A co się stało się?

28 Styczeń 2012

W tytule nie ma błędu. Pytanie w dosłownym brzmieniu zapożyczyłem ze spotu wyborczego K. Kononowicza, pamiętnego posiadacza wzorzystego sweterka, osobnika który stał się sławny, bo pokazał że kompletnie nie rozumie otaczającej go rzeczywistości.
Ostatnie wydarzenia w „polskim” Internecie i na ulicach miast pokazały, że takie sweterki powinna zafundować sobie cała klasa polityczna, szczelnie i na własne życzenie odizolowana od rzeczywistych procesów społecznych. Po akcjach Annonymousa, inicjatywach na Fb oraz licznych, krytycznych wobec ACTA głosach osób mniej lub bardziej publicznych klasa rządząca zadaje sobie pytanie „A co się stało się?” To podwójne „się” ma uzasadnienie – podkreśla bezradność ministrów i premiera, dla których skala protestów była solidnym zaskoczeniem, czymś w rodzaju gromu z jasnego nieba, którego naukowych przyczyn rząd SIĘ nawet nie domyślał.

Trudno mieć do partii rządzących pretensje o to, że ich politycy nie nadążają z rozpoznawaniem potrzeb społecznych, nie poświęcają dostatecznej uwagi diagnozom socjologicznym. Idealiści stwierdzą, że właśnie tego powinniśmy oczekiwać od rządzących, ale dajmy spokój utopijnym mrzonkom. Rząd tworzą ludzie, którym można wiele zarzucić, ale nie to, że są nowoczesni i rozumieją dynamikę zmian zachodzących w ogólnie pojętej kulturze oraz technologiach. Indolencja polityków jest tak wielka, że rzecznik Graś kręcąc w sprawie nieczynnych stron rządowych nawet nie wiedział, na jak wielkie pośmiewisko się wystawia. Gdyby ciut orientował się w informatyce, nie opowiadałby bajek (dziecinnie łatwych do zweryfikowania) i nie musiałby później przepraszać.

Poczciwy i pracowity min. Boni zaś nie dopuściłby do podpisania przez Polskę bezużytecznego traktatu ACTA, ponieważ każdy średnio rozgarnięty informatyk wie, że zapisy nakazujące dostawcom Intenetu blokowanie dostępu do określonych stron, są o kant dupy potłuc. Restrykcyjne regulacje – o ile zostana wprowadzone – nie powstrzymaja skali „piractwa” (pojmowanie definicji „własności intelektualnej” to osobny temat), wzmożą jedynie działania kryminogenne i patologiczne. Obecna technologia pozwala bowiem na natychmiastowe obejście systemów „zainfekowanych” uzurpatorską ingerencją rządów, chodzi więc o to, by rządy mogły polować na nie dość przebiegłych maruderów. Zapisy zawarte w ACTA a także w SOPA i PIPA zostały oprotestowane nie tylko przez amatorów „darmowych gierek” jak to się wmawia społeczeństwu, ale także przez środowiska informatyków, zbulwersowanych próbami zakładania kagańca na wytwory ich pracy. Internet ma być wolny – także ten szybki Internet :)
Niestety, anachroniczne myślenie urzędników (nie tylko polskich rzecz jasna) zmierza w kierunku kontroli i represji. Jest to działanie tyle szkodliwe społecznie – bo stwarzające pole do nadużyć stróżow prawa powołujących się na paragrafy – ile absurdalne, bo Internetu w obecnej postaci nie da się kontrolować i zawłaszczyć na potrzeby polityków.
Internet rozpychający się w życiu publicznym, internet jako katalizator powstawania społeczeństwa obywatelskiego w ciągu kilkunastu lat istnienia stał się poważną przeciwwagą dla polityków. Wkrótce może ich zepchnąć na margines (wygwizdanie Korwina-Mikke i Palikota to nie przypadek, to symbol) albo zupełnie pozbawić racji bytu, Oni jeszcze tego nie wiedzą, dlatego bezradnie pytają „A co się stało się?”
Idzie nowe. Ot co.

Polemicznie o ACTA

25 Styczeń 2012

Wczorajszy wpis był skromną deklaracją osobistych sympatii, ale polemiczne komentarze skłoniły mnie do ponownego zabrania głosu i dotknięcia paru detali.
Podoba mi się aktywność hakerów w sprawie ACTA – zauważmy, że nie naruszyli niczyjej prywatności, nie ujawnili żadnych danych wrażliwych, nie stworzyli zagrożenia dla bezpieczenstwa państwa.
Podoba mi sie, że ludzie w polskich miastach wychodzą na ulicę domagać się poszanowania ich wolności słowa.
Zapytacie, czy ta wolność jest zagrożona? I czy rzeczywiście polskiemu rządowi chodzi wyłącznie o ochronę „własności intelektualnej” – oto są pytania!
Gdyby nie Anonimous, tych pytań nikt by głośno nie zadał. Smutne, że dopiero w tych okolicznościach rząd (oraz parlamentarzyści innych ugrupowań) podjęli próbę wyjaśnienia społeczenstwu o co chodzi w ustawie ACTA. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego przygotowywano ją chyłkiem.
Bez tej wyśmiewanej przez was „histerii” wiedzielibyśmy o ACTA jeszcze mniej.

Jeśli zaś chodzi o „kręcenie interesów” to mam wrażenie, że to korporacje wydawców i producentów filmowych usiłują kręcić swoje interesy wysługując się rządami państw. Skoro są tacy potężni i zazdrośni o zyski, niech sami chronią swoje zasoby, bo z pewnością znalazłyby się techniczne sposoby żeby „własność intelektualną” lepiej zabezpieczać… Lobbyści wola jednak naciskac na rządy państw, żeby te odwaliły za nich brudną robotę. Czy rządowi polskiemu opłaca się stawać w obronie dobrego samopoczucia udziałowców Metro Goldwyn Mayer i Universal Pictures? Sam się o tym przekona.

Zadziwia mnie, co Polska robi wśród krajów tak egzotycznych jak Meksyk, N.Zelandia, Korea Płd., Singapur. (Z krajów europejskich tylko Szwajcaria) Obecność Wielkiego Brata (USA) w tym gronie wiele wyjaśnia i nietrudno się domyślić, że to USA znanymi sobie sposobami „przekonały” sojusznicze kraje do podpisania dokumentów ograniczających sferę wolności w sieci.

Można się uśmiechnąć na słowa o ograniczaniu wolności i twierdzić, że chodzi tylko o powstrzymanie kradzieży tego co stworzyli artyści. (Pomijam, że na piractwie na ogół tracą WYTWÓRNIE, bo artyści wcześniej otrzymali swoje gaże i nie partycypują w zyskach – co więcej wymiana plików z filmami i teledyskami zapewnmia im darmową reklamę).

Powiecie, jak jeden bloger, że „Procedury karne są stosowane przynajmniej w przypadkach piractwa praw autorskich na skalę handlową. Co oznacza słowo przynajmniej można się domyślać, ale wątpię żeby w demokratycznym państwie prawnym oznaczało pełną inwigilację obywateli, no chyba że mieszkamy w Białorusi (…). Osoby, które nie udostępniają nielegalnych plików nie piracą. Zresztą podejrzewam, że nawet upload w sieciach p2p, takich jak BitComet nie można uznać za udostępnianie na skalę handlową, w końcu nie czerpiemy z tego zysków.”
No cóż, bloger wyraził swoje pobożne życzenia…

Link do niego: http://punkt-widzenia24.blogspot.com/2012/01/szybka-interpretacja-przepisow.html

Byłoby naiwnością wierzyć, że nowe prawo będzie wyrozumiałe dla osób, które wymieniają się plikami bez czerpania z tego korzyści. Za 5 gram marihuany też można iść do aresztu. Jest paragraf = znajdzie się winny. A jak wiadomo, w bezdusznym świecie urzędniczo-prokuratorskim o patologie nie trudno.
Mnożenie zapisów przewidujacych karanie zawsze wynika z chęci kontrolowania społeczeństwa i zawsze prowadzi do wynaturzeń.
Poza tym, co mam sądzić o rzeczniku rządu – Grasiu, który ma ludzi za matołów i opowiada im że ”nie było ataku hakerów, tylko serwery nie wytrzymały nagłego zainteresowania stronami rządowymi”? (A świstak zawija w sreberka… :) )
Jeżeli rząd ustami rzecznika raz skłamał, to czego można spodziewać się w przyszłości?

Ja mieszkam daleko i gorliwość polskiego rządu we wcielaniu restykcyjnych ustaw mnie nie dotyczy – ale czy Wam nie chodzą ciarki po plecach?

I na koniec: brawo Kraków! Pokażcie rządzącym (obojetnie czy są ze słusznej opcji czy nie) że nie można ludzi traktować jak stada baranów. Howgh!

http://wyborcza.pl
/1,75248,11032507,Manifestacja_w_Krakowie__protest_przeciwko_ACTA.html

Znak poparcia. Nic więcej

24 Styczeń 2012

To jest wpis o tym, że wpisu nie ma. Po prostu znak poparcia dla akcji Anonymous.

Apropos Sabinek czyli dowolny ciąg skojarzeń.

22 Styczeń 2012

Pisanie o wizycie we Florencji zaczyna być trochę niezręczne, bo mój pobyt tam trwał zaledwie kilka dni a „materiału pisarskiego” uzbierało się tyle jakbym spędził nad Arno przynajmniej miesiąc. W wielu poprzednich wpisach poświeconych rodzinie Medicich, historii papiestwa i artystom renesansu siłą rzeczy pojawiała się Florencja, bo tam zbiega sie wiele wątków. Opowieść o Perseuszu, którego legenda inspirowała artystów powstała po tym, gdy szykując sie do wyjazdu zastanowiłem się co przedstawia posąg w Loggia dei Lanzi i kto jest jego autorem. Odpowiem szybciutko: przystojniaka z zakrzywionym mieczem i głową Gorgony w ręku wyrzeźbił Benvenutto Cellini – człowiek porywczy, awanturnik i zabójca, który wielkorotnie musiał uciekać przed prawem i przed sprawiedliwością. Czasem pomagali mu w tym kardynałowie i papieże. Artystom, mimo, że są sodomitami i mordercami – wolno więcej. Popiersie Celliniego stoi na samym środku Ponte Vecchio.

Jak nietrudno się domyślić – nie wszystkie florenckie wątki zostały poruszone, nie wszystkie opowieści doprowadzone do końca, dlatego dziś pozwolę sobie utkać tekst z samych dygresji. Podążę za skojarzeniami, których przybywa w miarę zagłębiania się w temat.

Zanim dotarłem do Florencji (ale już z głową nabitą jej topografią i zabytkami) odwiedziłem znajomą mieszkająca na obrzeżach Dublina. Pani C. pochodzi z zasłużonej irlandzkiej rodziny, jej dziadek był ważną figurą w Republice Irlandii po odzyskaniu niepodległości, wujek premierem który w latach 70-tych „dogadywał się” z Margaret Thatcher, a ojciec, przedwojenny architekt kolekcjonował dzieła sztuki. Wszystkie odziedziczyła pani C. a figura porywanych Sabinek mierząca ok. 80 cm wysokości stoi dziś w jej salonie. Wyrzeźbioną w alabastrze miniaturę florenckiego pomnika ojciec C. przywiózł z Italii przed II wojną. Fotografię zrobiłem za zgodą włascicielki, która tak się przejęła moimi planami podróżnymi, że pożyczyła mi kieszonkowe przewodniki po Florencji i Sienie. Ciut nieaktualne, bo sprzed 50 lat, ale o dużej wartości sentymentalnej, bo też odziedziczone po ojcu.


„Porwanie Sabinek” – foto oryginału zamieściłem w poprzednim wpisie.

Chętnie bym się rozgadał o niezwykłej osobowości pani C., ale inne wątki czekają w kolejce. Nie mogę przemilczeć Eleonory z Toledo – pierwszej księżnej Toskanii. Eleonora była córką księcia Alby – wicekróla Neapolu (pozostającego pod dominacją hiszpańską) i w 1539 roku została żoną Cosimo I, zapewniając tym samym wejście rodziny Medicich do arystokracji europejskiej. To ona z pieniędzy wniesionych w posagu odkupiła od Pittich ogromny pałac na prawym brzegu rzeki Arno, zarządziła jego modernizację oraz urządzenie ogrodów. Dostojnie spoglądająca z portretu Eleonora jest uznawana za pierwszą małżonkę władcy godną miana „pierwszej damy”. Podczas nieobecności Cosimo we Florencji pełniła obowiązki regentki. Oraz pozowała malarzowi Bronzino.

Który później namalował także jej córkę Lukrecję Medici.

Bronzino urodzony na poczatku XVI wieku nigdy nie osiągnął sławy jaka przypadła w udziale nieco starszym Leonardowi i Michałowi Aniołowi. Naprawdę nazywał się Agnolo di Cosimo i był synem floreckiego rzeźnika. Pobierał nauki u malarza dzieł religijnych Pontormo i przez wiele lat pomagał mu w zdobieniu kościelnych wnętrz, chociaż pociągała go tematyka świecka pozwalająca na pełniejsze rozwinięcie własnego stylu. Dojrzałość artystyczną Bronzino osiągnął akurat w czasie, gdy trwały przygotowania do uroczystości ślubnych księżnej Eleonory z Cosimo I. Udział w budowie dekoracji spowodował, że para książęca zwróciła na niego uwagę i Bronzino stał się ich nadwornym malarzem. Dał początek europejskiej modzie na statyczne wysmakowane portrety arystokracji. Portret Eleonory z Toledo znajdujący się obecnie w galerii Uffizi jest najbardziej udaną wersją spośród wielu podobnych namalowanych przez Bronzino i jego uczniów. Najwięcej miejsca na obrazie zajmuje i najwięcej pracy kosztowała artystę przepyszna suknia Eleonory. Legenda głosi, że księżna, która wkrótce zmarła na gruźlicę tak bardzo przywiązała się do swojego wizerunku, że kazała się pochować w tej sukni.
Bronzino nie poprzestał na portretowaniu członków rodziny Medicich. Ku radości naszych oczu pozowała mu też Lukrecja Panciatichi, żona florenckiego polityka i humanisty Bartolomeo Panciatichi. Przyznam, że jest to jeden z moich ulubionych portretów, parokrotnie wracałem do niego w Uffizich i dzięki niemu dowiedziałem się co nieco o Bronzino. Po nitce do kłębka.


Lukrecja Panciatichi

Ale to nie koniec, bo Bronzino malował nie tylko portrety osób żyjących. Młodszy od Michała Anioła o prawie 30 lat podpatrywał dzieła mistrza i wykorzystywał jego osiągnięcia do malowania scen dynamicznych, pełnych emocji i jednoznacznej erotyki. Nawiązująca do mitologii scena z Wenus i Amorem należy do najbardziej znanych obrazów z epoki manieryzmu poprzedzającego barok. Obraz znajduje się w National Gallery w Londynie, a jego fragment pojawia się w czołówce serialu „Rodzina Borgiów”.

Przypomniałem już dwie portretowane Lukrecje, pora na kolejną, bo w XVI wieku było ich więcej. Popularność tego imienia miała prawdopodobnie związek z legendą o żonie rzymskiego konsula Luciusa Tarquiniusa Collatinusa, która została zgwałcona przez królewskiego syna i nie mogąc znieść hańby zadała sobie śmierć sztyletem.( co doprowadziło do przewrotu politycznego, ale to zbyt długi wątek…) Odtąd imię Lukrecja stało się symbolem kobiecej czystości, niepokalania. Renesans i epoki późniejsze chętnie sięgały do legendy o honorowej Lukrecji. Scenę jej zabójstwa (to inny wariant tej legendy) namalował Tycjan, ale do niego powrócę przy okazji opowiadania o Wenecji. Teraz przypomnę postać innej renesansowej Lukrecji, która w pamięci pokoleń zdecydowanie nie zapisała się jako symbol czystości lecz raczej jako jego przeciwieństwo. Do końca nie wiadomo, czy słusznie i czy zła sława Lukrecji Borgia nie jest wynikiem intryg politycznych wymierzonych w jej ojca oraz późniejszych plotek rozpowszechnianych przez protestantów. Wiadomo, że jako córka papieża Aleksandra VI miała kolejno czterech mężów, bo taka była wola ojca zawierającego nowe sojusze polityczne i sięgającego po kolejne ziemskie dobra. Podobno łączył ją romans z własnym bratem Cezarem, ale o tym nic pewnego nie wiadomo. Przylgnęła do Lukrecji sława trucicielki i ladacznicy choć na portrecie wygląda całkiem niewinnie. I pierś ma ładną.

I jeszcze jedna Lukrecja, o której już pisałem, ale co szkodzi przypomnieć.
Lukrecja Buti – słynna mniszka, którą pozowała Filippo Lippiemu podczas malowania obrazu św. Małgorzaty a potem uciekła z nim z klasztoru. Owocem ich miłosnego związku był Filippino Lippi – późniejszy wybitny malarz, ale zostawmy go na inną okazję, bo nie wyplączę się z dygresji. Śliczna Lukrecja została uwieczniona na tylu obrazach Filippa, że zyskała przydomek „Lippina”. Istnieją domysły, że pozowała także Botticellemu do jego „Wiosny” i „Narodzin Wenus”. Nie dziwię się Filippo Lippiemu, że dla niej narażał się na kłopoty. Nie samą sztuką żyje człowiek, choć wiadomo, że życie bez sztuki to też porażka.

Florencja od strony ogrodu

15 Styczeń 2012

Zacznę od banału, bo tak najwygodniej. W porównaniu z Lukką, Bargą i Sieną, które zwiedzałem wczesniej Florencja wydała mi się bardzo nowoczesna, jakby jej projektanci przewidzieli, że za 600 lat szerokie ulice i przejrzysty układ urbanistyczny ułatwią ruch samochodów w obrębie „starego miasta”, które nie ogranicza się do rynku i paru przyległych uliczek, lecz ciągnie kilometrami po obu stronach rzeki Arno, aby niezauważalnie przemienić się w dzielnicę willi i dziewiętnastowiecznych kamienic a potem ustąpić miejsca współczesnym blokom i halom przemysłowym.

Florencja to już nie „urocze miasteczko” zachowane jak skansen – to autentyczna metropolia, cały turystyczny kombinat, w którym każdy przybysz ma znaleźć coś dla siebie. I zazwyczaj znajduje. Do Florencji zjeżdżają studenci kierunków artystycznych, miłośnicy malarstwa, architektury, toskańskiej kuchni i wytwornych hoteli. Miasto jest stolicą sztuki a jednocześnie wielkim jarmarkiem z pamiątkami, pocztówkami, gadżetami i bibelotami. Wzdłuż głównych ulic ciągną się sklepy z modą światowych marek, błyszczą szyldy największych banków. Przechodzenie od sztuki wysokiej do kiczu może się odbywać wielokrotnie w ciągu dnia. Po parogodzinnym wstrzymywaniu oddechu w galerii Uffizi zdrową odmianą może być tragi-komiczny spektakl pary ulicznych aktorów grających przy muzyce z magnetofonu „jamnik” ustawionego na chodniku.

duomo

Na Piazza della Signoria zdjęć nie robią tylko ci, którzy już je zrobili i to w dużych ilościach. Florencja to nie jest miejsce, gdzie słówko „umiar” miało kiedykolwiek powodzenie. Wśród bogactw materialnych trwa festiwal ducha, bo co jak nie głód wrażeń duchowych i estetycznych przyciąga tam miliony ze świata?
Z potrzeb duchowych – bo to nie tylko o próżność i ciekawość – bierze się cierpliwość stania w kolejkach, wielogodzinny trud zwiedzania, zapamietywania i utrwalania widoków w pamięci fotoaparatów. Zdjęcia: pierwsze po wyjściu z dworca kolejowego na tyłach kościoła Santa Maria Novella, potem widoczna z daleka kopuła Duomo, jedno zdjęcie przy fontannie z Neptunem, drugie na tle Perseusza, oczywiscie kilka ujęć posągu Davida, żeby się Michelangelo nie obraził, potem obiektyw w górę na okna i wieżę palazzo, jeszcze panoramiczne ujęcie całego placu, następnie łuki, posagi i detale Loggia dei Lanzi oraz kolejny posąg, tym razem pełne ekspresji, dramatyczne „Porwanie Sabinek” Giambologny.

Potem już schodzenie nad rzekę wzdłuż Uffizich, z palcem na spuście migawki, żeby w dobrym świetle uchwycić kolory i załamania Ponte Vecchio, rzut oka na przeciwległy brzeg i wreszcie wejście na most, podziwianie odwagi Vasariego, który na wysokości pierwszego piętra nadbudował tam korytarz, żeby książę Medici idąc z pałacu-mieszkania do pałacu-miejsca-pracy nie musiał mieszać się z tłumem. Ja się pomieszałem i zerkając na gabloty pełne złotych łancuszków, pierścionków i kolczyków z diamentami doszedłem na rozległy plac przed pałacem Pittich – imponujących rozmiarów siedzibą ostatnich Medicich.

Pałac kupiła Eleonora z Toledo – małżonka Cosimo I Mediciego, który nie był już bankierem jak jego dziadowie lecz pełnoprawnym Wielkim Księciem Toskanii. To w tym pałacu wychowała się wcześnie osierocona Maria Medici, która wyszła za mąż za Henryka IV Burbona i została na krótko królową a na dłużej regentką Francji. Tu także zmarła Anna Maria Luisa Medici – bezdzietna dziedziczka rodowej fortuny i tytularnych godności. Zgodnie z jej ostatnią wolą wszelkie dzieła sztuki, biżuteria, księgozbiór i inne skarby zgromadzone przez przodków przeszły na własność Florencji. Pod warunkiem wszakże, że zbiory nigdy nie zostaną rozproszone i żaden z zapisanych przedmiotów nie opuści granic Toskanii. Mądry to był zapis.

Za pałacem Pittich rozciagają się Ogrody Boboli, gdzie pewnego popołudnia poszedłem szukać wytchnienia od zgiełku miasta. Pomysłowo rozplanowane i gustownie urządzone na 11 hektarach ogrody zawierają wszystkie atrybuty parku godnego XVII wiecznej arystokracji. Są więc zwirowe alejki, ławeczki w ustronnych miejscach, posągi, amfiteatr i sadzawka z fontanną. Na wzgórzu w budynku dawnego kasyna mieści się muzeum porcelany. Do porcelany mam słabość. Przed gablotami z filiżankami, spodeczkami, żardinierami, imbrykami i paterami odpocząłem najlepiej. W porcelanie ukrywa się kosmos – kiedyś tę szaloną myśl rozwinę, a tymczasem cienistą alejką schodzę na plac wokół sadzawki z fontanną Neptuna pośrodku.

W sadzawce pływały ryby, prawdopodobnie pstragi. Albo karpie, to bez znaczenia, w każdym razie ryby były wypasione, bezpieczne – ławicami albo solo sunące pod powierzchnią mętnawej wody. Przypominały mi szczury chyłkiem przemykające korytarzami. To skojarzenie wzmocniło się gdy pewna pani – widocznie stała bywalczyni i miłośniczka przyrody – wrzuciła do wody garść pokruszonego chleba. Zakotłowało się na powierzchni straszliwie: ogony i pletwy poszły w ruch, trwała walka o przetrwanie i gdyby karpie (lub pstragi) wydawały głos, niechybnie rozległby się tam pisk, warczenie, płacz i zgrzytanie zębów. Pokruszonego chleba było więcej niż jedna garść, do walki o pożywienie przyłączyła się samotna kaczka, co całej scenie dodało jeszcze dramatyzmu. Oczywiście kibicowałem rybom i chwaliłem w myślach panią karmicielkę za to, że rzuca chleb z dala od pasożytniczej kaczki. Dzięki temu zwinne ryby pochłaniały zdobycz przed nadpłynieciem konkurencji. Na pohybel kaczce – pomyślałem, bo jakoś przypomniałem sobie o zbliżających się wyborach do polskiego Sejmu. Był początek października. Nieśpiesznie wróciłem do miasta chwytając w obiektyw bryłę katedry oświetlonej zachodzącym słońcem.

TRWA GŁOSOWANIE NA BLOG ROKU
Moim zdaniem warto wypromować blog „Z północy na południe”. Zupełnie nie polityczny, całkowicie „babski”, pokazujący uroki i trudy życia.

Aby zagłosować wyślij SMS na numer 7122, w treści podając numer bloga: A00112. Koszt SMS to 1,23zł brutto. Uwaga! W numerze bloga znak 0, to zero. Pamiętaj, aby nie wstawiać w SMS spacji!

Florencja w kontekście

13 Styczeń 2012

Z przyjemnością wracam na blogową wędrówkę po Italii. Ostatnio opisywałem wizytę w rozgrzanym słońcem San Gimignano. Lubię to dźwięczne „dż” w nazwie San Gimignano, nie gorsze jest drugie „dż” w nazwie miasteczka Pogibonsi (Podżibonzi), które trzeba minąć po drodze do „miasta pięknych wież”. Dobry efekt daje śpiewanie obu dźwięcznych nazw jako refrenu niekończącej się wakacyjnej piosenki – melodia obojętna, co tam komu w duszy gra…

Od paru miesięcy opisuję Toskanię „w całej ozdobie” na ile wytarcza mi pamięci, wyobraźni i czasu. Ostatnio od klawiatury oderwał mnie natłok spraw zawodowych, którym, w warunkach pogłębiającej się recesji – musiałem przyznać priorytet. Nie jestem „ptakiem niebieskim, który nie sieje nie orze” i jakoś żyje. Po pierwsze nie zależy mi na życiu „jakoś” tylko tak, żeby móc codziennie bez odrazy spojrzeć w lustro; po drugie, jeśli ktoś gdzieś utrzymuje, że dobra materialne należy lekceważyć, bo ważniejsza jest sfera duchowa oraz pełne wyrzeczeń „podążanie za wewnętrznym głosem”, to ja w tę mistyczno-metafizyczną paplaninę nie tylko nie wierzę, ale reaguję na nią nerwowo. Przy okazji, zupełnie mimochodem, zauważę, że instytucja, która od tysięcy lat głosi prymat ducha nad materią i swoim wiernym nakazuje mieć w pogardzie dobra ziemskie – sama opływa w dostatki i ani myśli się ich wyrzec.

Historia powszechna uczy, a epoka renesansu wręcz świeci przykładem po oczach, że wszelki rozkwit ducha i zdolności ludzkich odbywa się tam, gdzie skumulowane bogactwo zapewnia ludziom żywot wolny od troski o przetrwanie. Oczywiście im więcej zamożnych ludzi tym większe szanse, że z ich aktywności wyniknie coś szlachetnego i subtelnego. Zgodnie z hierarchią potrzeb Maslowa: homo sapiens najpierw musi zaspokoić potrzeby podstawowe typu sen, jedzenie, poczucie bezpieczeństwa, żeby mógł doznawać uczuć wyższych, oddawać się rozmyślaniom filozoficznycm (np. dlaczego jest raczej coś niż nic) oraz zaspokajać potrzeby estetyczne i duchowe. Swoje i innych.

To co się „przytrafiło” Florencji w XIV wieku wymownie świadczy, że gwałtowny rozwój dziedzin sztuki, rozwój nauk matematycznych, piśmiennictwa oraz postęp techniczny nastąpił z jednego podstawowego powodu: chcieli tego bogacze. Co ważne byli to bogacze świeccy, a więc do pewnego stopnia wolni od supremacji Kościoła Katolickiego oraz nieuwikłani w zależności polityczne jak wszelkiego rodzaju władcy i feudałowie. Krótko mówiąc, bankierzy i kupcy mogli sobie pozwolić na fanaberię i zamiast tracić fortuny na wojnach i wyprawach krzyżowych woleli te fortuny pomnażać w warunkach pokoju, a nadwyżki lokowac w tym co da im przyjemność.

Przyjemne i wolne od grzechu było budowanie pałaców, uleganie modom estetycznym, snobowanie się na humanizm a nawet altruizm. Kaprysy krezusów oraz wzajemna rywalizacja, owo adlerowskie „dążenie do mocy”, w relatywnie krótkim czasie doprowadziły do ożywienia umysłowego i ekonomicznego w całej Europie. Zapotrzebowanie na dzieła sztuki, książki i eleganckie tkaniny spowodowały nie tylko wzmożoną ich produkcję ale wywołały cała lawinę wynalzaków, (choćby w zakresie optyki, technik drukarskich i tkactwie), które wcześniejszym pokoleniom żyjącym w „bogactwie ducha” były zupełnie niepotrzebne.

Bankierzy de Medici, którzy zasłynęli jako opiekunowie artystów i kolekcjonerzy dzieł sztuki, zwani przez historyków ojcami chrzestnymi włoskiego renesansu – stworzyli rynek sztuki. Nikt przed nimi nie kupował na taką skalę dzieł sztuki, być może nikt też jako łapówki nie wręczał gustownej rzeźby zamiast worka srebra. Dzięki rodzinom Medicich, Bradich, Tornabuonich i Rucelai – bankierskim krwiopijcom, żyjącym w poczuciem winy z powodu lichwiarskiej działalności i odkupujacym grzechy olbrzymimi dotacjami na rzecz Kościoła – wytwory sztuki stały się dobrami pożądanymi na równi z jedzeniem i uciechami cielesnymi. Posiadanie pięknych przedmiotów, pięknych pałaców i ogrodów stało się od tej pory modą, a artyści awansowali na drabinie społecznej. Leonardo, Michał Anioł i Botticcelli, choć pochodzili z niskich warstw społecznych (w dodatku Leonardo był bękartem), mieszkali w pałacu Medicich i jadali z patronami przy jednym stole.

Równolegle ze sztukami pięknymi, piśmiennictwem i muzyką dynamicznie rozwijała się myśl filozoficzna. Gorzej miały nauki ścisłe, których rozwój uparcie blokował Kościół. Ale i tu swój wkad mieli bogaci filantropi, którzy fundowali uniwersytety i wspierali badania naukowe. Galileo Galilei zmuszony przez świętą Inkwizycję do odwołania swoich teorii dotyczących budowy wszechswiata i wyrzucony z uniwersytetu, znalazł schronienie w domu Medicich. Geniusz Michała Anioła oraz Leonarda da Vinci mógł się rozwijać dzięki zamożnym protektorom. Wstawiennictwu florenckiego „szefa szefów” swoje zycie i szczęście rodzinne zawdzięczał Filippo Lippi.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że w ramach podrózy po Toskani, odwiedziwszy kilka malowniczych miejsc dotarłem do Florencji – miasta, które przynajmniej dla mnie nie jest jedną z wielu atrakcji turystycznych (choć to też), ale pretekstem do rozwazań nad cywilizacją. Nie wszystkim, którzy jadą do Florencji taka wiedza jest potrzebna. Można obyć się bez niej i przyznaję, że kiedy przed paroma laty powziąłem zamysł tej podróży, myślałem o tym żeby „na własne oczy” zobaczyć rzeźby Michała Anioła, znane z albumów zabytki architektury oraz garść słynnych obrazów z galerii Uffizi. Potem przyszła fascynacja rodem Medicich, historią i rozkwitem miasta, które jak zauważyłem wcześniej jest przykładem miasta, „któremu się udało”. Chodząc po Florencji nie umiałem i nie chciałem uwolnić się ani od kontekstu historycznego ani od refleksji nad udziałem szczęśliwych zbiegów okoliczności w urządzaniu znanego nam świata. Podziwiać? Fajnie jest podziwiać, ale czasem przychodzi pytanie, jak to się stało, że mam co podziwiać?

Florencji sprzyjało położenie na szlaku kupieckim do Rzymu i zarazem w środku regionu rolniczego oraz stosunkowo blisko od portów morskich. Znaczący był fakt, że Florencja szybciej niż miasta sąsiednie zyskała znaczenie gospodarcze i militarne – mogła więc za pomocą podbojów powiększać włości i rynki zbytu. O powodzeniu miasta decydowała potega finansowa i militarna – jedna wynikała z drugiej a obie przez wieki pozwalały utrzymać niezależność państwową. Kolejną sprzyjającą okolicznością były z pewnością polityczne i dyplomatyczne talenty władców Florencji, oraz ich ambicje: dwie panie de Medici zostały królowymi Francji a dwóch kardynałów z tego rodu – papieżami (Leon X i Klemens VII). Nie wszyscy przedstawiciele rodu Medicich byli tak „wspaniali” jak legendarny pater patriae Lorenzo il Magnifico (Wawrzyniec Wspaniały) ale tradycja republikańska i mocny korpus urzędniczy pozwalały na bezbolesne funkcjonowanie państwa także podczas rządów władcy nieudolnego.

Na szczęście każda niteczka w tym splocie okoliczności okazała się wytrzymała, miasto przetrwało swoje dramatyczne momenty, nawet z ostatniej wojny wyszło bez większych obrażeń – tak więc mogłem specerować tymi samymi ulicami, którymi chodził Botticelli, Machiavelli i Cellini, mogłem zadzierać głowę w kierunku kopuły Brunelleschiego i ocierać się o zielono-kremowe marmury wieży Giotta. Byłem tym szczęściarzem, miasto ocalało dla mnie.
Jednak po Florencji nie mogłem wałęsać się bez ładu i składu. Rozległość miasta i ilość obiektów wartych obejrzenia zmuszała mnie do zachowania zdrowej dyscypliny. Za to kiedy już obejrzałem to co chciałem, poszedłem nad sadzawkę popatrzeć na ryby. O szczegółach opowiem w następnym odcinku. Uprzedzam, nie jestem pewien czy w relacji ze zwiedzania uda mi się uniknąć banału – tyle już o Florencji napisano, tyle się do niej nawzdychano och i ach. A ja pewnie nie będę inny: w pięknych okolicznościach historyczno-artystycznych ochy i achy przychodzą mi całkiem łatwo.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.