Niderlandzcy Mistrzowie późnego średniowiecza

Po wycieczce w krainę godzinek, wracam do berlińskiej galerii malarstwa. Zacznę od pewnego portretu, o którym wiadomo, że jest to najwcześniejszy zachowany portret namalowany przez Rogiera van der Weydena. Malując go pozostawał pod wpływem dokonań Jana van Eycka. Niewykluczone, że gdy farba dosychała, mistrz Jan już nie żył.

Portret o wymiarach 32 x 47 cm, powstał między 1440 a 1445 rokiem, został namalowany na czarnym tle i przedstawia kobietę w stroju z epoki. Domyślać się należy, że piękna dama miała męża, wskazuje na to jej czepek (kornet?) kremowo-biały, z widocznymi śladami po prasowaniu, z misternie ułożonymi skrzydełkami i fałdami. Rogier van der Weyden pieczołowicie odtworzył detale ubioru, nie zaniedbując nawet szpilki łączącej elementy czepka. Uwagę przyciągają starannie wymodelowane pliski kaftana okrywającego piersi oraz pierścionki połyskujące na skromnie złożonych dłoniach. Jednak centralnym punktem kompozycji pozostaje twarz nieznajomej. Nie z powodu urody, a w każdym razie nie tylko z powodu urody. Kobieta w czepku nie wpatruje się w rany Chrystusa, ani w żadną inną postać z mitologii, lecz śmiało patrzy w kierunku widza. Jak na standardy średniowieczne, spojrzenie wydaje się lekko wyzywające. Jednocześnie twarz zdradza inteligencję, odwagę i poczucie własnej wartości. To też nowość. Malarzowi udało się uchwycić kilka cech osobowości naraz, co niezbicie wskazuje, że mamy do czynienia z malarstwem dojrzałym, żeby nie powiedzieć genialnym. Jednak Rogiera van der Weydena oraz jego niderlandzkich (flamandzkich) kolegów tworzących w XV wieku zalicza się do „prymitywistów”. Mam z tym kłopot, bo w moich uszach prymitywny znaczy prosty, niedopracowany, niedojrzały. A przecież ten portret pokazuje coś zupełnie przeciwnego!

Bardzo możliwe, że sprzeczność jest pozorna i sprowadza się tylko do nazewnictwa, a kwestia artystycznej dojrzałości „prymitywistów” została już dokładnie objaśniona. W książkach poświęconym malarstwu flamandzkiemu (niderlandzkie późne średniowiecze) nikt prymitywistom nie odmawia mistrzostwa. Jednak umniejszająca ich zasługi nazwa nie daje mi spokoju, dlatego drążę temat po swojemu, przeskakując z muzealnych sal na stronice barwnych manuskryptów i z powrotem. Te manewry okazują się pożyteczne, dowiedziałem się nie tylko o zamiłowaniu księcia de Berry do psów i prezentów. Od teraz wiadomo, że na obrazach prymitywistów nic nie pojawiło przypadkiem. Pomysł budowania kompozycji obrazu w oparciu o wieloplanową perspektywę i realistyczny pejzaż został przejęty od twórców „godzinek”. Oni byli prawdziwymi „prymitywami” i to oni znaleźli sposób na udane połączenie scen rodzajowych z elementami religijnymi i symboliką. Po roku 1420 malarstwo niderlandzkie z kart manuskryptów przeniosło się na gruntowane płótna i dębowe deski, rozwinęło się formalnie i wzbogaciło za sprawą nowych technik malarskich, ale zmiany nie naruszyły żelaznych zasad wypracowanych przez cierpliwych miniaturzystów. Do końca wieku czerpano z ich tradycji.

Malowanie kolejnych wariantów scen religijnych rozgrywających się na tle sielskich krajobrazów lub drobiazgowo odtworzonej architektury dawało artystom możliwość pracy w dość wąskiej specjalizacji. Istnieli więc nieznani z imienia malarze „Scen pasyjnych”, znane są obrazy Mistrza od legendy św. Urszuli albo Mistrza od Legendy Świętej Krwi. Brak podpisów na obrazach wynikał z tego, że malarze traktowani byli na równi z rzemieślnikami i tak jak rzemieślnicy należeli do cechów. Rosnące wymagania klasy zamawiającej, czyli arystokracji i bogatych kupców, zmuszały artystów do poszukiwania i pielęgnowania indywidualnego stylu. W warunkach ostrej konkurencji nie mogli malować sztampowo, a chcąc liczyć na korzystne zamówienia musieli rozwijać swój warsztat i – jak widzimy dzisiaj – nie szczędzili wysiłków, żeby zaskakiwać odbiorców nowymi pomysłami. W cenie najwyraźniej była umiejętność stwarzania iluzji rzeczywistości – malarstwo niderlandzkie poszło właśnie w tę stronę. A przecież mogło w inną. Efekty tego współzawodnictwa możemy obecnie podziwiać w muzeach, a niejako przy okazji porównywać inwencję i klasę poszczególnych artystów. Na nasze szczęście było ich wielu.

A co najczęściej przedstawiały ich obrazy?
Główna scena, rodzajowa albo religijna, miała pokazywać najważniejsze postaci przedstawienia, zazwyczaj kilka osób z panteonu świętych. Drugi i trzeci plan informował o okolicznościach i znaczeniu wydarzenia, ewentualnie wskazywał na interwencję sił nadprzyrodzonych. Tłem widzianym przez okno lub otwarte drzwi często były lokalne łąki, zagajniki i wzgórza, spoza których wyłaniała się sylwetka znajomego gotyckiego zamku. Nie brakowało też połyskujących jezior lub rzek oraz horyzontu pokrytego charakterystyczną błękitną mgiełką. Myliłby się ktoś, kto by uznał, że elementy ostatniego planu mogą być rozmyte i rozmazane, ponieważ i tak ich nie widać.
Przypadkowość i zdanie się na wyrozumiałość widza były wśród realistów flamandzkich niedopuszczalne. To jeszcze nie był czas na impresjonistyczne wygłupy. Dlatego te najmniejsze elementy krajobrazu ledwo widoczne na linii zamglonego horyzontu malowano z użyciem szkieł powiększających. Gołym okiem tych detali nie widać, ale na wypadek gdyby dociekliwy klient chciał policzyć listki na najdalszym drzewie lub przez okno zajrzeć do komnat zamku wielkości paznokcia, powinien tam dojrzeć akurat to, czego się spodziewa.

Kompozycja musiała zawierać jak najwięcej detali, postaci i planów, aby iluzja była bardziej przekonywująca, a talent artysty w pełni udokumentowany. Jeśli ktoś malował portret, musiał być to portret doskonalszy od odbicia w lustrze. Perfekcja szła w parze z nowymi pomysłami na kompozycję. Stąd tak dużo nowych interpretacji scen biblijnych oraz smakowitych detali, które przejmowali naśladowcy i wprowadzali do obiegu. Czy to było Zwiastowanie, Chrzest w Jordanie, Zdjęcie z krzyża czy Sąd Ostateczny zawsze znalazła się okazja do namalowania stosownego krajobrazu, który miał z jednej strony wzmocnić wrażenie głębi, z drugiej uwypuklić wyjątkowość sceny głównej rozgrywającej się w rozpoznawalnym krajobrazie. Krajobrazy były domeną malarzy północnej Europy. Zamglone widoczki, żaglowce i łódki na rozlewiskach gładkiej wody oraz zamki ze masywnymi basztami mieli w małym palcu. Za to ich kochano na dworach Hiszpanii i Italii.
Ale prawdziwe popisy, istne fajerwerki kunsztu malarskiego odbywały się na pierwszym planie. Osobom portretowanym malowano każdy włos osobno, nie pomijano żadnych blizn i wynikających z choroby przebarwień skóry, nie wspominając o czymś tak trywialnym jak perliste łzy lub zmarszczki.


Do tego dochodziły szaty: atłasy, adamaszki, jedwabie, na jedwabiach wyszywane wzory. Przyglądając się z bliska jednemu z dużych obrazów van Eycka zacząłem się zastanawiać, w którym miejscu hafciarka po raz pierwszy wbiła igłę i gdzie zawiązała końcowy supełek. Próbowałem po wyglądzie ściegu odgadnąć, czy była lewo- czy praworęczna. Oczywiście żadnej hafciarki nigdy tam nie było, połyskujący płaszcz św. Donatana wykonał sam van Eyck. Imitacja rzeczywistości – malowanie tak, aby widzowi zaparło dech w piersiach wydawało się być ulubioną rozrywką „prymitywistów”.

Przykładem niech będzie „Zwiastowanie” Rogiera van der Weydena

Obsesyjny realizm był znakiem rozpoznawczym malarzy flamandzkich. Wystarczy wymówić głośno nazwisko jednego ze znanych mistrzów tamtego okresu a już w wyobraźni pojawiają się dostojne madonny w olśniewających kreacjach, perfekcyjnie odmalowane posadzki, misterne wzory na wschodnich dywanach, gra świateł na atłasowych płaszczach, srebrna kolczuga świętego i diamenty biskupiego pastorału. Z jakiegoś powodu efekty malarskiej iluzji miały wielkie powodzenie u odbiorców. Biorąc pod uwagę fakt, że znacząca większość powstałych wówczas obrazów miała służyć celom religijnym, ta dążność do realizmu i fotograficznej dokładności musi budzić zdziwienie. Aż kusi, by przypomnieć anegdotę o pewnym świętym, który do klęczącego przed obrazem malarza rzekł „ty mnie nie maluj na klęczkach, ty mnie maluj dobrze”. Prymitywiści flamandzcy musieli wysłuchiwać takich napomnień, bo malowali nadzwyczaj dobrze. Ich „porażający „realizm był doceniany już wtedy i to daleko poza granicami Niderlandów. Wystarczy wspomnieć Tryptyk Portinarich, który z brugijskiej pracowni Hugo van der Goesa trafił do Florencji w roku 1483. Kilka lat wcześniej „Sąd Ostateczny” Memlinga oczarował korsarzy z Gdańska. Dla porównania, międzynarodowa sława pierwszego włoskiego malarza (był nim Tycjan) rozpoczęła się pół wieku później.

Nie wszystkich flamandzkich malarzy tamtej epoki znamy z imienia i nazwiska. Kiedy historycy mieli za mało dokumentów by ustalić tożsamość artysty, nadawali mu pseudonim odnoszący się do najbardziej znanego dzieła lub miasta w którym tworzył.

Tylko jeden z ówczesnych anonimów – Mistrz z Flemalle został po latach zidentyfikowany. Potrzebne były nowoczesne metody badawcze oparte na analizie sposobu nakładania farb, porównywaniu próbek barwników oraz datowania materiału na jakim powstał obraz. Znaleziono też odpowiednie dokumenty, co nie było zbyt trudne, bowiem w średniowieczu prowadzono dość skrupulatne kroniki dotyczące wydatków, zawartych kontraktów i otrzymanych kwot. Zachowało się nawet pokwitowanie zapłaty, jaka otrzymali dwaj „oświetlacze” trzymający płonące pochodnie podczas malowania portretu ważnej osoby.

Wracając do Mistrza z Flemalle: bez ryzyka można przyjąć, że za tym przydomkiem kryje się Robert Campin, ten sam, który miał pracownię w mieście Tournai, pełnił tam ważne cywilne i kościelne funkcję a za udział w politycznym i obyczajowym skandalu został tych funkcji pozbawiony i skazany na odbycie pielgrzymki. Groziła mu nawet banicja, na szczęście z pomocą przyszło wstawiennictwo księżnej Małgorzaty Burgundzkiej.

Wyróżnikiem jego obrazów był niespotykany u nikogo wcześniej zmysł obserwacji i wierność detalom. Campin, bezpośredni kontynuator tradycji malarstwa miniaturowego, jako pierwszy namalował pejzaż widziany przez otwarte okno. Udanie eksperymentował z perspektywą, pokazał następcom, jak postaci obrazu modelować światłem, aby przypominały „żywe rzeźby”. W pracowni Mistrza z Flemalle nauki pobierał Rogier van der Weyden – jeden z największych realistów tamtego czasu, mistrz w ukazywaniu emocji (patrz portret pani w czepku), autor niezwykłego pod względem kompozycji, kolorystyki i nasycenia emocjami „Zdjęcia z krzyża”. Co ciekawe, to nie van Eyckowi lecz wymienionym powyżej przypisuje się największy wpływ na malarstwo XV wieku. Oni dwaj wyznaczyli kierunek, którym podążali równie sławni następcy. Bezkompromisowi realiści, których ambicją było tworzyć obrazy odbijające rzeczywistość wierniej niż lustro.

Żeby lepiej zrozumieć nowatorstwo stylu Roberta Campina przyjrzyjmy się jednemu z bardziej znaczących jego dzieł – Tryptykowi ołtarzowemu z Merode. Pozornie Campin trzyma się kanonu: skrzydlaty anioł pojawia się niespodzianie, białe lilie stoją w wazonie, Madonna początkowo czyta książkę, potem jest zaskoczona. To żelazne punkty programu, rozpoznajemy je na powstałym później obrazie van der Weydena. Włosi też tak malowali.


(ten sam obraz w najwyższej możliwej rozdzielczości – warto kliknąć)

Jednak Robert Campin wprowadził scenę zwiastowania do wnętrza zwyczajnego mieszkania, po prawej stronie umieścił nawet warsztat stolarski. Tego wcześniej nie było: Anioł nawiedzał Marię w luksusowych salach lub na pałacowych werandach. Tym razem posłaniec Gabriel zstąpił do skromnego domostwa, obok głównej izby widzimy podwórko a z drugiej strony ciasny warsztat stolarski. Za oknem toczy się życie małego miasteczka. Nie widać żadnej gołębicy w chmurze światła, żadnych aureoli, jedynym znakiem obecności sił nadprzyrodzonych jest dymiąca świeca, którą zapewne zdmuchnął Duch Święty, który jak wiadomo, wieje kędy chce.

Jest jeden, ale całkiem nieduży znak interwencji Niebios: z okienka po lewej stronie, ślizgając się na promieniach słonecznych niczym saneczkarz, mknie miniaturowy Jezus dzierżący krzyż. Leci wprost w kierunku pogrążonej w lekturze Marii, przypuszczalnie po to, aby zamieszkać w jej dziewiczym łonie. Według wykładni teologicznej, zwiastowanie jest tożsame z zapłodnieniem. Tymczasem w sąsiedniej izbie stary Józef wierci otwory w kawałku deski. Może już składa kołyskę. Tylko, że z belgijskiego miasteczka strasznie daleko do Betlejem.

Reklamy

Tagi: , , ,

komentarze 22 to “Niderlandzcy Mistrzowie późnego średniowiecza”

  1. Tetryk56 Says:

    Chylę czoła przed mistrzami, których prezentujesz! Aż wierzyć się nie chce, że te dzieła mają 600 lat!
    Wrażenie realizmu jest tak silne, że na pierwszym obrazku obiekt w lewym dolnym rogu zinterpretowałem w pierwszym momencie jako tył samochodu, z którego artysta wysiadł aby sfotografować pejzaż!
    😉

    • laudate44 Says:

      Taa… Robert Campin był dobrym fotografem. A rzeczony pejzaż pochodzi z obrazu „Nativity” i jest przykładem na to, jak starannie dopracowywano daleki plan, pomimo tego, że najważniejsze rzeczy działy się ” z przodu” czyli najbliżej widza.
      Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na szczegół z ostatniego obrazka: wiszący we wnęce kociołek ma dwa cienie, albowiem światło padało przez dwa okna. Niby logiczne, ale kto wie czy 600 lat temu obowiązywała ta sama logika 🙂

      scena narodzenia J. Ch.

      • Tetryk56 Says:

        Taa… dzięki za pokazanie całości „samochodu:.. 😉 😉
        Znów będę marudził: cienie wprawdzie są podwójne, ale nijak nie można ich przypisać do oświetlenia z widocznych dwóch okien: główne źródło światła oświetlające saganek musiało być niżej i nie tak z boku, drugie wprawdzie mogłoby być na wysokości okienek, ale znacznie bliżej obserwatora, a nie na bocznej ścianie. Co nie zmienia chwały artysty – my po prostu tych źródeł nie widzimy…

      • laudate44 Says:

        Bo pierwsze to było światło naturalne, a drugie to Światło Nadprzyrodzone albo jakoś tak.
        W końcu to robota prymitywa. 🙂

  2. D. Says:

    Witaj,
    jestem zachwycona tryptykien Campina. Dzięki dużej rozdzielczości(Twoja w tym głowa), można obejrzeć pieczołowicie namalowane szczegóły np. ptaki, rośliny, dzbanek z lilią, gzymsy nad kominkiem, narzędzia stolarskie, miasteczko… W mojej głowie narodził się pomysł obejrzenia oryginału. Bardzo ciekawy wpis, aż wystygła mi kawa.
    Ukłony
    D.

  3. guciamal Says:

    Przyznaję, iż wcześniej nie zwróciłam na te obrazy uwagi, ale opisałeś tak zajmująco i pięknie, że dostrzegłam ich urok, a miniaturowy saneczkarz – nie dostrzegłam nawet przy dużej rozdzielczości. Super w tym powiększeniu. A co do nazwy prymitywiści mam takie samo odczucie, że jest deprecjonująca

    • laudate44 Says:

      Też bym raczej nie dostrzegł tego maluszka na sankach ( zadaję sobie pytanie, czy to jakaś alegoria plemnika?), gdyby nie fachowe książki z dokładnymi opisami.
      Nie chciałem rozciągać tego wpisu, więc nie wchodziłem w dalsze szczegóły, a przecież na tym jednym tryptyku jest sporo intrygujących fragmentów i to takich, które po kilku wiekach zyskały nowe znaczenia. Przy niektórych pojawiają się znaki zapytania – choćby te trzy geometryczne rdzawe „łaty” na podłodze.
      Ujmujące – przynajmniej dla mnie, z racji zamiłowania do stolarstwa – są pomysłowe drewniane kotwice podtrzymujące okiennice pod sufitem warsztatu Józefa.
      Co byśmy wiedzieli o świecie, gdyby nie Mistrz z Flemalle? 🙂
      Pozdrawiam

  4. Tetryk56 Says:

    A może to wcale nie promienie słoneczne, tylko macki Jego Makaronowatości popychają „saneczkarza”? Byłby to chyba najstarszy dowód na istnienie kultu FSM.. 😉

    • laudate44 Says:

      Dowody mogą być dowolnie stare, choć sam kult Latającego Potwora Spagetti liczy sobie dopiero 9 lat.
      A Ty Tetryku, czy spożywałeś makaron w ostatni piątek? 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Nie jestem wyznawcą, co najwyżej obserwatorem… 😉
        A co do kultu: 9 lat temu pojawił się prorok, któremu udało się przebić do szerszych mas odbiorców. Sam FSM (jak widać na załączonym obrazku) mógł objawiać się znacznie wcześniej, ale pozostawał powszechnie niedostrzegany.

  5. Wiedźma Says:

    Zachwyciły mnie dłonie damy sportretowanej przez van der Weydena.!
    Podpisuję się pod zadziwieniem, że tych malarzy nazywano prymitywistami….oni zasługują na inną nazwę 🙂
    A skrzydła anioła od zwiastowania mają przedziwną barwę…..
    Cienie kociołka nie wydały mi się istotne, a tu proszę ….. głębokie refleksje 🙂

    • laudate44 Says:

      Może to nie były głębokie refleksje, tylko potrzeba porozmawiania. Kociołek i jego Shadow okazały się pretekstem.
      P.S. Skrzydła tego drugiego anioła są takie bardziej zielone. Porównanie ze skrzydłami w kolorach ognistych może prowadzić do wniosków, że anioły tak jak ptaki, dzielą się na gatunki różniące się między sobą m.in. kolorem upierzenia, a ten wynika z kraju pochodzenia. 🙂
      (Podobno zielone anioły żyją w Bieszczadach, ale nie wiem na pewno. Co ja zresztą wiem o aniołach?)
      Pozdrawiam

  6. Tetryk56 Says:

    No więc przyznam, że ciekaw jestem, co ty zresztą wiesz o aniołach?
    Może jakiś wykładzik z angelologii stosowanej?

    • Wiedźma Says:

      A Ty się nie migaj – angelologia jest Twemu miastu przypisana 🙂

    • laudate44 Says:

      Hallo, przepraszam Was za zwłokę w odpisywaniu, troszkę się opuściłem w profesji blogerskiej i mało tu zaglądałem. O aniołach rzeczywiście wiem niewiele, żaden ostatnio mnie nie nawiedzał, za to ja nawiedzałem dentystę. Do anioła niepodobny, ale jednak obcowanie z jego szczypcami przynosi ulgę 🙂
      Nowy tekst w produkcji, nowa wyprawa po średniowieczne runo w zasięgu wzroku i kalendarza. Pozdrawiam

      • Wiedźma Says:

        Odpozdrawiam z anielskim uśmiechem i cierpliwością w oczekiwaniu, aż znajdziesz czas…. 🙂

      • laudate44 Says:

        No tak, troszkę mnie tu nie było. Poleciałem oglądać jeden ważny obrazek a po drodze do NG trafiłem na koguta. Ale jaki to kogut!!! Co za kolory i jaka kogucia duma!

        hh

      • Tetryk56 Says:

        Czy błękitne koguty nie mają aby wspólnych korzeni z białymi myszkami? Czy też może jest to pomnik ku czci brytyjskich niebieskich ptaków?

  7. laudate44 Says:

    A kysz, świętokradco! Białym myszkom daleko do niebieskiego koguta. Londyński Blue Cock to prawdziwy monument, przyjemnie się na niego patrzy. Jego przesłanie artystyczne to rzecz zupełnie drugorzędna – wyczytałem, że chodzi o symbol męskiej dominacji potraktowany nieco przewrotnie. Smaczku dodaje fakt, że autorką rzeźby z matowego fiberglassu jest niemiecka artystka Katharina Fritsch. Zerknij na filmik z odsłonięcia dzieła:
    http://www.theguardian.com/artanddesign/2013/jul/24/katharina-fritsch-fourth-plinth-cockerel-sculpture

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: