Książki i bóstwa

„Żeby napisać jedno zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych” – miał podobno powiedzieć Ryszard Kapuściński. Coraz mniej ufam Internetowi, stąd to asekuracyjne „podobno”, ale z cytatu nie rezygnuję, bo zgrabnie wprowadza w dzisiejszy temat.
Oczywistością jest, że jeśli ktoś pisze, musi również czytać i to czytać dużo. Pisząc bloga wielokrotnie powoływałem się na zaliczone lektury, choć konsekwentnie unikam roli recenzenta. Nawet gdy pisałem o biografii Miłosza, koncentrowałem się na losach Poety, a nie na zawartości książki Andrzeja Franaszka. Średnio mnie obchodzi, czy ktoś przeczyta książkę, która mnie się podobała. Aż takim misjonarzem nie jestem. Z lekturą jest jak z muzyką: każdy sięga po to, co mu pasuje, do czego zdążył się przygotować, otrzaskać, dojrzeć. Ilość gatunków literackich dobitnie świadczy o tym, że gusta i potrzeby są różne.

W doborze lektur sprawdza się zasada, że to co odkryte w wyniku samodzielnych poszukiwań smakuje lepiej niż towar (przesadnie) reklamowany. Dlatego do pisania recenzji mnie nie ciągnie, za to  dość chętnie je czytam. Nie znoszę natomiast czytelniczych rankingów i zestawień. Krążący onegdaj w sieci kwestionariusz „10 książek, które wywarły na mnie największy wpływ” ominąłem szerokim łukiem. Wyjaśnię dlaczego.

Po pierwsze: nawet usiłując odpowiedzieć szczerze, nie jesteśmy w stanie tego wpływu „zmierzyć”. Zamiast odpowiedzieć zgodnie z „obiektywną prawdą”, powiemy tylko, co nam się wydaje. Na jedno doświadczenie wynikłe z lektury mogło przez lata nałożyć się dziesięć innych doświadczeń wywołanych filmem, muzyką, relacjami z ludźmi, ze zwierzętami, kontaktem z przyrodą. Umysł jest jak gąbka, a raczej jak szkolna tablica, którą stale się ściera i pisze coś nowego. Czy tablica wie, jakie zdanie napisane na jej powierzchni było najważniejsze? Gdzie w grę wchodzi ułomna pamięć oraz zmieniająca się psyche, tam wynik quizu musi być zakłamany, a wybór tytułów podszyty bieżącym nastrojem, chęcią szpanu lub tak powszechną w Internecie potrzebą autokreacji. Intencji może być tysiąc. Za mało wiemy o sobie samych, żeby się serio zabierać za nanoszenie dziesięciu ważnych punktów na mapie umysłowego i emocjonalnego dojrzewania.

Po drugie: gdzie w tej niepoważnej wyliczance miejsce na emocje wywołane lekturą książki, której tytułu nieszczęśliwie się zapomniało? Jeśli ten jeden tytuł zostanie zastąpiony innym, wartość całego kwestionariusza szlag trafia. Albo inna przypadłość, którą znam z autopsji: ostatnia zwrotka wiersza Brzechwy „Na straganie” dobitniej uświadomiła mi daremność jałowych sporów i nieuchronność śmierci niż dwa opasłe tomy „Czarodziejskiej góry”. Nie muszę dodawać, że istotny był mój wiek. Brzechwę czytałem jako dziesięciolatek, Tomasza Manna jakieś 15 lat później.

Skoro już sięgam do szuflady osobistych wspomnień, to jeszcze to: pierwszy wstrząs wywołany lekturą przeżyłem w wieku sześciu lat. Akurat nauczyłem się czytać i kiedy w opowiadaniu o przygodach jakiegoś urwisa natknąłem się na zdanie „krasnoludków naprawdę nie ma na świecie”, musiałem je sobie dwukrotnie powtórzyć głośno. Do tej pory byłem przekonany, że malutkie ludziki w czerwonych czapkach istnieją, a tu nagle taki klops! Rzeczywistość zaskrzeczała, czar prysł. Po nagłym odkryciu przyszło pytanie: dlaczego mnie oszukiwano? Komu było potrzebne, żebym wierzył w coś, czego nie ma?

Nie wiem, jak to sobie wtedy rozstrzygnąłem, może uznałem, że to był test na samodzielne myślenie, w każdym razie skoro nadal pamiętam tamten epizod, mam prawo przypuszczać, że był on zaczątkiem nieufności do powszechnych przekonań i oficjalnych wierzeń. Obudził się we mnie zmysł krytyczny, kotwica została podniesiona, na łagodnej fali wypłynąłem na morze samodzielnego myślenia. Z niepomyślnymi wiatrami wątpienia zmagałem się w pojedynkę. Do żadnej bezpiecznej przystani wierzeń w zewnętrzne moce z tego rejsu nie wróciłem. Nawet zakład Pascala nie zdołał mnie przekonać. So far, so good – jak mówią w Dublinie.

Książki czytam „od zawsze”, być może dzięki nim trwam w przekonaniu, że świat jest pełen wartych poznawania tajemnic. Z książek wiem, że reguły rządzące światem nie zawsze są zrozumiałe, czasami są bardzo dalekie od tego, co NAM wydaje się racjonalne, co WYDAJE się słuszne, sprawiedliwe i pożądane. Człowiek zdolny do akceptacji swojej ograniczonej wiedzy, potrafi obywać się bez sił nadprzyrodzonych, a tym bardziej nie ciekawi go opinia ludzi „w imieniu” tych bóstw przemawiających. A jeśli Opiekuńcze Moce istnieją, to z pewnością radzą sobie znakomicie bez szeptania im w ucho, co mają robić i nad kim się litować. Mnie osobiście błaganie o litość jest organicznie obce. Nie robię tego, nawet gdy nikt nie patrzy. Zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy!

Wiara w dusiołki, srebronie i aniołki nie ma w sobie nic złego. Osobista przestrzeń dla intuicji, dla wrażeń pozawerbalnych jest potrzebna. Dla osobowości o inklinacjach artystycznych wiara w „coś innego” bywa inspirująca, dla osób nie znajdujących dostatecznego oparcia w świecie realnym – wręcz niezbędna. Jednak upychanie jej w gorset świętości i dogmatów, których mają przestrzegać także inni, to przejaw niezdrowej megalomanii. Kiełznanie rozumowych wniosków, osobistych wrażeń i intuicji przez mroczne instytucje żerujące na słabościach ludzkich charakterów i umysłów to już haniebne nadużycie. Proceder ten jest jednak tak powszechny, że wciąż niewielu widzi w tym nadużycie, a jeszcze mniej odważy się nazwać to formą współczesnego niewolnictwa.
Nieobecność tej definicji, brak grupowej refleksji nad pojęciem całkowitej wolności duchowej jest prawdopodobnie tego niewolnictwa potwierdzeniem. Ludzie urodzeni i wychowani w niewoli nie wiedzą, że są niewolnikami. Ich sformatowane umysły poruszają się w granicach wyznaczonych przez uzurpatorów.

Może nie być kolejnej okazji na rozwinięcie tego wątku, więc dopowiem: źle bym się czuł w roli wiernego baranka, posłusznego odgórnym dyrektywom, podatnego na naciski i manipulacje. Skóra osobnika wierzącego w dogmaty ukształtowane przez innych jest dla mnie zdecydowanie za ciasna. Nie dlatego odrzucam istnienie niewidzialnych bóstw, żebym obawiał się ponownego rozczarowania, jak to było w przypadku krasnoludków. Wiara religijna – jeżeli już do tego doszliśmy – jest sprawą bardziej intymną niż seks. Nie można bez szkody dla siebie robić z niej towaru na sprzedaż, sztandaru na procesję, tematu na przechwałki godne rekrutów odwiedzających lupanary.

Akceptuję istniejące mitologie i legendy – ten rodzaj literatury wzbogaca nas na równi z poezją Rumiego, opowiadaniami Marqueza, wierszami T.S. Eliota, powieściami Vargasa Llosy. Mądrość i głupota minionych pokoleń jest jak lustro, w którym człowiek współczesny może się do woli przeglądać. Podoba mi się świat zaludniony dusiołkami, faunami i boginkami. Nie podobają mi się ludzie, którzy w imieniu faunów i boginek  narzucają innym swoją wolę. Pod pozorem szerzenia wiary (jak można szerzyć coś tak osobistego?) realizują swoje interesy. Dlatego poruszanie się świecie wolnym od dogmatów uważam za przywilej i źródło satysfakcji. Być może moje niewinne odkrycie dokonane podczas lektury dziecięcej czytanki było początkiem podróży do duchowej wolności. Jeśli tak, to żadna lista „Top Ten” nie jest potrzebna.

Wszystko to razem nie znaczy, że trzeba unikać opowiadania o przeczytanych książkach. Niewątpliwie najlepiej opowiada się o tych, które istotnie „wywarły wpływ”. Kilka miesięcy temu, gdy już myślałem, że żadna książka (oprócz tej, którą sam napiszę) nie będzie w stanie mnie poruszyć, że wiatr ustał, trwa odpływ i w wyczekiwaniu na kolejne dzieło np. Vargasa Llosy przez długie miesiące będę dreptał po literackiej pustyni, wtedy wysoka fala przyniosła „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Połączenie beletrystyki z gawędą, legendą, epistolografią i analizą historyczną – podziwiam Autorkę, że się na tak szeroki i w zasadzie dziewiczy temat porwała i byłbym srodze zawiedziony, gdyby nagrodę Nike przyznano komuś innemu, za inną książkę. Dzieło Olgi Tokarczuk nie miało sobie równych. Prawie tysiąc stron potężnej literatury. Zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie czytali o losach Jakuba Franka. I na tych zachwytach poprzestanę, obszerniejsze recenzje można znaleźć w sieci.

Zacząłem od Kapuścińskiego i nim zakończę, bo to cytat w polskim roku 2016 szalenie ważny:
„Boję się świata bez wartości, bez wrażliwości, bez myślenia. Świata, w którym wszystko jest możliwe. Ponieważ wówczas najbardziej możliwe jest zło.”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: