Wiedźmin, egzotyka i bigos

05/12/2009 - autor: laudate44

Kiedy ostatnio byłem w Polsce, były sąsiad zapytał przy powitaniu:
- No, jak tam w Irlandii, Polaków biją?
- Jak ktoś szuka guza, to wszędzie może w pysk dostać, nie tylko w Irlandii. Nie wierz w te doniesienia, bo media gonią za sensacją.
Moja odpowiedź widać zadowoliła sąsiada, bo szybko przytaknął i zmienił temat. Mnie jednak zastanawiło jego pytanie. Skoro taki ciekawy świata, dlaczego nie zapytał o irlandzkie tańce, o tutejszych pedofilów w sutannach, o linie lotnicze Ryanair albo wreszcie o klify Moheru czy piwo Guinness. Przecież musiał czytać o tym kraju coś więcej niż tylko rubrykę kryminalną z pobitymi Polakami w roli głównej. Wiem, że ten były sąsiad (zapomniałem już jego imienia) jest miłośnikiem książek. Może czytał Sagę Wiedźmińską – Sapkowskiego? Dlaczego nie dociekał, czy tutejsze nazwy rzeczywiście brzmią tak czadowo i czy język staroirlandzki to ten sam, którym w słynnej powieści posługiwały się elfy, driady i wiedźmini?
Na tak zadane pytanie odpowiedziałbym twierdząco, bo rzeczywiście Sapkowski wykorzystał mało znany język gaelicki (Gaelige) do wzmocnienia efektu egzotyki nieodzownego w literaturze “fantasy”. Dzięki temu wiedźmiński gród nazywa się Kaer Morhen, elfie bandy młodocianych bojowników to Scoia’tael a tajemniczy rycerz na czarnym koniu nosi imię Cahir. Można ulec wrażeniu, że część akcji rozgrywa się w Irlandii, tyle, że dawno, dawno temu przed nadejściem Anglosasów.
Oczywiście takiej dosłowności nie ma u Sapkowskiego. Jednak skojarzenia same się nasuwają. Kiedy przejeżdżam przez miasto Dunshaughlin albo opuszczam hrabstwo Laois i kieruję się do wsi Ardnamagh, mam poczucie, że podążam śladami nieustraszonego Wiedźmina i zaraz nieopatrznie wjadę do lasu Brokilon zamieszkałego przez biegłe w sztuce łuczniczej i niechętne ludziom Driady. Jeśli któregoś dnia zacznę się zastanawiać, czy moje auto wyposażone jest w szyby strzałoodporne, będzie to znak, że literatura niebezpiecznie “siadła mi na psychikę” i powinienem najrychlej zapomnieć o Sapkowskim.
Jeśli chodzi o fakty: językiem gaelickim, zwanym na użytek powieści “starszą mową” posługuje się na Wyspie już tylko ok. 3 % obywateli, głównie mieszkańców wiosek na północno-zachodniej rubieży. Owszem, gaelicki jest w Irlandii narodowym językiem oficjalnym. Nadal uczy się go w szkołach (dzieci cudzoziemskie nieobowiązkowo) a nazwy ulic i wszelkie urzędowe dokumenty pisane są w obu językach. Sama nazwa Irlandii to przecież Eire z taką skośną kreseczką nad pierwszym “E”. Nie ma przesady w twierdzeniu, że dzięki sztucznemu podtrzymywaniu języka Irlandia zachowuje swoją tożsamość. Gaelige jest nawet jezykiem urzędowym w Unii Europejskiej.
Irlandczycy choć w większości posługują się wygodnym angielskim, dzieciom nadają tradycyjne imiona irlandzkie. Niektóre z nich brzmią zabawnie, szczególnie imiona żeńskie. Poza tym pisownia nijak nie przystaje do fonetyki (przynajmniej dla takiego jak ja laika z Ziemi Piastów). Znałem kiedyś panią Sziwon, której imię pisało się Siobhana. Do pani Sheileah zwracam się po prostu Szila. Sympatyczna znajoma farmaceutka to Nif. Aż chciałoby się jej imię podrasować i mówić na przyklad “Nimfo, poprosze o aspirynę” (wersja pisana to Niamh). Kolejne imię żeńskie Derval brzmi już całkiem odlotowo. Nie będę udawał, że moja wyobraźnia jest obojętna na tak jawne dziwactwo. Ilekroć rozmawiam z panią Derval, mam poczucie, że zaraz oto porzucimy dyżurny temat pogody i pogadamy sobie o sytuacji na zrębie, o technice podcinania drzew i bezapelacyjnej wyższości pił łańcuchowych Husqvarna nad produktami firmy Stihl lub Oregon. Na rozmowach może się nie skończyć i któregoś dnia Derval zacznie po prostu ostrzyć siekierę.
Co do imion męskich: prócz takich, które słyszałem już wcześniej jak Seamus, (najsłynniejszy Seamus Heaney – laureat literackiego Nobla) Declan, Noel poznałem tu imiona nietypowe jak Taigh czy Cioran wymawiane jako Taj i Kiran. Egzotyka jest na początku, potem ustępuje. Dopóki nie zapoznamy się z kontekstem i dosłownym tłumaczeniem, wszystko BRZMI DZIWNIE. W miarę poznawania znaczeń nazwy i imiona zostają oswojone. Nazwa miasteczka portowego Dun Laoghaire znaczy dosłownie “siedziba króla” ponieważ przed wiekami jakiś lokalny władca miał tam gród. Tę tradycję podtrzymali także Anglicy: za ich okupacji Dun Laoghaire (fonetycznie Danliry) nazywało się Kingstown. Przyznam, że wolę oryginalne Dun Laoghaire od banalnego Kingstown, choć początkowo, nie znając znaczenia i wersji fonetycznej uważałem Dun Laoghaire za mocno pokręcone.
Wniosek z tego taki, że egzotykę da się oswoić. Z tym, że do jednych nazw przyzwyczaić się łatwo, do innych, z różnych powodów, trudniej. Tutejsza sąsiadka ma na imię Deidre (fonetycznie Dejdra). Miła z niej kobieta, oddana rodzinie i prowadzaniu pieska na spacer. Ale czy do swojej żony chciałbym zwracać się, ty dejdro? Zdecydowanie nie, bo Deidre brzmi szorstko i agresywnie (dla mojego piastowskiego ucha, powtarzam) a moja żona ma łagodne imię (też piastowskie), więc przynajmniej w jej imieniu nic mnie nie drażni. Łatwiej przyszło mi zaakceptować imię Aine wymawiane jak Onia. Brzmi prawie jak Ania, więc całkiem swojsko, mam nawet ciotkę Anię. W tej sytuacji na wskroś irlandzka Aine wcale nie jest egzotyczna. Gdy mówię do niej Onia, wyobrażam sobie zapamiętaną z dzieciństwa ciocię Anię. Ciocia Ania stoi przy węglowej kuchni, uśmiecha się i wielką drewnianą łyżką miesza pachnący bigos. Bigos to kwintesencja swojskości i polskości, więc gdzie tu miejsce na egzotykę?

Wikipedia o Gaelige

Estetyka świętokradców

03/12/2009 - autor: laudate44

W zakończeniu tekstu Wirtualny Toruń zachęcałem do obejrzenia wnętrz toruńskich kościołów za pomocą stronki multimedialnej. (Dostałem później miłego maila od twórców tej stronki, która jak się okazuje, w całości jest wynikiem osobistej inicjatywy grupy zapaleńców z panoramicart.pl) Chciałbym dziś wytłumaczyć, skąd wzięła się ta być może zaskakująca zachęta. Intencja była oczywista: zajrzyjcie do tych unikalnych wnętrz, przesuńcie kursor myszki na ogromne okna, na niewiarygodnie wysokie sklepienia, podziwiajcie – jako i ja podziwiam – wspaniałe dzieło ludzkiej wyobraźni i sztuki rzemieślników. Może wam się na tyle mocno spodoba, że pojedziecie do grodu Kopernika zobaczyć te perełki na żywo, a raczej “na cicho”. Zresztą nie tylko kościoły toruńskie są warte polecenia, o czym będzie trochę dziś a wiecej w kolejnym wpisie.
Kościoły są budowlami o szczególnym znaczeniu, można zatem domyslać się, że szczególna też bywa motywacja architektów i budowniczych, żeby wspiąć się na wyżyny swych umiejętności i stworzyć autentycznie wielkie dzieło. (Nie mam na myśli współczesnych potworków architektonicznych szpecących niemal każde osiedle mieszkaniowe. Te omijam z daleka). Budowniczowie gotyckich katedr twierdzili, że stawiają je dla “chwały Bożej” – trudno zaprzeczyć, bo z religijności tamtych czasów oraz odkrywanych możliwości technicznych wyłoniła się idea strzelistych wież, wysokich sklepień i ostrych łuków jako wskazanie kierunku transcendencji “ku górze’ czyli do Boga. Pierwsze katedry były, jakbyśmy powiedzieli, narzędziem propagandowym: miały na celu człowieka oszołomić i przytłoczyć swoją potęgą. I zadanie to znakomicie spełniały, bo budowle o takich rozmiarach i bogactwie (witraże!) długo nie miały konkurencji. Co nie zmienia faktu, że najlepsze przykłady kunsztownych kościołów niezależnie od tego czy to gotyk, barok czy klasycyzm to przede wszystkim triumf możliwości ludzkich. Także tych najgłębszych, duchowych, bo z nich wypływała idea twórcza. Ceniąc sobie ludzki geniusz twórczy odwiedzam kościoły, bo są dziełami sztuki. Owszem, ze względu na ich sakralny charakter dziełami szczególnego rodzaju. Rozumieją to właściciele świątyń całego świata, dlatego publikują foldery, sprzedają pamiątki i bilety wstepu bez pytania turystów o przynależność religijną. O barcelońskiej katedrze Sagrada Familia raczej nie mówi się w kategoriach religijnych. Powszechnie traktuje się ją jako unikalne dzieło sztuki, a fakt że budowa kolosa trwa od 1882 roku wzbudza tym większe zaciekawienie.
Wydaje się oczywistością, że sztuka sakralna także jest towarem. Dlatego mocno zdziwiłem się po przeczytaniu opinii Leszka Kołakowskiego zawartej w książce “Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania”:
“W hipotetycznym kompletnie sekularnym społeczeństwie, gdzie nic nie jest święte, nie ma ani bałwochwalczych ani świętokradczych czynów. Dla ludzi całkowicie wyzutych z wrażliwości religijnej oba pojęcia tracą sens: nic nie jest świętokradcze, nic nie jest bałwochwalcze. W oczach ludzi religijnych, przeciwnie, zarówno świętokradztwo, jak bałwochwalstwo sa wszechobecne w społeczeństwie świeckim: to, co ludzie uwielbiają i czczą nie jest Bogiem, tak wiec każdy akt czci jest z konieczności bałwochwalczy; skoro zaś ludzie są w najlepszym razie obojetni na jakość świętości, popełniają świetokradztwo nieustannie, niekoniecznie tego świadomi. Świętokradztwem jest na przykład odwiedzać kościół tylko po to by podziwiać jego architekture i malarstwo, i może nawet słuchać muzyki sakralnej z uwagi na jej wartości artystyczne lub czytać Biblię dlatego, że jest to wspaniałe dzieło literackie itd.”
(str.92)
Tym samym zostałem zaliczony do świętokradców, ponieważ nie ma we mnie za grosz religijności a najsilniejsze, powiedzmy, doznania transcendentalne były mi dane w górach i w paru jeszcze sytuacjach intymnych. Absolutnie nie czuję się z niczego “wyzuty”, uważam, że bez “wrażliwości religijnej” moje życie też jest wystarczająco pełne. Wystarcza mi zwyczajna wrażliwość, po co zaraz “religijna”. Czy ona jakoś ma ludzi nobilitować? W moim mniemaniu jest raczej na odwrót i to religie są balastem dla życia psychicznego, dla wolności ducha. Poza tym słowo “wyzuty” sugeruje jakieś ubóstwo, niepełność, może nawet patologię. Nie podoba mi się ta kategoryzacja. W rewanżu stawiam profesora Kołakowskiego w jednym rzędzie z pewną sprzataczką, która bezceremonialnie wypędziła mnie z kościoła w Raciborzu wskazując świeżo umytą posadzkę jako uzasadnienie swojego chamstwa. Zapamiętałem jej to, bo jako poborowy byłem wtedy w trakcie potyczek z Ludowym Wojskiem, na zewnatrz panował straszny upał, a ja potrzebowałem cienia i wyciszenia.
Nie będę zresztą ukrywał, że lektura książki “Czy Pan Bóg jest szczęśliwy…?” mnie rozczarowała. Po profesorze filozofii oczekiwałem większej odwagi w przedzieraniu się przez zasłony ukrywające rzeczywistość. Wydało mi się, że Autor dość niefrasobliwie poczyna sobie z podjętymi tematami, jakby wolał przypodobać się czytelnikom o nastawieniu religijnym, niż wykazać się przenikliwością i bezkompromisowością. Mimo pozorów, uprawia bardziej gawędę niż przytacza wyniki swoich dociekań. Nie chce mi się wierzyć, że to wszystko na co było stać sławnego profesora. Czasem Autor idzie na skróty i przyjmuje za pewnik coś, co jest znane jako twór lokalnej kultury, co jest niepotwierdzonym naukowo zapisem literackim czy dogmatem religijnym, wobec którego raz po raz kapituluje.

Wrócę tymczasem do swoich świętokradczych (teraz już wiem i wy wiecie) wędrówek po kościołach. Nie liczyłem, ile wspaniałych brył, ile wnętrz do tej pory obejrzałem, musi ich być sporo. Każde z nich odmienne, a jednocześnie takie samo, w ten sam sposób uporządkowane z ołtarzem w głębi, amboną, miejscami dla wiernych, organami pod sklepieniem za plecami, kaplicami bocznymi itd. Każde odstępstwo od kanonu jest dodatkową atrakcją, jak np dwie ambony u Dominikanów w Lublinie, albo kolisty kształt nawy głównej i wianuszek kaplic dookoła w Bazylice Wambierzyckiej. Czy wreszcie jeden z największych skarbów architektury sakralnej w Polsce, zbudowany wyłącznie z gliny i drewna ewangelicki Kościół Pokoju w Świdnicy. Niezawodnie kościoły posiadają jakiś magnes, który przyciąga nawet ludzi obojętnych religijnie. Mają przecież ten specyficzny klimat, którego nie posiada żadne “zwykłe” muzeum, najwspanialszy pałac czy sala operowa.
Czasem ten klimat pozostaje, mimo, że budowla przestaje być tylko miejscem odprawiania nabożeństw. Nowe świeckie funkcje nie zawsze ujmuja starym kościołom atmosfery. Może się zdarzyć, że im jeszcze dodaja blasku i wzmacniają ukrytą w samej budowli tajemnicę. Takie wrażenie miałem w kościele Św. Magdaleny w Bruggi w Belgii. Kościół stoi trochę na uboczu, nie w samym historycznym centrum miasta. Kiedy wszedłem do wnętrza, zamiast rzędu ławek zastałem prostokątną sadzawkę wpuszczoną w ogromny drewniany podest sięgający powyżej kolan. Wielki witraż za skromnym ołtarzem głównym odbijał się pysznie w płaskiej tafli wody, pani przewodniczka siedziała w głębi, czytając książkę, w tle płynęła muzyka smyczkowa. Pytam o co tu chodzi, skąd taki pomysł, dla kogo kolorowe klocki ułożone na półkach okalających sadzawkę? Projekt nosi nazwę YOT (to skrót pełnej nazwy w jezyku flamandzkim) i ma na celu integrację okolicznych mieszkańców, szczególnie dzieci i młodzieży wokół m.in. działań artystycznych. Pani zachęca mnie, abym wszedł do małego pomieszczenia w nawie bocznej, gdzie umieszczono instalację pt. “Droga Życia”. Na trzydziestu cienkich sznurkach rozpiętych w rzędzie pomiędzy podłogą a sufitem przywiązano gęsie pióra. Ich położenie jest dla odmiany poziome, rozmieszczone są w odstępach ok. 20 cm jedno od drugiego. “Kiedy będziesz przechodził i ruch powietrza wprawi te pióra w ruch, one będą pisać drogę twojego życia” – podpowiada przewodniczka. Pomieszczenie było niewielkie, umieszczony na podłodze reflektor oświetlał całą instalację, cienie na ścianie potegowały wrażenie wytężonej pracy setek niewidzialnych pisarzy dzierżących gęsie pióra. Wszyscy w ciszy pisali moją drogę życia. Poczułem wdzięczność.
Kolejny przybytek sakralny w Bruggi to katedra St. Salvatore – prawdziwy olbrzym, podręcznikowy przykład gotyku, wypełniona masywnymi meblami, licznymi ołtarzami i obrazami. Szczególnie bogato ornamentowane są ołtarze umieszczone w okalających całą tylną ścianę kaplicach. Dzieki ogromnym oknom witrażowym wrażenie kruchty jest tam nieobecne. Przytulone do siebie kaplice, każda dedykowana innemu świętemu, są pełne światła i kolorów. W miejscach gdzie zwykle stali kapłani odprawiający msze turyści mogą teraz oglądać dawne szaty liturgiczne umieszczone na manekinach. Odczytałem to jako znak czasu: ludzie odeszli, szmaty zostały. Świetokradcy szwendają się po świątyni a ja między nimi. Alleluja!

link do zdjęć Koscioła Pokoju w Świdnicy

Zagrywka konstytucją. Drybling z wyborcami.

28/11/2009 - autor: laudate44

Czekałem, czekałem i doczekałem się. Chodzi o o zapowiedź premiera dotycząca proponowanych zmian w zapisach konstytucji. Oczywiście zmian na razie nie ma. Jest zaledwie wygłoszona w połowie listopada zapowiedź, która jakoś tak przemknęła, tylko echo jeszcze sie niesie… Temat na początku wywołał mi rumieńce na twarz, bo zamiana dwuwładzy na jedna silną “sterówkę” dryfującego okrętu o nazwie Polska nawet dzieciom w szkołach wydaje się oczywista. Zmniejszenie liczby posłów, senatorów, usprawnienie ordynacji wyborczej też aż się prosi. W końcu to są policzalne oszczędności! Wydawało by się, że wyrażona przez najważniejszego polityka w państwie wola takich zmian wywoła dyskusje o tym jak dokonać zmian, a nie czy należy je wprowadzać.
Na gorąco głosu nie zabierałem, bo co ja się, kurna, znam na ustawodawstwie. Liczne komentarze zamieszczone w sieci uświadomiły mi że nie będzie łatwo, choć racje wyłożone przez Stefana Bratkowskiego i innych autorów na Studio Opinii mnie przekonały całkowicie. Przyklasnąłem obywatelskiemu wpisowi Waltera Chełstowskiego, bo mnie też wkurza demagogia polityków, tumiwisizm dziennikarzy i blogerskie szukanie dziury w całym. Ale nie dałem sie porwać fali entuzjazmu, jakoś nie umiałem, czując, że tam gdzieś czai się coś jeszcze. Nie dowierzałem tej gorącej ofercie Tuska dla spragnionego zmian społeczeństwa. Dlaczego bowiem więcej wywarzonych lecz w gruncie rzeczy pozytywnych opinii wygłaszali ludzie nie będący politykami a nie sami rządzący, których rola sprowadzała się do powtarzania frazesów i coraz mniej wiarygodnego odpowiadania na zarzuty ze strony opozycji?
Dziwnym i niepokojącym było to, że po niespodzianym wypuszczeniu balonu z napisem “zmieniamy konstytucję”, rząd jakby się wycofał. Nie wszyscy odpytywani członkowie władz PO wiedzieli jak tłumaczyć tę nagłą chęć zmian dotyczących ordynacji wyborczej. Dla kogoś kto naiwny nie jest, było jasne od początku, że mając PIS na karku, a w milionach domów pisowską telewizję – przeprowadzenie tak poważnych zmian jest zwyczajnie niemożliwe. Zarówno Tusk, władze Platformy oraz jej wyborcy wiedzą doskonale, że PIS jest partią hamulcową, skupiona JEDYNIE I WYŁĄCZNIE na własnych korzyściach, a takich proponowane zmiany ustrojowe nie przewidywały.
Czekałem więc cichutko na owo szydło, które miało wyjść z worka. Nadal zresztą czekam, bo do końca nie rozumiem, czemu miało służyć “strategiczne zagranie konstytucją”. Prawda jest okrutna: to co miało być punktem przełomowym w procesie transformacji, okazało się świadomą zagrywką. Premier Tusk w momencie ogłaszania rewelacji o odchudzaniu izb Parlamentu i okrojeniu kompetencji prezydenta wiedział, że to jest plan, który nie ma szans się ziścić. Plan który co najwyżej pobudzi emocje, światłych ludzi zachęci do ujawnienia swoich przemyśleń, głupkom da możliwość budowania kolejnych piętrowych bzdur o zagrożeniach dla demokracji. Zamieszanie owszem powstało, ale chyba nie było ono celem spontanicznej akcji Tuska: owszem, drybling mu wyszedł, ale gola z tego nie ma. Nie ma też na razie samobója, ale jeśli prawdą jest, że PO dogaduje się z PISem w sprawie sztucznego przedłużenia kadencji Kaczyńskiego, to samobój jest pewny. Kibice Platformy nie o takich meczach śnili, nie na takich “Fryzjerów” głosowali.

Cała burza wokół beztrosko zapowiedzianych a w praktyce niemożliwych zmian w kostytucji oraz wlokąca się na drugim planie przepychanka w komisji d/s afery hazardowej wywołała u mnie zniezmaczenie jakiego od początków obecności PO na scenie politycznej nie zaznałem. Nie spodobało mi się robienie z wyborców durniów: zamiast konkretnej i dobrze przygotowanej oferty zmian podrzucono nam temat zastępczy – jakąś nierozwiązywalną łamigłówkę. I to nie było fair. Natomiast brak umiejętności przewidywania że taka zapowiedziana na chybcika zmiana poniesie fiasko, bo społeczeństwu nie ukazano jej plusów – stawia pod znakiem zapytania profesjonalizm rządzących. (Aby użyć określenia najłagodniejszego). To zaledwie parę elementów składających się na marny obraz klasy politycznej. Nie chciałem, a może nie umiałem swoich osobistych wrażeń ubrać w słowa. Czekałem, aż mi przejdzie… Ale nie przeszło. Raczej przyszło i spotegowało sie razem z pewnym wpisem na SO. Zrozumiałem, że to nie jesienna chandra wywołuje u mnie niechęć do polityków. Artykuł Jana Hermana aż nadto dobrze oddaje, co sobie aktualnie o “onych” myślę. Nie muszę już zatem mozolnie układać zdań: polecam znakomity tekst spod profesorskiej ręki. Oto fragment:

Jeśli da się zauważyć, że tysiącami publicznych podmiotów (o różnym znaczeniu) gospodarczych, politycznych, artystycznych, samorządowych, urzędowych, pozarządowych – poza wyjątkami – zarządzają „grupy towarzyskie” zmieniające się wraz z „nomenklaturowymi” szefami tych instytucji i organów, zaś wewnątrz tych grup podział siły przebicia, władzy, rządzenia, definiowanie problemów strategicznych i bieżącej taktyki działania – niekoniecznie pokrywa się z formalnym przydziałem kompetencji (obowiązków i uprawnień służbowych) – to mamy jasny obraz polskiej rzeczywistości, wymagającej regulacji konstytucyjnej. Nie zaradziła temu – jak widzimy – ani omijana chyłkiem koncepcja Służby Cywilnej, nie zaradziły procedury urzędowej pragmatyki, usztywniające relacje między szczeblami i komórkami administracji.
http://alfaomega.webnode.com/products/jan-herman-kamaryland/

awaria sieci

13/11/2009 - autor: laudate44

awaria sieci, wpisu nie bedzie.
Pracujemy nad rozwiazaniem problemu.
Pozdrawiam. laudate.

Karuzela, CCC i ruletka

03/11/2009 - autor: laudate44

Wiadomością dnia jest niewątpliwie orzeczenie czeskiego TK stwierdzające zgodność Traktatu Lizbońskiego z konstytucją Republiki Czeskiej. W efekcie tego pierwszy hamulcowy jednoczącej sie Europy Vaclav Klaus zdecydował się podpisać Traktat. teraz urzednicy w Brukseli mają już z górki, mogą wybierać prezydenta Europy, wprowadzać w zycie postanowienia Traktatu. Wypada mieć nadzieję, że pójdzie im to sprawniej niż polskim posłom wylonienie składu komisji śledczej d/s hazardu. Kto tam się awanturuje o stanowiska, kto z gorejącą czapką woła “łapaj złodzieja!” nie muszę przypominać. Tak, tak to ta sama partia, która Pazurami i Szponami trzyma się stołków w telewizji publicznej. Prezesem TVP ma zostać były kierownik sekretariatu Gosiewskiego, Tomasz Szatkowski.

Tomasz Szatkowski z wykształcenia jest prawnikiem. Za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości był szefem sekretariatu wicepremiera Przemysława Gosiewskiego, wiceprezesem i członkiem rady nadzorczej Bumaru, państwowej spółki zbrojeniowej oraz członkiem komisji weryfikacyjnej WSI. Od końca lipca zasiadał w radzie nadzorczej TVP. Znalazł się tam z rekomendacji PiS. (źródło TVN24)
I w ten sposób jest jasne kogo telewidzowie tej stacji będą oglądać najczęściej. O kim będzie się w TVP mówiło dobrze, a kogo posypywało popiołem i kropiło wrzątkiem. Pisowskie porządki medialne nie znają litości: albo dziennikarzu wykonujesz zadania dla dobra partii, albo szukaj sobie innej pracy. Przykładem są byli dziennikarze z Kielc, którzy byli straszeni wyrzuceniem z pracy za niedostatek zaangażowania partyjnego.

Teresa Czajkowska 25 czerwca musiała w pośpiechu opuścić uroczystość wręczania doktoratu honoris causa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach poecie Tadeuszowi Różewiczowi. Od wydawcy “Informacji” dostała SMS: “Jest na wesolej. Natychmiast masz tam jechac, bo dyr. cie zwolni”. Gdy próbowała protestować, przyszło ponaglenie: “Natychmiast”.
W siedzibie PiS przy ul. Wesołej czekał poseł Gosiewski.
Michał Łagowski we wrześniu pojechał na uroczystości 70. rocznicy wybuchu wojny do Starachowic. Od wydającej “Informacje” też otrzymał SMS z poleceniem nagrania Gosiewskiego: “Zrób cokolwiek i wracaj, nagraj setki [dźwięk i obraz] pare obrazków i tyle… wiesz czym to grozi, mnie i tobie”. Za chwilę kolejny SMS: “Już dyro dzwonil i pytal czy nagrales. Zaczyna sie”.
Łagowskiego i Czajkowską we wrześniu (dyrektor TVP Kielce)Tarczyński odsunął od współpracy. Nie musiał zwalniać, bo jak większość dziennikarzy nie byli zatrudnieni w TVP Kielce, ale w zewnętrznej firmie. Bujak sam zrezygnował 21 października. Obsługiwał spotkanie samorządów z minister Elżbietą Bieńkowską. Twierdzi, że od wydawcy dostał przed wyjazdem instrukcję zmiażdżenia marszałka województwa Adama Jarubasa z PSL i dokopania PO. Do materiału miał dorzucić telefoniczną wypowiedź Gosiewskiego.
- Nie będzie miejsca w redakcji dla malkontentów. Jeżeli ktoś uważa, że promuję Gosiewskiego, nie znam się na pracy redaktora naczelnego i nie czuje się komfortowo w TVP Kielce, powinien zrezygnować i udowodnić swoją wartość na rynku pracy mediów lokalnych – komentuje Tarczyński. (źródło: GW)

Dyrektora rozumiem: nie ma innego wyjścia, tylko dobierać sobie podwładnych wg własnego uznania, które to uznanie nie uznaje poety Różewicza, uznaje natomiast przemowy Gosiewskiego. Jego zaniedbywać medialnie nie można. Wszak dyr. Tarczyński też kiedyś będzie musiał wypowiedzieć sławetną frazę: “melduję wykonanie zadania”. Cieżki dyrektorski chleb na partyjnych drożdżach.
A to, że w pracy pozostają jedynie dziennikarze usłużni, nie jest żadną tajemnicą: poznajemy po owocach. Czy są to owoce jadalne? – nie mnie oceniać. Wybredny jestem szalenie.
Swoją drogą ciekawe, czy obecni studenci dziennikarstwa zdają sobie sprawę z tego, czym jest ten zawód lub czym może być pod rządami pazernych na władzę prostaków? Jeśli nie, trzeba im to powiedzieć.

W kolejnej, trzeciej wiadomości dnia znowu pojawia się temat owocowy. A raczej owocowo-warzywny. Na Ukrainie zaczyna brakować trzech strategicznych produktów zwalczających objawy przeziębień. Ceny Cytryn, Czosnku i Cebuli wzrosły ponad 30 procent. Specjalna komisja ma przeciwdziałać spekulacjom rynkowym.
Czy polski prezydent już zareagował? Wszak grypa u przyjaciół to prawie jak pożar w Kamieniu Pomorskim. Czy głowa państwa zechce medialnie wykorzystać te okoliczność? Sądzę, że tak. W chwili gdy to piszę, Szczygło osobiście podczepia parowóz do składu towarowego z owocami bogatymi w witaminę C. Oczywiście na całej trasie od Warszawy przez Terespol do Kijowa stoją wyposażone w kamery brygady dziennikarzy TVP. Ukraińska epidemia może się Pisowi przydać, bo z komisją hazardową to nie będzie tak łatwo. Dla Pisu może to być rosyjska ruletka.

PS. Przerwa w pisaniu bloga do 12 listopada. Ukłony dla czytelniczek i czytelników. Laudate

Bo się wstydzimy

01/11/2009 - autor: laudate44

Od tragicznej pomyłki wyborczej w 2005 roku minęło już cztery lata. Obywatele poznali z grubsza czym były i czym mogą być rządy Kaczyńskich. Wydłuża się lista tych, co się wstydzą, że kiedykolwiek przyłożyli rękę do rządów PIS. Intrygujące jest jednak to, że dziennikarze i osoby publiczne, które wydawałoby się miały czas, żeby przejrzeć na oczy, nadal nie widzą nic zdrożnego w rozwalaniu przez PIS stabilności państwa, w stosowaniu brudnych metod niszczenia niewygodnych polityków.
Ciekawe, czy artyści Krzysztof Cugowski, Olgierd Łukaszewicz, Jerzy Zelnik nadal będa gorliwie wspierać starania Lecha Kaczyńskiego o prezydenturę, tak jak to robili poprzednio?
Na mój gust, dali się wpuścić w szumne hasła i manipulacje szaleńców ze sztandarem IVRP. Teraz pozostaje im występować w maskach, aby nie było widać rumieńca wstydu. Jak tajni pisowscy eksperci na rysunku Krynickiego:
null
(rys. Artur Krynicki, źródło: www.wp.pl)

Toruń wirtualny

30/10/2009 - autor: laudate44

Za oknem już zaczęli strzelać, ponad dachy wzbijają się fajerwerki, wyrostki od kilku dni zbierają kawałki drewna na tradycyjne ogniska. Wystawy sklepowe i frontowe ściany domów udekorowane pajęczynami, nietoperzami, postaciami z horrorów. Oczywiście wszechobecna wydrążona i podświetlona dynia. W Dublinie zaczyna się Halloween. Przebrane za wiedźmy, wiedźminów i batmanów dzieci zapukają jutro wieczorem do drzwi i poproszą o słodycze. Oczywiście nie odejdą z pustymi rękami. Niech mają swoje “straszne” dziecięce święto.
Nie chcę Was tym razem straszyć. Potwory i Spółka wystarczająco często pojawiają sie na tym blogu. Dlatego dziś dla wytchnienia proponuje wirtualną podróż do Torunia. Dla mnie jest to miasto wyjątkowe, bo zanim trafiłem do Dublina mieszkałem przez rok w Toruniu. Jakiś czas miałem nawet lokum w zabytkowym spichlerzu przy ul. Rabiańskiej, dwa kroki od Krzywej Wieży. Potem wyjechałem prostować swoje życiowe ścieżki, Krzywa Wieża pozostała. Stoi tam nadal – sprawdzałem ostatniego lata.
Zawsze gdy wracam do Torunia na parę dni – mam swoje osobiste święto. Za każdym razem czuję się wyróżniony tym, że mogę spacerować wśród zabytkowych budynków, oddychać toruńskim powietrzem, które dla innych może być zwyczajne – dla mnie wyjątkowe. Mam tam swoje święto, mimo, że nie przebieram się za batmana i nikt nie częstuje mnie cukierkami. Owszem, ulegam pokusie i objadam się toruńskimi piernikami, ale nie one są ważne. Oprócz spotkań z mieszkającymi tam przyjaciółmi, najważniejsza jest jednak unikalna architektura. Ktoś trafnie zdefiniował, na czym polega tajemnica urody toruńskiej starówki: na tym, że tworzące ją budynki nie przytłaczają – są “na ludzką miarę”. Bliski ideału jest układ Starówki z Ratuszem, główną ulicą Szeroką i bocznymi uliczkami schodzącymi ku Wiśle, z kościołami pamiętającymi Kopernika, ruinami zamku krzyżackiego, kamienicami kryjącymi hotele, knajpki i sklepy.
Multimedialna stronka http://www.virtualtorun.eu/ nie pozwala zajrzeć we wszystkie zaułki Starego Torunia, nie można usiąść w knajpce przy ul Podmurnej i napić sie wina. Ale wirtualny spacer po Starówce też dostarcza wrażeń, odświeża wspomnienia, no i znakomicie się przy tym wypoczywa. Zajrzyjcie też do kościołów, sa puste, można oglądać bez skrępowania.
Podzielcie się wrażeniami.

Są obrzydliwi, ale nie dam im spokoju

29/10/2009 - autor: laudate44

undefined
Adam Hoffman

Tytuł jet chyba dość wymowny. Chodzi o słowa i uczynki prominentnych członków PIS. Ilekroć pojawia się w mediach kolejne doniesienie o ich wybrykach “marnej reputacji”, przeżywam rozterki natury estetycznej: czy w ogóle podejmować temat. Czy dotykać czegoś, co cuchnie na odległość? Czy babrać się w tym szambie i zawracać Wam głowę opisami niegodziwości wiedząc, że czujecie do pisowców takie samo jak ja, a może większe obrzydzenie. Niestety, jeszcze nie odpuszczę, choć może Pisowcy i ich poplecznicy akurat tego by chcieli. Chętnie zostawiłbym ich w spokoju, ale przez parę lat udowodnili dostatecznie, ze oni spokoju nie dadzą nikomu. PIS jest jak skorpion, o czym pisał pan A.J. Wieczorkowski na Studio Opinii.

Coraz bardziej przekonuje mnie teza, że nasze obrzydzenie jest pisim nesłychanie na rękę. Dzięki temu, że coraz więcej osób nie wytrzymuje moralnego smrodu jaki wokół siebie roztaczają – pisowcy oraz ich wyznawcy obecni chociażby w internecie, czują sie coraz bardziej bezkarni. Bezkarni w kategoriach moralnych, bo ręka sprawiedliwości (tej powszechnej, nie ze sztandaru) powoli ich dosięga. Co nie znaczy, że zarzucą swoją agresję, insynuacje i kłamstwa. Nie mają już nic do stracenia, bo wszelkie granice etyki i dobrego smaku dawno zostały przekroczone. W szeregach Pisu trwa nieustający konkurs, kto mocniej się ześwini, kto przebije Jarka w aroganckim ustawianiu społeczeństwa “tam gdzie ZOMO”, kto będzie kłamał z równą łatwością i satysfakcją jak Jacek Kurski, kto matactwem i bezczelnością dorówna Putrze, Szczygle, Gosiewskiemu, Karskiemu czy Mułlarczykowi? Ech, jest ich więcej, nie ma miejsca na wyliczanki. Ostatnie rewelacje prasowe i rozstrzygnięcia sądowe pokazują, że oni wzajem siebie warci. Krok w krok, blamaż za blamażem, wyrok za wyrokiem. Zgnilizna moralna w nieznanym chyba wcześniej nasileniu. Pierwszy jej reprezentant Ziobro, który akurat przegrał apelację.
To już ostateczny wyrok. Zbigniew Ziobro będzie musiał wyłożyć 300 tysięcy złotych na przeprosiny kardiochirurga Mirosława G. w największych telewizjach. Sąd Najwyższy odmówił w czwartek przyjęcia kasacji b. ministra oświadczając, że “nie ma do tego przesłanek”. Ziobro został skazany za pamiętne słowa o doktorze G., że “już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”.

Kolejny wyrok sądowy dotknął Jarka. Co za pech! Chodziło o “zwykłe” Jarkaczowe kłamstwa dotyczące alimentów Dorna. Gdyby Jaro miał odpowiadać pzred sądem za wszystkie nieprawdy, których sie dopuścił, wyszedł by z kicia później niż Madoff.
Najnowszy fajerwerk dotyczy co prawda jakiegoś policjanta z Malborka, który pod presją obciążył posłankę Ostrowską, ale w tle znowu widzimy Ziobrę i jego potulnych prokuratorów rutynowo produkujących “haki” na posłów opozycji.
I wreszcie nadzieja pisowskiej polityki – poseł Hoffman, młody, uczesany, elokwentny. Zawsze pryncypialny, nieustępliwy jak przystało na członka partii moralnej odnowy. Ostatnio zaatakował rząd, twierdząc, że zaniedbuje studentów i nie robi nic, aby wspierać szkolnictwo wyższe. Zapomniał najwyraźniej, że na zniżki studenckie rząd musi znaleźć środki w budżecie, w tym samym budżecie, który jego prawa i sprawiedliwa żonka uszczupliła na niezłą kwotę. Pani Joanna Hoffman od niemal dwóch lata pobierała z ZUSu po ok. 6 tys zł miesięcznie, chociaż nie jest ani emerytką ani rencistką ani też nie chodziła do pracy. Poseł coś tam tłumaczył , i może bym mu uwierzył, gdyby nie był z Pisu. Przynależność zobowiązuje, a dobre miejsce wśród kłamców utrzymać trudno. Konkurencja ogromna, choć obrzydliwa.

Misza przyjechał!

28/10/2009 - autor: laudate44

Do polskiego prezydenta z oficjalna wizytą przyjechał prezydent gruziński. Znów było kadzenie, opowiadanie bajek o napaści Rosji na Gruzję, poklepywanie po plecach i wspominanie kombatanckich przeżyć na pograniczu osetyńskim, gdzie najeźdżcy mówili po rosyjsku i strzelali po rosyjsku. Gruzińskie kule albowiem, wydają inny świst. A już polskie rakiety z “Bumaru” śpiewają w locie Bogurodzicę. Tak wspominam, dla porządku.
Panowie prezydenci we wzajemnych pochwałach wznosili się ponad szczyty Kaukazu. Mówiąc o konflikcie przygranicznym z 2008 roku, prezydenci powtarzali przyjętą wówczas wersję wydarzeń, chociaż raporty komisji UE nie pozostawiły na tejże wersji suchej nitki. Ale widocznie im obu to nie przeszkadza, bawią się doskonale, Misza nawet zgodził się zostać jeden dzień dłużej, żeby w blasku nowego dnia po raz en-ty wypowiedzieć się ciepło o polskim bojowniku o wolność naszą i waszą.

Ktoś dowcipny zapytał, czy program wizyty Saakaszwilego przewiduje spotkanie z Abdullem El-Assirem, handlarzem bronią rekomendowanym onegdaj Miszy przez Kaczyńskiego i jego ministra Drabę. Wydaje mi się to niegrzeczną ingerencją w sprawy obronne naszego zaprzyjaźnionego kraju. Ups.. Napisałem “naszego zaprzyjaźnionego” raczej z rozpędu. Ani ja, ani chyba wiekszość Polaków do żadnej przyjaźni miedzynarodowej specjalnie nie tęskni. Wiadomo, czym jest ta oficjalna przyjaźń: trochę dętych haseł, jakieś niezrozumiałe obietnice, podbijanie bębenka nastrojów, itd.

Kaczyński oczadzony wysokoprocentową przyjaźnią sili się nawet na uszczypliwości wobec państw zachodnioeuropejskich “ociągających się” z przyjęciem Gruzji do NATO. A na to z różnych powodów jest za wcześnie, co wiedzą zarówno Sarkozy, Merkel, Obama i paru innych przywódców. Nie wie tego Kaczyński, z którego taki przywódca jak z koziej brody saksofon. Powiedzmy sobie szczerze: tylko jemu farsa z przyjaźnią jest potrzebna.
Kaczyński jest wiernym synem PRLu, nie umie inaczej rozgrywać polityki zagranicznej jak tylko przez silne antagonizmy (Rosja) albo przez bratnie przyjaźnie ( Gruzja i jej wino). Chce być lepszy od Gierka i od Kwaśniewskiego, który zasłynął jako negocjator w konflikcie politycznym na Ukrainie. Lechowi żadna negocjacja nigdy się nie uda, bo on używa polityki wyłącznie do leczenia swoich kompleksów. Wydaje mu się, że niepowodzenia w polityce krajowej może sobie zrekompensować rozdmuchaną medialnie troską o inne narody. We własnych oczach Kaczyński jest wielkim mężem stanu walczącym o wolność Gruzji niemal tak mocno jak o suwerenne decyzje mieszkańców Irlandii.
Nie zdziwię się, gdy lada chwila zaproponuje Saakaszwilemu stanowisko w BBN.

Specgrupa w głębokim cieniu. Tajni eksperci widzą ciemność.

27/10/2009 - autor: laudate44

W nocy na pierwszym roboczym posiedzeniu zebrał się Zespół Pracy Państwowej. Spotkanie odbyło się w zupełnych ciemnościach, uczestnicy przywdziali stroje nurków, ponieważ od tej pory mieli być Specgrupą do Spec-zadań. Nawet Elżbietę Jakubiak wciśnięto w piankowy kombinezon w kolorze żabki rozjechanej przez traktor. Niezależni eksperci (dwóch ich było: jeden wysoki, siwowłosy, drugi konusowaty, w rogowych okularach i marynarce pożyczonej od menela z Podkowy Leśnej) dodatkowo na głowy nałożyli spiczaste czapki z otworami na oczy. Nie mogli ujawnić swojej tożsamości, bo, jak powiedział Prezes podczas inauguracji:
“… popieranie PiS w niektórych wpływowych środowiskach nie jest dobrze przyjmowane i niejeden człowiek pełniący funkcję w różnych miejscach, profesorską, czy jakąś ekspercką mógłby ponosić negatywne konsekwencje swojej decyzji
– To oczywiście jest sytuacja całkowicie sprzeczna z regułami demokracji, ale demokracja pod rządami PO ma rzeczywiście bardzo poważne kłopoty “

Po wspólnym uzgodnieniu, że winę za warunki, w których musi pracować Specgrupa, ponosi osobiście Donald Tusk, przystapiono do omówienia najważniejszych zadań stojących przed tajnym gremium. W zasadzie zadanie znali wszyscy przed przystąpieniem do obrad: obalić obecny uzurpatorski rząd i zakończyć nieznośną przerwę w sprawowaniu funkcji panstwowej przez Prezesa. Nienawykły do ciemności Spec-członek Mułlarczyk zapomniał wyuczonych peanów i zaczął wyliczankę ostatnich niepowodzeń akcji CBA, przypomniał żałosny efekt spotów telewizyjnych, po których widzowie zamiast obrazić się na aferzystów z PO pukali się znacząco w czoło. Osłupiałe grono wysłuchało jeszcze pretensji, dlaczego dziennikarze Rzepy i Wprost zaniedbują powierzonych im zadań i zamiast przysparzać sympatyków Pisowi publikują takie kretynizmy, że opinia publiczna się odwraca od partii i wyśmiewa prezydenta. W tym momencie Specczłonek Dziedziczak próbował zakneblować mówcę, żeby uchronić prezydenckie uszy przed słuchaniem herezji, ale wskutek ciemności najpierw uszczypnął Jakubiakową, potem rozbił okulary Specekspertowi Bugajowi (który jednakowoż nadal pozostaje anonimowy) aż wreszcie dopadł Mułlarczyka i kilkoma ciosami wyuczonymi w harcerstwie RP powalił go na wilgotną ziemię. Było już jednak za późno: siedzący za parawanem prezydent z nadmiaru wrażeń doznał nieżytu.

Narada trwała dalej, nikt nie śmiał komentować rozchodzących się zapachów. Z pogrążonej w ciemnościach mównicy płynęły słowa Prezesa: ” Zebralismy się w tej głębokiej konspiracji, żeby głęboko zastanowić się, co wspólnie możemy zbudować… przepraszam, chciałem powiedzieć, rozwalić. Sytuacja wymaga, byśmy jeszcze intensywniej zaczęli sytuację zmieniać. Zmieniać ją oczywiście tak, żeby to co było po stronie wroga, przeszło na naszą stronę, a wszelkie haniebne sprawki, na których zdążyliśmy się poznać, zamieść pod dywan wroga i potem przy świetle jupiterów ten dywan podnieść. Niesłychanie ważne jest, by ciemny lud przekonać, że my chcemy dobrze, natomiast oni chcą, żeby niczego nie było. I powtarzam: to że od lat pozostajemy wierni swoim przekonaniom, wytrwale wpajamy je elektoratowi stawia nas w dobrym świetle… tfu, co ja mówię? Nie zapalać światła!”

Po trzech godzinach przemówień, rozważań i oskarżeń o niesubordynację, pozwolono mówić Spec-ekspertowi. Tubalny głos zabrzmiał złowrogo: “mam niepokojące wieści o dobrym stanie polskiej gospodarki. Amerykański Bank Merrill Lynch opublikował raport mówiący, że złotówka jest niedowartościowana i niedługo jej kurs może wzrosnąć. Bez uzgodnienia z nami podnosi prognozy dla Polski, a to jest sygnał dla światowych inwestorów, że polska gospodarka ma się dobrze. Pozwólcie Spec-panie i Spec-panowie zacytować: <em>Według banku Merill Lynch polska gospodarka urośnie w trzecim kwartale o 2% w ujęciu rocznym po wzroście o 1%w pierwszym półroczu. W czwartym kwartale wzrost ma już przyspieszyć do 3 procent w ujęciu rocznym. Bank podniósł prognozę na cały bieżący rok z 1,1% do 1,8%. W przyszłym roku wzrost PKB Polski ma przyspieszyć do 3,5%, z szacowanych poprzednio 2%.
Jednym słowem – tu ekspert jak rasowy spiker zawiesił głos – Merill Lynch chce nas dobić. Żadnych szans na kryzys. Ciemność widzę.”

Nastała konsternacja i dziwne, jak na to rozgadane gremium, milczenie. Przerwał je prezes pytając pozostajacego za parawanem propaństwowca: czy możemy wysłać naszego tajnego agenta, żeby rozkochał w sobie i skorumpował tę Mery Lynch, czy jak jej tam?
- Tak jest, Szefie. Tylko, że trochę potrwa, zanim nasz agent się umyje i znajdzie drogę do wyjścia. Sam prezes wie, że tak głeboko jeszcze nigdy nie byliśmy…
- A gdzie my własciwie jesteśmy? – zapytała nieśmiało Superczłonkini Natali-Świat.
Odpowiedział jej posępny głos Specanalityka: w dupie! I już tu zostaniemy.

http://biznes.onet.pl/boa-zloty-bedzie-znowu-mocny,18892,3045904,1,news-detal

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Lista-doradcow-tajna-popieranie-PiS-niedobrze-widziane,wid,11631055,wiadomosc.html?ticaid=18fea&_ticrsn=3