Węże i papugi czyli spacer po Porto

Nie da się nic powiedzieć o Porto bez zobaczenia tamtejszego dworca kolejowego. Główny jego hall przypomina dziewiętnastowieczną salę balową: wysokie ściany pokryte są azulejos, nienagannym blaskiem lśni posadzka a łukowe okna sięgające sufitu dodają elegancji całemu wnętrzu. Równie elegancki jest umieszczony centralnie nad wejściem na perony dworcowy zegar w ciemnej drewnianej ramie. Przychodzi tam codziennie więcej turystów niż mogłyby pomieścić odjeżdżające pociągi. Jest ten dworzec niezwykły pod jeszcze jednym względem: pociągi wjeżdżają tam tunelem i kończą bieg. Aby wyruszyć w kolejną trasę muszą tym samym tunelem wycofać się do następnej stacji, skąd możliwe już są rozjazdy: na północ do Santiago de Compostela; lub na wschód wzdłuż rzeki Douro wijącej się wśród wzgórz porośniętych winoroślą. Douro to region winiarski. Czytałem o nim u Bieńczyka, dlatego pojechałem tym pociągiem, żeby zobaczyć z bliska. Rzekę, winnice, urokliwe stacyjki, położone na wzgórzach wille. Pociągi odjeżdżające z Porto mkną też na południe w kierunku Lizbony i położonego najniżej na mapie Portugalii miasta Faro.

IMG_5970

Azulejos, którym tak szczodrze udekorowano dworcowy hall (użyto tam 20 tysięcy błękitnych kafelków) ma niesamowitą zaletę, mianowicie taką, że pasuje do każdej epoki. Budynek dworca kolejowego powstał na początku XX wieku. Wzniesiono go na miejscu dawnego klasztoru benedyktyńskiego (dworzec nosi imię Sao Bento) w stylu francuskiego neo-klasycyzmu. Najdłuższą, frontową ścianę wypełniają ogromne okna, dzięki czemu hall jest jasny, a sceny ukazane na barwnych kafelkach dają się łatwo odczytać. Nic dziwnego, że podróżni zanim skierują się do kas biletowych, najpierw chodzą dookoła i robią zdjęcia. Z daleka, z bliska i znowu z daleka.

IMG_5974

IMG_5966

Spodobał mi się ten dworzec: przestronny, elegancki i funkcjonalny. Miał jeszcze i tę zaletę, że nie nosił śladów baroku. Celowo przesadzam z niechęcią do stylu barokowego, owszem krzywię się na zbyt obfite i nieproporcjonalne zdobnictwo ale robię to z przymrużeniem oka. Gdybym był purystą tak serio, serio – do niektórych wnętrz w ogóle bym nie zajrzał. A zajrzałem, o czym będzie za chwilę.

Czasem barok bywa radosny, nieco cukierkowy w kolorach, nieco infantylny w przesłaniu, ale zarazem pełen witalności. Doskonałym przykładem baroku w czystej, urokliwej postaci jest bazylika w Krzeszowie. Tę odmianę baroku można spotkać w polskich i czeskich pałacach czy kościołach a nawet na mostach zdobionych figurami Jana Nepomucena.
Zupełnie inaczej rzecz przedstawia się w Portugalii. Co prawda na żywo widziałem tylko kilka kościołów, ale wiem co mówię, bo jednym z nich była słynna Igreja Santa Clara czyli kościół św. Klary.

Wybrałem się tam wiedziony ciekawością. Wszystkie przewodniki po Porto wspominały o niezwykłym bogato dekorowanym wnętrzu, chciałem się przekonać jakie wrażenie zrobi na mnie to nagromadzenie ozdób, to nawarstwienie, zatrzęsienie złoceń, multiplikacja snycerki, rzeźb i obrazów. Kościół jest nieduży, wszystkie ściany od podłogi po sufit obłożone są drewnianymi dekoracjami. Ściany za ołtarzem w ogóle nie widać. Z ołtarzem też jest pewien kłopot, bo trudno się zorientować, co jest ramą wokół centralnie umieszczonego obrazu a co już tylko nieposkromioną w pęcznieniu dekoracją. Wszystko rozpływa się w kształtach organicznych i botanicznych. Z kolei sufit pokrywa gruba warstwa złoconych elementów tworzących gruzłowatą skorupę podzieloną na geometryczne pola. Natłok elementów, motywów i brak miejsca na złapanie oddechu sprawiają, że ogląda się to wszystko z niedowierzaniem a po kilkunastu minutach tęskni się do wyjścia. Jednak nie można odmawiać sobie takich wrażeń, bez wizyty u świętej Klary nasza wiedza o możliwościach i ułomnościach ludzkich byłaby doprawdy niepełna. Bowiem wnętrze tego kościoła stanowi skrajny przykład nieposkromionej pychy, bezguścia i braku umiaru. Dla miłośników konwencji SF jest to lekcja poglądowa, jak wskutek nieuwagi projektantów i inwestorów (albo w wyniku choroby wywołanej tajemniczym wirusem przywleczonym z planety Yxlon) zmutowana flora i fauna morska potrafiły zawładnąć budowlą bądź co bądź sakralną. Formy mineralne, roślinne i ichtiologiczne chyłkiem przeniknęły do starej świątyni z pięknym renesansowym portalem i całkowicie jej wnętrze zdominowały. Skojarzenie z rafą koralową, polipami, rybimi łuskami i wszelkimi naroślami nasuwa się automatycznie. Sakralnego tchnienia nie sposób tam poczuć, co najwyżej woń starego drewna i utleniającej się złotej farby. Żadnego łaskotania od środka nie było, estetycznych uniesień należało szukać gdzie indziej. Moja znajoma lubiła powtarzać, że „wszelka przesada zabija wdzięk przyrodzony”. Do Igreja Santa Clara jak sentencja pasuje jak ulał.

_MG_5816

Odpoczywałem na skwerku, skąd miałem widok na żelazny most Ludwika I oraz czerwone dachy magazynów na drugim brzegu rzeki. Potem zgłodniałem i poniosło mnie w miasto. Zboczyłem z głównego traktu turystycznego, w jednej z ulic trafiłem na willę o zaskakującym wyglądzie. Jej dekoracje nawiązywały do stylu mauretańskiego a elewacja wykonana była oczywiście z wszechobecnego azulejos.
_MG_5592

Potem znalazłem na takie cudo. Nie umiałem ocenić, czy to co widzę jest pałacem, kościołem czy zwykłym domem mieszkalnym. Zwykłe to to nie było.

IMG_5930

Wstąpiłem do sklepu samoobsługowego po butelkę wody, na skrzyżowaniu ulic stała nieczynna fontanna z piaskowca. Gołębie z nawyku siadały na jej gzymsach. Mijałem sklepiki z tanimi zegarkami, chińskimi tkaninami i fajansowymi naczyniami, po drugiej stronie pustką ziały opuszczone wnętrza biurowe widoczne przez zakurzone szyby. Nieco dalej trafiłem na kamienicę, której górne piętra wyłączone były z użytkowania co najmniej kilka lat temu, wskazywała na to poszarzała sklejka, którą zabito pozbawione ram okna. Na parterze siedzibę miał gwarny bar z napojami, słodkimi ciastami oraz niespodziewanie dobrą kawą z ekspresu. Skorzystałem – w myśl zasady „myśl globalnie, spożywaj lokalnie”.
Nie opuszczał mnie podróżny entuzjazm całkiem bliski dziecinnemu zauroczeniu. Odpowiadała mi ta atmosfera dekadencji, wiecznego zapóźnienia i niedokończenia. Nie chcę powiedzieć, że trwał tam marazm i stagnacja. Byłoby to niesprawiedliwe. Chodziłem po tych uliczkach długo, widziałem sporo. Tu i ówdzie trwał remont, za prowizorycznymi płotami wlokły się jakieś budowy, czasem nawet komuś młotek spadł z rusztowania. Stagnacji nie było, ale o dynamicznym rozwoju też mówić nie można. Byłem raczej świadkiem powolnego procesu, polegającego na przeistaczaniu się materiałów budowlanych w gotowy budynek, który natychmiast po położeniu ostatniej dachówki zaczynał przemieniać się w wiecznotrwałą ruinę nie różniącą się zbytnio od ruiny po sąsiedzku. W tej gęstwinie domów, podwórek zaułków i przybudówek wszelkie gwałtowniejsze działania skazane były na niepowodzenie. I bardzo dobrze, że mimo kurateli UNESCO i wpisania starówki Porto na listę światowego dziedzictwa, działań na szerszą skale nie podejmowano. Bardzo dobrze, bo jak już wiemy, wszelka przesada zabija wdzięk przyrodzony a inwestycyjna gwałtowność mogłaby naruszyć chwiejną równowagę między trwaniem a rozkładem. Miasto ma ekosystem równie wrażliwy jak Puszcza Białowieska. Z tym, że puszczy przed zagładą broni samotnie Adam Wajrak. Na straży porządku w starym Porto stoją ( częściej przesiadują) sami mieszkańcy.

_MG_5933

Życie w tym zakątku toczy się nieśpiesznie niby leniwe wody Douro. Strome uliczki opadają ku rzece, na balkonach suszy się pranie, po odrapanych elewacjach domów pną się wiązki kabli, z popękanego tynku wystają jakieś rurki i końcówki żelaznych prętów, pozostałość po instalacjach nieznanego przeznaczenia. Czasem nad pordzewiałymi balustradami furkocą plastikowe wiatraczki, kolorowe i błyszczące, sprzedawało się takie czterdzieści lat temu na odpustach w Polsce. Z wnętrz z rzadka dobiegają głosy mieszkańców, popołudniową sjestę urozmaica najwyżej trzeszczące radio ustawione w pobliżu okna. Śniade kobiety pchają wózki po kocich łbach, w otwartych drzwiach warzywniaka znudzony właściciel pali papierosa nad skrzynkami z cebulą i workami ryżu. Zwróciłem uwagę na jego duże ciemne oczy kontrastujące z siwymi włosami i równie siwą starannie przystrzyżoną bródką. Może to był Paolo Coelho udający sklepikarza.
Uliczka miała w sobie coś znajomego, coś czego nigdy dotychczas nie widziałem, ale co dobrze zapamiętałem z lektur powieści iberoamerykańskich. Brakowało tylko żółtych żab, starych ciotek śpiących we własnych trumnach i, na szczęście, nie było tego słynnego deszczu, który padał nieprzerwanie przez cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni. Jak w Macondo. Powiecie, że brakowało jeszcze gadającej papugi. Owszem papuga była, tyle że w nieco innej części miasta, jej klatkę zawieszono przy wejściu do długiego jak tunel sklepiku z udającymi jedwab apaszkami, bawełnianymi chodniczkami, sprzętami kuchennymi oraz mydłem w płynie.

O papudze nie będę się rozpisywał, bo w kolejce czekają węże. Ale najpierw trzeba zajrzeć do katedry.

_MG_5861

Odwiedziłem ją wczesnym rankiem, akurat wyłaniała się z mgły, niewzruszona jak skała. Gabaryty budowli wskazywały na coś większego, tymczasem sama świątynia okazała się niewielka. Zbudowano ją we wczesnym średniowieczu, styl romański daje się rozpoznać po masywnych kolumnach z szarego kamienia, łagodnym sklepieniu i kilku innych ocalałych detalach. W wiekach późniejszych katedra obrastała w kaplice, loggie i pomieszczenia klasztorne. Hełmy na wieżach położono w okresie baroku, krużganki klasztorne noszą natomiast wyraźne ślady gotyku. Przestrzenie między półkolumienkami formowanymi we wzory roślinne wypełniono później niebieskimi płytkami z ceramiki.

_MG_5884

Nawa główna katedry zdominowana jest przez obecność grubych filarów z jasnego kamienia, początkowo wydała mi się przyciężkawa, ale po chwili odkryłem jej harmonijność, widoczną mimo skąpego oświetlenia. Kolor i masywność ścian a także proporcje poszczególnych elementów architektury dodawały jej tajemniczości, której zdecydowanie zabrakło dostawionym i dowieszonym później sprzętom, gablotom i obrazom. Połyskujący, nieszlifowany kamień, delikatne reliefy na ścianach, światło padające z wysoko umieszczonych okien – wszystko razem znakomicie nadawałoby się jako plan do filmu o średniowiecznych skrybach i heretykach chowających się w szafach z habitami lub schowkach na halabardy. Lub inny kryminał. Najlepiej z Seanem Connerym w roli głównej, przemykającym między kolumnami, korzystającym z tajemnych przejść i klatek schodowych nie pokrytych jeszcze azulejos. Najlepiej gdyby Connery nosił jasny habit, nie ten brunatny z „Imienia róży”. Kontrast brunatnego z jasnym kamieniem byłby za mocny. Oczywiście wcześniej trzeba by pozbyć się wszystkich barokowych ołtarzy, malowideł, kamiennych intarsji i bulwiastych kandelabrów, którymi w wiekach prosperity dekorowano katedrę. Wtedy estetyczni puryści mruczeliby z zadowolenia.

_MG_5897

Do nawy głównej przylega muzeum, wejście jest płatne, ale cena biletu nie jest wygórowana. W końcu to Portugalia. Na klatce schodowej jakieś aniołki, w podziemiach kamienny sarkofag, w ogóle dużo kamienia. Za to refektarz opływa w luksusy. Pod sufitem składającym się z kasetonów wypełnionych malowidłami, centralnie ustawiony stół i kilkanaście wygodnych krzeseł. Nad otworami okiennymi ciężkie zasłony z lambrekinami, podłoga wyłożona drewnem, frasobliwy Chrystus w otoczeniu wybujałych dekoracji i złoceń. Wokół stołu dobrze utrzymane artefakty. Malowane, rzeźbione albo rzeźbione i pomalowane. Do refektarza prowadzi dwoje drzwi, przy jednych straż trzyma Anioł, przy drugich święty z szeroko otwartymi oczami.

_MG_5916

_MG_5895

Opuściłem przytulne muzealne sale wychodząc najpierw między klasztorne krużganki potem na taras. Dobudówki te powstały w czasach gotyku, co łatwo poznać po ostro zwieńczonych łukach, choć wszechobecne azulejos powoduje, że podział na style przestaje mieć znaczenie. Estetycznego zgrzytu nie ma, w końcu to Portugalia, błękitna ceramika pasuje do wszystkiego. Z jednym wyjątkiem, bo do filmu o średniowiecznych agentach jednak nie pasuje. Zrobiłem w krużgankach kilka zdjęć próbnych. Z misiem Zgniotkiem zamiast Seana Connery’ego.
_MG_5879

Spędziłem w zabudowaniach katedry parę godzin, nie śpieszyłem się, nie czułem chęci ucieczki, co potwierdza dawno znaną tezę, że romańskie budowle mają moc przyciągania, jakkolwiek by tę moc interpretować. Oczywiście moja sympatia dla tych murów wolna była całkowicie od kontekstu religijnego. Nawet nie wiem, jaki święty jest patronem katedry i czym ten święty się zasłużył ludzkości, do kogo wierni zanoszą modły, przed czyją figurą palą znicze, stawiają wazony z kwiatami i składają ofiary. Jak zwykle było mi to doskonale obojętne. W głównym ołtarzu równie dobrze mógłby stać ośmioręki tańczący Shiva jak i pierzasty wąż Quetzalcoatl. Węże w Porto zresztą znalazłem: jeden zdobi kamienną balustradę u wyjścia z katedry. Drugi ukrywa się w nazwie szerokiej alei przecinającej miasto ze wschodu na zachód. Avenida Boavista prowadzi wprost nad Atlantyk. Na jego słonecznym brzegu zamierzałem spędzić popołudnie.

_MG_5923

Reklamy

Tagi: , , , , ,

Komentarzy 8 to “Węże i papugi czyli spacer po Porto”

  1. guciamal (małgosia) Says:

    Nie rozumiem dlaczego, ale klimat iberyjski jakoś do tej pory mnie nie uwodził. Kilka twoich wpisów i zaczynam inaczej patrzeć na Portugalię, wydaje mi się coraz ciekawszym miejscem. Taki dworzec jak w Porto chciałoby się obejrzeć, podobnie, jak inne piękne dekoracje. Co do baroku – mój stosunek ulega ciągłej ewaluacji, od zachwytu, poprzez oczarowanie do przytłoczenia nadmiarem złoceń, zdobień, bogactwa i pychy. Natomiast co do świątyń mam takie, w których uwielbiam przebywać i także nie ma to nic wspólnego z wiarą, po prostu dobrze się w nich czuję, bezpiecznie i spokojnie, odgrodzona od zgiełku i hałasu świata i najlepiej jak nie ma w nich ludzi. Przeżywam wówczas jakieś metafizyczne uniesienie i błogość.

    • laudate44 Says:

      Mnie klimat iberyjski uwodził jedynie w książkach wiadomych pisarzy. Tak było do tej pory. Ku malowniczej dolinie rzeki Douro skierował mnie wspomniany Marek Bieńczyk (którego czytałem w drodze do Ravenny 🙂 ) oraz wino stamtąd, które nabyłem on-line w sklepie Marka Kondrata.
      Potem przypomniałem sobie znajomego, który przed 20 laty z zamożnej Anglii jeździł na wakacje do Portugalii i wracał zachwycony, następnie znalazłem w sieci jakiś filmik z Porto a jeszcze potem tanie bilety na samolot. I już! Bakcyl połknięty!
      Będę tam wracał! Nie szkodzi, że barok, w ostateczności zamknę na chwilę oczy 🙂

  2. guciamal (małgosia) Says:

    Niestety z literatury iberyjskiej jestem cienka jak bibułka (poza Sto lat samotności i Don Kichotem nic nie przychodzi mi na myśl i jakoś nic nie pociąga 😦 Może łatwiej poszłoby mi z zakupem wina 🙂 a i paru znajomych, których urzekła i Hiszpania i Portugalia też mam, więc powinno na początek wystarczyć, no i twoje wpisy 🙂

  3. Eva70 Says:

    Barok mnie również czasami zachwyca, ale jest z nim tak, jak ze słodkim deserem – musi być smaczny i lekki, jeśli jest zbyt słodki, zbyt ciężki i na dodatek w zbyt dużej ilości – może spowodować nudności. Coś w rodzaju „metafizycznego uniesienia” przeżyłam chyba tylko raz – w ruinach romańskiego opactwa w Jumieges w Normandii, kościoły barokowe nie nastrajają mnie w podobny sposób.
    Ogromnie żałuję, że nie pojadę już ani do Hiszpanii, ani do Portugalii, bo na Półwysep Iberyjski zawsze coś mnie ciągnęło. Dzięki, Laudate, że tak szczodrze dzielisz się swoimi wrażeniami. Może w przyszłości wybrałbyś się do Japonii (tam też chciałabym być), byłabym wdzięczna.
    Literaturę portugalską też znam słabo, przypominam sobie tylko Fernando Pessoę oraz noblistę – Jose Saramago. Nieco lepiej jest z literaturą hiszpańską (wydaje mi się, że pisarze hiszpańskojęzyczni są częściej i chętniej przekładani na język polski). Ostatnio zachwyciły mnie powieści Carlosa Ruis Zafona („Cień wiatru”, „Gra Anioła”, „Więzień nieba”).

    • laudate44 Says:

      Przyznam Evo, że czekałem na Twój komentarz. Zawsze tak wdzięcznie nawiązujesz do moich relacji i obserwacji. Zacznę jednak od sprostowania: pisząc o klimacie iberyjskim w literaturze miałem na myśli głównie książki pisarzy południowoamerykańskich, które – jak wielu z naszej generacji – połykałem w latach osiemdziesiątych. Natomiast samych Hiszpanów niewiele czytałem, mam „Cień wiatru” Zafona, ale nie zdołałem do końca przeczytać, jego styl mi w ogóle nie odpowiada. O Portugalczyku Saramago jedynie słyszałem, wszak Noblista. Też nie czytałem. Nie jest to powód do dumy, ale też nie umiem się jakoś wstydzić zaległości w lekturach. No bo kto nie ma zaległości? Za dużo napisano, abyśmy byli w stanie choć ćwierć z tego (z tego co wartościowe) ogarnąć.
      Zgadzamy się co do baroku i stylu romańskiego: ten pierwszy może się tylko podobać lub nie; ten drugi mocniej działa na wyobraźnię, budzi jeśli nie zachwyt to przynajmniej szacunek. Działa tu pewnie ogólniejsza zasada, że to co trudniejsze w odbiorze (dla wielu romanizm jest nudny i niezrozumiały) daje większa satysfakcję tym, którzy już dojrzeli by go smakować. Nie ma tu kokieterii ani megalomanii. Fakt oczywisty, który można przełożyć na muzykę
      ( ile osób na 100 wysłuchało z przyjemnością III Symfonii Góreckiego?) albo na nauki ścisłe. Podobno rozwiązywanie zadań matematycznych też daje dreszcz emocji – nie wiem, nie doświadczyłem. 🙂
      Ostatnia odpowiedź: do Japonii się nie wybieram, bo Europa obfituje w tyle ciekawych miejsc wartych opisania, że raczej jej się będę trzymał przez najbliższe lata! Plany na najbliższe miesiące już są. Przypuszczam, że jeśli uda mi się coś napisać, nie będziesz zawiedziona. Pozdrawiam bardzo

  4. Tetryk56 Says:

    Ech, dopiero dziś przeczytałem… Siedzę we mgle po uszy, dobrze choć wirtualnie odwiedzić Portugalię…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: