Posts Tagged ‘polityka’

Jak dżdżownice po deszczu

4 października 2016

Z obserwacji przyrody pamiętam, że po ciepłym deszczu z ziemi wychodzą dżdżownice. Nie zadałem sobie nigdy trudu, by dociec naukowych przyczyn tego zjawiska, z pewnością nie wychodzą wabione grą indyjskiego fletu ani okrzykami „Pull Up, Pull Up”. Może, jak małe dzieci lgną do swoich pasterzy, tak dżdżownice lgną do wilgoci… Przyznać muszę, że o obyczajach glist, dżdżownic i wszelakiego płazu wiem niewiele. Jednak to, co wiem o przedstawicielach łatwej do rozdeptania fauny, pozwala wysnuć pewną analogię.
Mamy dziś wtorek, wczoraj był Czarny Poniedziałek. Ilość głupców, jacy od wczorajszego popołudnia zdążyli wychynąć z ziemi i zabrać publicznie głos jest zdumiewająca. A najbardziej warta uwagi jest przyczyna, która ich popchnęła do tych desperackich czynów.

Jeszcze w czasie trwania kobiecego protestu odezwał się biskup – oni zawsze muszą być pierwsi – Jędraszewski posyłając miłosierne gromy w kierunku kobiet, które wg niego „głoszą czarną ewangelię”. Nie słyszałem wcześniej o czarnej ewangelii – ale skoro biskup mówi, widać się zna. Lepiej niż ja na glistach. Kazanie w łódzkiej katedrze musiało być długie i troskliwy duszpasterz Jędraszewski zdołał wykrzyczeć jeszcze, że „Kłamstwo nie zna granic bezczelności”. To z pewnością nie była samokrytyka. Prędzej kumak drzewny zagra sonatę Beethovena, niż biskup przyzna się do błędów Kościoła.

Wtórował mu biskup Hoser – były afrykański misjonarz znany ze swojego gołębiego serca. Tym razem Hoser nie użalał się nad ks. Lemańskim i nie opłakiwał milionów mieszkańców Rwandy zasiekanych maczetami, za to w deszczowy warszawski dzień lał krokodyle łzy nad losem dzieci nienarodzonych, które „giną w ciszy”. „Tym dzieciom nie dane było zobaczyć światła dziennego, doświadczyć miłości. Są zabite tam, gdzie miało być ich najbezpieczniejsze miejsce, pod sercem matki.” Demagogia i obrzydliwy fałsz płynący z tak sformułowanego zdania są tu większe niż głupota Hosera, ale wypadało ten myślowy odprysk odnotować. Nazajutrz Hoser dodał jeszcze, żeby nie przesadzać z tą ciążą z gwałtu, bo „stres podczas gwałtu jest tak silny, że rzadko dochodzi do zapłodnienia.” Serio, tak powiedział.

Stosownie do swoich możliwości intelektualnych pokazał się w mediach Witold Waszczykowski – zrządzeniem boskim minister spraw zagranicznych w pisowskim rządzie. Ten tytan myśli, znany z okrzyku „Nie zabijajcie nas!”, w radiu RMF czarny protest skomentował słowami „niech się bawią”. Dziennikarz uświadomił mu, że kobiety wyszły upominać się o swoje prawa, i że to  zabawą  nie jest, lecz było już za późno. Waszcz uwierzył w swój geniusz i nazajutrz rano publicznie wypalił, że te czarne marsze z cipkami na transparentach to kpina i happening, na którym wykrzykuje się głupkowate hasła. „To nie jest sposób rozmowy na temat życia i śmierci” – podkreślił imć Waszczykowski, nie wiedząc, że jego śmierć polityczna czai się za drzwiami.

Rzeczniczka klubu PIS oświadczyła publicznie, że to, co wydobył z siebie Waszczykowski, było jego prywatną wypowiedzią. Nie wiemy czy pani Mazurek odcięła się od szefa MSZ  prywatnie, czy uczyniła to jako rzeczniczka partii, ale mniejsza o to. Ważne, że się odcięła i w tym momencie dla badacza przyrody stało się jasne, że wśród dżdżownic też obowiązuje zwyczaj, by dla ratowania stada jedną poświęcić . W takich sytuacjach zostawia się wytypowane dżdżownice na powierzchni ziemi a pozostałe nurkują głęboko, aby umknąć przed wzrokiem i dziobem sępów. Sępy na Waszczem już krążą, ale jego kochana partia poddała go dodatkowym torturom w postaci wysłuchania połajanki jęczącej Beci, o której niektóre publikatory piszą, że jest premierem rządu Kaczyńskiego. Becia spuszczona ze smyczy zrugała ponoć Waszcza wiedząc, że może sobie na to pozwolić i  tym razem nikt jej za to nie zruga. Także wśród dżdżownic istnieje coś takiego jak rekompensata własnych krzywd i odreagowanie na kimś słabszym.

Złotą myślą godną eurodeputowanego z partii PIS zabłysnął Zbigniew Kuźmiuk.
„Przed chwilą cieszyliśmy się z 39 medali sportowców niepełnosprawnych. Cieszyliśmy się, witaliśmy ich z radością. A jednocześnie bez zmrużenia oka mówimy, że jeżeli dziecko ma podejrzenie jakiejś niepełnosprawności, to możemy je zabijać.” Na pewnym portalu napisano, że ta wypowiedź jest szczytem idiotyzmów wzbudzonych zamieszaniem wokół nieszczęsnej ustawy antyaborcyjnej, która wymknęła się PISowi spod kontroli. Nie jestem tego pewien, bo za chwilę mogą pojawić się inni. Dawno nie słyszeliśmy posła Pięty…

Tak czy owak głupców nie sieją i, żeby nie było, że niesprawiedliwie czepiam się partii ze sprawiedliwością w nazwie, wspomnę o matołku z Platformy. Tenże matołek nazywa się Schetyna i z sobie tylko znanych powodów trzyma łeb pod powierzchnią ziemi, żeby nie zauważyć zmieniających się oczekiwań peowskiego elektoratu. Ogłaszanie z partyjnej mównicy pomysłu zachowania obowiązującej obecnie ustawy antyaborcyjnej i nazwanie jej „kompromisową” jest sygnałem, że PO jako partia ma przed sobą dwie drogi: albo poprosić sępy, żeby zjadły bezkręgowca Schetynę i pozwoliły ocalałej reszcie ogarnąć się na nowo, albo wykrzykując hasło „bo nasza jest racja moralna” razem z bezkręgowcem popłynąć do tego pachnącego amoniakiem oceanu, w którym od lat pływa AWS, SLD i szczątki Ruchu Palikota. Niejedno oblicze ma głupota.

Nie będę udawał, że mnie to martwi. Przeciwnie: im częściej kompromitują się religijni fanatycy i niedowarzeni watażkowie, w których zwykły protest społeczny uruchamia furię, tym mocniejsza jest nadzieja, że ich kretynizm, oszustwa i zniszczenia dokonane w obszarach gospodarki, edukacji, rolnictwa, leśnictwa, obronności i sądownictwa zostaną wreszcie zauważone i należycie ocenione przez szersze niż dotychczas masy społeczne. Poza tym zwyczajnie lubię łabędzi śpiew przerażonych dżdżownic. Długo czekałem, żeby tę melodię usłyszeć.

Reklamy

Folwark, znachor i linia podziału

24 kwietnia 2016

Ciekawego eksperymentu dopuściła się wczoraj Gazeta Wyborcza oddając łamy zaproszonym pisarzom. Przeczytałem większość tekstów lekko rozczarowany. Varga miewał lepsze wejścia, Piątek przyzwyczaił nas do przenikliwości i finezji tudzież słownej ekwilibrystyki, wiec jego przydługi wypis nienawistnych (autentycznych, spisanych z internetu) odzywek dotyczących drugiego sortu wydał się po prostu przygnębiający. Szczerek trzyma poziom, walczy za pomocą słowa z upiorami polskimi usiłując na naszych oczach rozwikłać dylemat czy wojna tocząca się w Polsce, to wojna między lewicą a prawicą czy coś zupełnie innego.

O ile istnienie dwu wrogich plemion jest faktem, interpretacje dotyczące linii podziału różnią się między sobą. Po jednej stronie jest dzikość, irracjonalizm i barbarzyństwo, po drugiej dążenie do ładu, spokoju, respekt dla żelaznych zasad ekonomii, nauk społecznych, geopolityki a nawet ekologii (patrz Puszcza Białowieska). Ale zgody nie ma. Socjologowie i religioznawcy (prof Mikołejko) mówią o religii smoleńskiej, która przejęła narrację w Polsce i wciąga do swego grona coraz większą liczbę osób. Historycy, opisując sytuacje w Polsce, na wyścigi wskazują analogie z faszyzmem i bolszewizmem. W ten nurt wpisał się Jacek Santorski, który zauważył w pewnej dużej firmie silną, zupełnie nieprzystającą do okoliczności, potrzebę hierarchii i współzawodnictwa wśród pracowników, którzy wyraźnie męczyli się w sytuacji , gdy zagraniczny pracodawca dał im „zbyt dużo wolności”. Psycholog powiązał te postawy z zaszłościami historycznymi wskazując na folwarczną mentalność większości Polaków tęskniących do rządów silnej, choć nie zawsze sprawiedliwej ręki. I co ciekawe, potomkowie robotników folwarcznych a w lepszym wypadku szlachty zagrodowej sami wytwarzali polaryzacje, szukali wrogów, sami ustawiali się w roli ciemiężonych ofiar, aby, jak ich dziadowie i pradziadowie, przeżywać nienawiść do „pana”, gardzić jego ogładą i bogactwem. W podobnym, równie pesymistycznym, kierunku idą rozważania antropolożki, prof. Joanna Tokarskiej-Bakir.

Polacy tradycyjnie skłaniają się do tworzenia społeczeństw typu „sekta”, o silnych więziach i dużym ciśnieniu grupy na jednostkę (…) Jest to skutek traum i wiktymizacji, lat niewoli, dominującej pozycji Kościoła z jego nauką o uwznioślającej roli cierpienia, a także niskiego czynnika realnej skolaryzacji – bo współczynnik skolaryzacji „nierealnej” podskoczył nam nieproporcjonalnie wskutek boomu pozornej edukacji.

oraz

(…) sekta nie jest w stanie wytworzyć stabilnego „niepokalanego” centrum.
Jej polityka polega na nieustannym denuncjowaniu tego centrum – pojawiają się tu oskarżenia o czary, niepobożność, światowość lub kosmopolityzm. Są to grupy o silnie zarysowanych granicach, ale małych możliwościach przemiany wewnętrznej, czemu odpowiada niska samoocena jednostek przy wielkich aspiracjach zbiorowości.
W instytucji typu sekta szczególnie upośledzona jest zdolność rozpoznawania ryzyka, co sprawia, że podejmuje ona zadania niewspółmierne do sił, często kończące się spektakularną klapą.

Przy takich rozpoznaniach podział na prawicę i lewicę rzeczywiście wydaje się anachroniczny. Podejmowana tu i ówdzie analogia do walki postu z karnawałem jest chwytliwa literacko lecz dalece za mało precyzyjna. Podobnie jak metafora z przeciąganiem liny pomiędzy załogą średniowiecza a drużyną oświecenia. To już zdecydowane nadużycie. Gołym okiem widać, że naprzeciw średniowiecza, którego książkowym reprezentantem jest pisowski rząd z takimi tuzami jak Jurgiel, Szyszko, Ziobro, Kamiński, Macierewicz i Gliński (tudzież stojący w drugim szeregu Rydzyk, Michalik, Gądecki, Jędraszewski, Mering) stanęła drużyna ledwie renesansowa, momentami sięgająca moralnych zdobyczy epok ciut późniejszych, robiąca leciutkie ukłony w stronę feminizmu i gospodarki rynkowej ale stroniąca od Karty Praw Podstawowych, całkowitego odseparowania Kościoła od Państwa oraz zajęcia się na serio losem zwierząt. Światopoglądowa zachowawczość trzech najważniejszych partii opozycyjnych jest, niestety, gwarantem długiego rządzenia PISu. Ciamciaramcia nie wygra z wiejskim rzeźnikiem.

Konflikt postaw i interesów jeszcze trochę potrwa, ale spory wokół jego genezy wcale nie są jałowe. Warto wiedzieć, skąd wyszedł ten motłoch, który dorwał się do władzy, jakie bazyliszki wysiadują jaja pod brunatnymi koszulami jego wodzów. Na różnych forach piśmienni egzorcyści usiłują nazwać diabła, który coraz energiczniej miesza w polskim tyglu. Potrzebnie, bo nazwanie diabła jest pierwszym krokiem do jego wypędzenia tak jak diagnoza choroby jest fundamentem jej leczenia. Był taki etap w rozwoju medycyny, że wszelkie choroby tłumaczono zalegającą w organizmie flegmą i waporami, dlatego przy najmniejszej niedyspozycji usuwano ową flegmę z pacjenta za pomocą środków przeczyszczających, lewatywy i upuszczania krwi. Metody te, stosowane także wobec kobiet w ciąży i w połogu, miały przez wieki gorących zwolenników tak po stronie lekarzy jak pacjentów, chociaż daleko im było do skuteczności. Dopiero rozwój wiedzy medycznej sprawił, że teorie o zaleganiu w ciele „złej materii” odłożono między bajki a szkodliwych kuracji zaniechano.
Czy tak będzie z leczeniem Polski? Nie wiadomo. Na razie trwa rozległe zakażenie pobudzane łopotem nazistowskich flag i sączeniem medialnej trucizny. Oby podstarzały znachor mamroczący zaklęcia w żoliborskiej willi nie kazał upuszczać krwi.

Kanoniczna kanonada

24 lutego 2016

Chujowo się dzieje w Polsce, ale na przekór medialnym doniesieniom, jestem optymistą.
Jakoś tak mam, że spośród wiadomości złych i bardzo złych potrafię wyłuskać ziarenka, w których tkwi zalążek pozytywny. Po metaforę sięgnąłem celowo, bo intuicja może mnie mylić, po drugie trzeba sporo czasu, by postpisowskie zniszczenia naprawić, po trzecie w końcu, nie ma gwarancji, że owo ziarenko nie obumrze. Bywało tak, że zasiane ziarno nie wzeszło – kto czytał Stary Testament, ten wie. Dawno temu przeczytałem oba Testamenty. Bez specjalnej przyjemności ale z pożytkiem. Powzięta wiedza uchroniła mojego syna przed religijną indoktrynacją. On do tej pory nawet nie umie się przeżegnać. Może w kinie widział, jak to się robi.

Moja znajoma zapytała w przypływie pewnej bezradności, czy jest jakiś sens tej mentalnej i gospodarczej cofki, którą Polsce funduje partia rządząca wespół ze swoim sojusznikiem Kościołem katolickim. Sensowne według niej byłoby mozolne reformowanie, cierpliwe edukowanie, spokojne dorabianie się oraz metodyczne wyrównywanie cywilizacyjnych zapóźnień. Na zdrowy rozum, znajoma ma rację. W skali rodziny, czy małej firmy tak się dzieje. W skali państwa, zwłaszcza państwa z taką historią rzecz jest skomplikowana do tego stopnia, że górę biorą niezrozumiałe emocje a zdrowy rozum idzie na urlop. Jak to zgrabnie ujął Kazimierz Kutz:

Patrzę na to z zafascynowaniem, bo Polska jest fascynująca jako praojczyzna głupoty. Na naszych oczach toczy się walka siermiężnego, starego, ponurego i smutnego nacjonalizmu jagiellońskiego z tą małą grupą oświeconych liberałów, inteligentów polskich.

Niby to nic zaskakującego. Tego się właśnie spodziewaliśmy po rządach Kaczyńskiego. Zaskoczyła może szybkość i skala przedsięwzięć zmierzających do wzięcia Polaków za mordę. Wielu z nas, którzy mamy pamięć na miarę człowieka a nie rybki akwariowej, mogło taki scenariusz przewidzieć – wszak partia Prawo i Sprawiedliwość powstała z żądzy odwetu na przeciwnikach politycznych i doszła do władzy po to, żeby ostentacyjnie niszczyć to, co mozolnie, metodycznie i cierpliwie, choć z błędami budowali jej przeciwnicy.

Widzieliśmy – ja i jeszcze paru wtajemniczonych – w jakim celu PIS obiecuje przywileje socjalne nizinom społecznym, dlaczego hołubi środowiska kibolskie, po co pompuje pieniądze SKOK-ów w żenujące pisemka propagandowe i dlaczego zakłamuje historię. Grubo przed 2005 rokiem – kiedy to po raz pierwszy PIS doszedł do władzy – zdawaliśmy sobie sprawę, po co Kaczyńscy podlizują się Kościołowi i dlaczego Kościół bez skrupułów faworyzuje politykę PIS. Działalność Radia Maryja wyraźnie wskazywała kierunek, w jakim ta polityka zmierza. Przed ostatnimi wyborami sojusz PIS i KK przybrał całkiem jawny charakter i nie trzeba było wielkiej przenikliwości, by dostrzec, że połączone formacje narobią „wespół zespół” wielkiej szkody, bo ich celem było zawładnąć instytucjami i majątkiem państwa, nasilić indoktrynację, objąć ideologiczną czapą wszystkie możliwe dziedziny życia społecznego a jeśli trzeba, obudzić narodowe upiory i podgrzewać atmosferę wzajemnej nienawiści. Ten scenariusz się realizuje na naszych oczach. Kto śledzi wiadomości na bieżąco, dostaje zadyszki nie wiedząc, czym oburzać się bardziej: tragikomicznym zachowaniem facecika, którego wybrano prezydentem, odebraniem pieniędzy na walkę ze smogiem w Małopolsce i przekazaniem ich firmie Rydzyka, czy beznadziejnie prostacką polityką kadrową (nominacja jakiegoś pisowskiego ciecia na dyrektora stadniny koni), czy wylewanie pomyj na Wałęsę, czy w końcu zamach na dobro narodowe czyli Puszczę Białowieską.

To co teraz robi PIS nie ma nic wspólnego z zapowiadanymi reformami. Z socjalnych obietnic składanych podczas kampanii powoli się wycofuje, za to inne zmiany przeprowadza z szybkością i wdziękiem kanonady karabinu Maxim. Zamachowi na trójpodział władzy i państwo prawa towarzyszy kanoniczny refren „o dobrej zmianie i mandacie społecznym, którego naród udzielił nam w wyborach”. To wszystko coraz bardziej pachnie Orwellem, a nawet – tak twierdzą osoby szczególnie wyczulone – zalatuje faszystowskim ściekiem ***), tak więc podstaw do optymizmu nie widać, tym bardziej, że ostatnie sondaże nadal dają PISowi przewagę nad pozostałymi partiami. Ale to pozór, bo polityka, zwłaszcza polityka oparta na kłamstwach, nie uznająca kompromisów i nie licząca się z realiami ekonomicznymi musi prędzej czy później się wykoleić. Gdzieś musi być ta rafa, na której piracki statek z flagą PIS się rozbije. Na razie żegluje po szerokim morzu, na razie otumanione tłumy machają chusteczkami. Ale pycha kroczy przed upadkiem. Ponieważ PIS rzucił się na władzę zbyt zachłannie i sprawuje ją po kretyńsku, więc można się spodziewać, że katastrofa wpisana jest w scenariusz. Nie wiadomo tylko, z której strony nadejdzie.

Mam wrażenie, a może to tylko życzenie, że PiS przejedzie się na poniewieraniu Wałęsy i orwellowskim przerabianiu historii. Pewnie tylko ci, którzy wierzą w zamach smoleński, i młodzi, którzy niewiele pamiętają, mogą, wbrew wszelkim faktom i świadectwom, przyjąć opowieść o III RP jako spisku ubeków z agentami. Ta kanoniczna dla PiS narracja, uzasadniająca dzisiejszą rewolucję, właśnie została poddana nieoczekiwanej próbie. (Jerzy Baczyński, red. naczelny Polityki)

To jeszcze nie ten czas. Prognoza Baczyńskiego pozostanie na razie pobożnym życzeniem, choć prawdą jest, że nagły ruch wokół teczek Kiszczaka wywołał spory wkurw w narodzie i wielu ludzi stanęło przed koniecznością rewizji swoich poglądów na Wałęsę, na historię i ewentualne skutki przyznania racji zwolennikom Kaczyńskiego.
Podobnie rzecz ma się z Trybunałem Konstytucyjnym, czystkami w państwowych spółkach i urzędach, inwigilacją internetu, bezkarnością prokuratorów, wycinką puszczy białowieskiej, stadninami koni rasowych, zarzuceniem projektu budowy elektrowni atomowej, osłabianiem wizerunku Polski przez dyletancką politykę prowadzoną wobec państw UE oraz Stanów Zjednoczonych, zapowiedziami cięć w górnictwie, ustawą o zamrożeniu obrotu ziemią rolną, nieprzyzwoitym dotowaniem Kościoła i odbieraniem pieniędzy RPO… W każdej z powyższych kwestii złamano dobry obyczaj lub prawo, naruszono interes społeczny, zakpiono sobie ze zdrowego rozsądku, poczucia sprawiedliwości społecznej, praw człowieka do wolności itd.
Na razie przeciw tym wszystkim gwałtom protestuje KOD ostro zwalczany przez bolszewickie (bo przecież nie „prawicowe”) media i atakowany przez dyżurnych malkontentów powtarzających slogany o oderwanych od koryta ludziach w futrach. Na razie trwa walka ideologiczna, bo obie strony sporu wiedzą, że kto skuteczniej zawładnie masową wyobraźnią, ten wygra ostateczną batalię o rząd dusz. Na razie przewagę ma PIS wspomagany przez Kościół, który w ostatnich tygodniach przezornie i coraz bardziej wymownie MILCZY. PIS opanował państwowe media i sączy swoje „prawdy o zamachu”, lansuje politykę godnościową i ustawia się w roli ofiary z oblężonej twierdzy. Ale to jest przekaz dla ciemnego ludu.

Pewna część społeczeństwa (ja i paru wtajemniczonych) zbyt ostro widzi machlojki władzy, zbyt wyraźnie czuje zapaszek unoszący się nad jej coraz bardziej brunatną polityką, żeby dać się w to wciągnąć, żeby uwierzyć w jakąkolwiek obietnicę. To zło przybrało tak konkretną postać, że natychmiast wyzwoliło odruchy obronne u całkiem sporej grupy ludzi. Spontaniczne akcje za każdym razem są okazją do manifestacji niezadowolenia z metod rządzenia oraz – co bardzo ważne – do stopniowego uświadamiania Polakom, czym grozi obywatelska bezczynność. Efekty tej ulicznej edukacji już zaczynają być widoczne – nachalna medialna nagonka na „wrogów PIS-socjalizmu” tego procesu nie zatrzyma. Im większych przekrętów, łajdactw i idiotyzmów będzie się dopuszczał PIS, tym silniejszy napotka opór, tym mocniej zostanie przeorana zbiorowa świadomość. Z opresji stanu wojennego, jako społeczeństwo, wyszliśmy wzmocnieni i bardziej świadomi. Konieczność znalezienia równowagi w zaburzonym świecie zawsze zmusza do ponownego ustawienia sobie hierarchii ważności, określenia swojego miejsca w świecie. Teraz może to być łatwiejsze, niż 35 lat temu, bo mamy internet, możemy telefonować bez limitów, podróżować bez przepustek.
Pozostaje czekać aż fala niezadowolenia i obrzydzenia kłamliwą władzą osiągnie punkt krytyczny i zacznie zbierać ze sobą rozczarowanych. Tych, którzy na razie wymachują ojczyźnianymi sztandarami i wielbią zbawcę Jarosława. To nastąpi, bo umysł ludzki nie jest w stanie strawić zbyt dużej dawki absurdu i upokorzeń – zaczyna się samoistnie buntować. To nie jest prawo zmyślone: nawet Lech Wałęsa, człowiek niespecjalnie lotny umysłowo i zawsze wierny „syn Kościoła” odburknął biskupowi: „Abp Głódź mówi, że wyrządziłem jakieś krzywdy, aż się prosi, by zmierzyć, kto więcej?”

Gdyby tak więcej Polaków potrafiło odburknąć swojemu proboszczowi i zabrało dzieci z lekcji religii, byłaby to główna korzyść z zimnego prysznica jaki sprawił nam sojusz pisowsko-kościelny. Zasadniczym problemem Polaków jest bowiem to, że jeszcze nie rozpoznali prawdziwych zagrożeń, jeszcze nie wskazali właściwych złodziei wspólnego majątku. Ale to nastąpi: PIS stara się ze wszystkich sił, żeby Polakom łuski z oczu spadły. Dlatego w tych działaniach PISowi kibicuję, albowiem dostrzegam w nich ziarno optymizmu.

***)
Jacek Pałasiński umieścił w Internecie krótkie wspomnienie zmarłego Umberto Eco. Przypomniał, jak Eco definiuje „14 cech charakterystycznych faszyzmu”:

1) Brak miejsca na rozwój wiedzy (tradycjonalizm)
2) Odrzucenie modernizmu, irracjonalizm
3) Kult działania dla samego działania, podejrzliwy stosunek do świata intelektualnego
4) Uznawanie odmiennych poglądów za przejaw zdrady
5) Rasizm
6) Szukanie poparcia przede wszystkim u sfrustrowanych klas średnich
7) Nacjonalizm, wiara w teorie spiskowe
8) Postrzeganie wrogów jednocześnie jako nadzwyczajnie silnych i nadzwyczajnie słabych
9) Uznawanie, że pacyfizm jest równoznaczny z brataniem się z wrogiem, i postrzeganie ludzkiego życia jako wiecznej walki
10) Pogarda dla słabych
11) Kult śmierci
12) Kult męskości, czyli lekceważący stosunek do kobiet i bezwzględne prześladowanie wszelkich niekonformistycznych skłonności seksualnych
13) Przekonanie, że jednostka praw jako takich nie ma, połączone z wyobrażaniem sobie narodu jako monolitu wyrażającego wspólną wolę
14) Nowomowa

Komu dziękować za to szambo?

12 lutego 2016

Niektórzy się denerwują tym, co się w Polsce dzieje. Wśród moich znajomych niemal wszyscy się denerwują, dławi ich poczucie bezradności, czują się zażenowani faktem, że są częścią tego samego społeczeństwa, które tak głupio dało się zmanipulować cynicznym populistom i kłamcom. Przecież ta formacja już raz udowodniła autorytarne zapędy i ekonomiczną ignorancję. Teraz do tamtych grzechów doszła niespotykana pogarda dla myślących inaczej, szczucie jednych na drugich i podlizywanie się obcym czyli Watykanowi i Moskwie. Tuż po wyborach, wielu z nas zadawało sobie pytanie, jak do tego doszło? Na fali niedowierzania, kiedy po raz pierwszy złamano Konstytucję, doszło do masowych protestów. Z biegiem czasu pytanie o przyczyny porażki Polski świadomej i racjonalnej zeszło na plan dalszy, bo o wiele ważniejsze jest „jak wyjść z tego bagna?”

Nie ma prostych odpowiedzi. Obok całkiem rzeczowych diagnoz pojawiają się księżycowe przewidywania oraz niebezpieczne postulaty. Autor Studia Opinii, Jacek Parol skrytykował postawę liderów KODu, którzy deklarują bezwarunkową wolę uszanowania wyniku wyborczego. W ten sposób, dowodzi autor, kto uznaje prawo PISu do rządzenia, podpisuje zgodę na dalsze rozwalanie porządku prawnego i gospodarki w Polsce. Dlatego – apeluje Parol – trzeba temu przeciwdziałać i nie poddawać lenistwu, bo PIS zachęcony biernością opozycji zechce zmienić ordynację wyborczą i tak „ustawić” następne wybory, aby zapewnić sobie zwycięstwo. Obawa słuszna, ale żaden scenariusz zastosowany pośpiesznie przez opozycję (którą opozycję?) nie da gwarancji, że takie zagrożenie uda się całkowicie wykluczyć. Bo to my jesteśmy po szyję w … szambie, a nieprzemyślana próba wydostania się z niego może spowodować, że zanurzymy się w nim głębiej. Kto wie, czy gwałtowniejszy ruch ze strony KODu i opozycji parlamentarnej nie dałby stronie pisowskiej paliwa do jeszcze większego radykalizmu? Musiał Jacek Parol taki wariant w cichości rozważyć, bo zastrzegł w artykule, że nie próbuje wyprowadzać ludzi na barykady i nie opowiada się za konfrontacją siłową. Uff, dobrze, że takie zapewnienie padło, bo najgłupsze co można teraz zrobić, to z szabelkami wyjść na ulice. Równie mało rozsądnie brzmi nawoływanie do dodatkowej mobilizacji wszystkich sił (społecznych i politycznych) niechętnych PISowi u władzy. Wszak mobilizacja już nastąpiła i objawiła się w postaci KODu, na który powołują się (ocalałe) autorytety i o którym piszą światowe gazety. Nie trzeba nic więcej. Polacy wcale nie śpią, działają na miarę doświadczenia, okoliczności i… poczucia przyzwoitości. Rewolucji pisowskiej nie można pokonać inną rewolucją. Tym bardziej nie można zniżyć się do ich standardów, bo wtedy ewentualne zwycięstwo byłoby porażką. Wszystkich.

Podoba mi się konsekwencja i spokój w wydaniu Mateusza Kijowskiego, który zdaje się rozumie, że siła KODu tkwi w jego ponadpartyjności. Żadna partia nie jest w KOD faworyzowana (prawackie szczekaczki uparcie insynuują podskórne związki KODu z Nowoczesną lub z Platformą) ani też żadna partia oficjalnie nie jest dla KODu wrogiem. Owszem PIS jest partią narodowo-katolickiego socjalizmu, więc z definicji nie znosi demokracji, ale to nie znaczy, że jedyną racją istnienia KODU ma być istnienie PIS. Takie ustawianie się KOD byłoby  kontynuacją szkodliwego i złudnego podziału na PIS i PO. Otwarta konfrontacja byłaby działaniem krótkowzrocznym i nieefektywnym, nie mówiąc o tym, że zaprzeczałaby temu co KOD ma w nazwie czyli Obrony Demokracji. Pryncypia są czasem ważniejsze niż zagrożona gospodarka.

Po lekturze artykułu Jacka Parola nadal nie wiem, na czym miałoby polegać „zdecydowane działanie”. Czy na nieustającym pokazywaniu PISowi nieprzyzwoitego gestu? To się już dzieje bez szumnych nawoływań. Opór społeczny stopniowo rośnie, filmy z wygwizdania Du*y w Gdyni a Szydłowej w Krakowie wzbudzają szczery entuzjazm, a same akcje z pewnością znajdą kontynuatorów. Natomiast pomysł na referendum dotyczące rozpisania nowych wyborów jest całkowicie chybiony. Dobrze, że KOD umywa od tego ręce. Po pierwsze byłby to niebezpieczny precedens, po drugie jest na to stanowczo za wcześnie. Nie mamy podstaw, by przypuszczać że wynik na pewno będzie dla nas korzystny. Nie wolno lekceważyć największego, tuż po aparatczykach pisowskich, beneficjenta nowych rządów. Kościół katolicki, obecnie nieco wycofany, jakby zawstydzony poczynaniami kaczystów, w każdej chwili może stanąć w obronie swoich zdobyczy.

Dlatego tym razem ja zaapeluję: poczekajmy, nie uderzajmy w histeryczne tony. „Reformy” pisowskie idą tak szerokim frontem, że katastrofa jest nieunikniona. Wiadomo, że na program 500+ rząd ma pieniądze tylko na ten rok. W dalszych latach z tego i paru innych powodów nastąpi zachwianie gospodarki, a co za tym idzie rozsierdzenie wielu grup społecznych. także tych, które w zapewnienia Szydłowej ślepo wierzyły. PIS u władzy jest największym swoim wrogiem – na tym etapie nie trzeba mu specjalnie przeszkadzać, zwłaszcza, że nie mamy prawnych możliwości.

Jak do tej pory pod Sejmem protestowały dwie grupy: najpierw obrońcy czegoś tak abstrakcyjnego jak demokracja (młodzi nie poszli, bo jeszcze się na abstrakcjach nie znają) później zrobieni w bambuko handlowcy, którzy zebrali się w obronie swoich dochodów i miejsc pracy. Po handlowcach zaczną protestować inne poszkodowane grupy zawodowe, to jest pewne jak w banku. Coraz mocniej integruje się środowisko inteligenckie oburzone nieetycznym postępowaniem prezydenta,  bezprawiem dotykającym sędziów, dziennikarzy, prokuratorów. Zadziała efekt domina.

Następne masowe protesty mają szansę przyciągnąć coraz więcej rozczarowanych wyborców Kaczyńskiego. Niepewna jest sytuacja górników, dla których też zabraknie pieniędzy. Na to warto poczekać. Obecnie, gdy poparcie społeczne PISu jest rekordowo wysokie, z wyborcami tej partii nie da się rozmawiać. Wciąż działa syndrom zakochania w Kaczyńskim i negacji „Polski na pasku Brukseli”. Ale miłość nieskonsumowana jest nietrwała,  więc i tutaj jest szansa na dobrą zmianę. Nie powinno się walczyć z tymi ludźmi. Jakkolwiek futurystycznie to brzmi, ich należy odzyskać dla działania wspólnego a nie wykluczać. Najlepszą metodą leczenia wyborców PIS z zauroczenia Kaczyńskim jest powierzenie mu władzy. Gdy po paru latach przekonają się sami, jak bolesne dla ich aspiracji i poziomu życia są rządy ludzi niekompetentnych i jawnie sprzyjających Putinowi, szczepionka zadziała. Lecz tego nie da się zrobić nagle, za pomocą zaklęcia. Jak każda terapia, jest to proces długotrwały. Zgadzam się, że cena wizerunkowa oraz cywilizacyjna będzie wysoka. Już jest wysoka, inaczej nie mówilibyśmy o wdepnięciu w szambo.
Najsensowniejsze co mogą teraz robić przeciwnicy PIS, to dbać o edukację obywatelską, nie wdawać się w ambicjonalne wojenki i cierpliwie wskazywać sprawców manipulacji. Na przyszłość warto pamiętać, że za wynik wyborów nie odpowiada tylko partyjna propaganda ulokowana w „niepokornych” mediach. PIS miał i ma sprzymierzeńca w postaci Episkopatu, któremu również nie w smak europejskie aspiracje Polaków. Logika wskazuje, że Kościołowi należy podziękować za to szambo, z którego nadal nie wiemy, jak się wydostać.

Podobne rady miał dla Polaków amerykański politolog David Ost.
http://wyborcza.pl/magazyn/1,149898,19483788,david-ost-odebrac-pis-owi-niezadowolonych.html

Link do artykułu w SO:  http://studioopinii.pl/jacek-parol-nie-dla-kolysanki/

Powtórka z polityki

22 marca 2013

W przypływie małpiego humoru i z poczucia bezradności napisałem kiedyś tekst, w którym dorosły emigrant tłumaczy dziecku, na czym polega polityka w „pewnym państwie”. Tekst powstał dokładnie w kwietniu 2009 roku, kiedy o Smoleńsku mało kto słyszał. Rząd był niemal ten sam co dziś, tylko prezydent inny. Czy coś jeszcze się zmieniło, oceńcie czytelnicy sami.

X X X
W pewnym państwie, w wielkim pałacu mieszka pan tyci-tyci. Ten pan jest prezytentem, wydaje mu się że jest królem, chociaż wcale nie wygląda na króla, wiesz, takie ni to ni sio. Czasem widać go w telewizorku: uczesany na picuś glancuś opowiada te swoje baju baju i jest okropnie nadęty, nawet nie wiadomo z jakiego powodu. Dopiero jak wypije dwa trzy ulubione drinki cin cin, to zaczyna się uśmiechać i stroić miny. Wtedy pan tyci tyci nie wygląda już jak król, nie wygląda nawet jak królik, tylko jak rozmemłane fiu bździu.

– Raz mi się zrobiła taka klucha z waty cukrowej i mama mówiła, że to fiu bździu.
No właśnie coś takiego, nie wata ani nawet nie klucha, tylko fiu bździu. Słuchaj dalej: w każdym państwie są ministrowie. Ale w państwie, o którym mówimy jest ich dwa razy więcej. Król tyci tyci ma swoich ministrów i pan Główny Minister ma swoich. Oni wszyscy udają, że pracują dla narodu, ale to jest zwykły pic na wodę. Jednym ministrom chodzi tylko o to, żeby zaszkodzić tym drugim, a ci drudzy szukają okazji, żeby pierwszym zrobić kuku. Każdy ciągnie w swoją stronę i tak zarabiają ecie pecie.

Jest jeden taki minister, czasem pokazuje się w mundurze strażaka, może go widziałeś na zdjęciu. Wygląda niepozornie, taki wiejski figo fago, ale wszyscy wiedzą, że koszałki opałki opowiada ludziom tylko dla zmyłki. Bo pan figo fago dobrze wie, jak zrobić szacher macher, żeby śladu nie było. I to tak sprytnie: rach ciach!
Nie wierzysz? Jak bum cyk cyk !

Jest drugi pan tyci tyci, brat pierwszego pana tyci tyci. Są toczka w toczkę podobni do siebie, czasem nie wiadomo, który z nich mieszka w pałacu i wydaje rozkazy ministrom, a który nie. I ten drugi (może on jest pierwszy?) tyci tyci, bardzo nie lubi Głównego Ministra za to że on gra w co innego. Główny Minister harata w gałę lub na podwórku gra w jakieś hocki klocki, a pan tyci tyci nie lubi podwórek i woli raczej bawić się w koci koci łapki. Chyba jednak od zabaw z kotem sam powoli zmienia się w kota, bo wydaje mu się, że pan Główny Minister ma oczy i zęby jak wilk. Dlatego boi się Głównego Ministra i najchętniej zrobiłby mu pif paf. Pan tyci tyci, ten od kici koci, ogólnie jakiś strachliwy jest. Boi się, że ktoś mu zrobi kęsim kęsim, więc jeśli wychodzi z domu to tylko w otoczeniu ochroniarzy, którzy powtarzają do swoich ukrytych pod kołnierzykiem mikrofonów keine tora bora, keine tuskus lupus.

– To oni wszyscy mają kuku na muniu?
Prawdopodobnie tak. Ale największe fixum dyrdum ma jeden pan, co był ministrem od teczek. Na zdjęciach pali fajkę i krzywo się uśmiecha, jakby pod nosem nucił piosenkę sibą sibą trala la la la… Jego nie interesują wilcze oczy, bo sam oczy ma straszne jak jakiś zombie z wyspy Goa Goa. Więc pan Goa Goa jest przekonany, że wkoło żyją sami szpiedzy, którzy chcą usunąć z tronu niby-króla tyci tyciego. Zrobił nawet kiedyś spis wszystkich szpiegów i donosicieli, ale szybko okazało się, że wcale tych szpiegów nie wytropił a jego lista to zwykłe klituś bajduś. Przy okazji jednak wyszło, że fixum dyrdum pana Goa Goa jest groźniejsze niż ktokolwiek się spodziewał. Od tej pory w tym kraju rzeczy straszne są tak powszechne, że są już tylko śmieszne.

– I wszyscy się śmieją?
Oj nie. Bo nawet jak coś jest śmieszne to jednocześnie jest okropnie zawstydzające. Na przykład ważnym ministrem był kiedyś pan Lelum Polelum z Krakowa. Gdy przestał być ministrem, został dziennikarzem, który pisze coś-tam, coś-tam. Raz pan Lelum Polelum i jego małżonka Tutti Frutti chcieli polecieć niemieckim samolotem, ale zrobili jakieś fiki miki z kapeluszem i płaszczem, więc policjanci przyszli do pana Lelum Polelum i szurum burum go z tego samolotu, chociaż on głośno krzyczał, że Niemcy go biją. A pani Tutti Frutti też wyszła za nimi, bo bała się latać bez Lelum a zwłaszcza bez Polelum. No i bez polskiego kapelusza, ma się rozumieć.

– A po co są politycy?
Politycy mają tak kierować sprawami państwa, żeby był porządek i sprawiedliwy podział łupów. Posłowie mają pisać ustawy. Ale niestety ustawy szykowane są na łapu capu, dlatego dla wielu ludzi przepisy prawa to są czary mary i jeden wielki misz-masz. I nikt z polityków nie chce tego naprawdę zmieniać, bo żeby coś zmienić, trzeba się na tym znać. A kto się zna na czarach? Czarownicy, czyli prawnicy. Dzięki temu każda hetka pętelka z palestry, może wcisnąć klientowi swoje trele morele, bo wie, że klient i tak nic nie kuma. Więc gdyby się zaczął dopytywać, co znaczy ten lub tamten myk, hetka pętelka może go postraszyć, że za dociekliwość grozi entliczek pętliczek. I to na długie lata.
A w ogóle z tym stanowieniem i poprawianiem prawa to jest niezły hokus pokus, bo oni dla siebie to prawo uchwalają. Już tłumaczyłem, ich interesuje ecie pecie i bara bara. Dosyć bajek na dziś, śpij już dziecko… Chcesz o coś zapytać?
– A naród co na to?
– Naród co na to? Hmm… Naród ani be, ani me, ani kukuryku.

Blog wieczorową porą

12 grudnia 2011

Blog jest rodzajem notatnika osobistego, a im gorsza pogoda za oknem tym bardziej rośnie w piszącym potrzeba intymnych zwierzeń. Zatem w grudniowy ponury wieczór, nie siląc się na żaden obiektywizm wyłożę, co mi na wątrobie leży. Albo to wynik starzenia się, albo efekt ekspolozji na Słońcu, albo wiatr wiejący od Fukushimy mnie podtruł, efekt jest taki, że blogi polityczne mnie nudzą. Dawniej zaczynałem dzień od lektury tekstów na liiil.pl – bo miałem wrażenie, że blogerzy znacznie trafniej definiują polityczną rzeczywistość niż dziennikarze. Owszem, po newsy sięgałem na portale prasowe, ale omówienia i interpretacje blogerskie miały więcej „ikry”, lubiłem czuć ten polemiczny pazur, emocję i dowcip. Co więcej, chętnie sam brałem w tym udział, korzystając jak inni z całkowitej wolności słowa i zupełnej ale to zupełnej niezależności od jakiegokolwiek lobby partyjnego czy biznesowego. Zabawa przednia! A że z niej poza przejściową satysfakcją ze zgrabnie ulożonych zdań niewiele więcej wynika? No, trudno. Dmuchając swój mały blogowy balonik nie możemy oczekiwać, że będzie miał tyle mocy, aby przenieść całe domostwo, gminę a najlepiej cały umiłowany kraj do jakiejś Ziemii Obiecanej za górami, za lasami.

Są blogerzy spędzający dnie i noce nad klawiaturą, bo im się wydaje, że jak nie napiszą komentarza w bieżącej sprawie to ŚWIAT nie bedzie miał dość siły, aby przesunąć się we WŁAŚCIWĄ stronę. Tacy nawiedzeni mnie najbardziej nudzą. Właściwie nudzili, bo ich już nie czytam. Odkąd jedan starszy pan w latach 90-tych przekonywał mnie, że pewien młody polski naukowiec wynalazł pojazd napedzany układem sprężyn, resorów i dźwigni; i że prototyp jest gotowy, ale tak jak jego genialny twórca musi się ukrywać przed mackami koncernów samochodowych i naftowych oraz że jedynym sposobem na wdrożenie pojazdu do produkcji – i to w Polsce, żeby Polska miała z tego korzyści! – jest zainteresowanie sprawą papieża Jana Pawła II, który akurat wybierał się na swoją n-tą wizytę do Ojczyzny. Ja miałem temu miłemu starszemu panu pomóc napisać odpowiedni list ( co zrobiłem!) a on miał poprosić biskupa zamojskiego Śrutwę o przekazanie go papieżowi. Zapytałem, dlaczego chce jechać aż do Zamościa skoro ma bliżej (dosłownie 300m) do budynku kurii lubelskiej? „A bo panie, ten Życiński to przechrzta…”

A więc odkąd wysłuchałem historii o cudownym, sprężynowym, nic-nie-potrzebującym samochodzie (dziadunio był baardzo przekonywujący) mam pewne opory przed poważnym traktowaniem kogoś, kto wchodzi w rolę wirtualnego mesjasza i z regularnością wieżowego kuranta codziennie o świcie podaje czytelnikom receptę na ulepszenie świata en bloc . Jest w tym tak przekonywujący, jak ten dziadunio od wynalazków. I jeśli przypadkiem nie podpowie jak powinien funkcjonować świat, to przynajmniej rzuci kilka (co najmniej kilka!) tez uzasadniających konieczność natychmiastowej rewolucji krajowej. Według moich osobistych przypuszczeń, takie taksty może wypuszczać albo ktoś rozstrojony emocjonalnie albo prowokator. Co komu szkodzi nawoływać do rewolucji znad klawiatury?

Kolejna odmiana blogów nudnych jak flaki z olejem, to te których autor/autorka nieustająco się na coś oburza, bulwersuje i ręce załamuje a cały wpis służy głównie zainfekowania czytelnika własnym oburzeniem, bulwersacją i rąk załamywaniem. W podtekście takiego wpisu tkwi pełne nadziei zapytanie: „Czy czujecie się równie oburzeni jak ja?” Wynika z tego, że to od-autorskie oburzenie jest faktycznie jakieś mizerne i potrzebuje społecznego wsparcia. Wsparcie nawet jeśli nadchodzi to nie jest w stanie nasycic apetytu oburzonego/oburzonej bo za dzień za dwa nieme pytanie „Czy jesteście zbulwersowani przynajmniej tak jak ja?” powtarza się.

Spotykam blogi dość dziwne, są to krótkie wypracowania na bieżący temat, który stacje telewizyjne i gazety rozwałkowały już na cieniutki placek natomiast autor/autorka najwyraźniej czuje się w obowiązku podać szerokiemu światu swoją wersję wydarzeń. Zdania tej relacji-rewelacji są jak placek okragłe a podawane z taką mocą jakby autor/autorka udowadniali czytelnikom, że przeniknęli czwartą tejemnicę fatimską, chociaż wszyscy wiedzą, że tajemnice były trzy. W pierwszym odruchu można się na ten zabieg nabrać, potem pojawia się niedowierzanie, że można aż tak kiepsko oceniać inteligencję odbiorców a lekturę przerywa kliknięcie myszką oraz próba zapamiętania nicka autora/autorki, aby go/ją potem starannie omijać.

Tuż obok są blogi długie, za to jeszcze bardziej nudne i pozbawione istotniejszej treści. Odnoszą sie do spraw różnych – prawica, lewica, służba zdrowia, ochrona zwierząt i oczywiście ekonomia, bo na ekonomi każdy zna się. Niewiele wnoszą te teksty do czytelniczej wiedzy o świecie: słowa co prawda płyną jak rzeka lecz treść kroplami kapie. To lanie wody musi mieć na piszącego wpływ uspokajający, bo z pełnego komunałów lub poboznych życzeń tekstu trudno wyłowić konkluzję. Widocznie autor przed snem zapomniał ją tam umieścić. Czasem owszem konkluzja jest. Ale też jakaś cieniutka, jakby niedożywiona.

Właściwie nie wiadomo czemu i komu służące poza samym piszącym, lecz złego słowa o autorach jednak nie powiem, przyznaję prawo do wynurzeń spisywanych tuż po Wiadomościach lub Faktach – któż to wie? Może im lekarz przepisał stukanie w klawiaturę jako formę terapii? Niech piszą, ale czytal nie będę bo – wybaczcie bezpośredniość – nie czuję sie nimi ubogacony.

A zatem nuda, proszę szanownego blogerstwa. Nuda, wyważanie otwartych drzwi, wskakiwanie na pochyłe drzewo lub krzątanie się po opłotkach tego co naprawdę istotne. Ot taki „polityczny pudelek”, jak to zgrabnie i autoironicznie pewna blogerka nazwała swój blog. Zerknijcie na liiil.pl – dominują tematy „nieodczepialne” czyli Jarosław Groteska Kaczyński szykujący się do występów ulicznych, nowe-stare bon-moty staro-nowego szefa SLD oraz rocznica stanu wojennego ocenianego przez obecnych 30-latków. Bardzo radykalnych gnojków najczęściej.

Tematy to wciąż nośne choć zdające się psu na budę, w koło Macieju te same spory o stan wojenny i jego uzasadnienie; spory, których ani 30 lat temu ani za 30 kolejnych lat ani teraz nie sposób rozstrzygnąć. Ile razy można czytać rozprawkę o wyższości świąt B.Narodzenia nad świętami W-nocy? Dla telewizji, radia i prasy to samograj – zawsze przyciągnie publikę – ale blogerzy mogliby jednak korzystać ze swojej niezależności i czasem próbować nie iść tam gdzie idzie stado.

Zapytacie, co w takim razie uważam za sprawy istotne i warte opisywania. Jest tego mnóstwo, każdy dobiera sobie według potrzeb, znakomicie można realizować swoją pasję pisarską np. na portalu „wypieki.pl” albo „dzierganiebeztajemnic.pl” – chodzi jedynie o to, żeby pisać o czymś i unikać nudy. Zima to dość ponura pora roku. Nawet bez blogów.

PS. Są ciągle blogi, które regularnie i z przyjemnością odwiedzam, ale dziś nie o nich była mowa. Dobranoc