Archive for the ‘spoleczeństwo’ Category

Zasłony ze śmiesznego dymu

19 października 2016

Wcale nie trzeba w Polsce mieszkać, żeby wyrobić sobie o niej zdanie, i żeby poczuć emocję, którą obecna Polska @dojnejzmiany wzbudza. Media każdego ranka informują, w którym kościele akurat przyklękała nosicielka broszki, w jakim zajeździe gulasz spożywał nadszyszkownik Kaczyński albo jakiemu zjazdowi w chwili wolnej od klęczenia i całowania w biskupi pierścień patronował niezłomny miłośnik „Łupaszki”i patron ONRowskich spędów.

Ludzie dzielą się newsami na Facebooku, wrzucają filmy na blogi i robią to często z powodów odwrotnych od zamierzeń autora. Poznański teledysk reklamujący uroczystości z okazji rocznicy chrztu był tak kosmicznie zły i żenujący, że promowali go głównie ludzie niechętni rozpanoszonemu klerowi i instytucji kościelnej. Na YT film ten miał ponad milion odsłon. Komentatorzy zastanawiali się, czy to jest produkcja serio, monthy pytonowski pastisz czy prostacki sabotaż. Podejrzenia o sabotaż były całkowicie zasadne. Nikt poważny nie pozwoliłby sobie na tak groteskowe potraktowanie poważnego tematu. Ale to pozór, bo teledysk o chrzcie jak najbardziej autentyczny był. Robili go gorliwi katolicy, ludzie niepoważni.

Nie od dziś wiadomo, że nasza wrażliwość diametralnie różni się od ich wrażliwości. Co nam wydaje się szczytem obciachu, kalką z najśmieszniejszych filmów Barei, wyznawcy prezesa K. przypisujący brzozie smoleńskiej mordercze skłonności traktują ze śmiertelnym patosem. Z braku dystansu i z nadmiaru kompleksów wpadają w ten patos łatwo i chętnie. Wiedza historyczna i wierność faktom jest dla nich jeśli nie balastem, to sprawą zupełnie obojętną. Wystarczy, żeby ktoś w patriotyczne bębny walił, upiorne melodie zemsty na wrogu klasowym fałszując wyciągał, pójdą za nim jak w dym. Kiedy nam się coś kojarzy i zaczynamy widzieć siebie w szerszej, historycznej i geopolitycznej panoramie, im zupełnie nic się nie kojarzy, mgła patriotyczna niczym bielmo Zagłoby oczy im przesłania. Nie ma co udawać, że się nie różnimy. Gdybyśmy się nie różnili, bylibyśmy nim i a nimi nigdy nie będziemy, po nie potrafimy być jak oni prostaccy, głupi i chamscy. Kiedy nam ze śmiechu łzy płyną, oni na baczność stają, na kolano przyklękają, łapki składają, karocami się wożą, kokardy przypinają, w amok wpadają, pomniki stawiają.

Każdy z was zastanowił się już nie raz, dlaczego „pisowskie porządki” robione są w takim nieporządku. Na głowie mają niedokończoną sprawę Trybunału, na ulice wychodzą kobiety i nauczyciele, rozwija się akcja protestacyjna w sprawie Puszczy Białowieskiej, trwa mobilizacja KODU i zwołuje się kolejne marsze a Komisja Wenecka stawia coraz twardsze ultimata. Po co do tego bajzlu dokładać wypowiedzi nadpobudliwej posłanki Krystyny P., po co powtarzać w Wiadomościach cyniczne oskarżenia wobec Michnika i dyrdymały Ziobry o super-spec-nadzwyczajnych komisjach? Tego jest zwyczajnie za dużo. Kto nie ma kato-narodowo-pisowskich klapek na oczach może poczuć się zagrożony skalą zamachu na wolności obywatelskie, równowagę ekonomiczną, edukację dzieci, życie żubrów i zdrowy rozsądek.

Oni byliby wyłącznie śmieszni, gdyby jednocześnie nie byli straszni. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta mimowolna groteska ma przykryć poważne zagrożenie. Gdy obserwuję w mediach ich ignorancję i arogancję, kolejne projekty wykopania, zniszczenia, obcięcia, segregacji lub unifikacji – nie jest mi do śmiechu. I z większa rezerwą traktuję pojawienie się na ekranie opasłego biskupa jadącego niczym Kopciuszek w rokokowej karecie. Coś mi mówi, że ta maskarada jest tylko zasłoną dymną. Tak samo jak rozdmuchiwanie dętych afer i aferek z żołnierzami wyklętymi, pogrzebami, komisjami i gimnazjami.

Chwilami wygląda na to, że prezes K. jednym chochołom nakazał przed kamery wychodzić i na pośmiewisko się wystawiać, innym zaś zalecił, żeby bezprzykładną butą, chamstwem i brakiem rozsądku przeciwników do szewskiej pasji doprowadzać. Niech sobie pokrzyczą futerkowi wegetarianie, niech sobie zakładają dwukolorowe rękawiczki, niech się gotują i bulgoczą, może do mile widzianej konfrontacji siłowej doprowadzą. My tymczasem w zaciszu gabinetu nasze ziobro-sprawki będziemy omawiać, polski kapitał na rzecz Putina trwonić, a żeby nam włos z głowy nie spadł każemy Kamińskiemu plany inwigilacji kreślić a Macierewiczowi kibolski narybek szkolić. Minister Szyszko z biskupami będą wznosić toasty za dalszą kretynizację życia publicznego…

To, że obecna władza strzela sobie w kolano – widzimy tylko my, większa część Europy oraz redaktorzy światowych gazet. Elektorat pisowski na wymowę faktów jest odporny. Ślepa wiara w geniusz prezesa i jego akolitów uniemożliwia im zrozumienie zawiłości polityki. Zatem prezes i akolici maja ułatwione zadanie: robią medialny szoł wyłącznie dla swojego elektoratu – a ten ani śmieszności ani grozy w poczynaniach tej ekipy nie widzi. Rządzącym wydaje się, że są wybraną przez boga i naród elitą. Musi być to mniemanie mocno zakorzenione, ponieważ w ogóle nie zauważają swojej głupoty. Z tego bierze się niedocenianie i notoryczne obrażanie się na przeciwnika – czyli na nas. Jestem przeciwnikiem PISu od stóp do głowy, od świtu do zmierzchu, całą dobę siedem dni w tygodniu (dni świątecznych nie uznaję). Bezpośrednio rządy kleru i PISu we mnie nie uderzają: ziemi rolnej nie zamierzam nabywać, edukacja (czytaj narodowo-katolicka indoktrynacja) już mi nie grozi,  podobnie  zakaz aborcji i antykoncepcji, ucieczka kapitału i spadki na giełdzie też niewiele dla mnie osobiście znaczą. Całego PISu, jego funkcjonariuszy i wyznawców nie znoszę za dwie rzeczy:  niszczenie gospodarki i rozwalanie poczucia bezpieczeństwa Polaków; po drugie: obrażanie mojej inteligencji.

Ot choćby pro-pisowski dyrektor lasów państwowych, którego wypociny zacytował na Fb Adam Wajrak (Mocna rzecz, tylko dla orłów):

Pan Dyrektor Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski, który już wydał zarządzenie o duszpasterstwie w Lasach teraz popełnił dokument o wycieczkach i imprezach. Jest to rozporządzenie z cyklu „oczko się temu misiu”:

* Wycieczki wypoczynkowe – krajowe i zagraniczne
Istotą wycieczek wypoczynkowych jest krótkotrwały (…) wyjazd pracowników jednostek organizacyjnych LP do atrakcyjnych wypoczynkowo miejsc czy miejscowości (np. usytuowanych nad wybrzeżami morskimi, jeziorami czy na terenach górskich), przede wszystkim w celu skorzystania z kąpieli słonecznych, wodnych, a także zabiegów odnowy biologicznej (w połączeniu z różnymi formami odpoczynku czynnego, np. w połączeniu z przejażdżkami kajakami, rowerami itp.)

* Występy zespołów hejnalistów leśnych (z elementami współzawodnictwa)
Występy hejnalistów mogą natomiast stanowić element autonomicznej imprezy monofunkcyjnej lub autonomicznych imprez wielofunkcyjnych (występy hejnalistów w połączeniu z imprezami wypoczynkowymi, występy hejnalistów w połączeniu z wycieczkami na grzyby i jagody.

* Prezentacja wabienia zwierzyny oraz inne naśladownictwo odgłosów fauny leśnej (z elementami współzawodnictwa)
Prezentacja naśladownictwa odgłosów zwierząt leśnych stanowi bez wątpienia oryginalną atrakcję kulturalną samą w sobie. Do występów osób naśladujących odgłosy zwierząt należy stosować odpowiednio charakterystykę imprez pracowniczych, obejmujących występy zespołów hejnalistów leśnych.

* Przedstawienia i inscenizacje kameralne
Przejawem imprezy pracowniczej są natomiast przedstawienia i inscenizacje leśników – aktorów amatorów. Mogą one przybierać formę przedstawień plenerowych (…) Plenerowe przedstawienia i inscenizacje powinny upamiętniać ważne wydarzenia historyczne z udziałem leśników lub z wykorzystaniem lasów (na przykład potyczki partyzanckie z okresu II wojny światowej, przemarsz wojsk z rozwinięciem w lasach obozów na odpoczynek, akcje zwalczania wielkoobszarowych pożarów lasów, dawne technologie prac hodowlanych itd., itp.)

* Zawody pływania długodystansowego
Z mocy niniejszego zarządzenia – w Lasach Państwowych dopuszcza się przeprowadzanie Dorocznych Amatorskich Zawodów w Pływaniu Długodystansowym Leśników.

* Spotkania biesiadne
Spotkań biesiadnych nie należy mylić z serwowaniem posiłków podczas narad gospodarczych czy szkoleń. W rozwiązaniu standardowym – spotkania biesiadne nie powinny stanowić imprez samoistnych. Mogą natomiast stanowić część składową imprez monofunkcyjnych, a najczęściej stanowią część składową imprez wielofunkcyjnych. Podczas spotkań biesiadnych należy dążyć do serwowania żywności o podwyższonej jakości oraz posiłków z darów lasu.

To już koniec cytatu. W tej wysoce niezręcznej sytuacji nie mam już nic do dodania. Darz bór! 🙂

_MG_7322

Reklamy

Jak dżdżownice po deszczu

4 października 2016

Z obserwacji przyrody pamiętam, że po ciepłym deszczu z ziemi wychodzą dżdżownice. Nie zadałem sobie nigdy trudu, by dociec naukowych przyczyn tego zjawiska, z pewnością nie wychodzą wabione grą indyjskiego fletu ani okrzykami „Pull Up, Pull Up”. Może, jak małe dzieci lgną do swoich pasterzy, tak dżdżownice lgną do wilgoci… Przyznać muszę, że o obyczajach glist, dżdżownic i wszelakiego płazu wiem niewiele. Jednak to, co wiem o przedstawicielach łatwej do rozdeptania fauny, pozwala wysnuć pewną analogię.
Mamy dziś wtorek, wczoraj był Czarny Poniedziałek. Ilość głupców, jacy od wczorajszego popołudnia zdążyli wychynąć z ziemi i zabrać publicznie głos jest zdumiewająca. A najbardziej warta uwagi jest przyczyna, która ich popchnęła do tych desperackich czynów.

Jeszcze w czasie trwania kobiecego protestu odezwał się biskup – oni zawsze muszą być pierwsi – Jędraszewski posyłając miłosierne gromy w kierunku kobiet, które wg niego „głoszą czarną ewangelię”. Nie słyszałem wcześniej o czarnej ewangelii – ale skoro biskup mówi, widać się zna. Lepiej niż ja na glistach. Kazanie w łódzkiej katedrze musiało być długie i troskliwy duszpasterz Jędraszewski zdołał wykrzyczeć jeszcze, że „Kłamstwo nie zna granic bezczelności”. To z pewnością nie była samokrytyka. Prędzej kumak drzewny zagra sonatę Beethovena, niż biskup przyzna się do błędów Kościoła.

Wtórował mu biskup Hoser – były afrykański misjonarz znany ze swojego gołębiego serca. Tym razem Hoser nie użalał się nad ks. Lemańskim i nie opłakiwał milionów mieszkańców Rwandy zasiekanych maczetami, za to w deszczowy warszawski dzień lał krokodyle łzy nad losem dzieci nienarodzonych, które „giną w ciszy”. „Tym dzieciom nie dane było zobaczyć światła dziennego, doświadczyć miłości. Są zabite tam, gdzie miało być ich najbezpieczniejsze miejsce, pod sercem matki.” Demagogia i obrzydliwy fałsz płynący z tak sformułowanego zdania są tu większe niż głupota Hosera, ale wypadało ten myślowy odprysk odnotować. Nazajutrz Hoser dodał jeszcze, żeby nie przesadzać z tą ciążą z gwałtu, bo „stres podczas gwałtu jest tak silny, że rzadko dochodzi do zapłodnienia.” Serio, tak powiedział.

Stosownie do swoich możliwości intelektualnych pokazał się w mediach Witold Waszczykowski – zrządzeniem boskim minister spraw zagranicznych w pisowskim rządzie. Ten tytan myśli, znany z okrzyku „Nie zabijajcie nas!”, w radiu RMF czarny protest skomentował słowami „niech się bawią”. Dziennikarz uświadomił mu, że kobiety wyszły upominać się o swoje prawa, i że to  zabawą  nie jest, lecz było już za późno. Waszcz uwierzył w swój geniusz i nazajutrz rano publicznie wypalił, że te czarne marsze z cipkami na transparentach to kpina i happening, na którym wykrzykuje się głupkowate hasła. „To nie jest sposób rozmowy na temat życia i śmierci” – podkreślił imć Waszczykowski, nie wiedząc, że jego śmierć polityczna czai się za drzwiami.

Rzeczniczka klubu PIS oświadczyła publicznie, że to, co wydobył z siebie Waszczykowski, było jego prywatną wypowiedzią. Nie wiemy czy pani Mazurek odcięła się od szefa MSZ  prywatnie, czy uczyniła to jako rzeczniczka partii, ale mniejsza o to. Ważne, że się odcięła i w tym momencie dla badacza przyrody stało się jasne, że wśród dżdżownic też obowiązuje zwyczaj, by dla ratowania stada jedną poświęcić . W takich sytuacjach zostawia się wytypowane dżdżownice na powierzchni ziemi a pozostałe nurkują głęboko, aby umknąć przed wzrokiem i dziobem sępów. Sępy na Waszczem już krążą, ale jego kochana partia poddała go dodatkowym torturom w postaci wysłuchania połajanki jęczącej Beci, o której niektóre publikatory piszą, że jest premierem rządu Kaczyńskiego. Becia spuszczona ze smyczy zrugała ponoć Waszcza wiedząc, że może sobie na to pozwolić i  tym razem nikt jej za to nie zruga. Także wśród dżdżownic istnieje coś takiego jak rekompensata własnych krzywd i odreagowanie na kimś słabszym.

Złotą myślą godną eurodeputowanego z partii PIS zabłysnął Zbigniew Kuźmiuk.
„Przed chwilą cieszyliśmy się z 39 medali sportowców niepełnosprawnych. Cieszyliśmy się, witaliśmy ich z radością. A jednocześnie bez zmrużenia oka mówimy, że jeżeli dziecko ma podejrzenie jakiejś niepełnosprawności, to możemy je zabijać.” Na pewnym portalu napisano, że ta wypowiedź jest szczytem idiotyzmów wzbudzonych zamieszaniem wokół nieszczęsnej ustawy antyaborcyjnej, która wymknęła się PISowi spod kontroli. Nie jestem tego pewien, bo za chwilę mogą pojawić się inni. Dawno nie słyszeliśmy posła Pięty…

Tak czy owak głupców nie sieją i, żeby nie było, że niesprawiedliwie czepiam się partii ze sprawiedliwością w nazwie, wspomnę o matołku z Platformy. Tenże matołek nazywa się Schetyna i z sobie tylko znanych powodów trzyma łeb pod powierzchnią ziemi, żeby nie zauważyć zmieniających się oczekiwań peowskiego elektoratu. Ogłaszanie z partyjnej mównicy pomysłu zachowania obowiązującej obecnie ustawy antyaborcyjnej i nazwanie jej „kompromisową” jest sygnałem, że PO jako partia ma przed sobą dwie drogi: albo poprosić sępy, żeby zjadły bezkręgowca Schetynę i pozwoliły ocalałej reszcie ogarnąć się na nowo, albo wykrzykując hasło „bo nasza jest racja moralna” razem z bezkręgowcem popłynąć do tego pachnącego amoniakiem oceanu, w którym od lat pływa AWS, SLD i szczątki Ruchu Palikota. Niejedno oblicze ma głupota.

Nie będę udawał, że mnie to martwi. Przeciwnie: im częściej kompromitują się religijni fanatycy i niedowarzeni watażkowie, w których zwykły protest społeczny uruchamia furię, tym mocniejsza jest nadzieja, że ich kretynizm, oszustwa i zniszczenia dokonane w obszarach gospodarki, edukacji, rolnictwa, leśnictwa, obronności i sądownictwa zostaną wreszcie zauważone i należycie ocenione przez szersze niż dotychczas masy społeczne. Poza tym zwyczajnie lubię łabędzi śpiew przerażonych dżdżownic. Długo czekałem, żeby tę melodię usłyszeć.

Weneckie blaski i cienie

18 września 2016

Mapka pojawia się tu nieprzypadkowo. Któregoś dnia, zamiast zapuszczać się w zaułki historycznych dzielnic, postanowiłem obejść weneckie obrzeża – mniej ludne, nie tak malownicze jak ścisłe centrum, i z pewnością mniej rozpoznawalne. Żeby tam dotrzeć, musiałem skorzystać z tramwaju wodnego, bo jeśli w Wenecji mówimy o obrzeżach, muszą to być wyspy. Zanim z Wielkiego Kanału wydostaliśmy się na otwarte wody zatoki, przepłynęliśmy pod nowoczesnym mostem, po którym kursują wagoniki bezzałogowej kolejki łączącej Piazzale Roma (jedyny plac dostępny dla ruchu samochodów i busów) oraz terminal portu Marritima, do którego przybijają promy pasażerskie. Konstrukcja mostu widziana z dołu przypomina kręgosłup dinozaura.

img_7925

Pierwszym celem podróży była Giudecca – wyspa o podłużnym kształcie widoczna u dołu mapki. Wysiadłem na pierwszym przystanku i ruszyłem wzdłuż nabrzeża.
Giudecca jest wąska, ponad kanałami przecinającymi ją poprzecznie widać kolejna wyspę – Lido. W jednym z korytarzy wiodących na obszerny dziedziniec nieczynnej manufaktury trafiłem na starą gondolę, wyposażoną w budkę chroniąca przed wiatrem, deszczem i wścibskimi spojrzeniami. Takie gondole można zobaczyć na obrazach Canaletta. Być może z podobnej korzystał Henryk Walezy, który bawiąc w Wenecji po ucieczce z Krakowa, pod osłoną nocy wymykał się do domów schadzek.

_mg_7959

Giudecca zaskoczyła mnie spokojem, który jak się można domyślać, wynikał z niewielkiej liczby turystów. Na tym skrawku lądu hoteli i zabytków było mniej. Większość zabudowań stanowiły domy mieszkalne, szkoły oraz magazyny i drobne wytwórnie. Stali mieszkańcy w większym stopniu niż ich sąsiedzi po drugiej stronie kanału mogli tu czuć się u siebie. Panowała  atmosfera spowolnienia a nawet zapóźnienia, którego nikt nie starał się specjalnie nadrabiać. Miejscowi krzątali się na podwórkach, plotkowali przed sklepami i pozdrawiali się w pasażach. Fale chlupały o kamienny brzeg, policjanci wolnymi krokami odmierzali czas do końca służby.

img_7974

img_7953

Po dwudziestu minutach marszu, z jednym tylko przystankiem na kawę, dotarłem na schody kościoła Il Redentore, którego biała fasada góruje nad okoliczną zabudową. Kościół, jak na warunki weneckie, jest całkiem nowy. Powstał w drugiej połowie XVI wieku a autorem projektu jest słynny Andrea Palladio, twórca własnego stylu opierającego się na wzorach greckich i antycznych rzymskich.

Il Redentore, który widywałem wcześniej z przeciwległego brzegu, zbudowany jest z rozmachem, którego nie powstydziliby się patrycjusze rzymscy. Kamienna fasada zwieńczona trójkątnym tympanonem podtrzymywanym przez cztery masywne półkolumny oraz ozdobiona wyrazistym portykiem oraz dwiema symetrycznie umieszczonymi niszami robi imponujące wrażenie. Obecność szerokich zewnętrznych schodów jeszcze to wrażenie potęguje. Wnętrze, w którym dominują masywne kolumny podtrzymujące półkoliście zwieńczony jasny sufit, potężne okna wpuszczają snopy światła rozlewającego się po kamiennej posadzce a niezaprzeczalna harmonia jest wynikiem ścisłego podporządkowania regułom matematycznym – to wnętrze jest bardzo eleganckie i jednocześnie bardzo zimne. To samo można powiedzieć o stojącym nieopodal kościele  San Giorgio Maggiore. Oba zaprojektował Palladio.

img_7963

W obu można dostrzec triumf ludzkiego umysłu i oba są jednako pozbawione ducha. Gdzie im tam do pełnego złoceń, bizantyjskich malunków i odwiecznych tajemnic wnętrza bazyliki? Gdzie im do urokliwego mroku gotyckich i romańskich kościołów z okolic mostu Rialto? Niebo a ziemia. Już wiem dlaczego przed San Marco od rana ustawiają się tasiemcowe kolejki chętnych, a tu odgłos migawki aparatu echem odbija się od ścian. Nie wypadało jednak tak ważnego punktu w panoramie miasta pominąć. Kiedy znowu z podcieni Pałacu Dożów popatrzę na białą fasadę San Giorgio, przypomnę sobie, co widziałem we wnętrzu: nieskazitelna biel ścian, masywne, idealnie uszeregowane kolumny i wysokie sklepienia a pod nim lśniąca posadzka i znudzona bileterka. Może pięć osób snujących się wśród kolumn. Większym zainteresowaniem cieszy się dziedziniec, z którego roztacza się romantyczny, a dzięki licznym obrazom, filmom i reprodukcjom, mocno utrwalony w zbiorowej świadomości widok na Pałac Dożów i dzwonnicę. Wszyscy chyba znają obraz Canaletta przedstawiający odświętnie dekorowane łodzie, barki i gondole sunące po wodach zatoki podczas ceremonii zaślubin z morzem. Wielkie spektakle odbywały się w tym unikalnym miejscu nie tylko w zamierzchłej przeszłości.

W 1989 roku na specjalnej platformie umieszczonej w centralnym punkcie basenu, dokładnie między San Giorgio a biblioteką Sansovino odbył się koncert grupy Pink Floyd. Wokół pływającej estrady na niezliczonej ilości jachtów, łódek i platform oraz na wysuniętych cypelkach lądu zgromadziło się około 250 tys. widzów. Musiało to być imponujące widowisko, Pink Floyd lubił szokować widownię efektami dźwiękowymi i świetlnymi, więc trudno sobie wyobrazić, by w obecnych warunkach zdecydowano się na coś podobnego. Choćby ze względów bezpieczeństwa. Przyznam, że wcale nad tym nie ubolewam. Wenecja, żeby przetrwać, potrzebuje spokoju a nie laserowych świateł i decybeli.

img_7984

Jest na Youtube film mówiący o historii Wenecji i współczesnych jej problemach. Na początku oglądamy domniemane miejsca, w których „perła Adriatyku” miała dopiero powstać: porośnięte sitowiem wyspy, muliste rozlewiska, mokradła i ciągnące się po horyzont błota. Rysunkowe animacje pokazują, jak odbywało się wbijanie drewnianych pali w grząskie dno, jak na tych palach budowano pierwsze drewniane domy. W miarę zdobywania doświadczeń, decydowano się powiększać budowle a zamiast ścian drewnianych wznosić murowane. To także był eksperyment. Gdy się powiódł, a marmur z Istrii stosowany jako podwalina okazał się wodoodporny, kościoły i pałace zaczęły powstawać w Wenecji jak grzyby po deszczu.
Najstarszym kościołem weneckim jest maleńki San Giacomo di Rialto położony u podnóża schodów słynnego mostu. Jego początki datuje się ostrożnie na V wiek. Ale pierwszy wielkogabarytowy kościół wsparty w całości na dębowych palach powstał w VII wieku na konkurującej z Wenecją wyspie Torcello. Próba wypadła pomyślnie, dębowe pale zanurzone w wodzie uzyskują po latach strukturę i twardość skały, jednak grząskie dno poddawane wstrząsom i wibracjom nigdy nie pozwoliło się obłaskawić. Dlatego kościół na Torcello (obecnie katedra), podobnie jak setki innych starych budowli, wielokrotnie przebudowywano i naprawiano. Wiele budynków trzeba było rozebrać, sporo wież zawaliło się, a inne wyraźnie odchylają się od pionu. Mimo obecnej wiedzy i technicznych możliwości problem nadal istnieje. Jak pokazuje wspomniany film, nie tylko problem grząskiego dna zagraża Wenecji. Obecnie są to na przykład wibracje powodowane przez coraz większe silniki jednostek pływających. No i podnoszący się stale poziom morza.

_mg_8082

Prześwietna Serenissima przeszła już przez wszystko: wysiłek pierwszych osadników walczących o przetrwanie, mozolne budowanie osad, obserwacje przyrody, przechodzenie od rybołówstwa i myślistwa do wytwórczości i handlu, kult religijny, tworzenie się struktur społeczeństwa hierarchicznego, prowadzenie wojen, powstawanie miast, banków, portów i manufaktur, zawieranie i łamanie traktatów pokojowych, podbój i kolonizacja sąsiednich krain, pomnażanie bogactwa, wykorzystywanie mitów religijnych do umacniania władzy, plagi i karnawały, rozwój nauki i sztuki, dalsze bogacenie się, bunty niższych warstw społecznych, deprawacja wyższych, konieczność nadążania za szybkim rozwojem technologicznym, mniej lub bardziej świadome stawanie się częścią globalnej wioski i wreszcie stawianie czoła zagrożeniom wynikającym m.in. ze zmian klimatycznych wywołanych działalnością ludzi.
Losy Wenecji są wiernym odbiciem losów naszej cywilizacji, choć zagrożenia dotyczące jej egzystencji są jakby bardziej widoczne. Tak mały punkt na mapie łatwiej wziąć pod lupę. Nie sposób sobie wyobrazić, że tego miasta mogłoby nie być, lecz z drugiej strony trudno lekceważyć wiszące nad nią zagrożenia. Ponad sto lat temu pewien filozof powiedział „my, cywilizacje wiemy już teraz, że jesteśmy śmiertelne”. Gdyby Wenecja miała zginąć – jak bez niej poradzi sobie reszta świata? Czy nie będzie to spóźniony sygnał ostrzegawczy?
Mam nadzieję, że nie są to pytania, na które obecne pokolenie będzie musiało odpowiadać.

_mg_8103

Multi Wenecja 2

11 września 2016

W Wenecji nie ma tradycyjnych ulic a to co je zastępuje, tworzy nieprawdopodobną plątaninę chodników, przesmyków, nabrzeży i placów. Jeśli się nie chce przemieszczać ze wzrokiem utkwionym w mapie, błądzenie jest koniecznością. Wielokrotnie gubiłem drogę, ale ponieważ nigdzie się nie spieszyłem, mówiłem sobie za każdym razem: „dobrze, że tu mnie poniosło, mam okazję zrobić kolejną fotkę”. Jednak błądzenie męczy, więc czasem musiałem gdzieś odpocząć. Raz wybrałem ławeczkę w podcieniach pałacu Dożów, gdzie dolatywała przyjemna bryza od zatoki. Kiedy tak siedziałem i planowałem dalszą marszrutę, na ławeczkę dosiadła para polskich turystów w średnim wieku. Przyjechali na wycieczkę i na chwilę odłączyli od grupy. Pan Janusz palił śmierdzącego papierosa, (czy Klubowe wciąż tam sprzedają?), pani Grażyna, zdjąwszy kolorowe klapki masowała obolałe stopy. Mówili coś do siebie, starałem się nie podsłuchiwać, ale w pewnym momencie donośny głos Grażyny przebił się przez dookolny szum: „Mi telewizora brakuje. Telewizora w pokoju nie ma, a ja bym chciała wiedzieć, co tam się dzieje”. Podniosłem się z ławki. Zobaczyć Wenecję i zatęsknić za telewizją polską! Cudowne! Poszedłem dalej, tym razem bezbłędnie trafiłem przed kościół San Zaccharia, który o tej porze był zamknięty. Trudno, nie popatrzę na Belliniego tym razem. Święci otaczający Madonnę w niebieskiej sukni nadal będą rozmawiać beze mnie. Kartka na drzwiach informowała, że do wnętrza kościoła będzie można wejść za trzy godziny. Za długo, o tej porze będę w zupełnie innym sektorze weneckiego labiryntu. Sektor nazywa się San Polo. Tam wszedłem do dobrze już znanego, wspominanego w poprzednich relacjach, gotyckiego Santa Maria dei Frari.
Tak aktualnie wygląda jego wnętrze.

img_7710

img_7709

Po wyjściu z kościoła znowu trochę pobłądziłem, co już stawało się rutyną. Wreszcie wyszedłem na jakiś placyk, odczytałem na tabliczce jego nazwę, usiadłem na ławce i wyjąłem z plecaka mapę. Siedzący obok chłopak z dredami zapytał zaraz, czy może zerknąć, bo on zupełnie nie wie, gdzie jest. Witaj w klubie – pomyślałem. Zdziwił się, gdy palcem pokazałem punkt na mapie. Myślał, że ciągle jest po drugiej stronie miasta, tam gdzie rano zaczął wędrówkę. Rozmawialiśmy przez chwilę dopóki on nie skończył palić papierosa, nie wiem, czy poszukiwał kościołów, czy zamierzał pójść do muzeum czy raczej kusiły go nagrzane słońcem nabrzeża i kafejki. Do aż tak intymnych zwierzeń nie doszło. Rozstaliśmy się i po chwili marszu znalazłem się na placu San Polo, tym samym, na którym trzy lata temu zrobiłem zdjęcie biegnącego czarnego psa. Wiem, to głupie chodzić po własnych śladach, wspominać banalne momenty i skrycie wyczekiwać spotkania z tym samym psem lub z dwiema zakonnicami, które sfotografowałem onegdaj na tle pustej ulicy. W życiu nic się nie powtarza, do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy i tak dalej. W życiu z pewnością nie, ale Wenecja to co innego. Miasto, które w niezmienionym kształcie trwa od wieków, które jest jak prehistoryczna mucha zatopiona w bursztynie musi być trochę inne. Aż kusi by je uznać za cudowną anomalię, która się wyłamuje naturalnemu porządkowi. Zbyt dużo świadectw dookoła na nadnaturalność Wenecji. A skoro czas tu się zatrzymał lub co najmniej zwolnił swój bieg, to może również zataczać koła i to co było kiedyś, ma prawo nastąpić powtórnie. A potem jeszcze raz. Jak w filmie Dzień Świstaka albo jak w mitologicznych przekazach zapowiadających powtórne narodziny umarłych i unieważnienie czasu, gdy wypełni się czas. Cokolwiek by to znaczyło.
Czarnego psa przed siedzibą Urzędu Finansowego nie było, świstaka też nie, ale sam plac nie zmienił się. Poszedłem do kawiarnianego, wcale nie zatłoczonego ogródka, a potem siedząc nad kawą, przyglądałem się krzątaninie kelnerów. Było ich chyba z pięciu, wszyscy w jednakowo czarnych spodniach i białych koszulach. Wszyscy młodzi, elegancko ostrzyżeni. Wszyscy piękni i śniadzi.

_mg_7865

Multi-kulti w Wenecji działa. Przybysze z Północnej Afryki lub Bliskiego Wschodu znaleźli tu swoje miejsce. Często widywałem ich także w innych miastach włoskich. Śmiem twierdzić, że usługi hotelowe i gastronomia opierają się na przybyszach spoza Europy. Chińskie kelnerki z niezrównanym wdziękiem stawiają talerze na stole i przyjmują napiwki. Ciemnoskórzy kelnerzy lub chłopcy bagażowi na dworcu odpowiadają grzecznie szczerząc białe zęby. I mnie to nie przeszkadza, nawet, o zgrozo, całkiem mi się podoba. czyżbym nie był genetycznym Polakiem. Czy pobyt na emigracji wyprał mnie z wrażliwości prawdziwego patrioty polskiego?
Spijając resztki słodkiej kawy z dna filiżanki, wzdychałem do tego cudownego spokoju, lekkości rozmów prowadzonych przy sąsiednich stolikach. Nie rozumiałem ich, ale przecież byłem w stanie stwierdzić, że nikt tam nikogo nie wyzywał od żydów, komunistów czy arabusów, nikt nie groził daniem w mordę za mówienie po niemiecku i nie kazał spłoszonym Koreankom wypierdalać do swojego kraju. Poprzedniego wieczora w telewizji włoskiej obejrzałem relację ze ślubu dwóch starszych panów, którzy po latach wspólnego życia mogli zalegalizować swój związek. Ceremonii towarzyszył aplauz i gratulacje. Szpaler radosnych ludzi stał na trasie przejazdu ślubnej dorożki. Zerkając w pustą filiżankę zrozumiałem, że raczej nie doczekam Polski takiej, na jaką miałem nadzieję w pierwszych latach emigracji. Jeszcze parę lat, mówiłem sobie, Polska będzie podobna do krajów Zachodu. Ludzie otrząsną się z socjalistycznej mentalności, młodzież się wyedukuje i zrozumie na jakich wartościach można oprzeć lepszą przyszłość. Naiwny byłem a ostanie wybory do parlamentu pozbawiły mnie złudzeń. Mur miedzy Polską a Europą Zachodnią rośnie. We Włoszech faszyzm skończył się w 1945 roku, w Polsce akurat się zaczyna.

Powodowany nierozumną chęcią odwiedzenia miejsc, które już widziałem – jak choćby plac przed teatrem Fenice, gdzie pięć lat temu jadłem smaczną kolację (czy to aby nie były ravioli w sosie z Missisipi?) – znowu musiałem przejść przez falujący tłum zapełniający dosłownie wszystkie mostki, uliczki, nabrzeża i przesmyki. Przemieszczaniu się tłumu towarzyszył nieustający gwar pomieszanych jak na wieży Babel języków, trzaskały migawki aparatów, dzieci kwiliły, od tłumu bił zapach potu, perfum i czego tam jeszcze. Miał rację poeta Brodski – latem nie ma w Wenecji warunków układanie lirycznych strof o wdzieraniu się fauny morskiej na marmurowe elewacje pałaców, nie ma cichych rozmów z szemrzącą wodą i poetyckich hołdów składanych porannym mgłom. Nie ma miejsca na zadumę nad przemijaniem. Uwagę w całości pochłania wymijanie, omijanie oraz uchylanie się przed krążącymi w powietrzu kijkami do selfie. Wenecja już niejedno widziała. Chciałoby się powiedzieć, że wytrzyma wszystko, ale czy na pewno?

_mg_8044

Wenecję odwiedza rocznie 24 mln osób. To dużo, bardzo dużo. Nieraz widziałem jak z sunącego nabrzeżami i uliczkami tłumu znienacka występuje jedna osoba, jak dopada wielkich drzwi, z jaką determinacją otwiera je kluczem a potem stanowczo i z nieukrywanym poczuciem ulgi zatrzaskuje je za sobą.  Rozumiem tę potrzebę ochrony prywatności.  Mieszkańcy Wenecji muszą mieć nas serdecznie dość. Ostatnio nawet wywieszają banery z apelami, aby nie śmiecić i, za przeproszeniem, nie obsrywać im miasta. Turyści istotnie zachowują się skandalicznie. Na placu Św. Marka pojawiły się specjalni strażnicy, którzy napominają, by nie siadać na chodnikach i na schodkach, aby nie jeść w przedsionkach kościołów i generalnie, żeby nie robić wiochy. Jednak nie zauważyłem, żeby ktoś komuś dał po mordzie za mówienie w innym języku niż włoski. Takie przygody tylko w Warszawie, w Warszawie.

Multi Wenecja

11 września 2016

Blogowe statystyki pokazują, że nawet gdy autor długo milczy, relacje z podróży oraz opowieści o sztuce wciąż znajdują czytelników. Odchodzę więc od polityki na rzecz obserwacji poczynionych podczas podróży. Akurat trzy dni temu wróciłem z Wenecji, a wcześniej bywałem w Polsce oraz podróżowałem po Irlandii. Jest co opisywać, chociaż nie daję gwarancji, że te relacje będą całkiem pozbawione polityki.

Do Wenecji wybrałem się żeby odpocząć. Pomysł dość ekstrawagancki, ponieważ nie da się bez wysiłku obejrzeć dzieła sztuki rozproszonego na powierzchni ponad 600 hektarów. Żeby je zobaczyć, trzeba się nachodzić i to sporo. Ponieważ byłem sam i nikt nie opóźniał mojej marszruty, robiłem przeciętnie po 8 km dziennie – sprawdziłem na sprytnym telefonie, który liczy kroki. Może kiedyś pojawi się aplikacja pozwalająca liczyć pokonane mostki i obejrzane pałace. Choć bardziej przydatna byłaby taka, która zapamiętuje za mnie nazwy dzieł sztuki i nazwiska ich autorów. Bardzo by to pomogło podczas późniejszego pisania.

_mg_8101

Bywałem w Wenecji, ale nigdy latem. Tym razem stęskniony weneckich zapachów i widoków chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście najazd turystów czyni to miasto nieznośnym? Czy Josip Brodski, który zarzekał się, że nigdy nie odwiedzi jej latem, czynił tak z niechęci do tłumów czy dlatego, że zimowa Wenecja przypominała mu rodzinny Petersburg? Tłumy rzeczywiście były i choć starałem się krążyć po szlakach mniej uczęszczanych, musiałem przejść przez okolice San Marco lub Rialto, gdzie nieprzerwany strumień ludzi sunął wąskimi uliczkami w obu kierunkach, a wielojęzyczna mowa mieszała się z turkotem walizek na kółkach i odgłosami dolatującymi z kawiarnianych tarasów i kuchennych składzików. Przedstawiciele wszystkich chyba ras ludzkich zgodnie dreptali obok siebie zadzierając głowy, gestykulując, przystając przed oknami wystawowymi, przed tablicami z restauracyjnym menu, przed straganami z pamiątkami. Młode dziewczyny w towarzystwie podgolonych partnerów prężyły się na mostkach, kijki selfie były w powszechnym użyciu, matki ciągnęły swoje oszołomione dzieci i popędzały znudzonych mężów.

_mg_8049

Żeńska obecność była dominująca, może nie statystycznie, lecz psychicznie. Czułem, że skąpana we wrześniowym słońcu Wenecja należy do kobiet. Szły naprzeciw mnie sarnookie panny jak z Modiglianiego, kołysały biodrami rubensowskie matrony, uśmiechały się skromnie madonny Belliniego. Drobiąc kroczki przemykały egzotyczne gejsze z rycin Utamaro a okutane w zawoje domniemane piękności z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy posłusznie kroczyły za swoimi wąsatymi panami. Czasem w wąskich przejściach musiałem ustępować drogi kobietom gabarytowym, które akurat przerwały pozowanie Fernando Botero i podążały na trzeci tego dnia obiad. Kto nie wie, kim jest Botero, powinien skorzystać z Google. Pierwszego wieczora na schodkach niewielkiego mostku natknąłem się na siedzącą Amerykankę. Mówiła do telefonu, po akcencie poznałem, że pochodzi z południa Stanów. Sesję u Botero miała już za sobą: teraz wpatrywała się w ekran wielkiego telefonu, zapewne w twarz rozmówcy siedzącego na werandzie wiejskiego domku w Luizjanie lub nad rzeką Missisipi, i rozwlekając samogłoski relacjonowała swoje wrażenia z pobytu w egzotycznym europejskim mieście, perle architektury, skarbnicy tysiącletniej historii: „no i pewnego dnia na obiad jadłam ravioli”.

_mg_8038

Nie pytam nikogo, po co jeżdżą do słynnych miejsc, dlaczego odwiedzają stare miasta, fotografują się na tle zabytków. Sam chyba nie umiałbym zwięźle na te pytania odpowiedzieć. Nie zamierzam jednak opisywać co w Wenecji jadłem, co piłem i jaką pamiątkę kupiłem cioci Marysi.
Trwał upał, nad wąskimi kanałami unosił się smrodek, który na bardziej otwartych przestrzeniach niemal zupełnie znikał. Grupki rozleniwionych młodzieńców obojga płci wylegiwały się na placach i nabrzeżach . Nie dołączyłem do nich, ale uznałem, że na zewnątrz jest zbyt przyjemnie, żeby spędzać czas w klimatyzowanych salach muzeów. Nie odmówiłem sobie jednak krótkich wizyt w paru kościołach. Wiele z nich już „zaliczyłem” podczas poprzednich pobytów w Wenecji. Z tych ważniejszych i większych został mi gotycki kościół pod wezwaniem świętych męczenników: Jana i Pawła. Ich włoskie imiona Giovanni et Paolo posłużyły mieszkańcom do utworzenia słownej zbitki Zanipolo. Tak więc drugiego dnia, kiedy dzwony na okolicznych wieżach obwieszczały południe znalazłem się na okazałym placu przed kościołem Zanipolo. Na rozłożonych straganach handlarze oferowali starocie i bibeloty, skupiona wiolonczelistka grała Ave Maria i melodie z włoskich oper. Nieliczni turyści robili zdjęcia bryły kościoła i przyległej doń białej fasady siedziby Bractwa Św. Marka (Scuola Grande di San Marco). Bractwa – może już wspominałem o tym poprzednio – pełniły w dawnej Wenecji ważną rolę w kształtowaniu życia kulturalnego i społecznego. Ich członkowie reprezentujący różne profesje i stopień zamożności organizowali procesje religijne, budowali szpitale i przytułki, wspierali biednych. Obecnie w siedzibie Bractwa Św. Marka znajduje się muzeum oraz szpital.

_mg_7700

Kościół Zanipolo ma w historii Wenecji miejsce wyjątkowe, to tu przez wieki chowano dożów oraz osoby zasłużone dla Serenissimy. We wnętrzu znajdują się groby ponad 25 dożów. W ich sąsiedztwie spoczęli bracia Bellini i inni wybitni artyści a paru generałów uhonorowano czymś więcej niż tylko płytami nagrobnymi: na postumentach wystających ze ścian umieszczono posągi przedstawiające ich w wojennym rynsztunku i dosiadających koni. (W jęz. angielskim jest na to specjalna nazwa equestrian statue.) Przed budynkiem, na masywnym postumencie również pręży się odlany w brązie koń a na nim generał Colleoni, jeden z najbardziej czczonych dowódców weneckich, którego służba przypadła na drugą połowę XV wieku – czas licznych wojen decydujących o utrzymaniu potęgi Republiki. (Pomnik tego samego generała, na tym samym koniu znajduje się również w Szczecinie przy Placu Lotników – jest to kopia dzieła z Wenecji)

img_7801

Colleoni wzbogaciwszy się na wojnach (zmieniał pracodawców w zależności od okoliczności i od tego, kto więcej płacił) pod koniec życia zapowiedział przekazanie całego majątku Wenecji zastrzegając, że w uznaniu zasług oczekuje pomnika na Placu Św. Marka. Pieniądze i zamek w okolicach Bergamo z rąk ofiarodawcy przyjęto, ale ponieważ prawo zabrania stawiania pomników na San Marco, monument generała wg projektu rzeźbiarza Andrea dei Verrocchio ustawiono obok kościoła Zanipolo. Jest to najsłynniejsza wenecka equestrian statue i nic dziwnego, że sąsiadująca z pomnikiem restauracja przyjęła nazwę „Il Cavallo” czyli koń. Gdy tamtędy przechodziłem, kelner usilnie zapraszał mnie na obiad, ale wymknąłem się, mówiąc, że nie jestem głodny. Istotnie nie miałem apetytu. Ani na koninę po wenecku ani nawet na najbardziej wegetariańskie ravioli. Czułem głód wrażeń i to chyba sprawiło, że po opuszczeniu placu kolejny raz tego pobłądziłem. Zamiast dojść przed kościół Santa Maria Formosa skręciłem nie w tę stronę, co trzeba i znalazłem się w długaśnym przesmyku, który wyprowadził mnie na nabrzeże. Poznałem je: stamtąd odpływają tramwaje na wyspę Murano mijając ogrodzony ceglanym murem cmentarz San Michele. Wracając między domy i mostki, w jednym z zaułków wszedłem do antykwariatu, tak zapchanego książkami, że część z nich musiano zapakować do stojącej na środku gondoli. Podobnej do tej z fotografii, ale pozbawionej staroświeckiej budki dla pasażerów. W samej księgarni nie chciałem robić zdjęć. Może następnym razem będę odważniejszy.

CDN

img_7957

 

Po wakacjach. Bez złudzeń.

10 września 2016

Długo nie zaglądałem na bloga, co nie znaczy, że przestałem interesować się polską polityką. Szczególną uwagę skupiłem na obserwacji stanu świadomości Polaków, bo to jest pierwsze i ostateczne źródło nieszczęścia zwanego przekornie „dobrą zmianą”. Od czasu ostatniego wpisu niewiele się na tym polu zmieniło a obraz jaki wyłania się z codziennych lektur oraz rozmów jest coraz bardziej ponury. Fora internetowe pełne są jadowitych memów, ironicznych tekstów i jawnych złorzeczeń w stronę PISu; nierzadko można trafić na buńczuczne zapowiedzi rychłego postawienia podnóżków Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu, bywają też naskórkowe diagnozy i nawoływanie do „większej aktywności” cokolwiek autorzy takich apeli mają na myśli. Dużo w tym wszystkim naiwności, świętego oburzenia na kolejne wybryki władzy i prób rozładowania rosnącej frustracji. Dlatego sam milczałem, bo ilekroć siadałem do klawiatury, dopadało mnie wrażenie, że dołączam do grona tych zapaleńców biegających wokół Sahary i próbujących małymi łopatkami odgarniać piasek, który uporczywie zasypuje pola uprawne. No i nie ciągnie mnie do pisania „ku pokrzepieniu serc”. Zresztą musiałbym czynić to wbrew sobie, bo nic pokrzepiającego w nadciągającej burzy nie dostrzegam.

Nie chcę tu Czytelnikom, wystarczająco zdruzgotanym szkodliwą działalnością szwadronów prezesa, psuć nastrojów. Troskę o losy kraju też odczuwam, ale naiwnej wiary w możliwość rychłego przezwyciężenia mentalnej i ekonomicznej zapaści, jaką szykuje Polsce obecna władza – już nie podzielam. Bardzo mi się nie podoba, co ta władza robi. A najbardziej boli fakt, że robi akurat to, na co jej pozwala społeczeństwo, które wskutek splotu niekorzystnych okoliczności stało się swoim własnym wrogiem.

Zapyta Czytelnik, czy jest coś pośrodku? Czy można być przeciw tej władzy i nie żywić nadziei na jej pokonanie? Rzecz jest pozornie sprzeczna. Wystarczy tylko wyraźnie oddzielić własne życzenia od naiwnych przekonań, „że się stanie”, bo już kiedyś się stało, bo moralna racja jest po naszej stronie, bo oni są głupcami itd.

Gdybym wiedział, w jaki sposób pokonać pisowskie zakażenie – napisałbym o tym. Po ponad roku rządów tych populistów, psujów i złodziei wiadomo jedno: tym razem nie oddadzą władzy po dwóch latach. Zanosi się, że to szaleństwo potrwa dłużej, więc kto nie czuje w sobie mocy biegacza maratonów, niech się nawet nie rozgrzewa.
Walka z PISem to niemal walka z wiatrakami. PIS to stan umysłu a nie zwykła polityczna doktryna. Pamiętajmy, że PIS ucieleśnia się wśród naszych przełożonych, znajomych, rodziny i przyjaciół, więc jakikolwiek mocniejszy gest przeciw PISowi i jego najbliższemu sprzymierzeńcowi KK jest gestem desperata nie bojącego się środowiskowego ostracyzmu, rodzinnych kłótni, braku awansu lub utraty pracy, szykanowania i podburzania dzieci, a w najdrastyczniejszych przypadkach nękania przez funkcjonariuszy upolitycznionych służb gotowych spreparować wszelakie oskarżenia i zarzuty prokuratorskie. Takimi desperatami są ludzie zaangażowani w działalność KOD lecz ciągle jest ich za mało.

Zadanie jest trudne, bo silny fundamentalizm panujący wśród wyznawców PISu (który działa jak sekta, co wykazałem w dawnym wpisie) nie-pisowcy nie mają szans na tradycyjną, opartą na wnioskach logicznych i podpartą tezami naukowymi polemikę ze zwolennikami PISu. Ogarnięci ideologicznym i pseudo-religijnym szaleństwem logicznych argumentów nie wysłuchają, racjonalnych wywodów nie zrozumieją, a jak pokazuje najświeższy przykład z warszawskiego tramwaju, za używanie słów niezrozumiałych mogą jeszcze spuścić łomot. http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,profesor-uniwersytetu-pobity-br-w-tramwaju-bo-mowil-po-niemiecku,211160.html
( Ten incydent i jego geneza zasługują na osobny wpis)

Dlatego, bez względu na to, co obiecuje niemrawa opozycja sejmowa, Polacy muszą pogodzić się, że rozkradanie majątku i niszczenie struktur państwa potrwa więcej niż cztery lata. Z pewnością dłużej… Może – Szanowni Optymiści, wmawiający sobie, że jesteście Realistami – potrzeba będzie poczekać aż „całe pokolenie przeminie”, żeby się zbiorowa mądrość przebudziła. Szukanie analogii w sytuacji lat osiemdziesiątych, stroszenie solidarnościowych piórek i wspominanie zapału powielaczowych aktywistów nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość obecną.

Pierwsza i najważniejsza różnica jest taka, że PIS, w przeciwieństwie do PZPR, ma po swojej stronie Kościół. A Kościół jest mocny liczebnością swoich wyznawców, którzy chcąc nie chcąc wspierają te ugrupowania polityczne, które najwięcej mogą dać biskupom. Czy wyobraża sobie ktoś utworzenie w Polsce rządu, który byłby lekko nieposłuszny Kościołowi lub zapowiadał odcięcie KK od państwowej kasy? To w obecnych warunkach czysta mrzonka. Realia są takie, że co cztery lata Kościół rękami swoich wiernych dokonuje wyboru Parlamentu a co pięć prezydenta. Nie partii X, Y lub .N obywatele powierzają swoje sumienia, swoje datki i przydają mu się do budowania statystyk lecz właśnie Kościołowi. Potem maja to co mają. Kosciołowi demokracja nie jest potrzebna, rozwój obywatelskiej świadomości tym bardziej nie.

Po drugie: PIS (ściślej PIS i Kukiz) ma po swojej stronie młodzież – otumanioną, zmanipulowaną, zbyt leniwą na samodzielne śledzenie niuansów polityki, tonącą w morzu ekonomicznej i historycznej ignorancji.
Ma też środowiska kibolskie i narodowe, które po cichu wspiera, motywuje przyzwalając na ich bezkarność. Pozbawieni moralnych hamulców, zindoktrynowani bojówkarze mają pełnić rolę pożytecznych idiotów sformowanych w quasi faszystowskie bojówki strzegące „wartości patriotycznych”. Więc jeśli Macierewicz spełni swój zamiar – a pokazał że nie cofa się przed żadnym absurdem – nawet najbardziej umocowana w tradycji, prawie i racjach moralnych elita nie wygra z motłochem podburzanym przez szarlatanów.

Tym bardziej, że po naszej, tej nie-pisowskiej stronie takich szarlatanów brak. Elita z definicji nie daje posłuchu szarlatanom. Może wsłuchać się w głos autorytetów. Ale takich już nie ma. Wielu ludzi zasłużonych dla polskiej niepodległości i demokracji PIS przez lata metodycznie niszczył i opluwał, tak jak teraz niszczy i opluwa samą demokrację. A biuro polityczne PISu doskonale wie, że podziały wśród niepisowskiej części społeczeństwa są zbyt silne, aby zdołano wyłonić jednego lidera, który pociagnie za sobą tłumy. Ktoś tak charyzmatyczny jak Jurek Owsiak lub tak politycznie doświadczony jak Włodzimierz Cimoszewicz nigdy nie stanie się autorytetem wspólnym dla całej anty-pisowskiej większości. Osoby o poglądach prawicowych nie zaakceptują w roli lidera Petru, Frasyniuka czy Cimoszewicza. O Robercie Biedroniu szkoda gadać, bo dla wielu Polaków pałających niechęcią do zaściankowego, ksenofobicznego PISu wybór geja na stanowisko prezydenta miasta już jest żabą nie do przełknięcia.
Z kolei osoby o poglądach liberalnych i lewicowych zdecydowanie nie zgodzą się na przywództwo kogoś takiego jak Wałęsa, Giertych czy Sikorski, czyli polityków odwołujących się do tzw. nauki Kościoła i szukających wsparcia wśród biskupów. Serial „Plebania w każdym domu, każdym łóżku i każdej macicy” akurat Polacy nie tyle oglądają, ile pokornie przerabiają.
Konkludując: jeśli nie ma szans na znokautowanie przeciwnika w pierwszej ani w dziesiątej rundzie, trzeba się przygotować na długi maraton, któremu doping w postaci hostii, wody z kropidła i dymu z kadzidła zdecydowanie szkodzi. Rozejrzyjcie się i policzcie, ilu Polaków jest już do tego maratonu gotowych. Im więcej się doliczycie, tym czas tej mordęgi będzie krótszy. No, chyba że ktoś zna drogę na skróty i zechce ją nam pokazać.