ze starym, wybitne dzieło sztuki inżynierskiej z II wieku (wewnątrz kolumny ukryte są schody prowadzące na jej szczyt) zaczęło służyć nowym władcom Rzymu.

Przykładów podobnego wykorzystania antycznych materiałów budowlanych i dzieł sztuki można znaleźć więcej. Imponująca kolumnada w bazylice Santa Maria di Trastevere pochodzi ze zburzonych term Karakalii, marmurowa kolumna na placu przed bazyliką S.M. Maggiore przyjechała z Bazyliki Maksencjusza, której resztki stoją na Forum Romanum. Z tego samego miesjca pochodzą marmurowe kolumny w kościele S.M Sopra Minerwa. Przed kościołem znajdujemy przykład chyba najbardziej efektownego wykorzystania starego obelisku do potrzeb religijnej propagandy w czasach kontrreformacji. Projektant Bernini wykazał się fantazją i kazał ten obelisk ustawić na kamiennej figurze słonia. Oczywiście na szczycie obelisku, pamiątki po afrykańskich podbojach prowadzonych przez legionistów rzymskich, osadzony został znak krzyża a tuż pod nim symbol papieża Sykstusa V.  Skoro już jesteśmy przy Sopra Minerwa, wypada wspomnieć o stojącym w sąsiedzwie Panteonie, który uniknął losu pozostałych pogańskich świątyń tylko dlatego, że odpowiednio wcześnie, tj. w roku 609 został ofiarowany papieżowi Bonifacemu IV.


W ten prosty sposób świątynia Jupitera, Wenus i Marsa zyskała nową patronkę św. Marię Dziewicę od Męczenników. W dniach poprzedzających konsekrację w podziemiach nowej-starej świątyni złożono tony ludzkich kości wydobytych z katakumb, w których domniemani  męczennicy –  uczniowie św. Piotra  – chowali się przed prześladowaniami. Niezwykły budynek z otwartym okulusem w centrum cylindrycznego sklepienia ocalał, ale kiedy trwała rozbudowa Bazyliki św. Piotra, z jego przedsionka zdjęto brązowe ozdoby i przetopiono je na spiralne 4 kolumny wspierające słynny baldachim Berniniego rozpostarty nad grobem św. Piotra.  Trwał XVII wiek, papieżem był wtedy Urban VIII (Maffeo Barberini). Do jego postaci wrócę przy okazji.

Zjawisko pozyskiwania budulca z budynków odebranych wrogowi i oraz adaptacji świątyń do własnych celów jest nie tylko stare jak świat, ale występowało zapewne pod każdą szerokością geograficzną. W Rzymie historia ustawiania kolumn przywożonych z podbitego obszaru sięga czasów Cesarstwa, kiedy z Egiptu transportowano potężne obeliski i ustawiano je na głównych placach miasta. Po upadku Cesarstwa upadły też kolumny. Niektóre musiały czekać prawie 1000 lat na swoje drugie życie. Wiele z nich kazał odnowić energiczny papież Sykstus V.  Rewitalizacja była świetną okazją, żeby obeliski z egipskimi reliefami, stanowiące niegdyś część wyposażenia światyń Karnaku, ustawiać  przed chrześcijańskimi światyniami, przyozdobiwszy je uprzednio w połyskującym złoto papieskim herbem rodowym. Sykstus V był pragmatykiem, wiedział, że sięgajaca po zdobycze kultury antycznej promocja jego Kościoła musi iść w parze z terrorem. Miał opinię „żelaznego papieża”, zawzięcie walczył z odstępcami od wiary i to za jego sprawą wzdłuż mostu św. Anioła widziano czasem „więcej głów ludzkich nadzianych na dzidy, niż melonów na targu”.

Możnaby powiedzieć, że Wieczne Miasto jest miastem wędrujących kamieni. Ale byłoby to uproszczenie, bo niektóre „ładne kamienie” albo obiekty zbyt wielkie by je przenosić zostawiano na miejscu przerabiając je na świątynie chrześcijańskie albo chociażby nadając im swój stempel. Praktyką KK stało się zawłaszczanie miejsc i obiektów ważnych dla dawnych (pogańskich) kultur i oznaczanie ich własnymi symbolami. W miejscach nominalnie świeckich i nie podlegających żadnej szczególnej religii stawia się krzyże, montuje pamiątkowe tablice, wkleja herby itd.  Koloseum nie jest budowlą sakralną, dawnym amfiteatrem zarządza miasto, ale na południowej ścianie można dostrzec sporych rozmiarów krzyż i towarzyszący mu napis.

Rzym przez wiele stuleci był realną stolicą naszej części świata. Nieznana wcześniej militarna, ekonomiczna i kulturalna potęga Cesarstwa doprowadziła go do niewyobrażalnej świetności, której materialne pozostałości, mimo upływu dwóch tysiącleci, nadal budzą podziw. Po upadku władzy cesarzy na ich miejscu pojawili papieże, których styl życia, bogactwo i polityczne aspiracje nie ustępowały Cezarom. Mimo kilku straszliwych najazdów i spustoszeń, rozkwit miasta trwał przez długie wieki. Co było zburzone, musiało być odbudowane, rozbudowane i zaadaptowane – wędrówka kamieni trwała dalej.

Nie wszystkie kamienie „wędrowały”.  Tu i ówdzie widać, jak przemyślnie stare mury zostały wkomponowane w nowszą – niekoniecznie wykwintną – zabudowę. Bywało też tak, że architekci projektujący gmachy użyteczności publicznej (np. siedziba giełdy) celowo uszlachetniali fasady oryginalnymi elementami. Bywało, że antyczne kolumny obudowywawano nowszym murem, który nam dziś wydaje się bardzo stary.

W jezyku włoskim istnieje specjalne słówko spolia na określenie dawnych dzieł sztuki kamieniarskiej i metaloplastycznej montowanych w nowszych obiektach i należycie eksponowanych. Tam gdzie nie dało się zrobić praktycznego użytku z poobijanych tablic, wklejano je w mury tworząc unikalną gazetkę ścienną. Poniżej zdjęcie z przedsionka bazyliki S.M. di Trastevere.

W swobodnym (i oczywiście niekompletnym) podawaniu przykładów zastosowania pozostałości antycznych nie może zabraknąć wzmianki o kościele leżącym niedaleko dworca Termini. Nazwa dworca wzięła się od Term Dioklecjana i to w nich własnie ulokowano rzeczony kościół. Nie trzeba tłumaczyć, że dawne termy były odpowiednikiem współczesncyh SPA z saunami, gabinetami relaksu, higieny oraz kąpieli w sadzawkach z gorącą lub lodowatą wodą. Z Termini do Term idzie się ulicą Luigi Einaudiego. Bardzo znajome nazwisko. Wszak Lodovico Einaudi jest wybitnym współczesnym pianistą i kompozytorem. Słucham jego muzyki od kilkunatsu lat. Tymczasem ulica nosi imię jego dziadka, Luigiego, który po II Wojnie pełnił funkcję prezesa banku narodowego, wkrótce potem został prezydentem republiki, po czym został senatorem i autorem wielu inicjatyw politycznych. Był antyfaszystą, zdeklarowanym zwolennikiem europejskiej federalizacji. Jego syn Giulio był szefem i właścicielem zasłużonego dla kultury włoskiej wydawnictwa – aż do lat 90 tych, kiedy to wydawnictwo zostało przejęte pzrez medialny koncern Berlusconiego. Synem Giulia jest własnie Lodovico. Polecam dostępny na YT jego koncert z londyńskiej Royal Albert Hall.

Wróćmy do architektury: kościół św. Marii od Aniołów i Męczenników. Surowa ceglana fasada wkomponowana w strukturę dawnych term nie zapowiada przepychu, jaki znajdujemy wewnątrz. Na miejscu antycznej sadzawki z lodowatą wodą dostarczaną akweduktem rozpościera się marmurowa lśniąca posadzka. Od drzwi wejściowych do apsydy zamykającej wnętrze od strony przeciwnej jest 98 metrów. Łukowe sklepienia wsparte masywnymi  kolumnami z odzysku  sięgają 28 m ponad poziom posadzki
Autorem pierwszego projektu przebudowy był Michał Anioł. W 1563 roku, kiedy zabrał się za przekształcenie łaźni publicznej na nowe cele miał 87 lat. Rok później umarł, jego dzieło kontynuowali następcy.

Zgodnie z życzeniem inicjatora przebudowy,  papieża Piusa IV, kościół umieszczony w  strukturze przybytku hedonizmu miał być manifestacją zwycięstwa wiary chrześcijańskiej nad pogaństwem. Wiek później podobna idea przyświecała innemu papieżowi, który by wykazać prymat kalendarza juliańskikego nad kalendarzem rzymskim, zlecił wykonanie zegara słonecznego wmontowanego w posadzkę. Spacerując po rozległej powierzchni kościelnego wnętrza nie spośób go przeoczyć: dzieło sztuki kamieniarskiej i świadectwo wiedzy astronomicznej rozciaga się na długości 45 metrów. Promień słońca wpada przez mały otwór wykonany wysoko w  ścianie,  a odlana z  brązu podziałka zatopiona w marmurowej posadzce wskazuje rok, miesiąc i godzinę. Podobno ten zegar jest dokładniejszy od takiego samego z bazyliki w Bolonii. Nie mogłem się o tym przekonać, aż tyle czasu w Rzymie nie miałem.

 

IMG_1316

 

Drzwi wejściowe wykonane zaledwie 12 lat temu zasługują na nie mniejszą uwagę niż barokowe wnętrze. Odlane w brązie,  celowo ascetyczne, są jednocześnie pełne wyrazu a to za sprawą postaci wyłaniających się z płaszczyzn. Nie wiadomo, czy są to anioły z męskimi torsami, czy męczennicy ze skrzydłami. Mają poutrącane skrzydła, brak im kończyn, a ich twarze są delikatne, jakby natchnione.  Bez trudu rozpoznałem autora projektu, od dawna cenię sztukę Igora Mitoraja. W przedsionku kościoła zobaczyć można jedną z jego charakterystycznych głów – ciut podobną do odlanej w brązie, „leżącej” na Rynku w Krakowie.

Czarne wygrywają , czarni przegrywają ?

1 października 2016

Znacie ten rysunek Marty Frej przedstawiający kilkunastu biskupów ustawionych do grupowego zdjęcia opatrzony znamiennym komentarzem O KOBIETACH WIEMY WSZYSTKO?

o-kobietach-wiemy-wszystko
Ta sama Marta Frej namalowała niedawno mem zatytułowany „teraz to jesteśmy już naprawdę wkurwione”. Chodzi oczywiście o zamach obecnej władzy na prawa i wolność kobiet. Jak już kilka publicznych osób zdążyło napisać, „w dyskusji” o prawo do aborcji wcale nie chodzi o dzieci poczęte, zupełnie nie chodzi o dzieci, które już na świat przyszły, a jedyną zwierzyną, którą ustawodawcy wzięli na cel są kobiety w wieku rozrodczym.

Zamysłem tej nieludzkiej ustawy zabraniającej usuwania ciąży z gwałtów, ciąży patologicznej, zagrażającej bezpośrednio życiu kobiety jest ubezwłasnowolnienie kobiet, odebranie im praw do decyzji o swoim życiu intymnym, rozrodczości, macierzyństwie i tak dalej. Całkowity zakaz… –  to brzmi jak okrutna kara za nie wiadomo jakie uczynki. Tylko pozbawieni sumień fundamentaliści mogli wpaść na to, by karać kobiety za zdolność do rodzenia dzieci.  Ta zdolność wynika z biologii, a więc niesie z sobą naturalne niedoskonałości. I na nie właśnie czyhają tak zwani „obrońcy życia”.  Odwieczna nienawiść katolickich duchownych do kobiet, którzy w przeszłości oskarżali je o czary, sprowadzanie zarazy, gradobicia i kopulacje z diabłami przybrała obecnie postać prawnego zamachu na kobiecą wolność, z którą od średniowiecza nie mogą się pogodzić.

Nic dziwnego, że kobiety nazajutrz po skierowaniu haniebnej ustawy do dalszych prac sejmowych skrzyknęły się na ogólnopolski protest. W obronie swoich praw ale i w obronie demokracji, bo kiedy jedna grupa społeczna próbuje narzucić wszystkim styl życia i zbiór wyznawanych wartości – tam zaczyna się dyktatura. Polki i Polacy zauważyli właśnie, że nie chcą katolickiej dyktatury na wzór Salwadoru i innych państw Ameryki Łacińskiej.

Zapowiedzi w mediach wyglądają bardzo buńczucznie. I obiecująco. W kampanię promocyjną włączyły się sławne aktorki, dziennikarki i pisarki. Grupa aktywistek (i aktywistów) nagrała pod Sejmem ostry protest song:

Już dziś, na dwa dni przed @czarnym protestem można przewidzieć, że pod względem liczebności i siły oddziaływania protest będzie sukcesem. Bez względu na to, czy upiorny projekt zostanie wycofany z prac sejmowych, istotny jest edukacyjny aspekt całej żywiołowej akcji. Kobiety (i ich partnerzy) niejako przy okazji dowiedzą się, skąd płynie inspiracja do uchwalania tak nieludzkiego prawa, oraz komu posłowie populistycznych partii PIS i Kukiz’15 chcą się przypodobać tak bardzo, że godzą się na rozbrat z ludzką wrażliwością i sumieniem. O zdrowym rozsądku nie wspominając.

O konserwatystach i ideologii „obrońców życia” wie coś George Carlin:

W psychoterapii istnieje coś takiego jak „praca na emocjach” – zauważono bowiem, że lepsze efekty terapeutyczne przynosi omawianie tych aspektów rzeczywistości, które pacjentowi/klientowi, mówiąc kolokwialnie, „podnoszą ciśnienie”. Dotykanie swoich bolączek, ujawnianie cech wstydliwych i skrzętnie ukrywanych to bolesny proces, ale skuteczny. Po zakończeniu terapii człowiek ma lepszy kontakt z rzeczywistością, mniej cierpi.
Analogia do psychoterapii pojawia się nieprzypadkowo. Od momentu, gdy zwiedziony pisowskimi obietnicami i warcholstwem Kukiza naród pozbawił prezydentury Komorowskiego i odsunął rząd PO + PSL od władzy, wiadomo było, że powrót do normalności nie będzie łatwy a przyswajanie wiedzy o funkcjonowaniu państwa i społeczeństwa – bolesne. Można to ująć w trywialny bon-ton: „Kto nie przyswaja wiedzy głową, ten zrozumie, gdy dostanie w dupę.”

Atak koalicji sejmowo-kościelnej na elementarne prawa kobiet jest jednym z etapów tej bolesnej upokarzającej nauki. Wściekłość kobiet (nie tylko kobiet, bo w przypadku wejścia w życie tej złej ustawy faceci będą obrywać rykoszetem) i ożywienie medialne prawdopodobnie przyczyni się do wzrostu świadomości społecznej. Nie wszystko od razu: część wojowniczek nadal będzie o wszystko obwiniać „tego strasznego kaczora z Żoliborza”, lecz jakiś procent zauważy logiczne związki między charakterem tej ustawy a obsesjami Kościoła oraz tęsknotami tegoż Kościoła za ustrojem feudalnym, w którym kobieta stała o jedno oczko wyżej od zwierzęcia domowego. Poczucie zagrożenia jest dobrym katalizatorem procesów myślowych – można więc liczyć, że po akcji @czarny protest zrozumienie, KTO rzeczywiście sprawuje władzę w Polsce obejmie ciut większy odsetek obywatelek i obywateli.

Aspekt edukacyjny jest bardzo ważny:

Wystarczy, że Panie nie pójdą z dziećmi do kościoła w niedzielę. Tak naprawdę tą ustawą steruje ePiSkopat. I to jego najbardziej powinien zaboleć odpływ klienteli. Usługi duchowe są intratnym interesem pod warunkiem, że mają klientów. Jeśli osłabi się popyt na te usługi, korporacja KK spuści z tonu i przestanie dyktować kobietom jak powinny żyć. Póki co niewinne owieczki idą sumiennie do kościoła i pozwalają programować własne dzieci, które nasłuchają się tych farmazonów z ambony, tydzień po tygodniu, aż same zaczną w to wierzyć. Wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Pamiętajcie Panie – hajs musi się zgadzać, a kościół to tylko biznes, polityka i wpływy. Ktoś musi utrzymywać tych niedojrzałych chłopców dyktujących Wam jak żyć i tak się składa, że to jesteście także wy, drogie Panie.
(Komentarz z forum GW)

Kobietom należy się cała prawda całą dobę. Powinny zauważyć, jak kler panoszył się w Polsce przez ostatnie lata i, że klerowi nigdy dość. Po przywilejach dla duchowieństwa, ubezpieczeniu na koszt podatnika, wprowadzeniu religii do szkół i uzyskaniu miliardowych odszkodowań za utracone włości – Kościół zapragnął dobrać się kobietom do… wiadomo czego. Wiadome było, że tak się stanie. Czy kiedyś księża odpuścili? Jeśli z jakimś pomysłem nie udało się im jednego roku, to przeczekali i ruszali do ofensywy za rok, dwa, gdy wprowadzili do Sejmu partię sobie podległą i urobioną jak plastelina. Potem oczywiście żądali zapłaty za poparcie. Ten scenariusz realizuje się obecnie: kobiece zdrowie, życie i poczucie bezpieczeństwa jest Szanowne Panie „daniną”, którą PIS składa na ołtarzu dobrej współpracy ze środowiskami katolickimi.

Oficjalnie Episkopat może umywać ręce, paru tzw. światłych księży może krytykować „dobrą zmianę” , co nie zmienia faktu, że Parlamentarzyści są pod stałą presją hierarchów, a ministrowie, jako stali goście wiadomych rozgłośni są emisariuszami, którzy przywożą instrukcje i życzenia drugiej strony. Kościół katolicki jest de facto koalicjantem w obecnym rządzie. Zatem logika podpowiada, że protest przeciw łamaniu praw ludzkich należy skierować nie do rządu i nie należy czekać do poniedziałku, lecz zacząć w go niedzielę. Powstrzymać się od udziału we mszy, a tym samym osłabić instytucję, której dogmaty są pierwszym i jedynym źródłem opresyjnej polityki. Schorzenia nie leczy się naskórkowo. Logicznych wniosków nie da się przykryć lub odłożyć na bok. Bo one wrócą przy okazji kolejnego zamachu na wolność obywatelską. Kosztowna i bolesna sesja w zbiorowej psychoterapii będzie się powtarzać.

PS. I na tym można by zakończyć, gdyby nie pokusa, aby przewidzieć ciąg dalszy. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że tytułowe czarne sobie pokrzyczą i wrócą we wtorek do pracy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (tego im nikt nie może odebrać!), natomiast czarni (i purpurowi) zwąchawszy zagrożenie ogłoszą, że z miłosiernych powodów  apelują do parlamentu o złagodzenie wniesionej ustawy, a najlepiej o pozostawienie jej w obecnej „kompromisowej” wersji.  (która nota bene wcale kompromisową nie jest, bo dostęp do tak do in-vitro jak do usuwania ciąży we wczesnej fazie powinien być bezwarunkowy, traktowany na równi z innymi zabiegami medycznymi). W ten sposób sukienkowi dobrodzieje na jakiś czas zdejmą z kobiet widmo zagrożenia i znowu wyjdą na jedynych sprawiedliwych. Odwracanie kota ogonem to w końcu ich specjalność. Praktykują to od 2000 lat.

Ostatni bastion przyzwoitości.

25 września 2016

Miała tu być relacja z pobytu w kolejnym pięknym mieście, ale ponieważ wczoraj odbył się marsz KODu, którego echa nadal są w Internecie żywe – muszę kilka słów temu zjawisku poświęcić.
Z oczywistych przyczyn na marszach nie bywam, mam nadzieję, że kiedyś mój grafik cudownie skoreluje się z grafikiem manifestacji, że do wielotysięcznego tłumu dołączę i zrobię sobie fotkę z panem Wujcem lub panią Ostaszewską. Nie mam powodów, by wątpić w dobre intencje założycieli ruchu oraz tych wszystkich, którzy biorą udział w marszach poświęcając swój czas i pieniądze. Od początku istnienia KODu mocno mu kibicuję, dostrzegam jego mankamenty, lecz jako zwolennik demokracji, wolności osobistej i paru jeszcze humanistycznych wartości – wielkiego wyboru nie mam. W powodzi chamstwa, złodziejstwa, złowrogiego nacjonalizmu oraz politycznego, edukacyjnego i ekonomicznego szkodnictwa KOD stał się ostoją rozsądku, troski o państwo i przykładem tolerancji. To bardzo dużo, bo KOD nie zamierza być bojówkarskim ruchem dążącym do konfrontacji z PISem. Lustrzane odbicie sekty kaczyńskiego to ostatnia rzecz, jaka byłaby Polsce potrzebna. KOD jest w polskim życiu społecznym reprezentantem tego, co przyzwoite, rozumne, nacechowane szacunkiem dla ludzi i dla prawa. Nie jest nim w żadnym wypadku instytucja, która winna nim być z racji swego charakteru i wyjątkowego statusu czyli kościół katolicki.

Bo kościół akurat ustawił się po drugiej stronie. Twardo trzyma ze złodziejskim, oszukańczym PISem i wcale się tego sojuszu nie wyrzeka. Dlaczego niby miałby się wyrzekać, skoro (państwowa) kasa płynie doń szerokim strumieniem, niezliczone ulgi i nieformalne układy czynią kler kastą uprzywilejowaną a zapowiedzi reform szkolnych dają biskupom podstawy, by sądzić, że koniunktura jeszcze parę latek potrwa: zindoktrynowane pokolenie młodych polaczków, nawet po zmianie władzy nadal będzie napełniać księżowskie kieszenie datkami a w razie próby oddzielenia Kościoła od Państwa stanowczo i gorliwie będzie „bronić wiary”. Tresura „janczarów” musi trwać.

Zacząłem o KODzie, a zeszło mi na kościół. Czyżbym miał obsesję? Nie, po prostu zestawiłem dwie grupy interesów, które zgodnie z prawami logiki winny się wzajemnie zwalczać i wykluczać, tymczasem u wielu zacnych ludzi deklarujących przywiązanie do demokracji i wartości ogólnoludzkich występuje rodzaj pomroczności, która nie pozwala im dojrzeć oczywistych faktów. Złowieszcza i inspiratorska rola koscioła w destrukcji zycia publicznego jest zbyt często przemilczana i bagatelizowana. Zmęczeni cała sytuacją i zagrożeni bezpośrednimi skutkami „podłej zmiany” ludzie psioczą na kaczyńskiego i jego ekipę, wieszają psy na posłance pawłowicz (ona, tak jak misiewicz albo suski jest na etacie błazna odwracającego uwagę od spraw poważniejszych), a nie zauważają, że bezpośredniej inspiracji i moralnego wsparcia udziela PISowi zwierzchnictwo kościoła katolickiego. Bandzior z Nowogrodzkiej wysyła kasę do Torunia a w zamian za to szamani z Miodowej ogłupiają elektorat. Od czasów premiera Mazowieckiego Episkopat trzęsie polską polityką a im bardziej usłużna władza, tym większe ma szanse trwać przy korycie, bo „dobrze obsłużeni” biskupi uruchomią swoich proboszczów do aktywnego uczestnictwa w kolejnej kampanii wyborczej.

Dwa wnioski: kiedy się chce zmieniać Polskę, nie można iść na marsz KODu w czasie wolnym między sumą a nieszporami. Albo się służy demokracji albo wrogom demokracji. Albo się pragnie wolności obywatelskich, przejrzystości w życiu publicznym i wyrównywania zapóźnień cywilizacyjnych albo się ma duszę niewolnika dumnego ze swojego zaścianka. Nie ma co udawać, że KK kocha demokrację albo, że biskupom zależy na relacjach Polski z Europą, na prawach kobiet i wzroście krajowego PKB.  I niech nikt nie mówi, że kościół to nie biskupi, tylko ogół wiernych. Teoretycznie tak, fajnie to nawet brzmi „my  tworzymy wspólnotę wiernych”, ale odpowiedzcie sobie od razu, ile wy w tej wspólnocie macie do powiedzenia? Praktyka pokazała, że Episkopat nie słucha nikogo prócz siebie. Jest głuchy na apele Franciszka, na opinie katolickich publicystów, na zatroskane głosy zasłużonych intelektualistów też katolickich. Zwykły parafianin jest dla kleru pospolitą owcą, która milcząco ma dać się policzyć na mszy (statystyki dają biskupom oręż w rozmowach z rządem i Parlamentem) a wcześniej wnieść stosowne opłaty i posłać dziecko do komunii.

Wiedzcie więc przyjaciele z KODu, że źródłem obecnego zła w tym samym stopniu jest PIS co polski kościół katolicki.
Prof. Środa nie pierwsza to zauważyła:

Myślę, że czas na jakąś rewolucję. Głosowanie w sejmie nad ustawami aborcyjnymi i skierowanie do komisji tej barbarzyńskiej (Stop aborcji), to kolejny, tym razem milowy, krok na drodze ku piekłu kobiet. (…)

Trzeba uderzyć w fundamenty tego fanatyzmu, głupoty, zaściankowości i nienawiści do kobiet, czyli w Kościół i jego cynicznych hierarchów żądnych władzy. Przestańcie chodzić do Kościoła, Bóg jest wszędzie! Wiara może być piękna a w Kościele jest tylko PiS i inkwizytorzy kobiet. Jak mówiła Arendt, największą przyczyną zła jest bezmyślność, posłuszeństwo, rutyna.

Obudźcie się ci, którzy wspieracie ten nieludzki kościół, a potem dziwicie się, że nie macie praw, że jesteście otoczeni przez złych, okrutnych ludzi, którzy bardziej przejmują się zapłodnioną komórką niż waszym życiem.

Wtóruje jej dziennikarka i feministka Paulina Młynarska:
„Tak długo, jak kościoły będą pełne, tak długo będziemy w czarnej dupie.”

I ma rację: jeśli chce się przywrócić demokrację oraz wyłonić władze, które rzeczywiście zadbają o rozwój kraju we wszystkich sferach, nie wystarczy co cztery lata wrzucić kartkę do urny. Przy powszechnej głupawce niedokształconych obywateli podżeganych przez połączone siły narodowo-katolickie głosik na lewicę lub partię centrową to za mało, żeby zapełnić sejm ludźmi kompetentnymi i odpowiedzialnymi. W tym względzie potrzebna jest poważna zmiana. Żeby przywrócić znaczenie słowu demokracja, obywatele muszą nabyć trochę wiedzy i zacząć odróżniać to co mądre, od tego co głupie; co służące ogółowi a co wyłącznie wąskiej, ubranej w patriotyczne i religijne pióra grupie idącej po trupach po władzę. Wielkim, najważniejszym zadaniem KODu jest edukacja obywatelska. To jedyna szansa na całkowite odrzucenie groźby dyktatury.

Ostatnie wybory dowiodły wielkich zaniedbań na tym polu: banda zmanipulowanych durniów wybrała bandę złodziei, żeby ci w ich imieniu rozpruli państwową kasę. Dla niepoznaki okrasili ten proceder bogoojczyźnianymi hasłami i parszywą propagandą. Obecnie trwa dzielenie łupów i odbywa się to wg bolszewickiego klucza: wam damy po 500 zł a dla siebie zatrzymamy odbite od poprzedników posady w spółkach skarbu państwa, zaprzyjaźnione szkole medialnej damy sute dotacje, wesprzemy projekt Św. Op. Bożej oraz wymyślimy tysiąc księżycowych projektów, których beneficjentami będą ludzie „lepszego sortu”.
Dzięki KODowi i wszystkim ludziom zaangażowanym w jego akcje ta tragiczna sytuacja może się zmienić. Pod warunkiem wszakże… patrz wyżej.

Pod papugami

28 marca 2016

Parę tygodni temu, pod artykułem dotyczącym wypadku limuzyny wiozącej Dudę z kolejnego wypadu w góry (tym razem z Karpacza), pojawił się celny komentarz: „On powinien być instruktorem narciarskim a nie prezydentem”. Po jakimś czasie zabawny bon mot podjęła w krytycznym wobec Dudy wywiadzie Jadwiga Staniszkis.
Przykładów na to, jak gwiazdy medialne czerpią z gotowców znalezionych w internecie można przytoczyć więcej. Stało się regułą, że zanim jakieś śmielsze opinie trafią do mainstreamu, najpierw pokazują się na blogach, forach, w komentarzach. Blogerzy i wolni strzelcy nieskrępowani konwenansami ani strachem przed wydawcą, mogą formułować dowolne teorie. Znaczny z nich procent trafia od razu na śmietnik, ale część zostaje zauważona, wędruje dalej i wypływa z innych, prominentnych ust. Anonimowi internauci nie mają się o co obruszać, bo przepływ trwa także w drugą stronę: ciekawsze wypowiedzi dziennikarzy lub polityków krążą po sieci rozpowszechniane jako „głos rozsądku”, choć częściej jako żarty lub tematy memów. Podpatrujemy i cytujemy się wzajemnie. Jak jeden mąż kołyszemy się nad klawiaturami w rytm piosenki „Pod papugami”. Tylko jeden Tomasz Lis ma lepszą sytuację, bo tyle trafnych prognoz postawił, że może z powodzeniem cytować wyłącznie siebie. Ostatnio wydał książkę pt. „A nie mówiłem?”, gdzie też pewnie cytuje.

Mogę być posądzony o megalomanię, ale wbrew pozorom, przewidywanie rozwoju wypadków na podstawie bieżącego oglądu wcale nie jest trudne. Czy ktoś (poza pisowcami, kukizami i kucami od korwina) miał wątpliwości, jakie będą ekonomiczne i dyplomatyczne efekty dojścia PISu do władzy? To partia katastrofy, znakomicie sprawdzająca się w rozwalaniu i niszczeniu – więc nie trzeba być Wernyhorą, żeby skutki jej działań z grubsza przewidzieć.

To również partia głupców. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: Puszcza Białowieska. Pisowski minister uparł się, żeby w puszczy dokonać wycinek wbrew protestom, opiniom naukowym i groźbie sankcji ze strony Unesco. Artykuł w „The Guardian” przytacza znane fakty a smaczku dodaje uwaga, że znacznie większy obszar puszczy leżący po stronie białoruskiej w całości znajduje się pod ochroną. Tamtejsze dzięcioły, żuczki i gryzonie mogą spać spokojnie. Powiedzcie, po kiego czorta rząd uwikłany w konflikt o TK i dziesiątki innych spraw budzących szeroki sprzeciw, rzuca się z siekierami na skrawek lasu? Zyski z wyrębu nie pokryją strat wizerunkowych. Zatem powstaje pytanie z dziedziny psychiatrii: jaką tym razem traumę prezes chce odreagować na zrębie dziewiczego lasu? Czy przypadkiem nie o to dziewictwo chodzi? Brak życia seksualnego aż tak uwiera?

Kilka wpisów temu przewidywałem, że idąc tak szerokim frontem (frontem już nawet nie białoruskim, bo Łukaszenko jednak Puszczę oszczędził) PIS nagrabi sobie u wielu, niepowiązanych ze sobą grup społecznych i zawodowych. Potwierdzenie, nie pierwsze zresztą, znalazłem dziś w Wyborczej:

Rząd rozwściecza przedsiębiorców, rolników, rodziców, w których uderzy wycofanie 6-latków ze szkół i brak miejsc w przedszkolach dla 3-latków, kobiety obawiające się zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej i ograniczenia dostępu do pigułki „dzień po”. Ostatnio minister Szyszko stojący na czele resortu dewastacji środowiska wywołał liczne sprzeciwy, gdy zarządził potężną wycinkę Puszczy Białowieskiej. Najpewniej zaraz obudzą się internauci zagrożeni niekontrolowaną inwigilacją sieci przez służby specjalne. Wszystkich tych konfliktów nie zrekompensuje program „500+”. Klęskom w polityce wewnętrznej towarzyszy katastrofa w stosunkach zagranicznych.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,19830430,pis-jest-w-kleszczach-miazdza-go-wlasne-slabosci-oraz-sila.html#ixzz44CtpsuN7

A’propos stosunków zagranicznych: wczorajszy dzień przyniósł dwie ważne informacje: prezydent Obama nie znajdzie czasu dla polskiego PIS-prezydenta, natomiast Mateusz Kijowski spotka się w USA z przedstawicielami Senatu i wpływowymi intelektualistami. I druga rzecz: PIS chyłkiem wycofał się pomysłu organizacji wzorowanego na faszystowskich marszach Marszu Miliona. Dwie porażki wizerunkowe, które w obecnym rozhuśtaniu nastrojów mogą okazać się pierwszymi gwoździkami do trumny PISu. Za wcześnie? Mam nadzieję, że za wcześnie. To szaleństwo powinno jeszcze potrwać, żeby mocno dało się we znaki naiwniaczkom zwabionych na lep obietnic socjalnych i zapowiedziami podniesienia Polski z kolan. A także po to, aby antypisowsko nastrojeni obrońcy prawa, szlachetni zwolennicy stabilizacji i niezmordowani uczestnicy marszów KODu przyswoili sobie podstawową prawdę o przyczynach obecnego zamordyzmu. Prawdę, którą zręcznie wyartykułował internetowy komentator o ksywce duszpastuszek.

Ten zamach stanu to oni, czyli kaczyści i kler, musieli razem przygotować – musiała to być zmowa, gdyż bez pewności co do poparcia biskupów Kaczyński nigdy nie odważyłby się na ten skok. Kaczyński jest tchórz i wszarz, ale głupi to on nie jest.
A przy okazji, tak się składa, że zarówno faszyści jak i katolicki kler nienawidzą demokracji – od zawsze. Nie tylko o spodziewaną przez kler kasę idzie tu zatem. Oni po prostu wspaniale się dobrali. Choć mogło się wydawać, że po doświadczeniach we Włoszech Mussoliniego, Hiszpanii za czasów Franco, Portugalii Salazara, Chile Pinocheta, Polski okresu sanacji,kler katolicki zrezygnował z rycia pod demokracjami. Nie! Kościelna reakcja antydemokratyczna trafiła na podatny grunt w Polsce.

Kiedyś, bodaj w roku 1983, wyraziłem opinię, że komuna musi upaść w ciągu kilku lat, ale największą przeszkodą dla zadomowienia się w Polsce demokracji będzie katolicki Kościół, który wyczeka okazji, by skutecznie podstawić jej nogę. Właśnie to uczynił. Pytanie tylko – na ile skutecznie.
Gdy Polska znajdzie się na śmietniku Europy – pamiętajcie o biskupach i reszcie kleru. To oni inspirują tę faszystowską bandę. To oni przyczynili się do wygranej PiSu i Dudy – do obalenia demokracji poprzez eliminację TK. Nie zapomnijcie!

To na potwierdzenie, że odważne, nierzadko prorocze obserwacje i diagnozy najpierw pojawiają się w sieci, a potem dziennikarskie i profesorskie papugi podejmują je publicznie. Pytanie tylko, czy zdążą polski lud oświecić, zanim KK w obawie przed coraz dotkliwszą utratą owczarni nie wsadzi PISu na minę i nie przyczyni się do odebrania mu władzy?