Archive for the ‘Włochy’ Category

Weneckie blaski i cienie

18 września 2016

Mapka pojawia się tu nieprzypadkowo. Któregoś dnia, zamiast zapuszczać się w zaułki historycznych dzielnic, postanowiłem obejść weneckie obrzeża – mniej ludne, nie tak malownicze jak ścisłe centrum, i z pewnością mniej rozpoznawalne. Żeby tam dotrzeć, musiałem skorzystać z tramwaju wodnego, bo jeśli w Wenecji mówimy o obrzeżach, muszą to być wyspy. Zanim z Wielkiego Kanału wydostaliśmy się na otwarte wody zatoki, przepłynęliśmy pod nowoczesnym mostem, po którym kursują wagoniki bezzałogowej kolejki łączącej Piazzale Roma (jedyny plac dostępny dla ruchu samochodów i busów) oraz terminal portu Marritima, do którego przybijają promy pasażerskie. Konstrukcja mostu widziana z dołu przypomina kręgosłup dinozaura.

img_7925

Pierwszym celem podróży była Giudecca – wyspa o podłużnym kształcie widoczna u dołu mapki. Wysiadłem na pierwszym przystanku i ruszyłem wzdłuż nabrzeża.
Giudecca jest wąska, ponad kanałami przecinającymi ją poprzecznie widać kolejna wyspę – Lido. W jednym z korytarzy wiodących na obszerny dziedziniec nieczynnej manufaktury trafiłem na starą gondolę, wyposażoną w budkę chroniąca przed wiatrem, deszczem i wścibskimi spojrzeniami. Takie gondole można zobaczyć na obrazach Canaletta. Być może z podobnej korzystał Henryk Walezy, który bawiąc w Wenecji po ucieczce z Krakowa, pod osłoną nocy wymykał się do domów schadzek.

_mg_7959

Giudecca zaskoczyła mnie spokojem, który jak się można domyślać, wynikał z niewielkiej liczby turystów. Na tym skrawku lądu hoteli i zabytków było mniej. Większość zabudowań stanowiły domy mieszkalne, szkoły oraz magazyny i drobne wytwórnie. Stali mieszkańcy w większym stopniu niż ich sąsiedzi po drugiej stronie kanału mogli tu czuć się u siebie. Panowała  atmosfera spowolnienia a nawet zapóźnienia, którego nikt nie starał się specjalnie nadrabiać. Miejscowi krzątali się na podwórkach, plotkowali przed sklepami i pozdrawiali się w pasażach. Fale chlupały o kamienny brzeg, policjanci wolnymi krokami odmierzali czas do końca służby.

img_7974

img_7953

Po dwudziestu minutach marszu, z jednym tylko przystankiem na kawę, dotarłem na schody kościoła Il Redentore, którego biała fasada góruje nad okoliczną zabudową. Kościół, jak na warunki weneckie, jest całkiem nowy. Powstał w drugiej połowie XVI wieku a autorem projektu jest słynny Andrea Palladio, twórca własnego stylu opierającego się na wzorach greckich i antycznych rzymskich.

Il Redentore, który widywałem wcześniej z przeciwległego brzegu, zbudowany jest z rozmachem, którego nie powstydziliby się patrycjusze rzymscy. Kamienna fasada zwieńczona trójkątnym tympanonem podtrzymywanym przez cztery masywne półkolumny oraz ozdobiona wyrazistym portykiem oraz dwiema symetrycznie umieszczonymi niszami robi imponujące wrażenie. Obecność szerokich zewnętrznych schodów jeszcze to wrażenie potęguje. Wnętrze, w którym dominują masywne kolumny podtrzymujące półkoliście zwieńczony jasny sufit, potężne okna wpuszczają snopy światła rozlewającego się po kamiennej posadzce a niezaprzeczalna harmonia jest wynikiem ścisłego podporządkowania regułom matematycznym – to wnętrze jest bardzo eleganckie i jednocześnie bardzo zimne. To samo można powiedzieć o stojącym nieopodal kościele  San Giorgio Maggiore. Oba zaprojektował Palladio.

img_7963

W obu można dostrzec triumf ludzkiego umysłu i oba są jednako pozbawione ducha. Gdzie im tam do pełnego złoceń, bizantyjskich malunków i odwiecznych tajemnic wnętrza bazyliki? Gdzie im do urokliwego mroku gotyckich i romańskich kościołów z okolic mostu Rialto? Niebo a ziemia. Już wiem dlaczego przed San Marco od rana ustawiają się tasiemcowe kolejki chętnych, a tu odgłos migawki aparatu echem odbija się od ścian. Nie wypadało jednak tak ważnego punktu w panoramie miasta pominąć. Kiedy znowu z podcieni Pałacu Dożów popatrzę na białą fasadę San Giorgio, przypomnę sobie, co widziałem we wnętrzu: nieskazitelna biel ścian, masywne, idealnie uszeregowane kolumny i wysokie sklepienia a pod nim lśniąca posadzka i znudzona bileterka. Może pięć osób snujących się wśród kolumn. Większym zainteresowaniem cieszy się dziedziniec, z którego roztacza się romantyczny, a dzięki licznym obrazom, filmom i reprodukcjom, mocno utrwalony w zbiorowej świadomości widok na Pałac Dożów i dzwonnicę. Wszyscy chyba znają obraz Canaletta przedstawiający odświętnie dekorowane łodzie, barki i gondole sunące po wodach zatoki podczas ceremonii zaślubin z morzem. Wielkie spektakle odbywały się w tym unikalnym miejscu nie tylko w zamierzchłej przeszłości.

W 1989 roku na specjalnej platformie umieszczonej w centralnym punkcie basenu, dokładnie między San Giorgio a biblioteką Sansovino odbył się koncert grupy Pink Floyd. Wokół pływającej estrady na niezliczonej ilości jachtów, łódek i platform oraz na wysuniętych cypelkach lądu zgromadziło się około 250 tys. widzów. Musiało to być imponujące widowisko, Pink Floyd lubił szokować widownię efektami dźwiękowymi i świetlnymi, więc trudno sobie wyobrazić, by w obecnych warunkach zdecydowano się na coś podobnego. Choćby ze względów bezpieczeństwa. Przyznam, że wcale nad tym nie ubolewam. Wenecja, żeby przetrwać, potrzebuje spokoju a nie laserowych świateł i decybeli.

img_7984

Jest na Youtube film mówiący o historii Wenecji i współczesnych jej problemach. Na początku oglądamy domniemane miejsca, w których „perła Adriatyku” miała dopiero powstać: porośnięte sitowiem wyspy, muliste rozlewiska, mokradła i ciągnące się po horyzont błota. Rysunkowe animacje pokazują, jak odbywało się wbijanie drewnianych pali w grząskie dno, jak na tych palach budowano pierwsze drewniane domy. W miarę zdobywania doświadczeń, decydowano się powiększać budowle a zamiast ścian drewnianych wznosić murowane. To także był eksperyment. Gdy się powiódł, a marmur z Istrii stosowany jako podwalina okazał się wodoodporny, kościoły i pałace zaczęły powstawać w Wenecji jak grzyby po deszczu.
Najstarszym kościołem weneckim jest maleńki San Giacomo di Rialto położony u podnóża schodów słynnego mostu. Jego początki datuje się ostrożnie na V wiek. Ale pierwszy wielkogabarytowy kościół wsparty w całości na dębowych palach powstał w VII wieku na konkurującej z Wenecją wyspie Torcello. Próba wypadła pomyślnie, dębowe pale zanurzone w wodzie uzyskują po latach strukturę i twardość skały, jednak grząskie dno poddawane wstrząsom i wibracjom nigdy nie pozwoliło się obłaskawić. Dlatego kościół na Torcello (obecnie katedra), podobnie jak setki innych starych budowli, wielokrotnie przebudowywano i naprawiano. Wiele budynków trzeba było rozebrać, sporo wież zawaliło się, a inne wyraźnie odchylają się od pionu. Mimo obecnej wiedzy i technicznych możliwości problem nadal istnieje. Jak pokazuje wspomniany film, nie tylko problem grząskiego dna zagraża Wenecji. Obecnie są to na przykład wibracje powodowane przez coraz większe silniki jednostek pływających. No i podnoszący się stale poziom morza.

_mg_8082

Prześwietna Serenissima przeszła już przez wszystko: wysiłek pierwszych osadników walczących o przetrwanie, mozolne budowanie osad, obserwacje przyrody, przechodzenie od rybołówstwa i myślistwa do wytwórczości i handlu, kult religijny, tworzenie się struktur społeczeństwa hierarchicznego, prowadzenie wojen, powstawanie miast, banków, portów i manufaktur, zawieranie i łamanie traktatów pokojowych, podbój i kolonizacja sąsiednich krain, pomnażanie bogactwa, wykorzystywanie mitów religijnych do umacniania władzy, plagi i karnawały, rozwój nauki i sztuki, dalsze bogacenie się, bunty niższych warstw społecznych, deprawacja wyższych, konieczność nadążania za szybkim rozwojem technologicznym, mniej lub bardziej świadome stawanie się częścią globalnej wioski i wreszcie stawianie czoła zagrożeniom wynikającym m.in. ze zmian klimatycznych wywołanych działalnością ludzi.
Losy Wenecji są wiernym odbiciem losów naszej cywilizacji, choć zagrożenia dotyczące jej egzystencji są jakby bardziej widoczne. Tak mały punkt na mapie łatwiej wziąć pod lupę. Nie sposób sobie wyobrazić, że tego miasta mogłoby nie być, lecz z drugiej strony trudno lekceważyć wiszące nad nią zagrożenia. Ponad sto lat temu pewien filozof powiedział „my, cywilizacje wiemy już teraz, że jesteśmy śmiertelne”. Gdyby Wenecja miała zginąć – jak bez niej poradzi sobie reszta świata? Czy nie będzie to spóźniony sygnał ostrzegawczy?
Mam nadzieję, że nie są to pytania, na które obecne pokolenie będzie musiało odpowiadać.

_mg_8103

Reklamy

Multi Wenecja 2

11 września 2016

W Wenecji nie ma tradycyjnych ulic a to co je zastępuje, tworzy nieprawdopodobną plątaninę chodników, przesmyków, nabrzeży i placów. Jeśli się nie chce przemieszczać ze wzrokiem utkwionym w mapie, błądzenie jest koniecznością. Wielokrotnie gubiłem drogę, ale ponieważ nigdzie się nie spieszyłem, mówiłem sobie za każdym razem: „dobrze, że tu mnie poniosło, mam okazję zrobić kolejną fotkę”. Jednak błądzenie męczy, więc czasem musiałem gdzieś odpocząć. Raz wybrałem ławeczkę w podcieniach pałacu Dożów, gdzie dolatywała przyjemna bryza od zatoki. Kiedy tak siedziałem i planowałem dalszą marszrutę, na ławeczkę dosiadła para polskich turystów w średnim wieku. Przyjechali na wycieczkę i na chwilę odłączyli od grupy. Pan Janusz palił śmierdzącego papierosa, (czy Klubowe wciąż tam sprzedają?), pani Grażyna, zdjąwszy kolorowe klapki masowała obolałe stopy. Mówili coś do siebie, starałem się nie podsłuchiwać, ale w pewnym momencie donośny głos Grażyny przebił się przez dookolny szum: „Mi telewizora brakuje. Telewizora w pokoju nie ma, a ja bym chciała wiedzieć, co tam się dzieje”. Podniosłem się z ławki. Zobaczyć Wenecję i zatęsknić za telewizją polską! Cudowne! Poszedłem dalej, tym razem bezbłędnie trafiłem przed kościół San Zaccharia, który o tej porze był zamknięty. Trudno, nie popatrzę na Belliniego tym razem. Święci otaczający Madonnę w niebieskiej sukni nadal będą rozmawiać beze mnie. Kartka na drzwiach informowała, że do wnętrza kościoła będzie można wejść za trzy godziny. Za długo, o tej porze będę w zupełnie innym sektorze weneckiego labiryntu. Sektor nazywa się San Polo. Tam wszedłem do dobrze już znanego, wspominanego w poprzednich relacjach, gotyckiego Santa Maria dei Frari.
Tak aktualnie wygląda jego wnętrze.

img_7710

img_7709

Po wyjściu z kościoła znowu trochę pobłądziłem, co już stawało się rutyną. Wreszcie wyszedłem na jakiś placyk, odczytałem na tabliczce jego nazwę, usiadłem na ławce i wyjąłem z plecaka mapę. Siedzący obok chłopak z dredami zapytał zaraz, czy może zerknąć, bo on zupełnie nie wie, gdzie jest. Witaj w klubie – pomyślałem. Zdziwił się, gdy palcem pokazałem punkt na mapie. Myślał, że ciągle jest po drugiej stronie miasta, tam gdzie rano zaczął wędrówkę. Rozmawialiśmy przez chwilę dopóki on nie skończył palić papierosa, nie wiem, czy poszukiwał kościołów, czy zamierzał pójść do muzeum czy raczej kusiły go nagrzane słońcem nabrzeża i kafejki. Do aż tak intymnych zwierzeń nie doszło. Rozstaliśmy się i po chwili marszu znalazłem się na placu San Polo, tym samym, na którym trzy lata temu zrobiłem zdjęcie biegnącego czarnego psa. Wiem, to głupie chodzić po własnych śladach, wspominać banalne momenty i skrycie wyczekiwać spotkania z tym samym psem lub z dwiema zakonnicami, które sfotografowałem onegdaj na tle pustej ulicy. W życiu nic się nie powtarza, do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy i tak dalej. W życiu z pewnością nie, ale Wenecja to co innego. Miasto, które w niezmienionym kształcie trwa od wieków, które jest jak prehistoryczna mucha zatopiona w bursztynie musi być trochę inne. Aż kusi by je uznać za cudowną anomalię, która się wyłamuje naturalnemu porządkowi. Zbyt dużo świadectw dookoła na nadnaturalność Wenecji. A skoro czas tu się zatrzymał lub co najmniej zwolnił swój bieg, to może również zataczać koła i to co było kiedyś, ma prawo nastąpić powtórnie. A potem jeszcze raz. Jak w filmie Dzień Świstaka albo jak w mitologicznych przekazach zapowiadających powtórne narodziny umarłych i unieważnienie czasu, gdy wypełni się czas. Cokolwiek by to znaczyło.
Czarnego psa przed siedzibą Urzędu Finansowego nie było, świstaka też nie, ale sam plac nie zmienił się. Poszedłem do kawiarnianego, wcale nie zatłoczonego ogródka, a potem siedząc nad kawą, przyglądałem się krzątaninie kelnerów. Było ich chyba z pięciu, wszyscy w jednakowo czarnych spodniach i białych koszulach. Wszyscy młodzi, elegancko ostrzyżeni. Wszyscy piękni i śniadzi.

_mg_7865

Multi-kulti w Wenecji działa. Przybysze z Północnej Afryki lub Bliskiego Wschodu znaleźli tu swoje miejsce. Często widywałem ich także w innych miastach włoskich. Śmiem twierdzić, że usługi hotelowe i gastronomia opierają się na przybyszach spoza Europy. Chińskie kelnerki z niezrównanym wdziękiem stawiają talerze na stole i przyjmują napiwki. Ciemnoskórzy kelnerzy lub chłopcy bagażowi na dworcu odpowiadają grzecznie szczerząc białe zęby. I mnie to nie przeszkadza, nawet, o zgrozo, całkiem mi się podoba. czyżbym nie był genetycznym Polakiem. Czy pobyt na emigracji wyprał mnie z wrażliwości prawdziwego patrioty polskiego?
Spijając resztki słodkiej kawy z dna filiżanki, wzdychałem do tego cudownego spokoju, lekkości rozmów prowadzonych przy sąsiednich stolikach. Nie rozumiałem ich, ale przecież byłem w stanie stwierdzić, że nikt tam nikogo nie wyzywał od żydów, komunistów czy arabusów, nikt nie groził daniem w mordę za mówienie po niemiecku i nie kazał spłoszonym Koreankom wypierdalać do swojego kraju. Poprzedniego wieczora w telewizji włoskiej obejrzałem relację ze ślubu dwóch starszych panów, którzy po latach wspólnego życia mogli zalegalizować swój związek. Ceremonii towarzyszył aplauz i gratulacje. Szpaler radosnych ludzi stał na trasie przejazdu ślubnej dorożki. Zerkając w pustą filiżankę zrozumiałem, że raczej nie doczekam Polski takiej, na jaką miałem nadzieję w pierwszych latach emigracji. Jeszcze parę lat, mówiłem sobie, Polska będzie podobna do krajów Zachodu. Ludzie otrząsną się z socjalistycznej mentalności, młodzież się wyedukuje i zrozumie na jakich wartościach można oprzeć lepszą przyszłość. Naiwny byłem a ostanie wybory do parlamentu pozbawiły mnie złudzeń. Mur miedzy Polską a Europą Zachodnią rośnie. We Włoszech faszyzm skończył się w 1945 roku, w Polsce akurat się zaczyna.

Powodowany nierozumną chęcią odwiedzenia miejsc, które już widziałem – jak choćby plac przed teatrem Fenice, gdzie pięć lat temu jadłem smaczną kolację (czy to aby nie były ravioli w sosie z Missisipi?) – znowu musiałem przejść przez falujący tłum zapełniający dosłownie wszystkie mostki, uliczki, nabrzeża i przesmyki. Przemieszczaniu się tłumu towarzyszył nieustający gwar pomieszanych jak na wieży Babel języków, trzaskały migawki aparatów, dzieci kwiliły, od tłumu bił zapach potu, perfum i czego tam jeszcze. Miał rację poeta Brodski – latem nie ma w Wenecji warunków układanie lirycznych strof o wdzieraniu się fauny morskiej na marmurowe elewacje pałaców, nie ma cichych rozmów z szemrzącą wodą i poetyckich hołdów składanych porannym mgłom. Nie ma miejsca na zadumę nad przemijaniem. Uwagę w całości pochłania wymijanie, omijanie oraz uchylanie się przed krążącymi w powietrzu kijkami do selfie. Wenecja już niejedno widziała. Chciałoby się powiedzieć, że wytrzyma wszystko, ale czy na pewno?

_mg_8044

Wenecję odwiedza rocznie 24 mln osób. To dużo, bardzo dużo. Nieraz widziałem jak z sunącego nabrzeżami i uliczkami tłumu znienacka występuje jedna osoba, jak dopada wielkich drzwi, z jaką determinacją otwiera je kluczem a potem stanowczo i z nieukrywanym poczuciem ulgi zatrzaskuje je za sobą.  Rozumiem tę potrzebę ochrony prywatności.  Mieszkańcy Wenecji muszą mieć nas serdecznie dość. Ostatnio nawet wywieszają banery z apelami, aby nie śmiecić i, za przeproszeniem, nie obsrywać im miasta. Turyści istotnie zachowują się skandalicznie. Na placu Św. Marka pojawiły się specjalni strażnicy, którzy napominają, by nie siadać na chodnikach i na schodkach, aby nie jeść w przedsionkach kościołów i generalnie, żeby nie robić wiochy. Jednak nie zauważyłem, żeby ktoś komuś dał po mordzie za mówienie w innym języku niż włoski. Takie przygody tylko w Warszawie, w Warszawie.

Multi Wenecja

11 września 2016

Blogowe statystyki pokazują, że nawet gdy autor długo milczy, relacje z podróży oraz opowieści o sztuce wciąż znajdują czytelników. Odchodzę więc od polityki na rzecz obserwacji poczynionych podczas podróży. Akurat trzy dni temu wróciłem z Wenecji, a wcześniej bywałem w Polsce oraz podróżowałem po Irlandii. Jest co opisywać, chociaż nie daję gwarancji, że te relacje będą całkiem pozbawione polityki.

Do Wenecji wybrałem się żeby odpocząć. Pomysł dość ekstrawagancki, ponieważ nie da się bez wysiłku obejrzeć dzieła sztuki rozproszonego na powierzchni ponad 600 hektarów. Żeby je zobaczyć, trzeba się nachodzić i to sporo. Ponieważ byłem sam i nikt nie opóźniał mojej marszruty, robiłem przeciętnie po 8 km dziennie – sprawdziłem na sprytnym telefonie, który liczy kroki. Może kiedyś pojawi się aplikacja pozwalająca liczyć pokonane mostki i obejrzane pałace. Choć bardziej przydatna byłaby taka, która zapamiętuje za mnie nazwy dzieł sztuki i nazwiska ich autorów. Bardzo by to pomogło podczas późniejszego pisania.

_mg_8101

Bywałem w Wenecji, ale nigdy latem. Tym razem stęskniony weneckich zapachów i widoków chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście najazd turystów czyni to miasto nieznośnym? Czy Josip Brodski, który zarzekał się, że nigdy nie odwiedzi jej latem, czynił tak z niechęci do tłumów czy dlatego, że zimowa Wenecja przypominała mu rodzinny Petersburg? Tłumy rzeczywiście były i choć starałem się krążyć po szlakach mniej uczęszczanych, musiałem przejść przez okolice San Marco lub Rialto, gdzie nieprzerwany strumień ludzi sunął wąskimi uliczkami w obu kierunkach, a wielojęzyczna mowa mieszała się z turkotem walizek na kółkach i odgłosami dolatującymi z kawiarnianych tarasów i kuchennych składzików. Przedstawiciele wszystkich chyba ras ludzkich zgodnie dreptali obok siebie zadzierając głowy, gestykulując, przystając przed oknami wystawowymi, przed tablicami z restauracyjnym menu, przed straganami z pamiątkami. Młode dziewczyny w towarzystwie podgolonych partnerów prężyły się na mostkach, kijki selfie były w powszechnym użyciu, matki ciągnęły swoje oszołomione dzieci i popędzały znudzonych mężów.

_mg_8049

Żeńska obecność była dominująca, może nie statystycznie, lecz psychicznie. Czułem, że skąpana we wrześniowym słońcu Wenecja należy do kobiet. Szły naprzeciw mnie sarnookie panny jak z Modiglianiego, kołysały biodrami rubensowskie matrony, uśmiechały się skromnie madonny Belliniego. Drobiąc kroczki przemykały egzotyczne gejsze z rycin Utamaro a okutane w zawoje domniemane piękności z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy posłusznie kroczyły za swoimi wąsatymi panami. Czasem w wąskich przejściach musiałem ustępować drogi kobietom gabarytowym, które akurat przerwały pozowanie Fernando Botero i podążały na trzeci tego dnia obiad. Kto nie wie, kim jest Botero, powinien skorzystać z Google. Pierwszego wieczora na schodkach niewielkiego mostku natknąłem się na siedzącą Amerykankę. Mówiła do telefonu, po akcencie poznałem, że pochodzi z południa Stanów. Sesję u Botero miała już za sobą: teraz wpatrywała się w ekran wielkiego telefonu, zapewne w twarz rozmówcy siedzącego na werandzie wiejskiego domku w Luizjanie lub nad rzeką Missisipi, i rozwlekając samogłoski relacjonowała swoje wrażenia z pobytu w egzotycznym europejskim mieście, perle architektury, skarbnicy tysiącletniej historii: „no i pewnego dnia na obiad jadłam ravioli”.

_mg_8038

Nie pytam nikogo, po co jeżdżą do słynnych miejsc, dlaczego odwiedzają stare miasta, fotografują się na tle zabytków. Sam chyba nie umiałbym zwięźle na te pytania odpowiedzieć. Nie zamierzam jednak opisywać co w Wenecji jadłem, co piłem i jaką pamiątkę kupiłem cioci Marysi.
Trwał upał, nad wąskimi kanałami unosił się smrodek, który na bardziej otwartych przestrzeniach niemal zupełnie znikał. Grupki rozleniwionych młodzieńców obojga płci wylegiwały się na placach i nabrzeżach . Nie dołączyłem do nich, ale uznałem, że na zewnątrz jest zbyt przyjemnie, żeby spędzać czas w klimatyzowanych salach muzeów. Nie odmówiłem sobie jednak krótkich wizyt w paru kościołach. Wiele z nich już „zaliczyłem” podczas poprzednich pobytów w Wenecji. Z tych ważniejszych i większych został mi gotycki kościół pod wezwaniem świętych męczenników: Jana i Pawła. Ich włoskie imiona Giovanni et Paolo posłużyły mieszkańcom do utworzenia słownej zbitki Zanipolo. Tak więc drugiego dnia, kiedy dzwony na okolicznych wieżach obwieszczały południe znalazłem się na okazałym placu przed kościołem Zanipolo. Na rozłożonych straganach handlarze oferowali starocie i bibeloty, skupiona wiolonczelistka grała Ave Maria i melodie z włoskich oper. Nieliczni turyści robili zdjęcia bryły kościoła i przyległej doń białej fasady siedziby Bractwa Św. Marka (Scuola Grande di San Marco). Bractwa – może już wspominałem o tym poprzednio – pełniły w dawnej Wenecji ważną rolę w kształtowaniu życia kulturalnego i społecznego. Ich członkowie reprezentujący różne profesje i stopień zamożności organizowali procesje religijne, budowali szpitale i przytułki, wspierali biednych. Obecnie w siedzibie Bractwa Św. Marka znajduje się muzeum oraz szpital.

_mg_7700

Kościół Zanipolo ma w historii Wenecji miejsce wyjątkowe, to tu przez wieki chowano dożów oraz osoby zasłużone dla Serenissimy. We wnętrzu znajdują się groby ponad 25 dożów. W ich sąsiedztwie spoczęli bracia Bellini i inni wybitni artyści a paru generałów uhonorowano czymś więcej niż tylko płytami nagrobnymi: na postumentach wystających ze ścian umieszczono posągi przedstawiające ich w wojennym rynsztunku i dosiadających koni. (W jęz. angielskim jest na to specjalna nazwa equestrian statue.) Przed budynkiem, na masywnym postumencie również pręży się odlany w brązie koń a na nim generał Colleoni, jeden z najbardziej czczonych dowódców weneckich, którego służba przypadła na drugą połowę XV wieku – czas licznych wojen decydujących o utrzymaniu potęgi Republiki. (Pomnik tego samego generała, na tym samym koniu znajduje się również w Szczecinie przy Placu Lotników – jest to kopia dzieła z Wenecji)

img_7801

Colleoni wzbogaciwszy się na wojnach (zmieniał pracodawców w zależności od okoliczności i od tego, kto więcej płacił) pod koniec życia zapowiedział przekazanie całego majątku Wenecji zastrzegając, że w uznaniu zasług oczekuje pomnika na Placu Św. Marka. Pieniądze i zamek w okolicach Bergamo z rąk ofiarodawcy przyjęto, ale ponieważ prawo zabrania stawiania pomników na San Marco, monument generała wg projektu rzeźbiarza Andrea dei Verrocchio ustawiono obok kościoła Zanipolo. Jest to najsłynniejsza wenecka equestrian statue i nic dziwnego, że sąsiadująca z pomnikiem restauracja przyjęła nazwę „Il Cavallo” czyli koń. Gdy tamtędy przechodziłem, kelner usilnie zapraszał mnie na obiad, ale wymknąłem się, mówiąc, że nie jestem głodny. Istotnie nie miałem apetytu. Ani na koninę po wenecku ani nawet na najbardziej wegetariańskie ravioli. Czułem głód wrażeń i to chyba sprawiło, że po opuszczeniu placu kolejny raz tego pobłądziłem. Zamiast dojść przed kościół Santa Maria Formosa skręciłem nie w tę stronę, co trzeba i znalazłem się w długaśnym przesmyku, który wyprowadził mnie na nabrzeże. Poznałem je: stamtąd odpływają tramwaje na wyspę Murano mijając ogrodzony ceglanym murem cmentarz San Michele. Wracając między domy i mostki, w jednym z zaułków wszedłem do antykwariatu, tak zapchanego książkami, że część z nich musiano zapakować do stojącej na środku gondoli. Podobnej do tej z fotografii, ale pozbawionej staroświeckiej budki dla pasażerów. W samej księgarni nie chciałem robić zdjęć. Może następnym razem będę odważniejszy.

CDN

img_7957

 

Niccolo Machiavelli

29 stycznia 2014

Zapowiadałem kiedyś, że napiszę o pewnej postaci ważnej dla renesansu. Nie zdołałem napisać, bo z Florencji przeskoczyłem do Sieny, a jak pokazuje ostatni wpis, przyczyną tego pośpiechu był „magnetyzm zwierzęcy”. No cóż, każdy trafia w życiu na coś, czemu nie potrafi się oprzeć. Ale czar już prysł, bestie z katedralnej fasady zostały opisane, mogę znowu wsiadać do pociągu i wracać do Florencji. Droga wiedzie przez rolniczo-leśne krajobrazy Chianti, rozległe pola i malownicze doliny pokazują się na przemian z liściastymi lasami i gajami oliwnymi, pośród których stoją samotne domy i dwory. Sielanka trwa przez kilkadziesiąt kilometrów, nie odrywam nosa od szyby, między drzewami mignęło wzgórze San Gimignano. O pomyłce nie może być mowy – jest tylko jedno takie wzgórze, najeżone wysokimi wieżami „toskańskiego Manhattanu”. Potem jeszcze kilka zakrętów, wielkie snopy sprasowanej słomy na polach, jakieś sarny i zające, wirnikowy samolot przecinający niebo i pierwsze zabudowania Florencji.

Z Santa Maria Novella idę prosto na pasaż między główne budynki Galerii Uffizi, gdzie jak zwykle kręcą się turyści a na składanych krzesełkach siedzą artyści sprzedający akwarelki i karykatury. Ponad głowami jednych i drugich, w niszach wydrążonych w kolumnach budynku stoją artyści, którzy swoje dzieła tworzyli pięćset lat temu albo i wcześniej. Mijam posąg Leonarda, następny jest Michał Anioł, potem Dante, Petrarka, Bocaccio, niemal u końca kolumnady, w pobliżu bramy, którą wychodzi się na brzeg Arno, stoi ten, którego Florencja doceniła na równi z poprzednio wymienionymi – Niccolo Machiavelli.

Niccolo, syn mało znaczącego adwokata urodził się w roku 1469, wyrastał w atmosferze politycznych turbulencji, które jednak nie przeszkodziły rozwojowi sztuki i nauk. Koniec piętnastego wieku był czasem kulturalnego przełomu, który z Florencji promieniował na inne miasta i księstwa. Mimo krótkotrwałej zbiorowej psychozy wywołanej aktywnością Savonaroli, a wcześniej spiskiem Sykstusa i Pazzich miasto nadal rozwijało się prężnie, żywa była pamięć o wielkości i zasługach Wawrzyńca Wspaniałego.

Machiavelli miał w młodości opinię utalentowanego dyplomaty, któremu jednak nie wróżono wielkiej kariery. Powodem było pochodzenie i raczej skromna aparycja. Zimne przenikliwe oczy czyniły z Machiavellego człowieka nieprzystępnego, jego cynizm nie zachęcał do bliższych relacji. Z drugiej strony był człowiekiem błyskotliwym, oczytanym, o wielkiej wyobraźni, co przynosiło mu popularność w kręgach humanistów. Znał teksty myślicieli antycznych m.in. Tacyta, który był wychowawcą cesarza Kaliguli oraz Lukrecjusza, którego przenikliwe tezy na temat szkodliwości przesądów przy podkreśleniu znaczenia wolnej woli, szczególnie mocno pociągały Machiavellego.

Podczas rządów Republiki został sekretarzem Drugiego Kanclerza, potem otrzymał funkcję sekretarza Rady Wojennej – odpowiedzialnego za zorganizowanie i wyposażenie oddziałów gwardii miejskiej. Zadanie ambitne, które przyniosło mu sukces po tym, jak gwardia zaprowadziła porządek w zbuntowanej Pizie. Ekspertem d/s inżynierii wojennej był przez krótki czas Leonardo da Vinci, którego Machiavelli poznał podczas bytności na dworze Borgii.

Po upadku Republiki Machiavelli został odsunięty od obowiązków, przez pewien czas przebywał w więzieniu, wyszedł z niego na mocy amnestii i osiadł na wsi.
Upokorzony i znudzony chciał pokazać swoją wartość, zależało mu na powrocie do służby publicznej, a odsunięcie od spraw państwowych wydawało mu się niesprawiedliwością. Był wszak uznanym strategiem, autorem tekstów historycznych i doświadczonym dyplomatą. W domostwie Sant Andrea in Percussina stawał się sfrustrowanym outsiderem, ale nie utracił wrodzonej przenikliwości.

Stąd wziął się pomysł na traktat polityczny, radykalny jak na ówczesne czasy, oparty na znajomości historii i na lekturach Lukrecjusza, Tacyta i Seneki. W wydarzeniach z przeszłości Machiavelli doszukiwał się analogii do czasów sobie współczesnych, wskazywał je jako wsparcie własnych tez.

Leonardo da Vinci wbrew panującym trendom i opinii Kościoła poświęcał długie godziny na zgłębianie tajemnic przyrody, anatomii i fizyki. Chciał wiedzieć jak działa skrzydło ptaka, dźwignia, kołowrót i soczewka oka. Z taką samą ciekawością Niccolo Machiavelli przyglądał się polityce i politykom. Jego kariera dyplomatyczna przypadła na jeden z lepszych okresów funkcjonowania ustroju republikańskiego we Florencji. To prawda, że „Książę” miał pomóc autorowi wkupić się w łaski nowych-starych władców Florencji. Jednak Machiavellim kierowała autentyczna pasja polityczna, oraz, jakbyśmy dziś mówili, pobudki patriotyczne.
Jako dyplomata, który w swojej czternastoletniej karierze spotkał m.in. króla Francji oraz papieża Juliusza II Machiavelli musiał mieć dużą ufność w zdobytą wiedzę. Traktat miał być podsumowaniem tej wiedzy. Był też niewątpliwie manifestacją patriotycznego oddania.

Oczytany w autorach starożytnych Machiavelli rozumiał, że potęga państwa wynika nie tylko z jego skali ale i umiejętności władcy do utrzymania w ryzach obywateli. Jako historyk zdawał sobie sprawę z tego, że rozdrobnienie Italii nawet na tle Europy jest anomalią a przy sprzyjających okolicznościach może dojść do ponownego zjednoczenia. Wówczas potrzebny byłby sprawny charyzmatyczny przywódca, „nowy książę” reprezentujący obszernie opisane w traktacie zdolności (virtues). Dlatego możliwe, że impulsem do napisania Księcia były najpierw „sny o potędze” zjednoczonej Italii a dopiero potem pobudki osobiste, wynikające z niezaspokojonych ambicji.

W dziele „De rerum natura” Lukrecjusz zawarł swoje przemyślenia na temat ludzkiej kondycji i roli przypadku w osiąganiu sukcesów. Zapewniał, że życie jest wypadkową różnych faktów determinujących powodzenie lecz jednocześnie dowodził, że drobne zdarzenia mogą nadać życiu zupełnie nowy bieg.
Dziś to brzmi jak banał, lecz wówczas u progu XVI wieku, po stuleciach wysłuchiwania dogmatów o Bogu, który każdemu z osobna układa drogę życia – taka wiedza miała wartość odkrycia. Machiavelli nie był człowiekiem religijnym, nudziły go nabożeństwa i ceremonie, wolał lektury dzieł bliższych rozumowi. Umiał wyciągać wnioski z obserwacji i konsekwentnie łączył fakty, nawet te niewygodne, przez innych przemilczane. Podczas pracy w dyplomacji zdobył odpowiedź na jedno zasadnicze pytanie, czym kierują się władcy w osiąganiu celów. Czy chrześcijańskimi cnotami i nastawianiem drugiego policzka czy wręcz przeciwnie?

Wnioski, które zawarł w Księciu są jednoznaczne: władanie krajem nie ma nic wspólnego z moralnością – polega na zdolności władcy do przechytrzenia przeciwnika, zastraszenia podwładnych i utrzymania przewagi nad sprzymierzeńcami, którzy w chwili nieuwagi mogą przeistoczyć się we wrogów. Dlatego w roli „nowego księcia” Machiavelli widział syna papieża Aleksandra VI Borgii – Cezara. Znał go osobiście, był pod wrażeniem strategicznych talentów Cezara a przede wszystkim podziwiał jego przebiegłość połączoną z okrucieństwem. Pomylił się w ocenie, bo młodego Borgię przechytrzył stary i bardziej bezwzględny papież Juliusz II.

W Księciu Machiavelli nie spisał pobożnych życzeń, bazował na tym, co dziś nazywamy realpolityk. Widząc potrzebę odejścia od idealizmu, założył, że skuteczny władca działa energicznie dla swojej chwały i swojego dobra, nie tracąc z oczu dobra wspólnego. Zapobiegliwy mąż stanu nie czeka na to co mu przyniesie uśmiech losu, lecz polega na własnym sprycie i dzielności. Powinien być nieufny, wyprzedzać o kilka ruchów działanie przeciwnika, choćby ten udawał, że jest oddanym sojusznikiem.

Zaprawdę żądza podbojów jest rzeczą bardzo naturalną i powszechną i zawsze, gdy je ludzie czynią z powodzeniem, zyskują pochwały, a nie naganę…

Uważa się, że „Książę” to poradnik uczący, jak zostać tyranem, a autora traktatu już dawno uznano za wcielenie zła i propagatora postępków niemoralnych. Jednak to nie Machiavelli zalecał wyrzynać wrogów „do siódmego pokolenia” – jak było to w zwyczaju plemion opisanych w Dziejach Izraela i w Starym Testamencie. Nie on rozprawiał się z heretykami krzycząc „zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich!” Nie on inspirował polityków i uczył ich okrucieństwa – raczej oni pokazali mu, na czym polega skuteczność zdobywania i utrzymania władzy. Machiavelli nie był taki makiaweliczny, jak się to zwykło przyjmować. Był tylko realistą, pod jego piórem idealizm ustąpił miejsca praktycyzmowi.

Uprawianie polityki Machiavelli uznał za naukę opartą na empirycznych przesłankach. Czuł się, jeśli nie odkrywcą, to zapewne prekursorem jej nowego postrzegania. Zauważył jako pierwszy, że sukces władcy zależy od dwu rzeczy: jego osobistych przymiotów oraz od szczęścia, uśmiechu Fortuny, gry przypadku.
O ile łut szczęścia jest nieodzowny by władzę zdobyć, to do jej utrzymania konieczny jest szereg cech nazywanych w książce „virtues”.

Dla Machiavellego było oczywiste, że skuteczny władca nie może kierować się zasadami wyniesionymi ze średniowiecza. Skoro w epoce odrodzenia (czyli dosłownie rzecz biorąc „powtórnych narodzin”) do głosu doszli wielbiciele antyku, odkrywcy śmiałych teorii naukowych i odważni artyści – nowe spojrzenie na politykę wydało się całkowicie uprawnione. Machiavelli potraktował politykę jak kolejny z przedmiotów ścisłych, zrywający z okowami średniowiecznego wstecznictwa. Zastrzegł przy tym, że władca nie musi praktykować zła – jeżeli warunki pozwalają, winien być dobrym i szczodrym, choć zawsze gotowym, by zmienić się w kogoś zupełnie odmiennego.

Kiedy władca otrzymuje władzę dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności lub z rąk wpływowych osób łatwo może korzystać z władzy, ale trudniej mu ją utrzymać, bo cały czas jest zależny od swoich stronników, których obdzielił stanowiskami. Jeśli dojście do zaszczytów odbyło się łatwo, tym trudniej mu wymagać lojalności od podwładnych i dowódców armii – ich poparcie szybko może być wycofane. Władca nie może być nigdy zbyt pewny siebie, bo jego władza spoczywa nie tylko w jego rękach.

Koncepcje Machiavellego były szokujące, autor uwzględniał zarówno poglądy antyczne jak i właściwe epoce odrodzenia zainteresowanie przyjemnościami. Stało to w głębokiej w opozycji do średniowiecza, w którym próżno by szukać szacunku dla ludzkiej indywidualności, gdzie równie podejrzana była aktywność umysłowa, co wynikający z niej postęp techniczny i rozwój nauk.
Traktat „Książę” jest więc efektem swoistego buntu, przejawem ożywienia umysłowego i świadectwem fascynacji antykiem. Machiavelli musiał być był świadom, jaki opór w kościelnej instytucji napotyka wprowadzanie wynalazków technicznych, postępu w kartografii, astronomii, medycynie. Analogicznie mogło być z moralnością, którą Kościół oficjalnie propagował, a która ambitnemu i trzeźwo patrzącemu myślicielowi wydała się anachronizmem, przeszkodą w skutecznym rządzeniu i osiąganiu celów politycznych.

Dla Machiavellego dalekosiężnym celem było zjednoczenie Italii. Ten cel uświęcał środki.
Pisząc Księcia Machiavelli postawił wszystko na jedną kartę: stworzył dzieło na tyle radykalne, aby było zauważone. Zostało zauważone i osiągnęło wielką, choć dwuznaczną sławę. Niestety autor tego nie doczekał, tak jak nie doczekał zjednoczenia Włoch.
Książka powstała w 1513 roku została opublikowana dopiero w roku 1532, pięć lat po śmierci autora. Nie pomogła nawet dedykacja dla ówczesnego władcy Florencji Lorenzo I Mediciego – wnuka Wawrzyńca Wspaniałego.

DSC02864

Nagrobek Machiavellego w kościele Santa Croce we Florencji

Drugi orszak w Sienie

19 stycznia 2014

Czas przebywania na tarasie niedokończonej fasady jest ściśle reglamentowany, ale jest go wystarczająco dużo, żeby nasycić oczy widokiem toskańskich wzgórz – to plan najdalszy; czerwonych, przylegających do siebie jak elementy patchworku dachów Sieny oraz obiektów najbliższych czyli katedry z pasiastą wieżą i delikatną kopułą.

_MG_4913

Siena oglądana z z wysokości kilku pięter wydaje się wyludniona i opustoszała, trudno uwierzyć, że to to samo gwarne, pełne turystów miasto, które zostawiliśmy na dole. Wrażenie bierze się stąd, że z góry widać tylko dwa odkryte, najczęściej ludne miejsca: plac katedralny i Campo. Pozostałe place, ulice, zaułki i podwórka-studnie ukryte są wśród gęstej zabudowy. A jeśli coś jest ukryte, obowiązkiem podróżnika jest to odkryć.

Kiedy ponownie podeszwami sandałów sięgnąłem bruku, zapuściłem się w swój ulubiony labirynt zacisznych uliczek, przesmyków i korytarzy. Kierowałem się nie mapą, ale własną intuicją, szedłem tam, gdzie – ujmując rzecz całkiem dosłownie – mi się podobało. Czasem przyciągał mnie udany detal architektoniczny albo malarska perspektywa pochyłej uliczki. Raz był to odgłos werbla. Na jednym z wewnętrznych podwórek kilku młodzieńców należących do contrady Wilczycy ćwiczyło rzucanie sztandarami. Jeden wybijał rytm na bębenku – pozostali ustawieniu w czworoboku na dany znak wyrzucali zwinięte sztandary wysoko w górę. Rzut musiał być nie tylko mocny ale i precyzyjny. Sztandar, którego drzewce dla zapewnienia stabilności jest u dołu celowo obciążone musiał trafić w ręce kolegi ustawionego po przekątnej. Nie zawsze wychodziło to idealnie, ale każdej udanej próbie towarzyszyły oklaski mieszkańców wyglądających przez okna.

_MG_4906 Po paru dniach szwendania się po Sienie okazało się, że kręte uliczki, mimo swego splątania, mimo wznoszenia się, opadania i zamieniania w regularne schody, raczej udają labirynt niż są nim naprawdę. Nawet jeśli zabrnąłem w ślepy zaułek, wycofywałem się pokornie wiedząc, że za rogiem znajdę przejście do uliczki, którą już wcześniej szedłem, a za następnym rogiem odsłoni się znajomy szyld sklepu lub pizzerii, przywita mnie gwar i ciżba, co znaczy, że znalazłem się na jednej z głównych ulic otaczających Piazza del Campo. Wniosek z tego taki, że w Sienie wszystkie drogi prowadzą na Campo, w cień smukłej Torre del Mangia, która na tle jasnego nieba wygląda jak wycięta z tektury. Ktoś zauważył, że plac przypomina muszlę i że jest to kształt organiczny. Nie wiem dokładnie, na czym ta organiczność miałaby polegać, ale atmosfera Campo ma w sobie coś szczególnego. Mimo tłumów, które zalegają plac w słoneczne dni, Campo nadal pozostaje miejscem kameralnym, zachęcającym do odprężenia. Sprawdziłem wielokrotnie – stamtąd nie chce się odchodzić, jakby przechadzka po pochyłościach placu i bliskość fontanny Gaia dawały dodatkową dawkę serotoniny. Wieczorem, kiedy pod markizami restauracji rozbrzmiewa pszczeli gwar gości, a na zimnych cegłach placu przysiadają mniej zasobni w gotówkę czciciele Bachusa oraz zakochane pary – Campo zamienia się w oazę spokoju i przybytek (umiarkowanego) hedonizmu.

A przecież co najmniej dwa razy w roku na Campo odbywają się wyścigi konne znane pod nazwą Palio. Wtedy organiczna sielanka ustępuje miejsca jeździeckiej ekwilibrystyce i gejzerom emocji. Centralna część placu i wszystkie dostępne balkony szczelnie wypełniają się widzami, ogródki restauracyjne znikają a cały pas wzdłuż murów kamienic zostaje posypany piaskiem i zmieniony w tor wyścigowy. Dziesięciu jeźdźców na dziesięciu nieosiodłanych koniach ma za zadanie trzykrotnie przebyć wyznaczoną trasę. Kto dojedzie pierwszy – wygrywa i zostaje bohaterem. Dalsza kolejność nie ma znaczenia, zresztą często na metę przybiega sam koń. Cały wyścig trwa około trzech minut – przygotowania zajmują cały rok, a celebracja zwycięstwa co najmniej kilka tygodni.

Wyścigowe szaleństwo ma swoje korzenie w średniowieczu, kiedy Sienę podzielono na 17 contrad czyli dzielnic odpowiedzialnych za obronę poszczególnych fragmentów miasta. Contrady przybrały własne nazwy i zaczęły ze sobą rywalizować a najbardziej widowiskową formą tej rywalizacji jest Palio. Może w nim brać udział tylko dziesięciu jeźdźców – dlatego wyścig poprzedza losowanie odbywające się według tradycyjnych procedur w salach Palazzo Publico. Jeźdźcy przebrani są w kolorowe stroje, których kolorystyka i krój sięgają tradycji średniowiecznych. Na dżokejskich kurtkach zamiast numerów startowych umieszczone są symbole contrad – Ślimak, Pantera, Wilczyca, Gęś, i tak dalej… Poszczególne punkty przygotowań i przebiegu Palio reguluje tradycja. Obłędna radość w szeregach zwycięzców, uroczyste procesje, msze i łzy szczęścia też należą do tradycji.
Nie mogłem przekonać się o tym naocznie, bo Palio na żywo nie widziałem i raczej nie zanosi się, abym kiedykolwiek miał je oglądać, miałem jednak okazję obserwować paradę contrady Jeża, która przemaszerowała ulicami dokładnie w tydzień po sierpniowej edycji wyścigu. Zaczęło się od zbiórki nosicieli znaku Jeża (wł. Istrice) na placu przed katedrą. Po uformowaniu szyku procesja ruszyła w obchód, prawdopodobnie zmierzając najpierw na główny plac swojej dzielnicy lub do swojego kościoła. Odgłosy werbli długo dobiegały z różnych stron miasta. Po jakimś czasie natknąłem się na tę samą procesję w pobliżu Pałacu Piccolominich.

_MG_4707

Na przodzie maszerowali odziani w tradycyjne stroje specjaliści od wywijania sztandarami, za nimi skupieni na swojej robocie dobosze, następnie kroczyła męska reprezentacja społeczności, prawdopodobnie przedstawiciele starszyzny i panowie zasłużeni w poprzednich latach, być może obecni i byli dżokeje. Wszyscy byli wyraźnie wzruszeni, śpiewali pieśń brzmiącą jak hymn. Za mężczyznami zwartą grupą szły młode rozśpiewane, równie przejęte kobiety, być może żony i kochanki tych, co walili w bębny, wywijali flagami i „godnie reprezentowali” contradę. Kolejną całkiem liczną grupę orszaku stanowiły kobiety z wózkami, pary młodych ludzi z dziećmi na rękach oraz osoby starsze lub mniej zaangażowane w życie contrady. Dlatego na końcu. Dopiero za nimi podążała orkiestra Banda Cita del Palio Siena witana brawami przez zgromadzonych na poboczach ulicy gapiów i turystów.

_MG_4733

To był ten drugi orszak w Sienie. W odróżnieniu od pierwszego orszak autentyczny i to pod każdym względem. Widok tej procesji przekonał mnie, że udział w życiu contrady to coś więcej niż sposób na spędzanie wolnego czasu. Rywalizacja z innymi znakami jest częścią mentalności sieneńczyków, zatem Palio jakkolwiek przyciąga turystów z całego świata, nie jest przedsięwzięciem wyłącznie marketingowym. Stoi za nim duma z przynależności do konkretnej grupy społecznej oraz poczucie plemiennej lojalności i wierności. Podobno mieszkańcy Sieny otrzymują chrzest dwukrotnie: raz w kościelnej chrzcielnicy, drugi raz w fontannie contrady.

IMG_4974
Fontanna contrady Fali (wł. Onda) symbolizowanej przez delfina. Sierpniowe Palio wygrał dżokej spod znaku Fali, dlatego jeszcze po tygodniu cała dzielnica udekorowana była niebieskimi flagami.

IMG_4978

San Miniato al Monte

25 grudnia 2013

Schody. Uformowane zapewne w dobie klasycyzmu, z masywnymi balustradami, eleganckimi tarasami, w początkowej fazie ustawione bokiem do wzniesienia i podzielone na dwa symetryczne podejścia, potem zbiegające się w jedną szeroką wstęgę, która malowniczo pnie się na szczyt i kończy na otoczonym niewielkim murkiem dziedzińcu bazyliki San Miniato al Monte. Stąd rozpościera się widok na dolinę rzeki Arno i czerwone dachy Florencji.

Idealne miejsce do postawienia warowni lub kościoła. Albo jednego i drugiego razem. Średniowieczna mentalność nie mogła jednak obyć się bez męczennika za wiarę. Nie inaczej było na San Miniato – wokół grobu św. Miniasza w IV wieku wyrósł kościół. Wcześniej, a może później, powstała legenda tak niedorzeczna, że chyba sami mnisi zamieszkujący klasztor na San Miniato w nią nie wierzą, ale opowiedzieć trzeba.

Kim był Miniasz, dokładnie nie wiadomo. Podobno pochodził z Armenii i służył w armii cesarza rzymskiego. Mógł też być greckim kupcem lub armeńskim księciem, który przyjął wiarę chrześcijańską i stał się eremitą. Dużo tym ryzykował, bo rzecz dzieje się w roku 250 n.e. a nad rzeką Arno stacjonują rzymskie legiony. Kiedy do uszu cesarza Decjusza dochodzi, że Miniasz za nic ma Saturna, Junonę, Marsa i cały panteon bogów rzymskich, za to oddaje się modłom do bóstwa przywiezionego z okolic Jerozolimy, władca każe go doprowadzić przed swoje oblicze. Miniasz parokrotnie ucieka przed pogonią, ale w końcu zostaje pojmany przez Rzymian. Nie wyrzeka się swojej wiary, za co zostaje skazany na śmierć. Może jedynie wybrać między skokiem do dołu z głodnymi lwami a zwyczajną egzekucją z użyciem siekiery. Z powodów, o których nic bliższego nie wiemy, Miniasz wybiera to drugie. Egzekucję przeprowadzono, kat odstąpił, żeby obmyć narzędzie a wtedy Miniasz podniósł własną krwawiącą głowę i uciekł z nią na najwyższe wzgórze w okolicy. Tak trafił na San Miniato, które od tej pory nosi jego imię. Tam spoczęły jego szczątki.

Opowieść, nawet jak na standardy legend męczeńskich brzmi fantastycznie – Miniasz okazuje się herosem pokonującym prawa natury. Wzgórze San Miniato widziane z brzegu rzeki Arno jest bardzo strome i potrzeba dobrej kondycji aby na nie wejść. Wbiegnięcie na wierzchołek to już sport ekstremalny, nawet jeśli biegacz nie trzyma głowy pod pachą.

Miniasz najwidoczniej pasował do roli bohatera zbiorowej wyobraźni, został patronem pierwszej świątyni pobudowanej w IV wieku. Po paru wiekach świątynia zawaliła się wskutek zaniedbania. Nie przetrwało z niej nic prócz cudownie uratowanych kości świętego. Na gruzowisku, w miejsce dawnej, zapewne niezgrabnej budowli w XI wieku zbudowano obecną bazylikę. Kiedy się ją ogląda, nie żal tej poprzedniej, zmienionej w proch.

_MG_4572

Jak to zwykle bywa – najstarsze jest najniżej. Z nawy głównej kościoła San Miniato schodzi się po kamiennych stopniach do wczesnoromańskiej krypty, jej wnętrze wypełnia las masywnych kolumn podtrzymujących łukowe sklepienie zdobione freskami Taddeo Gaddiego. Przez wąskie okienka wpadają trzy jasne smugi. To wszystko, więcej światła nie trzeba. W głębi za metalowym ogrodzeniem, do którego zwiedzający nie mają wstępu, znajduje się grób patrona i stół ołtarzowy. Pomieszczenie od wieków służy jako kapitularz i miejsce pochówku mnichów. Początkowo bazyliką opiekowali się benedyktyni, później ich miejsce zajęli Oliwietanie, którzy pobudowali klasztor i ufortyfikowany pałac biskupi. (Zakon nie ma swoich ośrodków w Polsce, nazwa pochodzi od ich pierwszej siedziby na górze Olivieto)

Nieprzerwana obecność Oliwietan na wzgórzu San Miniato zaczęła się w roku 1373. Poprzednicy obecnych mnichów witajacych turystów w drzwiach bazyliki i śpiewających gregoriańskie pieśni byli tymi, którzy przez półtora stulecia mogli obserwować jak powstaje katedra we Florencji. Wyobraźmy sobie, jak codziennie po porannych modlitwach wychodzą przed fronton kościoła, skrzypiąc sandałami na żwirowanym dziedzińcu podchodzą do miejsca gdzie teraz jest kamienna balustrada i wpatrują się w dolinę, gdzie spośród znajomych budowli i żerdzi rusztowań wyłania się kształt początkowo zagmatwany, potem coraz bardziej wyrazisty aż wreszcie po pokryciu go czerwonym dachem ukazujący wielkość nowej katedry. Brakuje jeszcze kopuły. Wielka ciemna jama nad prezbiterium pozwala się domyślać, że kopuł może być więcej niż jedna, może będzie ich kilka jak w bazylice San Marco w Wenecji? Otwór jest stanowczo za duży, żeby zdołano go przykryć jakimkolwiek sklepieniem, widać to nawet z tej odległości. Wystarczy porównać jego ogrom z sąsiednimi budynkami, które przy katedrze wyglądają jak pszczele ule.

Zagadka długo pozostawała niewyjaśniona. Prace przy kopule stanęły, rezydenci San Miniato spoglądali na Florencję z mniejszą ciekawością, aż wreszcie jeden z młodych ogrodników wypatrzył jakiś ruch na murach katedry. Znowu coś budowano! Znowu po porannej mszy postaci w białych habitach dreptały na skraj placu i zwracały głowy w stronę miasta w dolinie. Trwało kilkanaście lat zanim okrągłą dziurę w gigantycznej budowli pokryła najpierw konstrukcja z jasnego drewna, potem pojawiły się ciemniejsze ceglane murki aż wreszcie z chaosu wyłonił się regularny kształt pękatej kopuły krytej dachówką. Rusztowania zniknęły, rozbrzmiały dzwony, wokół katedry Santa Maria del Fiore szły wielogodzinne procesje. Nie wiadomo, czy obserwatorzy stojący na żwirowanym dziedzińcu San Miniato klaskali w dłonie, czy najstarsi z nich cieszyli się, że doczekali podniosłej chwili. Czy ich wyobraźnia dopuszczała myśl, że byli świadkami powstania dzieła największego w dziejach architektury? A byli. Przez kolejne 500 lat nic na ziemi nie dorównało florenckiej Duomo.

Bazylika San Miniato al Monte jest budowlą romańską – z tym, że jest to toskańska odmiana romanizmu, o której wspomniałem przy okazji Baptysterium. Znajdujące się we wnętrzu elementy sztuki bizantyjskiej oraz malowidła gotyckie i renesansowe kaplice nie naruszają klarowności stylistycznej. Nawa główna jest wyraźnie obszerniejsza i wyższa od bocznych, dwa rzędy smukłych kolumn wyznaczają granice miedzy nawami i dodatkowo porządkują przestrzeń. Sklepienie jest drewniane, z widoczną siatką belkowań, która w formie malarskiej iluzji rozlewa się na ściany boczne. Pasy z ciemnozielonego marmuru układają się we wzory geometryczne – proste, ale nie przypadkowe. One poszerzają świątynię. Niektóre okna są tylko malarską iluzją, przez te prawdziwe, umieszczone wysoko pod sklepieniem, wpada niewielka ilość światła, co jednak nie odbiera wnętrzu lekkości. Z pewnością mamy do czynienia z najdoskonalszą odmianą stylu romańskiego, wzbogaconego imponującą mozaiką zdradzającą wpływy bizantyjskie i wykonaną dla podkreślenia związków patrona z kulturą chrześcijaństwa wschodu.

Barwna mozaika umieszczona w półokrągłej wnęce nad ołtarzem głównym powstała w trzynastym wieku. Centralne miejsce zajmuje Chrystus spowity złotym blaskiem „królestwa, w którym nie ma dnia ani nocy” przedstawiony w pozycji władczej, z uniesionymi w górę dwoma palcami prawej dłoni. Pantokrator po grecku znaczy Pan Wszystkiego. Wśród drugoplanowych postaci widać króla Armenii – krainy, z której według legendy pochodził Miniasz.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ukształtowane we wczesnym średniowieczu wnętrze kościoła San Miniato zachowało pierwotny, romański charakter. To sytuacja dość wyjątkowa, biorąc pod uwagę późniejszy rozkwit gospodarczy i wynikającą z niego ekspansję form renesansowych i barokowych. Nie licząc dobudowanej w czasach renesansu kaplicy portugalskiej (o niej za chwilę), najpóźniej powstałą częścią świątyni jest zakrystia ze znakomicie zachowanymi freskami. Pod koniec XIV wieku namalował je Spinello Aretino, artysta, który kontynuował tradycję Giotta i czasem bywa z nim mylony. Cykl pokazujący życie świętego Benedykta należy do największych osiągnięć Aretina. Freski można oglądać przy świetle wpadającym przez wielkie okna. Jeśli światło dzienne jest niewystarczające, trzeba włączyć światło elektryczne wrzucając 50 eurocentów do skrzynki. Poniżej malowideł znajduje się ciemna okładzina drewniana i szafy gotyckie oraz prymitywna drewniana figurka przedstawiająca św. Miniasza.

DSC02774

Z historią San Miniato wiąże się też nazwisko jednego z największych malarzy renesansu – Michała Anioła. Jednak Buonarroti nie pozostawił tam żadnego dzieła. W roku 1530, kiedy wojska hiszpańskie najechały Republikę Florencką, aby utorować kolejnemu Mediciemu drogę do władzy Michał Anioł brał udział w obronie klasztoru i kościoła. Aby zabezpieczyć dzwonnicę przed skutkami ostrzału artyleryjskiego kazał ją obłożyć materacami. To najwyraźniej wystarczyło, bo wieża stoi nadal a dzwony śpiewnie wybijają kolejne godziny.

Wnętrze jest przykładem zmyślnej organizacji przestrzeni: ponad rozległą kryptą znajduje się chór i apsyda z ołtarzem – niezmienione od czasów swojego powstania. Transformacji ulegały inne części kościoła i tak w XV wieku nawa główna wzbogaciła się wolnostojącą kaplicę wykonana przez Michelozza, nadwornego architekta Medicich, twórcy ich rodowego pałacu i wielu obiektów sakralnych zachowanych do tej pory we Florencji i poza nią. Wsparta na czterech kolumnach kapliczka zachowuje charakter romański mimo, że Michelozzo, tak jak jego patron Donatello, był artystą renesansowym. Budowla urzeka swoją elegancją, proporcjami i niewyszukaną dekoracyjnością. Wewnętrzne malowidła wyszły spod ręki późnogotyckiego malarza Agnolo Gaddiego, rozety i terakotowe detale wykonał wspominany tu niejednokrotnie Luca della Robbia. Kolebkowe sklepienie i delikatna ornamentyka wyraźnie nawiązuje do form istniejących wcześniej, na przykład do zdobień widocznych na kamiennym murku oddzielającym chór od nawy. Zdjęcie ogoniastych zwierzątek nie jest niestety zbyt wyraźne, ale nie można ich pominąć, gdy mowa o stylu romańskim. Zwierzęta, stylizowane kwiaty, roślinne pnącza i formowane z liści głowice kolumn to stałe, nieco zagadkowe motywy tamtej ornamentyki.

DSC02768

Wizerunków zwierząt jest zresztą w San Miniato więcej. Środkowy pas między rzędami ławek zajmuje kamienna mozaika z XIII wieku. W misternej sieci zawijasów i arabesek ukrywają się znaki zodiaku. Mozaika jest czarno-biała – przed zadeptaniem chronią ją ciemnoczerwone sznurki. Pozostałą część posadzki niemal w całości pokrywają płyty nagrobne. Wielu z nagrobnych inskrypcji nie da się już odczytać, litery zostały wytarte butami wiernych i niewiernych.

DSC02784

Za mało tego oglądania. Trzeba zrobić jeszcze jedną rundę, wejść po schodkach przed ołtarz, spojrzeć na mozaikę z Pantokratorem, tym samym którego w skromniejszej wersji skopiowano na zewnątrz ponad głównym wejściem do bazyliki, potem przejść w poprzek chóru, zejść drugimi schodami i na poziomie nawy głównej zajrzeć do kaplicy zwanej portugalską. Zbudowano ją z wielkim przepychem na cześć arcybiskupa i zarazem portugalskiego ambasadora we Florencji. Jej bogata renesansowa ornamentyka nieco odstaje od całości, na szczęście kaplica ukryta jest w osobnej wnęce, więc nie burzy harmonii głównego pomieszczenia.

W czym tkwi tajemnica tej harmonii, próbowały zapewne dociec pokolenia artystów poszukujących metody na oczarowanie i zahipnotyzowanie widzów. Czy to zależność kolorów, natężenie światła, ukształtowania przestrzeni i rytmicznego podziału dekoracji ściennych? A może czystość stylu? Przypuszczalnie wszystko po trochu. San Miniato uchodzi za jeden z najpiękniejszych kościołów Italii, jest to więc dobre miejsce do zadawania pytań o źródła pozytywnych wrażeń estetycznych. Bez dwóch zdań, jest to miejsce, do którego chce się wracać jeszcze zanim się je opuści.

Jednak trzeba wstać z ławki i odejść. Przed bazyliką, pod czujnym okiem brodatego Pantokratora bawią się dzieci, nieliczni turyści kierują obiektywy aparatów w kierunku doliny. Od 500 lat widok z dziedzińca San Miniato prawie się nie zmienił. Lekka mgiełka przesłania Duomo górujące nad miastem.

_MG_4574