Posts Tagged ‘nepotyzm’

Dobrze na Zatybrzu

25 marca 2018

Był maj, mimo upalnej pogody nie przerywałem swoich wędrówek po Rzymie, współczułem jedynie kierowcom samochodów sunących wolno przez zatłoczone ulice ścisłego centrum. Jako piechur miałem większe możliwości korzystania z lekkich podmuchów wiatru, poza tym zawsze mogłem się schronić w cieniu. Gdzie w Rzymie jest najwięcej darmowego cienia? Oczywiście w kościołach. Wybierałem głównie te kościoły, w których zachowały się bardzo stare elementy wystroju. Z upodobaniem wpatrywałem się w bizantyjskie mozaiki, zadzierałem głowę w kierunku kasetonowych sufitów, syciłem oczy widokiem kolejnych kolumnad, złoconych łuków, gzymsów, głowic, rozet i wszystkiego tego, co ma dodawać splendoru i rzucać widza na kolana. Są tacy, których wytresowano do klękania. Mnie ta przypadłość ominęła, na prezydenta Polski się nie nadaję, za to chętnie, w pozycji stojącej, przyglądałem się barwnym posadzkom ułożonym w finezyjne wzory. Te wzory powtarzają się w wielu kościołach, to wynik panującej w średniowieczu mody. W wiekach późniejszych dodawano papieskie herby albo tablice pamiątkowe.

Starannie planowałem codzienne szlaki, starając się nie tracić czasu na oglądanie obiektów, które owszem są wymieniane we wszystkich przewodnikach, stale otacza je wianuszek turystów, ale niewiele wnoszą do ogólnej wiedzy o historii miasta. Na Schodach Hiszpańskich przysiadłem tylko na chwilę, Fontannę de Trevi i otaczający ją głośny tłum ominąłem szerokim łukiem. Piazza Navona odwiedziłem dwukrotnie, za drugim razem pobłądziłem w plątaninie sąsiadujących uliczek. Co przykrością żadną nie było, bo uliczki, pełne kawiarnianych ogródków, sklepików i kwietnych gazonów są urocze. Dwukrotnie odwiedziłem też Campo di Fiori – raz w porze dnia, kiedy wszystkie kioski i stragany były otwarte, drugi raz w sobotę wieczorem, kiedy zachodzące słońce muskało najwyższe fragmenty kamienic, w kawiarniach ulokowanych w okolicznych domach buzowało życie towarzyskie, a na środku placu, w cieniu pomnika Giordana Bruna uliczni muzycy wyposażeni w gitary i wzmacniacze grali „Money” – Pink Floydów. Podobało mi się to granie, wszak to muzyka mojej młodości. Dopiero później zauważyłem, jak znaczący był to tytuł. Bez pieniędzy – bez płynącego latami do Rzymu szerokiego strumienia wszelkich danin, opłat, kontrybucji i podatków – Rzym wyglądałby jak jakiekolwiek inne duże miasto europejskie. Ale Rzym nominalnie i praktycznie był stolicą cywilizowanego świata, ślady niewyobrażalnego bogactwa wciąż tam widać a po latach nie jest ważne, w jaki sposób to bogactwo zostało zdobyte. Czy się to komu podoba, czy nie, wielka sztuka powstaje na zgliszczach.  Zachwyty jednych okupione są cierpieniami setek innych.  Historii nie można zaprzeczyć – można natomiast podziwiać dzieła, które swoje powstanie zawdzięczają takim lub innym okolicznościom. Dlatego, odłożywszy rozterki moralne poszedłem zwiedzać barokowy Pałac Barberinich, jeden z wielu pałaców dostępnych publiczności.  Obecnie mieści się w nim państwowe muzeum sztuki dawnej.  Wśród obrazów znajdujemy jedno z religijnych dzieł Filippo Lippiego, portret Henryka VIII – pędzla  Holbeina oraz „Judytę odcinającą głowę Holofernesowi”  – Caravaggia. Godny obejrzenia jest sufit w sali balowej namalowany przez Pietro Cortonę.

fullsizeoutput_243e

Jak na standardy rzymskie, wnętrze pałacu jest dość skromne, daleko mu do przepychu willi Borghese albo Palazzo Farnese. Został zbudowany w XVII wieku pod kierunkiem czołowych architektów rzymskich (Carlo Maderno, Francesco Boromini, Bernini). Jego fundatorem był papież Urban VIII (Maffeo Barberini), który wcześniej odkupił parcelę od kardynała Sforzy. To ten sam papież, który brązowe dekoracje zdarte ze ścian Panteonu kazał przetopić na kolumny baldachimu do Bazyliki św. Piotra. Jego pontyfikat trwał 21 lat, Urban VIII miał sporo czasu, żeby zlecać rozbudowy i przebudowy kolejnych kościołów, zamawiać kolejne dzieła sztuki u swoich ulubionych artystów a przede wszystkim, żeby nadawać kościelne i świeckie tytuły członkom swojej rodziny. Trzech Barberinich zostało kardynałami, jeden otrzymał tytuł księcia Palestriny i dowódcy gwardii papieskiej. Stanowiska wiązały się oczywiście z potężnymi pieniędzmi, które naturalną drogą przepłynęły ze skarbca papieskiego do prywatnych funduszy nowej dynastii. Po śmierci Urbana VIII długi papiestwa były tak wielkie, że bracia i siostrzeńcy Barberini przed gniewem kolejnego papieża musieli chronić się we Francji. Ich posiadłości zostały zarekwirowane.

To zaledwie jeden epizod z bogatej (mimo cyklicznie pustoszonego skarbca) historii papiestwa, którego losy nierozerwalnie wiążą się z istnieniem możnych rodów rzymskich i powstawaniem kolejnych fortun, pałaców, manufaktur i wiejskich posiadłości. To nie przypadek, że nazwy najwspanialszych rzymskich pałaców mieszczących kolekcje dzieł sztuki są nazwiskami potężnych rzymskich rodów. Lecz nie ma wśród nich chyba takiego rodu, który nie wydałby przynajmniej jednego papieża. Wystarczy wymienić: Medici, della Rovere, Farnese, Doria-Pamhili, Aldobrandini, Barberini, Collona, Orsini, Borghese, Carafa, Sforza, Chigi…

W wiekach średnich wielkie rody aspirujące do przejęcia władzy w Rzymie walczyły ze sobą zbrojnie. Jeśli nie czyniły tego w otwartej bitwie, to za pomocą sztyletu, trucizny lub garoty. Bywało, że upokorzeni kardynałowie chcący pokonać urzędującego papieża, szukali zbrojnego wsparcia u monarchów państw sąsiednich. (della Rovere versus Borgia) W tym świetle zrozumiałe wydaje się utrzymywanie przez papieży osobistej gwardii oraz dbałość o fortyfikacje, tajne przejścia i zapasowe siedziby.

Przez całe średniowiecze i renesans Rzym był areną krwawych walk o władzę, w użyciu była trucizna, zbrojne najazdy, szukanie schronienia u obcych monarchów, zajmowanie posiadłości i równanie ich z ziemią. Wojny rodowe Colonnów i Orsinich przeszły do legendy a wyczyny papieża Borgii i jego synów stały się synonimem papieskiej rozwiązłości, okrucieństwa i bezwzględności. W wiekach późniejszych, kiedy prądy oświeceniowe kazały wyrzec się przemocy, chętniej korzystano z przekupstwa, handlu stanowiskami, oszustwa i szantażu. Zamiast zbrojnych najazdów, zaczęto stosować koligacje małżeńskie pozwalające na łączenie fortun. Różnie z tym jednak bywało. W przewodniku noszącym tytuł „Rzym i jego czarna arystokracja” Wojciech Ponikiewski przytacza następującą historię:

Cenci są bohaterami jednego z najsłynniejszych zabójstw w dziejach miasta. W XVI w. Francesco Cenci tyranizuje swoje dzieci, które postanawiają mu się odpłacić. Bezpośrednią przyczyną ich zemsty jest uwięzienie przez niego pięknej córki Beatrice, która poślubić miała bogatego i wpływowego księcia Colonnę. Legenda mówi, że ojciec przez lata ją wykorzystywał i był o nią po prostu zazdrosny. Pewnej wrześniowej nocy, kiedy Francesco przybywa na wieżę do Beatrice, jej bracia mordują go a ciało zrzucają z balkonu, chcąc upozorować wypadek. Morderstwo wychodzi na jaw, podczas długiego procesu, także wiadomości o okrucieństwach , które miały miejsce w rodzinie. Opinia publiczna szybko staje po stronie Beatrice i jej braci. Jednak papież Klemens VIII z rodziny Aldobrandini uznaje, że ojcobójstwo musi zostać przykładnie ukarane. Bracia i Beatrice zostają skazani. Aldobrandini natomiast w niejasnych okolicznościach przejmują ogromną część bogactw rodu Cencich.

Im więcej kilometrów przemierzałem, im więcej znakomitych pamiątek historii oglądałem, tym mocniejsze miałem poczucie, że „jeszcze mnóstwo zostało do obejrzenia.” Banał, prawda? Rzym ze swoją historią i nasyceniem zabytkami nie jest miastem, które ktokolwiek jest w stanie „ogarnąć” w ciagu kilkudniowego pobytu. Mając więc świadomość daremności wysiłków, tym łatwiej podjąłem decyzję, żeby porzucić zaliczanie kolejnych Historycznych Monumentów (o monstrualnym kiczu w postaci monumentu Wiktora Emanuela II nie wspomnę) i udać się na Zatybrze, (Trastevere) zachwalane w przewodnikach jako oaza spokoju i małomiasteczkowego uroku. Idąc tam skorzystałem z kolejnego zabytku – mostu Ponte Sisto ufundowanego przez papieża Sykstusa IV.

 

Najważniejszym zabytkiem dzielnicy Zatybrze jest pochodząca z wczesnego średniowiecza Bazylika Santa Maria di Trastevere. Kiedy tam byłem, trwała renowacja i większą część zabytkowej fasady zakrywały rusztowania. Ale na potrzeby bloga zdobyłem zdjęcie wykonane wcześniej. Widać, w jak marnym stanie są freski, jak mocno wyblakły kolory wypalone słońcem. Poniżej fragment wnętrza z ołtarzem, kasetonowym sufitem i XIII-wieczną mozaiką w apsydzie.


Dzielnica Zatybrze  oddzielona rzeką od ścisłego, politycznego i religijnego centrum zachowała swój sielski, uwodzicielski charakter. Gwarne uliczki zapełnione ogródkami kawiarnianymi są prawdziwą mekką dla turystów złaknionych klimatu swojskości i beztroski. Dla porządku dodać trzeba, że w licznych restauracjach i kawiarniach turyści nie są głównymi gośćmi. Kiedy dwu- albo trzykrotnie zatrzymywałem się na kawę i obiad, łatwo przekonywałem się, że przy stolikach większością nadal są miejscowi. Dobrze mi było na Zatybrzu.

Reklamy

Papieskie wojny i intrygi

2 sierpnia 2011

Rodzina Medicich zyskała na znaczeniu dzięki przyjaźni z urzędującym papieżem. W drugiej połowie XV w. wielkie bogactwo  Medicich budziło zawiść innych florenckich rodów żądnych władzy. Z fortuny Medicich chciał też skorzystać papież Sykstus IV, który jak wielu jego poprzedników i następców postrzegał pontyfikat jako znakomitą okazję do szybkiego wzbogacenia się. Historia jego relacji z Medicimi nadaje się na scenariusz kryminalnego filmu. Dlatego trzeba ją opowiedzieć ze szczegółami i po kolei.
Po śmierci schorowanego ojca*, głową rodu Medicich został 21-letni Lorenzo stając się tym samym właścicielem potężnego banku, kopalni ałunu, wielkich obszarów ziemskich i sklepów. Zgodnie z tradycją został też nieformalnym władcą Republiki Florenckiej. Do niego właśnie zwrócił się papież Sykstus IV o pożyczkę 40 tys florenów.

Sykstus IV, potomek ubogich rybaków przez długie lata kariery w zakonie franciszkanów uchodził za dobrego zarządcę i intelektualistę, autora rozpraw teologicznych. W wieku 50 lat został kardynałem a trzy lata później papieżem. Od tej pory jego energia koncentrowała się na zapewnieniu bogactwa i wpływów rodzinie. Naciskany przez siostry używał wszystkich swoich atutów, żeby siostrzenice bogato wydać za mąż a siostrzeńców obdarować włościami i stanowiskami w Państwie Kościelnym. Sześciu z nich mianował kardynałami, a dla kolejnego zamierzał kupić toskańskie miasto Imola. Na ten cel właśnie, potrzebował 40 tysięcy florenów. Jednak przezorny Lorenzo Medici uznał,  że jest to punkt zbyt ważny strategicznie dla Republiki Florenckiej. Dlatego odmówił papieżowi. Ten jednak postawił na swoim i za pieniądze innych bankierów sprezentował Imolę siostrzeńcowi.  Lorenzo popadł w niełaskę, ale to dopiero początek jego kłopotów.

W tym czasie zmarł inny siostrzeniec Sykstusa, piastujący godność biskupa Florencji, kardynał Riario. Przy obsadzaniu wakujących stanowisk w Republice doszło do sporu, bo Sykstus ustanowił nowe biskupstwo w sąsiedniej Pizie i obsadził tam zaufanego arcybiskupa Salviatiego. Było to wbrew tradycji, bo dotychczas głos decydujący w takich sprawach miała florencka rada miejska – Signoria. Na pogwałcenie jej praw Signoria odpowiedziała tym samym i zablokowała przyjazd nominowanego biskupa. Lorenzo Medici oraz Signoria liczyli na to, że prędzej czy później, w zamian za podarunki lub inne ustępstwa, papież wycofa swojego kandydata. Niestety Sykstus sprzeciw Florentyńczyków potraktował jako osobistą obrazę i czekał okazji, aby się zemścić.

Kiedy Francesco z wrogiej Medicim rodziny Pazzich oraz zniecierpliwiony czekaniem arcybiskup Salviati uknuli spisek przeciw władcom Florencji – Sykstus ochoczo mu przyklasnął. Jemu też marzyła się zmiana władzy w bogatej Florencji – wszak wielu krewniaków czekało na stanowiska i przywileje.

26 kwietnia 1478 roku podczas mszy we florenckiej katedrze spiskowcy zasztyletowali Giuliano Mediciego, natomiast sam Lorenzo zraniony przez dwóch księży zdołał schronić się w zakrystii i doczekał tam pomocy. W tym czasie druga grupa spiskowców z arcybiskupem Salviatim próbowała dokonać zbrojnego przejęcia Pałacu Signorii, jednak próba się nie powiodła. Zabójcy z katedry, oraz niedoszli puczyści zostali pojmani i natychmiast powieszeni na murach pałacu. Zabójca młodziutkiego Giuliano – Francesco Pazzi usiłował się ukryć, ale postawiona na nogi militia miejska odnalazła go szybko. Spiskowiec został rozebrany do naga i powieszony obok konającego arcybiskupa, którego czerwona szata powiewała na wietrze, wywołując okrzyki zebranego na placu wzburzonego tłumu.

Wkrótce znaleziono kryjówki dwóch księży, lecz tu militię wyręczył rozjuszony tłum. Niedosżłych zabójców Lorenza powieszono a wcześniej wykastrowano. Tłum szalał: zdjęte ze stryczka ciało Fransesco Pazziego rozszarpano na strzępy i wrzucono do rzeki. W ciagu trwających przez kilka dni zamieszek, zginęło kilkanaście niewinnych osób. Lorenzo z trudem uratował życie kilku krewnym spiskowców. Ocalałego z rzezi i prawdopodobnie  niewinnego kardynała Riario (kolejnego siostrzeńca papieża) ukrył w swoim pałacu, czyniąc go przy okazji zakładnikiem na wypadek, gdyby papież chciał zbyt dotkliwie mścić się na Florentyńczykach w Rzymie. Tumult i napięcie trwało, żonę i dzieci Lorenzo wysłał do dobrze strzeżonej willi na wsi. Ostatecznie żaden ze spiskowców nie uniknął okrutnej kary, jedynie żołnierza kurii rzymskiej wynajętego przez Pazziego litościwie skazano na ścięcie głowy. Inny spiskowiec Baroncelli uciekł do Konstantynopola, ale został po jakimś czasie wytropiony i za zgodą Sułtana wydany Florencji, gdzie został powieszony (rysunek autorstwa Leonarda da Vinci). Rodzinę Pazzich z Florencji wypędzono i pozbawiono praw obywatelskich a wszelkie jej dobra ziemskie, budynki i banki skonfiskowała Signoria.

Na wieść o niepowodzeniu przewrotu papież Sykstus wpadł w furię. Zamknął rzymski oddział banku Medicich i przejął wszystkie jego zasoby pod pretekstem rekompensaty za poniesione krzywdy. Próbował nawet uwięzić ambasadora Florencji, jednak wobec ostrego sprzeciwu ambasadorów Wenecji i Mediolanu, przeniósł swój gniew na florenckich kupców mających swe oddziały w Rzymie, których spotkały represje i szykany. Ta forma zemsty jednak Sykstusowi nie wystarczyła: wydał specjalną Bullę, w której ekskomunikował Lorenzo Mediciego i wszystkich jego zwolenników. Nakazał florenckim władzom włączenie do dóbr koscielnych posiadłości Medicich oraz zrównanie z ziemią wszystkich budynków, „aby widoczna była wieczna hańba tego rodu”. Oczywiście nic takiego się nie stało, bo Medici mieli we Florencji większy autorytet niż papież. Signoria odpowiadając na groźby i ekskomunikę wystosowała do Sykstusa list:

„Mówisz, że Lorenzo jest tyranem i domagasz się jego wypędzenia. Ale większość florentyńczyków nazywa go swoim obrońcą… Pamiętaj, że zajmujesz stanowisko następcy Chrystusa. Pamiętaj, że Klucze św. Piotra nie zostały ci dane, żeby nas tak prześladować… Florencja będzie konsekwentnie bronić swojej wolności, ufając Chrystusowi, który wie gdzie leży sprawiedliwość i który nie opuszcza tych, którzy Mu wierzą.”

Ze stanowiskiem Signorii całkowicie zgadzał się biskup Florencji, który z własnej inicjatywy napisał i rozpowszechnił po całej Europie kontr-ekskomunikę nałożoną na papieża Sykstusa IV. Bardzo przydatny był tu najnowszy wynalazek: prasa drukarska.

Papież mógł nie mieć autorytetu, ale miał wielkie możliwości perswazji i nacisku. Aby ukarać florenckich grzeszników zawarł pośpieszny układ z królem Neapolu zachęcając go do wspólnego najazdu na ziemie Republiki. Zagrożona Florencja nie mogła liczyć na równie silnego sojusznika. Do niedawna było nim Księstwo Mediolanu, ale dziwnym trafem tuż przed planowanym atakiem na Medicich z rąk skrytobójców zginął młody książę Galeazzo M. Sforza i rządy w Mediolanie przejął jego krewniak nieskory do zadzierania z papiestwem. Inni sprzymierzeńcy z Ferrary i Bolonii dysponowali zbyt małymi wojskami, żeby stawić opór potężnej armii Neapolu oraz najemnikom papieskim. W pierwszym roku najeźdźcy zajęli kilka ważnych miast i plądrowali prowincje. Po zimowej przerwie republika florencka poniosła kolejne straty i kiedy wydawało się, że wejście obcych wojsk do Florencji jest kwestią tygodni – Lorenzo podjął desperacką próbę negocjacji z władcą Neapolu, królem Ferrante . Wybrał się do niego osobiście, niemal samotnie, zabierając w morską podróż pewną ilość prezentów oraz ponad 60 tysięcy florenów, które podczas kilkumiesięcznego pobytu rozdał mieszkańcom Neapolu.

Rozmowy z królem Ferrante do łatwych nie należały, bo machinacje Sykstusa utrudniały królowi podjęcie decyzji o pokoju. Jednak Lorenzo Medici nie ustawał w wysiłkach powtarzając przy każdej okazji, że „nie obchodzi go własne bezpieczeństwo ani nawet życie lecz dobro Republiki, która mu zaufała jako władcy.” Wypływając z Neapolu po kilku miesiącach rokowań, Lorenzo wciąż nie wiedział, czy przekonał króla czy nie. Nieprzenikniony Ferrante podpisał traktat pokojowy już po odjeździe Mediciego i wysłał go w ślad za nim.

Trwajaca dwa lata wojna wywołana przez chciwego i mściwego papieża, dobiegała końca. Miastu przyniosła wielkie straty i niemal zrujnowała prywatny majątek Medicich, za to Lorenzo przyjmowany był od tej pory jak bohater i zbawca narodu. Pozwoliło mu to na politykę silnej ręki w kolejnych latach, co z kolei przyczyniło się do szybkiego odbudowania gospodarczej potęgi Florencji a przede wszystkim wyniesienia jej do roli kulturalnej stolicy Europy.

Jeden fakt do dziś zaprząta historyków: czy niespodziewany atak wojsk tureckich na królestwo Neapolu, który nastąpił tuż po powrocie Lorenza do domu, miał coś z nim wspólnego? Istnieją domysły, że to florenckie złoto zawiezione przez tajnych emisariuszy przekonało Sułtana do wojennej wyprawy. Kiedy siedmiotysięczna armia wylądowała na samym dole „włoskiego buta” i zagroziła marszem na Rzym, oddziały neapolitańskie w pośpiechu opuściły terytorium Florencji. W krótkim czasie wszystkie dotąd skłócone księstwa Italii zawarły przymierze do obrony przed innowiercami. Aktywnym uczestnikiem przymierza był Sykstus IV, który dla obrony wiary zgodził się nawet zawrzeć pokój z Florencją. Co prawda, po dwóch latach wywołał inną wojnę i nałożył kolejną idiotyczną ekskomunikę, ale to już inna opowieść.

W imię Boga i Zysku

8 lipca 2011

W zakończeniu poprzedniej historii wspomniałem, że Kościół nie uznał Jana XXIII i „wygumkował” go z oficjalnego pocztu papieży. Kościół ma do tego prawo, a o antypapieżu i tak wiadomo, bo rzetelni badacze nie mogą przemilczać tej postaci. Po pierwsze faktów nie da się wymazać z historii, po drugie Jan XXIII nie był znowu takim wyjątkowym łotrem na tle swojej epoki, żeby należało go uznać za „czarną owcę”. Inni ówcześni „namiestnicy Chrystusa” całkowicie aprobowani przez instytucję watykańską byli podobni, o ile nie gorsi.
Nie ma w tej opinii przesady, łatwo prześledzić oficjalne życiorysy papieży i zestawić fakty. Wiadomo, że wiele czarnych legend o papieżach i katolickich królach stworzyli protestanci podczas Reformacji. Biorąc poprawkę na ostrą antypapieską propagandę staram się sprawdzać informacje w kilku źródłach – dlatego wpisy powstają tak powoli. Odkąd trafiłem na stronkę internetową, na której Savonarola opisany jest jako zasłużony reformator kościoła i niemalże męczennik, przestałem ufać w źródła internetowe, tworzone przez nawiedzonych gorliwców. Ciut poważniej traktuję Wikipedię, chociaż jej polska wersja jest dość uboga Nie ma na przykład wcale strony poświęconej papieskim siostrzeńcom mianowanych kardynałami, a jest to bardzo ważny element układanki dotyczącej władzy papieskiej w burzliwych czasach średniowiecza, Renesansu i później. Znalazłem jednak imponujących rozmiarów listę nepotów w Wikipedii po angielsku.

Okazuje się, że od XI do XIX wieku papieże wręczali nominacje kardynalskie głównie z dwóch powodów: dla uzyskania pieniędzy ze sprzedaży tego pożądanego stanowiska lub dla wzmocnienia swojej władzy i poczucia bezpieczeństwa. O bezpieczeństwo mieli dbać siostrzeńcy, kuzyni, wnukowie lub dzieci kuzynów nominowani na kardynałów. Czasem byli to naturalni, choć nie oficjalni, papiescy synowie. Przez długie wieki istniało nawet specjalne stanowisko w Kurii Rzymskiej cardinale nipote (łac.) przewidziane dla najbliższego, najbardziej zaufanego członka rodziny urzędującego papieża. Ta powszechna, z biegiem lat coraz bardziej kontrowersyjna praktyka zwana nepotyzmem zapewniała papieżowi bezpieczeństwo i wsparcie wśród kardynałów a zarazem powiększała znaczenie jego rodu.

Kościelne stanowiska, biskupstwa i opactwa przydzielane „pociotkom” stanowiły źródło wielu późniejszych fortun rodowych. Pieniądz robi pieniądz a papież papieża: spośród setek kardynałów nominowanych przez własnych wujów, ojców i dziadków aż 19 zostało potem papieżami. Oczywiście oni też ubierali swoich siostrzeńców w kardynalskie szaty. Nepotyzm był naturalnym sposobem zdobywania bogactwa, utrzymywania i przekazywania władzy papieskiej. Lutrowi wydał się czymś niewłaściwym i obrażającym majestat papiestwa. O to była między nimi wojna. Luter chciał Koscioła szlachetnego i ubogiego a papieże uważali, jak pewien polski polityk nam współczesny, że „gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to byśmy nigdy niczego nie mieli”.

Jak powszechny był nepotyzm, można prześledzić na przykładzie kilku papieży wymienionych w poprzednich wpisach. Baldassare Cossa (Jan XXIII) to krewny Bonifacego IX. Od niego otrzymał nominację. Pamiętamy, że stanowisko to kupił za pieniądze przedsiębiorczych Medicich, którzy szukali zbliżenia z Kurią Rzymską.

Po Bonifacym IX na tronie zasiadał wojowniczy Innocenty VIII (ten od bulli w sprawie polowania na czarownice), który miał kilkoro dzieci. Kardynałem uczynił tylko jednego siostrzeńca, ale bogato ożenił swojego syna Francesco. Wybranką nieprzypadkowo została Magdalena de Medici, córka władcy Florencji Lorenzo il Magnifico. (w polskiej wersji: Wawrzyniec Medyceusz „Wspaniały”) Posag ślubny Magdaleny był tak wielki, że wystarczyło jeszcze na kapelusz kardynalski dla jej młodszego brata Giovanniego. Giovanni został kardynałem w wieku 13 lat, po latach zasiadł na tronie rzymskim jako Leon X., a jego najbliższym doradcą i rzecznikiem został kuzyn Giulio, późniejszy papież Klemens VII. Jeden z synów Magdaleny oraz inny bratanek Giovanniego również zostali kardynałami.

Bohater innej opowieści Rodrigo Borgia (na obrazku powyżej)nie miał absolutnie nic przeciw nepotyzmowi: sam został wywindowany w hierarchii kościelnej przez wuja Kaliksta III, więc gdy przyszło mu papieżować jako Aleksander VI, bez skrupułów rozdawał tytuły, włości i stanowiska swoim dzieciom, siostrzeńcom, krewniakom i wpływowym bogatym sprzymierzeńcom. Wojskami papieskimi dowodził jego syn Juan, potem Cezar, który czerwoną sutannę wolał zamienić na zbroję wojownika. Ale ojcu nie zabrakło wsparcia: w kolegium kardynalskim zasiadało wówczas aż 10 Borgiów. Sami swoi. Oddając sprawiedliwość Aleksandrowi VI trzeba wspomnieć, że promował też obcych. Kapeluszem kardynalskim obdarzył potomka mało znaczącego wówczas szlacheckiego rodu, z wykształcenia prawnika – Alessandro Farnese. Główną zaletą prawnika, który w momencie nominacji nie miał święceń kapłańskich (za to miał kilkoro dzieci), było to, że jego piękna siostra, Giulia Farnese była długoletnią kochanką papieża. Historycy nie są pewni czy została nią dla własnych korzyści czy poświęciła się dla obrotnego brata.

Kardynał Farnese długo nosił przydomek „szwagier Borgii”. Niewiele się tym przejmował, zajęty wzmacnianiem swoich wpływów i gromadzeniem bogactwa. Po czterdziestu latach bycia kardynałem i służenia trzem kolejnym papieżom, Farnese zasiadł na tronie jako Paweł III. Na obrazie Tycjana pokazany w towarzystwie dwóch wnuków, z których jeden jest kardynałem, drugi zabiega o nadanie mu tytułu księcia Parmy i Piacenzy. Opisywany przez historyków jako człowiek, który „religijną karierę traktował wyłącznie jako sposób na zdobycie bogactwa z niezliczonych parafii, biskupstw i opactw”, przez Lutra nazwany „epikurejską świnią” papież Farnese nominacje kardynalskie wręczył trzem swoim wnukom, dwu potomkom kuzynów oraz własnemu synowi. Nie zaniedbywał innych członków rodziny aranżując odpowiednie małżeństwa, nadając tytuły i włości. Zapoczątkowało to późniejszą potęgę finansową i polityczną rodziny Farnese. Takie były reguły gry, popularnym hasłem, które kupcy umieszczali na księgach rachunkowych było „W imię Boga i Zysku”. Papieże musieli je znać, dla wielu z nich zdobycie fortuny i wpływów było absolutnym priorytetem – sprzedawane relikwie, odpusty, udzielanie błogosławieństw, bicie w dzwony, procesje i celebracje służyły tylko jako środek do celu.

Mój ulubiony papież z tamtego okresu Leon X, który na dworze swojego ojca Lorenzo Mediciego otrzymał staranne wykształcenie humanistyczne, w ogóle nie był religijny. Uważał się za agnostyka, nad modlitwę przekładał rozrywkę i biesiadowanie. Przypisuje mu się słowa, które w przypływie szczerości miał wypowiedzieć do zaufanych kardynałów: „przyznajcie, że nieźle się obłowiliśmy na tej bajeczce o Chrystusie”. Nawet jeśli takie słowa nie padły, to uczynki kolejnych dorobkiewiczów na tronie papieskim świadczą, że były ich prawdziwym credo życiowym.

Zostańmy jeszcze przy Medicich zwanych „Ojcami Chrzestnymi Renesansu”. Dwuznaczność określenia nie jest przypadkowa. Nie znano wówczas innej metody budowania potęgi rodowej niż przechytrzanie i eliminowanie konkurencji. Nie wnikając w szczegóły ich kupieckich praktyk, musimy przyznać, że wyszło im znakomicie. Medici weszli na karty historii jako opiekunowie artystów, mecenasi sztuki, kolekcjonerzy i filantropi. Swoją pozycję osiągnęli w dużej mierze dzięki powiązaniom ze Stolicą Apostolską, w której ogniskowało się bogactwo i władza. Owszem, bankierom z Florencji sprzyjały okoliczności, (inni bankrutowali, im się udało), może potrafili lepiej odgadywać nastroje epoki, może górowali nad przeciwnikami wyobraźnią i sprytem. Umieli zjednywać sobie sprzymierzeńców, jako jedni z pierwszych zrozumieli potrzebę rozwoju sztuki i nauki, byli mistrzami marketingu oraz innych mało szlachetnych a jednak nieodzownych w biznesie cech. Papiestwo okazało się dla nich – najpierw jako bankierów, później kardynałów i papieży – trampoliną do awansu społecznego.

W ciągu kilku pokoleń rodzina handlarzy wełną i bobrowymi skórkami przeistoczyła się w jeden z najznakomitszych arystokratycznych rodów w Europie. Bogactwo i koligacje zdobyte za czasów prosperity banku Medicich zaowocowały wejściem do hierarchii kościelnej i w końcu objęciem tronu papieskiego. I to dwukrotnie. Terytoria i wpływy polityczne na dworach europejskich zdobyte za pontyfikatu Leona X oraz Klemensa VII (to ten stojący po lewej stronie) zdecydowały o podwyższeniu statusu możnego rodu.

Właśnie Klemens VII uznał, że kolejnym etapem poszerzania wpływów jego rodziny będzie skoligacenie władających Florencją Medicich z rodem królewskim. Kardynałami mianował tylko dwóch siostrzeńców, za to całą energię skupił na wypromowaniu swojej siostrzenicy Katarzyny. W dalszym ciągu był to nepotyzm. Nie chodziło przecież o szczęście małżeńskie dziewczęcia tylko o potęgę rodu. Młodziutka Katarzyna de Medici w 1519 roku została żoną następcy tronu francuskiego Henryka II de Valois (Walezego). W zamian za wejście „wnuczki kupca” do domu królewskiego władca Francji zażądał od papieża kilku miast-księstw będących w posiadania Państwa Kościelnego. Klemens VII ochoczo na te warunki przystał, chociaż tych księstw nie miał. Dopiero czekał na ich odzyskanie z rąk okupantów. Przysłał jednak królowi statek prezentów, złożył obietnicę przekazania umówionych ziem i ślub się odbył. Po czym papież umarł.

A Katarzyna i tak została królową Francji.