San Marco – święty od prosperity

Za Vivaldim trafiłem do Wenecji i chętnie tam pozostanę, choć to obecność wyłacznie wirtualna. O Wenecji pisałem już kiedyś (tutaj), to jest miasto w które się “wsiąka”. Bynajmniej nie z tego powodu, że leży na mokradłach… Długo można spacerować po jej placach, mostkach, nabrzeżach i wąskich uliczkach obracając w głowie te same pytania – jak to możliwe, że takie miasto istnieje? Jak oni to wszystko zbudowali i dlaczego akurat tutaj?
Już przewracając karty albumu ze zdjęciami z Wenecji wpadamy w zachwyt nad wyjątkowościa i urodą tego miasta. Odpowiednie, najwyższe stopniem przymiotniki same cisną się na usta. Ale dopiero fizyczne zetknięcie się z Wenecją, zagubienie w gęstwinie tamtejszych domów, pałaców i kościołów uzmysławia jak wielki musiał być wysiłek ludzi, którzy to ogromne, większe od Krakowa miasto zbudowali na dębowych palach wbitych w dno morza.

Wenecja jest samoistnym dziełem sztuki, żródłem inspiracji dla artystów, magnesem dla milionów zwiedzających. Każdy kto tu trafi znajduje coś dla siebie. Jedni patrzą na Wenecję jak na pocztówkę z ładnymi widokami, innych ekscytuje obecność wody, brak samochodów lub nagromadzenie sklepów z antykami, ktoś o skłonnościach do refleksji zacznie postrzegać Wenecję jako unikalne miasto-wzorzec, ucieleśnienie możliwości ludzkiego umysłu i ducha zdolnego przez półtora tysiąca opierać się żywiołowi morza, zdolnego jakby na przekór siłom natury do tworzenia rzeczy pięknych. Choć pięĸno jak wiadomo, nie jest potrzebne do przetrwania. Takie miasto mogła stworzyć tylko wspólnota uparta i dobrze zorganizowana.

Wenecja wyzwala całą gamę najwznioślejszych uczuć, nie tylko estetycznych. Za „ochami” i „achami” kryje się, czesto nieuświadomione, poczucie obcowania z autentyczną wielkością, której niejednokrotnie się nie spodziewaliśmy. Przedstawiciele rasy ludzkiej, o której skądinąd wiadomo tyle paskudnych rzeczy, okazali się zdolni do wielkiego organizacyjnego, technicznego i artystycznego osiągnięcia. Oglądając z tarasu widokowego Campanilli panoramę Wenecji, śmiało możemy odczuwać dumę z ludzkosci. Okazuje się, że nie jesteśmy gatunkiem skażonym genem destrukcji, skazanym tylko na powiększanie chaosu i powolne samounicestwianie. My, ludzie coś-tam coś-tam jednak potrafimy, Wenecja jest tego żelaznym (raczej ceglano-kamiennym) dowodem.

Aby zdobyć się na tak patetyczne konkluzje, trzeba znać historię tego skrawka lądu. To jest dopiero skarbnica! Wenecja od początku istnienia była osobliwością, budowano ją na przekór rozumowi i doświadczeniu, a jednak udało się: przez parę wieków była największą w świecie potęgą gospodarczą – co jest paradoksem biorąc pod uwagę ograniczoną powierzchnię życiową jej mieszkańców. Śledzenie dziejów stu wysepek, na których mozolnie organizowano życie gospodarcze, społeczne i religijne jest zajęciem niemal tak fascynującym jak przechadzanie się po zaułkach Wenecji, odkrywanie kolejnych mostków lub słuchanie śpiewających gondolierów. Doprawdy nie chce się opuszczać tego labiryntu, tym bardziej, że dzięki wiedzy historycznej miasto staje się bardziej zrozumiałe, fasady domów zaczynają “mówić” skad wzięły się ich proporcje, kształty okien, loggie i wszechobecne emblematy skrzydlatego lwa miękką łapą przewracającego stronę książki. Czyżby lew też szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego Wenecja wygląda jak wyglada i jakim prawem przetrwała wszystkie morskie i dziejowe burze? A może próbuje wskazać w książce tekst odnoszący się do jego pana i patrona Wenecji?

Żadna historia nie obywa się bez legendy, a już zupełnie nie sposób wyobrazić sobie Wenecji bez świętego Marka. Święty ten jak wiadomo był jednym z pierwszych Chrześcijan, po śmierci Jezusa podjął działalność misjonarską i kiedy św. Piotr pisał swoje listy pasterskie, Marek służył za tłumacza (z aramejskiego na grecki). Następnie spisał epizody z życia swojego Mistrza i tak stał się Ewangelistą. Badacze nie mają pewności, czy Marek brał bezpośredni udział w wydarzeniach opisywanych w Ewangeliach i czy to był ten sam Marek, w którego domu odbyło się spotkanie Apostołów, na którym pojawił się zmartwychwstały Chrystus. Tradycja koptyjska utrzymuje, że Marek urodził się w mieście Cyrene, w Północnej Afryce, na terenie obecnej Libii. To by tłumaczyło, dlaczego Andrea Mantegna przedstawił tego świętego jako osobnika kędzierzawego i o śniadej cerze. Przy okazji wiadomo, skąd wziął się przy nim lew. Z Afryki.

Działalność misjonarska zawiodła Marka do Rzymu, gdzie pomagał swemu kuzynowi Barnabie w ewangelizacji. Po kilku latach wrócił na kontynent afrykański, założył w Aleksandrii wspólnotę chrzescijańską i został pierwszym biskupem Kościoła Koptyjskiego. Żywot zakończył tragicznie, bo tamtejsi poganie wcale nie chcieli rozstawać się ze swoimi wierzeniami, a że nikt ich nie przekonał, że warto nadstawiać drugi policzek – założyli biskupowi pętlę na szyję i tak długo ciągali go po ulicach aż skonał. Stało się to w roku 68 AD.

Szczątki męczennika, którego wkrótce uznano świętym spoczywały w aleksandryjskim kościele aż do IX wieku. W roku 828 jego grób odwiedzili dwaj kupcy weneccy przebywający w Aleksandrii w interesach. Czasy były niespokojne, trwały już wojny religijne, zarządca świątyni pod wezwaniem św. Marka zwierzył się kupcom, że obawia się najazdu Saracenów gotowych zabijać i plądrować kościoły. Wenecjanie szybko znaleźli radę na troski strażnika: my otworzymy sarkofag, zabierzemy ciało patrona a w jego zetlałe szaty ubierzemy inny szkielet, ty natomiast w nagrodę za pomoc i dochowanie tajemnicy popłyniesz z nami do Wenecji, gdzie będziesz miał zapewnione bezpieczeństwo i dostatek. Strażnik dał się przekonać. Wykradzione szczątki męczennika ukryto pod pokładem statku i dla pewności przykryto połciami wieprzowiny. Kiedy w porcie okręt kontrolowali muzułmańscy celnicy zakrzyknęli tylko kanzir, kanzir (horror, horror) i opuścili pokład. Na pełnym morzu święte relikwie wyniesiono na pokład i zapalono przy nich świece. Tak Ewangelista dotarł do Wenecji, gdzie zgotowano mu wielkie powitanie. Ceremonia zapoczątkowała kult, wokół którego przez wieki organizowało się życie religijne i państwowe Wenecjan. Brodaty święty z księgą stał się wenecką ikoną a jego oswojony lew herbem. Mając takiego patrona ambitna Wenecja mogła rywalizować z Rzymem, w którym przecież spoczywały szczątki św. Piotra. Dotychczasowy patron miasta, św. Teodor zszedł na drugi plan. Takie to były czasy, że prestiż miasta zależał od tego czyjego trupa przechowywało w sarkofagu. Wkrótce powstała kaplica poświęcona Markowi, a miejsce na nia wskazał sam święty. Gdy bowiem próbowano wnieść szacowne szczątki do Pałacu Doży, ciało Marka stało się tak ciężkie, że dostojnicy nie byli w stanie go unieść. Uznali, że święty chce pozostać tam gdzie jest i wybudowali mu grobowiec. Wokół grobowca kaplicę a potem kościół, który wielokrotnie przerabiano i rozbudowywano – w ten sposób powstała jedna z najwspanialszych budowli sakralnych świata, Bazylika Św.Marka. Jak się można domyślać, legenda powstała później a faktycznie o lokalizacji zdecydowali patrycjusze i ówczesny Doża, który bezpośrednim sąsiedztwem świątyni umiejętnie wzmocnił swoją władzę. Uroczystości odbywające się przed sanktuarium odbywały się równocześnie przed pałacem Doży. Sceny z procesji, otwartych nabożeństw i festiwali uwieczniono na niezliczonych obrazach znakomicie podtrzymujących mit o szczególnej roli świętego w życiu Wenecjan.


Gentile Bellini – procesja z relikwią krzyża świętego na Placu św. Marka

Czciciele św. Marka musieli jakoś przykryć fakt, że jego ciało zostało zwyczajnie zrabowane i bardzo być może, że na polecenie Doży (przedstawiciele Kościoła Koptyjskiego utrzymują, że jednak nie w całości i że w Aleksandrii pozostała głowa Ewangelisty). Postarano się więc o opowieść o mistycznych związkach afrykańskiego świętego z Wenecją. Otóż zanim Marek wrócił z Rzymu do Aleksandrii przez krótki miał być biskupem w Aquileii położonej na północ od bezludnej wówczas laguny. Wtedy pobłogosławił to miejsce i jego przyszłych mieszkańców. Gdyby tego nie zrobił, Bóg nie pozwoliłby, aby powiodła się zuchwała kradzież z aleksandryjskiego grobowca. W świetle kolejnej, zupełnie fantastycznej legendy, tej kradzieży właściwie nie było, a kupcy spełnili tylko wolę Bożą. Albowiem święty osobiście odwiedził lagunę i postawił stopę na weneckiej ziemi. Stało się to podczas jego podróży do Aleksandrii, gdy sztorm wyrzucił okręt na brzeg i kiedy misjonarz schronił się na wyspie Rialto. Podczas snu odwiedził go anioł i rzekł: „Pokój Tobie Marku, twoje szczątki kiedyś tutaj spoczną”. Łacińska wersja obietnicy złożonej przez anioła „Pax tibi, Marce. Hic requiescet corpus tuum” od XIII wieku zaczęła pojawiać się w otwartej księdze trzymanej przez skrzydlatego lwa. Bajeczka stała się mitem założycielskim i zamaskowała pospolitą kradzież. Poza tym lwu się wierzy. Królewskie oczy nie mogą kłamać.

Kolejna legenda dotyczy losów szczątków świętego. Kiedy zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy z Aleksandrii na pewno przypłynął właściwy szkielet (zatem czyja czaszka tam została?) i czy przypadkiem cenne relikwie nie uległy wypaleniu podczas wielkiego pożaru świątyni w 976 roku, zaczęto szukać szczątków Ewangelisty. Dokumentacja bowiem spłonęła i przez ponad 100 lat uznawano relikwie za zaginione. Szczęśliwie podczas kolejnej rozbudowy bazyliki święty wysunął palec z wnętrza marmurowej kolumny i przekonał niedowiarków o swojej obecności. Wenecjanie pzrykładają tak wielką wagę do opiekuńczych funkcji patrona, że św. Marek nie może sobie pozwolić na to, by go tam nie było. On jest.

Według relacji z XX wieku, kompletne szczątki Ewangelisty znajdują się pod głównym ołtarzem bazyliki. W roku 1968 na polecenie i przy udziale papieża Pawła VI fragment kości Marka uroczyście przekazano przybyłej z Aleksandrii delegacji Kościoła Koptyjskiego (czyli jednak tej czaszki nie mają, bo po co dopominaliby się o kosteczkę).
Kiedy Napoleon zajął miasto w 1797 roku kazał pousuwać z budynków lwie emblematy, aby złamać poczucie dumy mieszkańców i pozbawić ich nadziei na powrót wolności i świetności Republiki, której mistycznym opiekunem był święty Marek a symbolem skrzydlaty lew.
Mimo upływu lat i coraz mniejszego wpływu religii na życie mieszkańców Wenecji pozycja świętego Marka wydaje się tam niezagrożona. Nadal imieniem najczęściej nadawanym małym chłopcom jest Marco. A 25 kwietnia odbywają się świeckie i religijne uroczystości na cześć patrona.
Wszystkim czytającym solenizantom Markom składam serdeczne życzenia imieninowe.

Reklamy

Komentarzy 11 to “San Marco – święty od prosperity”

  1. lessx Says:

    Twoimi notkami zainspirowałeś mnie do kupna publikacji z opisami
    i setkami zdjęć Florencji i Wenecji. Wydawnictwo Ullmann poświeciło tym miastom w serii Sztuka i Architektura książki warte przeczytania i posiadania w swych zbiorach.
    Rolf C. Wirtz – FLORENCJA
    Marion Kaminski – WENECJA
    Wspaniałe opisy , przepiękne zdjęcia i ta atmosfera tamtych odległych lat.
    Laudate to naprawdę wciąga, dzięki.

    • laudate44 Says:

      Saluto Lessx! Ma wciągać!
      Tę drugą z wymienionych książek też niedawno przywiozłem z Polski. Godna polecenia.
      Pozdrawiam

  2. wiedźma Says:

    Dobry wieczór ! Święcie wierzę, że Wenecja jest cudowna, nadzwyczajna i słusznie podziwiana. Jakoś jednak do mnie nie przemówiła….. Od pierwszego wejrzenia zakochałam się we Florencji i Sienie, a Wenecję oglądałam i serce mi nie zadrżało. Nawet plac św. Marka, zalewany przez morze tak, ze chodzi się czasem po specjalnych kładkach, nawet ołtarz w mrocznej katedrze, wysadzany chyba milionem szlachetnych kamieni…. ani most Westchnień…. ani wspaniałe budowle nad Grand Canale…..
    W Wenecji wyrażne są wpływy bizantyjskie, ,może to o to idzie ?
    Nie wiem, nie zostawiłam serca w Wenecji….
    I myślę, że to dobrze, bo jak mawiał stary Indianin:” gdyby każdy miał mój gust, to chciałby mieć moją żonę „:)
    Wszystkie te wynurzenia nie zmieniają faktu, że po raz kolejny napisałeś cudowny tekst, więc chapeau bas, Laudate 🙂

  3. Zbyniek Says:

    Nigdy nie byłem w Wenecji ale zawsze się zastanawiam jak Wenecjanie fundamenty pod te budowle wylewali albo murowali skoro domy wyrastają wprost z wody.

    • laudate44 Says:

      Przez cały okres istnienia miasta, w Wenecji nikt nigdy nie był uwięziony w lochu, bo takowych być nie mogło. 🙂
      Budynki „zaczynają się” od parteru.

  4. anna Says:

    przepiękną podróż odbyłam dzięki temu tekstowi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: