Multi Wenecja

11 września 2016

Blogowe statystyki pokazują, że nawet gdy autor długo milczy, relacje z podróży oraz opowieści o sztuce wciąż znajdują czytelników. Odchodzę więc od polityki na rzecz obserwacji poczynionych podczas podróży. Akurat trzy dni temu wróciłem z Wenecji, a wcześniej bywałem w Polsce oraz podróżowałem po Irlandii. Jest co opisywać, chociaż nie daję gwarancji, że te relacje będą całkiem pozbawione polityki.

Do Wenecji wybrałem się żeby odpocząć. Pomysł dość ekstrawagancki, ponieważ nie da się bez wysiłku obejrzeć dzieła sztuki rozproszonego na powierzchni ponad 600 hektarów. Żeby je zobaczyć, trzeba się nachodzić i to sporo. Ponieważ byłem sam i nikt nie opóźniał mojej marszruty, robiłem przeciętnie po 8 km dziennie – sprawdziłem na sprytnym telefonie, który liczy kroki. Może kiedyś pojawi się aplikacja pozwalająca liczyć pokonane mostki i obejrzane pałace. Choć bardziej przydatna byłaby taka, która zapamiętuje za mnie nazwy dzieł sztuki i nazwiska ich autorów. Bardzo by to pomogło podczas późniejszego pisania.

_mg_8101

Bywałem w Wenecji, ale nigdy latem. Tym razem stęskniony weneckich zapachów i widoków chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście najazd turystów czyni to miasto nieznośnym? Czy Josip Brodski, który zarzekał się, że nigdy nie odwiedzi jej latem, czynił tak z niechęci do tłumów czy dlatego, że zimowa Wenecja przypominała mu rodzinny Petersburg? Tłumy rzeczywiście były i choć starałem się krążyć po szlakach mniej uczęszczanych, musiałem przejść przez okolice San Marco lub Rialto, gdzie nieprzerwany strumień ludzi sunął wąskimi uliczkami w obu kierunkach, a wielojęzyczna mowa mieszała się z turkotem walizek na kółkach i odgłosami dolatującymi z kawiarnianych tarasów i kuchennych składzików. Przedstawiciele wszystkich chyba ras ludzkich zgodnie dreptali obok siebie zadzierając głowy, gestykulując, przystając przed oknami wystawowymi, przed tablicami z restauracyjnym menu, przed straganami z pamiątkami. Młode dziewczyny w towarzystwie podgolonych partnerów prężyły się na mostkach, kijki selfie były w powszechnym użyciu, matki ciągnęły swoje oszołomione dzieci i popędzały znudzonych mężów.

_mg_8049

Żeńska obecność była dominująca, może nie statystycznie, lecz psychicznie. Czułem, że skąpana we wrześniowym słońcu Wenecja należy do kobiet. Szły naprzeciw mnie sarnookie panny jak z Modiglianiego, kołysały biodrami rubensowskie matrony, uśmiechały się skromnie madonny Belliniego. Drobiąc kroczki przemykały egzotyczne gejsze z rycin Utamaro a okutane w zawoje domniemane piękności z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy posłusznie kroczyły za swoimi wąsatymi panami. Czasem w wąskich przejściach musiałem ustępować drogi kobietom gabarytowym, które akurat przerwały pozowanie Fernando Botero i podążały na trzeci tego dnia obiad. Kto nie wie, kim jest Botero, powinien skorzystać z Google. Pierwszego wieczora na schodkach niewielkiego mostku natknąłem się na siedzącą Amerykankę. Mówiła do telefonu, po akcencie poznałem, że pochodzi z południa Stanów. Sesję u Botero miała już za sobą: teraz wpatrywała się w ekran wielkiego telefonu, zapewne w twarz rozmówcy siedzącego na werandzie wiejskiego domku w Luizjanie lub nad rzeką Missisipi, i rozwlekając samogłoski relacjonowała swoje wrażenia z pobytu w egzotycznym europejskim mieście, perle architektury, skarbnicy tysiącletniej historii: „no i pewnego dnia na obiad jadłam ravioli”.

_mg_8038

Nie pytam nikogo, po co jeżdżą do słynnych miejsc, dlaczego odwiedzają stare miasta, fotografują się na tle zabytków. Sam chyba nie umiałbym zwięźle na te pytania odpowiedzieć. Nie zamierzam jednak opisywać co w Wenecji jadłem, co piłem i jaką pamiątkę kupiłem cioci Marysi.
Trwał upał, nad wąskimi kanałami unosił się smrodek, który na bardziej otwartych przestrzeniach niemal zupełnie znikał. Grupki rozleniwionych młodzieńców obojga płci wylegiwały się na placach i nabrzeżach . Nie dołączyłem do nich, ale uznałem, że na zewnątrz jest zbyt przyjemnie, żeby spędzać czas w klimatyzowanych salach muzeów. Nie odmówiłem sobie jednak krótkich wizyt w paru kościołach. Wiele z nich już „zaliczyłem” podczas poprzednich pobytów w Wenecji. Z tych ważniejszych i większych został mi gotycki kościół pod wezwaniem świętych męczenników: Jana i Pawła. Ich włoskie imiona Giovanni et Paolo posłużyły mieszkańcom do utworzenia słownej zbitki Zanipolo. Tak więc drugiego dnia, kiedy dzwony na okolicznych wieżach obwieszczały południe znalazłem się na okazałym placu przed kościołem Zanipolo. Na rozłożonych straganach handlarze oferowali starocie i bibeloty, skupiona wiolonczelistka grała Ave Maria i melodie z włoskich oper. Nieliczni turyści robili zdjęcia bryły kościoła i przyległej doń białej fasady siedziby Bractwa Św. Marka (Scuola Grande di San Marco). Bractwa – może już wspominałem o tym poprzednio – pełniły w dawnej Wenecji ważną rolę w kształtowaniu życia kulturalnego i społecznego. Ich członkowie reprezentujący różne profesje i stopień zamożności organizowali procesje religijne, budowali szpitale i przytułki, wspierali biednych. Obecnie w siedzibie Bractwa Św. Marka znajduje się muzeum oraz szpital.

_mg_7700

Kościół Zanipolo ma w historii Wenecji miejsce wyjątkowe, to tu przez wieki chowano dożów oraz osoby zasłużone dla Serenissimy. We wnętrzu znajdują się groby ponad 25 dożów. W ich sąsiedztwie spoczęli bracia Bellini i inni wybitni artyści a paru generałów uhonorowano czymś więcej niż tylko płytami nagrobnymi: na postumentach wystających ze ścian umieszczono posągi przedstawiające ich w wojennym rynsztunku i dosiadających koni. (W jęz. angielskim jest na to specjalna nazwa equestrian statue.) Przed budynkiem, na masywnym postumencie również pręży się odlany w brązie koń a na nim generał Colleoni, jeden z najbardziej czczonych dowódców weneckich, którego służba przypadła na drugą połowę XV wieku – czas licznych wojen decydujących o utrzymaniu potęgi Republiki. (Pomnik tego samego generała, na tym samym koniu znajduje się również w Szczecinie przy Placu Lotników – jest to kopia dzieła z Wenecji)

img_7801

Colleoni wzbogaciwszy się na wojnach (zmieniał pracodawców w zależności od okoliczności i od tego, kto więcej płacił) pod koniec życia zapowiedział przekazanie całego majątku Wenecji zastrzegając, że w uznaniu zasług oczekuje pomnika na Placu Św. Marka. Pieniądze i zamek w okolicach Bergamo z rąk ofiarodawcy przyjęto, ale ponieważ prawo zabrania stawiania pomników na San Marco, monument generała wg projektu rzeźbiarza Andrea dei Verrocchio ustawiono obok kościoła Zanipolo. Jest to najsłynniejsza wenecka equestrian statue i nic dziwnego, że sąsiadująca z pomnikiem restauracja przyjęła nazwę „Il Cavallo” czyli koń. Gdy tamtędy przechodziłem, kelner usilnie zapraszał mnie na obiad, ale wymknąłem się, mówiąc, że nie jestem głodny. Istotnie nie miałem apetytu. Ani na koninę po wenecku ani nawet na najbardziej wegetariańskie ravioli. Czułem głód wrażeń i to chyba sprawiło, że po opuszczeniu placu kolejny raz tego pobłądziłem. Zamiast dojść przed kościół Santa Maria Formosa skręciłem nie w tę stronę, co trzeba i znalazłem się w długaśnym przesmyku, który wyprowadził mnie na nabrzeże. Poznałem je: stamtąd odpływają tramwaje na wyspę Murano mijając ogrodzony ceglanym murem cmentarz San Michele. Wracając między domy i mostki, w jednym z zaułków wszedłem do antykwariatu, tak zapchanego książkami, że część z nich musiano zapakować do stojącej na środku gondoli. Podobnej do tej z fotografii, ale pozbawionej staroświeckiej budki dla pasażerów. W samej księgarni nie chciałem robić zdjęć. Może następnym razem będę odważniejszy.

CDN

img_7957

 

Reklamy

Po wakacjach. Bez złudzeń.

10 września 2016

Długo nie zaglądałem na bloga, co nie znaczy, że przestałem interesować się polską polityką. Szczególną uwagę skupiłem na obserwacji stanu świadomości Polaków, bo to jest pierwsze i ostateczne źródło nieszczęścia zwanego przekornie „dobrą zmianą”. Od czasu ostatniego wpisu niewiele się na tym polu zmieniło a obraz jaki wyłania się z codziennych lektur oraz rozmów jest coraz bardziej ponury. Fora internetowe pełne są jadowitych memów, ironicznych tekstów i jawnych złorzeczeń w stronę PISu; nierzadko można trafić na buńczuczne zapowiedzi rychłego postawienia podnóżków Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu, bywają też naskórkowe diagnozy i nawoływanie do „większej aktywności” cokolwiek autorzy takich apeli mają na myśli. Dużo w tym wszystkim naiwności, świętego oburzenia na kolejne wybryki władzy i prób rozładowania rosnącej frustracji. Dlatego sam milczałem, bo ilekroć siadałem do klawiatury, dopadało mnie wrażenie, że dołączam do grona tych zapaleńców biegających wokół Sahary i próbujących małymi łopatkami odgarniać piasek, który uporczywie zasypuje pola uprawne. No i nie ciągnie mnie do pisania „ku pokrzepieniu serc”. Zresztą musiałbym czynić to wbrew sobie, bo nic pokrzepiającego w nadciągającej burzy nie dostrzegam.

Nie chcę tu Czytelnikom, wystarczająco zdruzgotanym szkodliwą działalnością szwadronów prezesa, psuć nastrojów. Troskę o losy kraju też odczuwam, ale naiwnej wiary w możliwość rychłego przezwyciężenia mentalnej i ekonomicznej zapaści, jaką szykuje Polsce obecna władza – już nie podzielam. Bardzo mi się nie podoba, co ta władza robi. A najbardziej boli fakt, że robi akurat to, na co jej pozwala społeczeństwo, które wskutek splotu niekorzystnych okoliczności stało się swoim własnym wrogiem.

Zapyta Czytelnik, czy jest coś pośrodku? Czy można być przeciw tej władzy i nie żywić nadziei na jej pokonanie? Rzecz jest pozornie sprzeczna. Wystarczy tylko wyraźnie oddzielić własne życzenia od naiwnych przekonań, „że się stanie”, bo już kiedyś się stało, bo moralna racja jest po naszej stronie, bo oni są głupcami itd.

Gdybym wiedział, w jaki sposób pokonać pisowskie zakażenie – napisałbym o tym. Po ponad roku rządów tych populistów, psujów i złodziei wiadomo jedno: tym razem nie oddadzą władzy po dwóch latach. Zanosi się, że to szaleństwo potrwa dłużej, więc kto nie czuje w sobie mocy biegacza maratonów, niech się nawet nie rozgrzewa.
Walka z PISem to niemal walka z wiatrakami. PIS to stan umysłu a nie zwykła polityczna doktryna. Pamiętajmy, że PIS ucieleśnia się wśród naszych przełożonych, znajomych, rodziny i przyjaciół, więc jakikolwiek mocniejszy gest przeciw PISowi i jego najbliższemu sprzymierzeńcowi KK jest gestem desperata nie bojącego się środowiskowego ostracyzmu, rodzinnych kłótni, braku awansu lub utraty pracy, szykanowania i podburzania dzieci, a w najdrastyczniejszych przypadkach nękania przez funkcjonariuszy upolitycznionych służb gotowych spreparować wszelakie oskarżenia i zarzuty prokuratorskie. Takimi desperatami są ludzie zaangażowani w działalność KOD lecz ciągle jest ich za mało.

Zadanie jest trudne, bo silny fundamentalizm panujący wśród wyznawców PISu (który działa jak sekta, co wykazałem w dawnym wpisie) nie-pisowcy nie mają szans na tradycyjną, opartą na wnioskach logicznych i podpartą tezami naukowymi polemikę ze zwolennikami PISu. Ogarnięci ideologicznym i pseudo-religijnym szaleństwem logicznych argumentów nie wysłuchają, racjonalnych wywodów nie zrozumieją, a jak pokazuje najświeższy przykład z warszawskiego tramwaju, za używanie słów niezrozumiałych mogą jeszcze spuścić łomot. http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,profesor-uniwersytetu-pobity-br-w-tramwaju-bo-mowil-po-niemiecku,211160.html
( Ten incydent i jego geneza zasługują na osobny wpis)

Dlatego, bez względu na to, co obiecuje niemrawa opozycja sejmowa, Polacy muszą pogodzić się, że rozkradanie majątku i niszczenie struktur państwa potrwa więcej niż cztery lata. Z pewnością dłużej… Może – Szanowni Optymiści, wmawiający sobie, że jesteście Realistami – potrzeba będzie poczekać aż „całe pokolenie przeminie”, żeby się zbiorowa mądrość przebudziła. Szukanie analogii w sytuacji lat osiemdziesiątych, stroszenie solidarnościowych piórek i wspominanie zapału powielaczowych aktywistów nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość obecną.

Pierwsza i najważniejsza różnica jest taka, że PIS, w przeciwieństwie do PZPR, ma po swojej stronie Kościół. A Kościół jest mocny liczebnością swoich wyznawców, którzy chcąc nie chcąc wspierają te ugrupowania polityczne, które najwięcej mogą dać biskupom. Czy wyobraża sobie ktoś utworzenie w Polsce rządu, który byłby lekko nieposłuszny Kościołowi lub zapowiadał odcięcie KK od państwowej kasy? To w obecnych warunkach czysta mrzonka. Realia są takie, że co cztery lata Kościół rękami swoich wiernych dokonuje wyboru Parlamentu a co pięć prezydenta. Nie partii X, Y lub .N obywatele powierzają swoje sumienia, swoje datki i przydają mu się do budowania statystyk lecz właśnie Kościołowi. Potem maja to co mają. Kosciołowi demokracja nie jest potrzebna, rozwój obywatelskiej świadomości tym bardziej nie.

Po drugie: PIS (ściślej PIS i Kukiz) ma po swojej stronie młodzież – otumanioną, zmanipulowaną, zbyt leniwą na samodzielne śledzenie niuansów polityki, tonącą w morzu ekonomicznej i historycznej ignorancji.
Ma też środowiska kibolskie i narodowe, które po cichu wspiera, motywuje przyzwalając na ich bezkarność. Pozbawieni moralnych hamulców, zindoktrynowani bojówkarze mają pełnić rolę pożytecznych idiotów sformowanych w quasi faszystowskie bojówki strzegące „wartości patriotycznych”. Więc jeśli Macierewicz spełni swój zamiar – a pokazał że nie cofa się przed żadnym absurdem – nawet najbardziej umocowana w tradycji, prawie i racjach moralnych elita nie wygra z motłochem podburzanym przez szarlatanów.

Tym bardziej, że po naszej, tej nie-pisowskiej stronie takich szarlatanów brak. Elita z definicji nie daje posłuchu szarlatanom. Może wsłuchać się w głos autorytetów. Ale takich już nie ma. Wielu ludzi zasłużonych dla polskiej niepodległości i demokracji PIS przez lata metodycznie niszczył i opluwał, tak jak teraz niszczy i opluwa samą demokrację. A biuro polityczne PISu doskonale wie, że podziały wśród niepisowskiej części społeczeństwa są zbyt silne, aby zdołano wyłonić jednego lidera, który pociagnie za sobą tłumy. Ktoś tak charyzmatyczny jak Jurek Owsiak lub tak politycznie doświadczony jak Włodzimierz Cimoszewicz nigdy nie stanie się autorytetem wspólnym dla całej anty-pisowskiej większości. Osoby o poglądach prawicowych nie zaakceptują w roli lidera Petru, Frasyniuka czy Cimoszewicza. O Robercie Biedroniu szkoda gadać, bo dla wielu Polaków pałających niechęcią do zaściankowego, ksenofobicznego PISu wybór geja na stanowisko prezydenta miasta już jest żabą nie do przełknięcia.
Z kolei osoby o poglądach liberalnych i lewicowych zdecydowanie nie zgodzą się na przywództwo kogoś takiego jak Wałęsa, Giertych czy Sikorski, czyli polityków odwołujących się do tzw. nauki Kościoła i szukających wsparcia wśród biskupów. Serial „Plebania w każdym domu, każdym łóżku i każdej macicy” akurat Polacy nie tyle oglądają, ile pokornie przerabiają.
Konkludując: jeśli nie ma szans na znokautowanie przeciwnika w pierwszej ani w dziesiątej rundzie, trzeba się przygotować na długi maraton, któremu doping w postaci hostii, wody z kropidła i dymu z kadzidła zdecydowanie szkodzi. Rozejrzyjcie się i policzcie, ilu Polaków jest już do tego maratonu gotowych. Im więcej się doliczycie, tym czas tej mordęgi będzie krótszy. No, chyba że ktoś zna drogę na skróty i zechce ją nam pokazać.

Folwark, znachor i linia podziału

24 kwietnia 2016

Ciekawego eksperymentu dopuściła się wczoraj Gazeta Wyborcza oddając łamy zaproszonym pisarzom. Przeczytałem większość tekstów lekko rozczarowany. Varga miewał lepsze wejścia, Piątek przyzwyczaił nas do przenikliwości i finezji tudzież słownej ekwilibrystyki, wiec jego przydługi wypis nienawistnych (autentycznych, spisanych z internetu) odzywek dotyczących drugiego sortu wydał się po prostu przygnębiający. Szczerek trzyma poziom, walczy za pomocą słowa z upiorami polskimi usiłując na naszych oczach rozwikłać dylemat czy wojna tocząca się w Polsce, to wojna między lewicą a prawicą czy coś zupełnie innego.

O ile istnienie dwu wrogich plemion jest faktem, interpretacje dotyczące linii podziału różnią się między sobą. Po jednej stronie jest dzikość, irracjonalizm i barbarzyństwo, po drugiej dążenie do ładu, spokoju, respekt dla żelaznych zasad ekonomii, nauk społecznych, geopolityki a nawet ekologii (patrz Puszcza Białowieska). Ale zgody nie ma. Socjologowie i religioznawcy (prof Mikołejko) mówią o religii smoleńskiej, która przejęła narrację w Polsce i wciąga do swego grona coraz większą liczbę osób. Historycy, opisując sytuacje w Polsce, na wyścigi wskazują analogie z faszyzmem i bolszewizmem. W ten nurt wpisał się Jacek Santorski, który zauważył w pewnej dużej firmie silną, zupełnie nieprzystającą do okoliczności, potrzebę hierarchii i współzawodnictwa wśród pracowników, którzy wyraźnie męczyli się w sytuacji , gdy zagraniczny pracodawca dał im „zbyt dużo wolności”. Psycholog powiązał te postawy z zaszłościami historycznymi wskazując na folwarczną mentalność większości Polaków tęskniących do rządów silnej, choć nie zawsze sprawiedliwej ręki. I co ciekawe, potomkowie robotników folwarcznych a w lepszym wypadku szlachty zagrodowej sami wytwarzali polaryzacje, szukali wrogów, sami ustawiali się w roli ciemiężonych ofiar, aby, jak ich dziadowie i pradziadowie, przeżywać nienawiść do „pana”, gardzić jego ogładą i bogactwem. W podobnym, równie pesymistycznym, kierunku idą rozważania antropolożki, prof. Joanna Tokarskiej-Bakir.

Polacy tradycyjnie skłaniają się do tworzenia społeczeństw typu „sekta”, o silnych więziach i dużym ciśnieniu grupy na jednostkę (…) Jest to skutek traum i wiktymizacji, lat niewoli, dominującej pozycji Kościoła z jego nauką o uwznioślającej roli cierpienia, a także niskiego czynnika realnej skolaryzacji – bo współczynnik skolaryzacji „nierealnej” podskoczył nam nieproporcjonalnie wskutek boomu pozornej edukacji.

oraz

(…) sekta nie jest w stanie wytworzyć stabilnego „niepokalanego” centrum.
Jej polityka polega na nieustannym denuncjowaniu tego centrum – pojawiają się tu oskarżenia o czary, niepobożność, światowość lub kosmopolityzm. Są to grupy o silnie zarysowanych granicach, ale małych możliwościach przemiany wewnętrznej, czemu odpowiada niska samoocena jednostek przy wielkich aspiracjach zbiorowości.
W instytucji typu sekta szczególnie upośledzona jest zdolność rozpoznawania ryzyka, co sprawia, że podejmuje ona zadania niewspółmierne do sił, często kończące się spektakularną klapą.

Przy takich rozpoznaniach podział na prawicę i lewicę rzeczywiście wydaje się anachroniczny. Podejmowana tu i ówdzie analogia do walki postu z karnawałem jest chwytliwa literacko lecz dalece za mało precyzyjna. Podobnie jak metafora z przeciąganiem liny pomiędzy załogą średniowiecza a drużyną oświecenia. To już zdecydowane nadużycie. Gołym okiem widać, że naprzeciw średniowiecza, którego książkowym reprezentantem jest pisowski rząd z takimi tuzami jak Jurgiel, Szyszko, Ziobro, Kamiński, Macierewicz i Gliński (tudzież stojący w drugim szeregu Rydzyk, Michalik, Gądecki, Jędraszewski, Mering) stanęła drużyna ledwie renesansowa, momentami sięgająca moralnych zdobyczy epok ciut późniejszych, robiąca leciutkie ukłony w stronę feminizmu i gospodarki rynkowej ale stroniąca od Karty Praw Podstawowych, całkowitego odseparowania Kościoła od Państwa oraz zajęcia się na serio losem zwierząt. Światopoglądowa zachowawczość trzech najważniejszych partii opozycyjnych jest, niestety, gwarantem długiego rządzenia PISu. Ciamciaramcia nie wygra z wiejskim rzeźnikiem.

Konflikt postaw i interesów jeszcze trochę potrwa, ale spory wokół jego genezy wcale nie są jałowe. Warto wiedzieć, skąd wyszedł ten motłoch, który dorwał się do władzy, jakie bazyliszki wysiadują jaja pod brunatnymi koszulami jego wodzów. Na różnych forach piśmienni egzorcyści usiłują nazwać diabła, który coraz energiczniej miesza w polskim tyglu. Potrzebnie, bo nazwanie diabła jest pierwszym krokiem do jego wypędzenia tak jak diagnoza choroby jest fundamentem jej leczenia. Był taki etap w rozwoju medycyny, że wszelkie choroby tłumaczono zalegającą w organizmie flegmą i waporami, dlatego przy najmniejszej niedyspozycji usuwano ową flegmę z pacjenta za pomocą środków przeczyszczających, lewatywy i upuszczania krwi. Metody te, stosowane także wobec kobiet w ciąży i w połogu, miały przez wieki gorących zwolenników tak po stronie lekarzy jak pacjentów, chociaż daleko im było do skuteczności. Dopiero rozwój wiedzy medycznej sprawił, że teorie o zaleganiu w ciele „złej materii” odłożono między bajki a szkodliwych kuracji zaniechano.
Czy tak będzie z leczeniem Polski? Nie wiadomo. Na razie trwa rozległe zakażenie pobudzane łopotem nazistowskich flag i sączeniem medialnej trucizny. Oby podstarzały znachor mamroczący zaklęcia w żoliborskiej willi nie kazał upuszczać krwi.

Pod wieszakiem, tylko pod tym znakiem…

10 kwietnia 2016

Wiem, jaka dziś data, ale wpis ma być o tym, co zdecydowanie ważniejsze od martyrologii i smoleńskiej choroby umysłowej, na którą cierpią miliony Polaków. Chodzi o wypowiedzi członków Episkopatu dotyczące dalszego zaostrzenia prawa antyaborcyjnego czyli całkowitego zakazu przerywania ciąży, niezależnie od warunków i okoliczności.

Podniósł się w tej sprawie słuszny protest, bo wprowadzenie tak drakońskiego prawa skazałoby wiele kobiet na śmierć, o fizycznych cierpieniach i psychicznej gehennie nie wspominając. Protest tym gorętszy, że PIS mając większość w Sejmie i Senacie bez trudu mógłby stosowną (niestosowną raczej) ustawę wprowadzić chyłkiem w życie. Nie zdarzyło się dotychczas, by prezes odmówił w czymś Episkopatowi. Jednocześnie Szydłowa na antenie radia zadeklarowała się, że jest zwolenniczką całkowitego zakazu przerywania ciąży, a Jarosław ją publicznie poparł. Potem z tych zapowiedzi oboje się wycofali, ale poczucie zagrożenia zmobilizowało tysiące kobiet i mężczyzn. Uliczne demonstracje objęły wiele miast w Polsce i za granicą. Wczoraj protestowaliśmy, na razie w niewielkiej grupie, także  w Dublinie.

Przy okazji podpisałem listę z postulatem do władz polskich o całkowitą liberalizację prawa do aborcji. Chodzi o łaskawą zgodę rządu (nie tego rządu, to innego) na obdarzenie kobiet zaufaniem i przyznanie im wolnej woli w kwestii własnej rozrodczości. To kobiety a nie Episkopat i członkowie rządzącej partii miałyby decydować, czy w warunkach zagrożenia życia wywołanego patologiczną ciążą, chcą zachować życie, czy wolą umrzeć. Na razie taki wybór istnieje, ale jak pokazuje przypadek prof. Chazana, coraz trudniej wyegzekwować od zastraszonych lekarzy prawo do pełnego decydowania o losie własnym i płodu. Proponowana ustawa, zredagowana przez m.in. prof Monikę Płatek i Barbarę Nowacką ma przywrócić kobietom wolność w tej kwestii. Tylko tyle i aż tyle.

Dorastałem w czasach PRLu, kiedy nasza wolność była ustawicznie, z premedytacją gwałcona – mam na myśli tzw. obowiązek służby wojskowej dotyczący wszystkich mężczyzn, niekoniecznie tych najzdrowszych i niekoniecznie tych, którym maszerowanie i strzelanie na poligonach się podobało. Z tamtych zamierzchłych czasów wywodzi się mój osobisty fioł na punkcie wolności. W ludowym wojsku oczywiście nie byłem, do tej pory przechowuję Kartę Powołania do służby w oddziałach marynarki wojennej, ale to już historia. Kamasze, wspólne sypialnie i musztra już mi z wielu powodów nie grożą, a w warunkach emigracji wolnościowa obsesja mogłaby już samoistnie zgasnąć i w proch się obrócić. Jednak niespodziewanie nerw został szarpnięty. Okazuje się, że w Polsce wraca PRL z całą jego mentalną ohydą, ekonomicznym dyletanctwem i ciągotami władzy do fundowania obywatelom opresyjnego prawa. Wraca ideologiczny walec, który ma zgniatać ludzkie prawa i sumienia. Trudno w tej sytuacji o obojętność. Nawet jeśli się mieszka 1000 km dalej.  Przytoczę  znalezione w internecie hasło z plakatu trzymanego przez uczestniczkę jednej z licznych manifestacji w obronie praw kobiet: NORMALNIE NIE CHODZĘ NA MANIFESTACJE, ALE TERAZ TO SIĘ JUŻ WKURWIŁAM. No więc ja proszę państwa też! I nie uważam, że skoro nie jestem kobietą w stosownym wieku, ani nie mam dorastającej córki, obecne zamiary E-PISkopatu mnie nie dotyczą. Dotyczą jak najbardziej. Ufny w intelektualne możliwości Czytelników tego bloga – powstrzymam się przed szczegółowymi wyjaśnieniami.

Nie wszyscy rozumieją skalę zagrożenia i wagę problemu. Na profilu KODu jakiś młody człowiek wyburczał, że KOD mu się podobał jako ruch społeczny, ale skoro zaczął „popierać aborcję” to on się wypisuje… Ktoś zaraz dowcipnie odpowiedział mu, że jeśli nie chce, wcale nie musi dokonywać aborcji; ktoś inny odezwał się bardziej zasadniczo: „Bez całkowitej wolności jednostek, nie ma demokracji”. Ciekawe, że ludzie wciąż nie kojarzą podstawowych związków przyczynowo-skutkowych.

Choćby pewien dżentelmen ze stronki fejsbukowej, na której skrzykiwały/li się uczestniczki/uczestnicy wczorajszej demonstracji pod konsulatem (rekwizyt w postaci wieszaków obowiązkowy!) Otóż ten dżentelmen próbował udowodnić, że akcja feministek jest przedwczesna lub zgoła niepotrzebna, a cały szum robi się po to, żeby uderzyć w PIS, gdy tymczasem… „PIS wcale nie planuje wprowadzić wzmiankowanej ustawy”. Jego przekonanie wynikało z lektury „Faktu”, bo tam  napisano, że PIS najprawdopodobniej wycofa się z poparcia dla inicjatywy obywatelskiej, żeby nie tracić w sondażach, itd.

Obok artykułu widniało zdjęcie Kaczyńskiego, dlatego nie wytrzymałem i pozwoliłem sobie na komentarz:

– Ten koleś tyle razy był skazywany przez sądy za kłamstwo, co mu szkodzi raz jeszcze obrócić kota ogonem?

Odp: Na tym polega polityka… To jednak nie zmienia faktu że kłamstwem jest również informacja podana w opisie tego wydarzenia: PIS „chce wprowadzić całkowity zakaz przerywania ciąży.”

– Nie wierzę, że nie PIS chce. Na razie robi tylko uniki, a jak go Episkopat przyciśnie to w jedną noc ustawę wprowadzi i będzie „po ptokach”. Tej partii nie można ufać! W niczym!

Odp: A której można ufać? Trzymajmy się jednak faktów… w tym momencie oddolna inicjatywa obywatelska jaką jest projekt „Stop aborcji” nie może przysłużyć się ani PISowi ani antyaborcjonistom… Mało tego… Wydaje mi się że to wszystko co się dzieje, doprowadzi do jeszcze większej liberalizji obecnie funkcjonujących ustaw.

– Oby! Jestem za całkowitą liberalizacją! Wczoraj podpisałem apel w tej sprawie. Libero znaczy wolny!

Dalszych odpowiedzi nie było!

Wspierajcie kobiety, podpisujcie apele, domagajcie się edukacji seksualnej w szkołach!

Pod papugami

28 marca 2016

Parę tygodni temu, pod artykułem dotyczącym wypadku limuzyny wiozącej Dudę z kolejnego wypadu w góry (tym razem z Karpacza), pojawił się celny komentarz: „On powinien być instruktorem narciarskim a nie prezydentem”. Po jakimś czasie zabawny bon mot podjęła w krytycznym wobec Dudy wywiadzie Jadwiga Staniszkis.
Przykładów na to, jak gwiazdy medialne czerpią z gotowców znalezionych w internecie można przytoczyć więcej. Stało się regułą, że zanim jakieś śmielsze opinie trafią do mainstreamu, najpierw pokazują się na blogach, forach, w komentarzach. Blogerzy i wolni strzelcy nieskrępowani konwenansami ani strachem przed wydawcą, mogą formułować dowolne teorie. Znaczny z nich procent trafia od razu na śmietnik, ale część zostaje zauważona, wędruje dalej i wypływa z innych, prominentnych ust. Anonimowi internauci nie mają się o co obruszać, bo przepływ trwa także w drugą stronę: ciekawsze wypowiedzi dziennikarzy lub polityków krążą po sieci rozpowszechniane jako „głos rozsądku”, choć częściej jako żarty lub tematy memów. Podpatrujemy i cytujemy się wzajemnie. Jak jeden mąż kołyszemy się nad klawiaturami w rytm piosenki „Pod papugami”. Tylko jeden Tomasz Lis ma lepszą sytuację, bo tyle trafnych prognoz postawił, że może z powodzeniem cytować wyłącznie siebie. Ostatnio wydał książkę pt. „A nie mówiłem?”, gdzie też pewnie cytuje.

Mogę być posądzony o megalomanię, ale wbrew pozorom, przewidywanie rozwoju wypadków na podstawie bieżącego oglądu wcale nie jest trudne. Czy ktoś (poza pisowcami, kukizami i kucami od korwina) miał wątpliwości, jakie będą ekonomiczne i dyplomatyczne efekty dojścia PISu do władzy? To partia katastrofy, znakomicie sprawdzająca się w rozwalaniu i niszczeniu – więc nie trzeba być Wernyhorą, żeby skutki jej działań z grubsza przewidzieć.

To również partia głupców. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: Puszcza Białowieska. Pisowski minister uparł się, żeby w puszczy dokonać wycinek wbrew protestom, opiniom naukowym i groźbie sankcji ze strony Unesco. Artykuł w „The Guardian” przytacza znane fakty a smaczku dodaje uwaga, że znacznie większy obszar puszczy leżący po stronie białoruskiej w całości znajduje się pod ochroną. Tamtejsze dzięcioły, żuczki i gryzonie mogą spać spokojnie. Powiedzcie, po kiego czorta rząd uwikłany w konflikt o TK i dziesiątki innych spraw budzących szeroki sprzeciw, rzuca się z siekierami na skrawek lasu? Zyski z wyrębu nie pokryją strat wizerunkowych. Zatem powstaje pytanie z dziedziny psychiatrii: jaką tym razem traumę prezes chce odreagować na zrębie dziewiczego lasu? Czy przypadkiem nie o to dziewictwo chodzi? Brak życia seksualnego aż tak uwiera?

Kilka wpisów temu przewidywałem, że idąc tak szerokim frontem (frontem już nawet nie białoruskim, bo Łukaszenko jednak Puszczę oszczędził) PIS nagrabi sobie u wielu, niepowiązanych ze sobą grup społecznych i zawodowych. Potwierdzenie, nie pierwsze zresztą, znalazłem dziś w Wyborczej:

Rząd rozwściecza przedsiębiorców, rolników, rodziców, w których uderzy wycofanie 6-latków ze szkół i brak miejsc w przedszkolach dla 3-latków, kobiety obawiające się zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej i ograniczenia dostępu do pigułki „dzień po”. Ostatnio minister Szyszko stojący na czele resortu dewastacji środowiska wywołał liczne sprzeciwy, gdy zarządził potężną wycinkę Puszczy Białowieskiej. Najpewniej zaraz obudzą się internauci zagrożeni niekontrolowaną inwigilacją sieci przez służby specjalne. Wszystkich tych konfliktów nie zrekompensuje program „500+”. Klęskom w polityce wewnętrznej towarzyszy katastrofa w stosunkach zagranicznych.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,19830430,pis-jest-w-kleszczach-miazdza-go-wlasne-slabosci-oraz-sila.html#ixzz44CtpsuN7

A’propos stosunków zagranicznych: wczorajszy dzień przyniósł dwie ważne informacje: prezydent Obama nie znajdzie czasu dla polskiego PIS-prezydenta, natomiast Mateusz Kijowski spotka się w USA z przedstawicielami Senatu i wpływowymi intelektualistami. I druga rzecz: PIS chyłkiem wycofał się pomysłu organizacji wzorowanego na faszystowskich marszach Marszu Miliona. Dwie porażki wizerunkowe, które w obecnym rozhuśtaniu nastrojów mogą okazać się pierwszymi gwoździkami do trumny PISu. Za wcześnie? Mam nadzieję, że za wcześnie. To szaleństwo powinno jeszcze potrwać, żeby mocno dało się we znaki naiwniaczkom zwabionych na lep obietnic socjalnych i zapowiedziami podniesienia Polski z kolan. A także po to, aby antypisowsko nastrojeni obrońcy prawa, szlachetni zwolennicy stabilizacji i niezmordowani uczestnicy marszów KODu przyswoili sobie podstawową prawdę o przyczynach obecnego zamordyzmu. Prawdę, którą zręcznie wyartykułował internetowy komentator o ksywce duszpastuszek.

Ten zamach stanu to oni, czyli kaczyści i kler, musieli razem przygotować – musiała to być zmowa, gdyż bez pewności co do poparcia biskupów Kaczyński nigdy nie odważyłby się na ten skok. Kaczyński jest tchórz i wszarz, ale głupi to on nie jest.
A przy okazji, tak się składa, że zarówno faszyści jak i katolicki kler nienawidzą demokracji – od zawsze. Nie tylko o spodziewaną przez kler kasę idzie tu zatem. Oni po prostu wspaniale się dobrali. Choć mogło się wydawać, że po doświadczeniach we Włoszech Mussoliniego, Hiszpanii za czasów Franco, Portugalii Salazara, Chile Pinocheta, Polski okresu sanacji,kler katolicki zrezygnował z rycia pod demokracjami. Nie! Kościelna reakcja antydemokratyczna trafiła na podatny grunt w Polsce.

Kiedyś, bodaj w roku 1983, wyraziłem opinię, że komuna musi upaść w ciągu kilku lat, ale największą przeszkodą dla zadomowienia się w Polsce demokracji będzie katolicki Kościół, który wyczeka okazji, by skutecznie podstawić jej nogę. Właśnie to uczynił. Pytanie tylko – na ile skutecznie.
Gdy Polska znajdzie się na śmietniku Europy – pamiętajcie o biskupach i reszcie kleru. To oni inspirują tę faszystowską bandę. To oni przyczynili się do wygranej PiSu i Dudy – do obalenia demokracji poprzez eliminację TK. Nie zapomnijcie!

To na potwierdzenie, że odważne, nierzadko prorocze obserwacje i diagnozy najpierw pojawiają się w sieci, a potem dziennikarskie i profesorskie papugi podejmują je publicznie. Pytanie tylko, czy zdążą polski lud oświecić, zanim KK w obawie przed coraz dotkliwszą utratą owczarni nie wsadzi PISu na minę i nie przyczyni się do odebrania mu władzy?

Monopoliści i uzurpatorzy

5 marca 2016

Dawno temu, przed epoką internetu napisałem tekst dotyczący ludzi, których sposób myślenia o świecie jest tak dalece zamknięty i wynaturzony, że nie pozostawia miejsca dla myślących inaczej. Tekst był krótki, a jego główna teza brzmiała:

Ile trzeba mieć tupetu i jak mało wiedzy o subtelnej strukturze świata duchowego, żeby mienić się posiadaczem monopolu na jedyną prawdę? Zupełnie tak jakby ktoś, kto ledwo słyszy na jedno ucho, sam siebie ogłosił znawcą muzyki i tonem nie uznającym sprzeciwu wygłaszał opinie, że tylko Chopin zasługuje na bezwzględne uznanie. Natomiast pozostali kompozytorzy jak Mozart, Beethoven lub Wagner powinni być czym prędzej zapomniani i potępieni.

Minęło kilkanaście lat, swoje zdumienie tak urządzonym światem rozszerzyłem o opis zajęć praktycznych i w 2009 r. przerobiony tekst umieściłem na świeżo założonym blogu. Mimo upływu lat, tekst nadal jest czytany, głównie przez tych, którzy w wyszukiwarce wpisują hasła „żerdzie na płot” albo „słupki dębowe”. Albowiem wpis nosi tytuł Rozmyślania przy stawianiu płotu

Żeby nie zanudzać historią: obserwacje dotyczące nietolerancji, zamknięciu się ludzi i całych środowisk na prawdy uniwersalne, niemożności wychylenia nosa zza pancerza własnych (niezłomnych) przekonań są nadal aktualne. Byłbym naiwniakiem, gdybym wówczas sądził, że kiedykolwiek aktualne być przestaną. Ale nie przypuszczałem, że zjawisko dalszego, podsycanego propagandą skorupienia poglądów i obrastania nalotem groźnego szowinizmu przybierze tak niepokojące rozmiary, jak obecnie. Dzisiaj do opisu postaw ludzi zagrzebanych po szyję w mule własnych przekonań żadnych metafor nie potrzeba. Do głosu doszła mentalna zakompleksiona  żulia a jej głos skutecznie rozpowszechnia horda fanatyków.
Nie ma mowy o pomyłce, sprawdziłem w Wikipedii:

Fanatyzm (łac. fanaticus – zagorzały, szalony) – postawa oraz zjawisko społeczne polegające na silnej wierze w słuszność jakichś poglądów politycznych, religijnych lub społecznych występujące w połączeniu ze skrajną nietolerancją wobec przedstawicieli odmiennych poglądów.

Sekciarski charakter ugrupowania dzierżącego władzę nie jest już żadną tajemnicą. Strategia kłamstw, odwracania wektorów znaczeniowych, przypisywania innym wyłącznie złych intencji i obarczania ich zmyślonymi winami przyniosła skutek. Za sprawą PISu i Radia Maryja spełnił się w Polsce XXI wieku sen sowieckich ideologów: wychowano „nowego człowieka” przydzielając mu zadanie walki ideologicznej w obronie nie pokoju i socjalizmu, lecz oblężonej twierdzy PIS. Nowy człowiek jest święcie przekonany, że PIS wespół z kościołem katolickim broni wyłącznie wzniosłych spraw i jest oddany najwartościowszym wartościom, natomiast cała reszta, ten drugi sort obywateli zdania mieć nie powinien, bo jest to zdanie szkodzące. Jak w partyjnej agitce: „kto nie idzie z nami, maszeruje przeciw nam.”

Język racjonalny do tego typu osób nie trafia. Argumenty odbijają się od wdrukowanego w ich umysły przekonania o czyhającym spisku i wrogości zewnętrznego świata. Przy takiej konstrukcji, dla delikwenta nie jest ważne, co słyszy, tylko KTO mówi A najważniejsze jest, czy to co słyszy, zgadza się wtłoczoną wcześniej do głowy wizją świata. W pewnym momencie indoktrynacji do głowy wyznawcy nie ma prawa dotrzeć nic, co by z tą – niekoniecznie szczęśliwą – wizją nie współgrało. Tak powstaje mentalność owcy, która idzie za przewodnikiem i żywi się tylko tą trawą, którą przewodnik wskazał a naczelny baran obsikał.

Rodzaj przekazu, z silnym wskazaniem na negatywne aspekty życia i natychmiastowym wskazaniem winnych tego stanu i łopatologicznym podaniem recepty na poprawę sytuacji jest atrakcyjny dla ludzi niedokształconych i niezdolnych do formułowania własnych ocen rzeczywistości. Ci ludzie – zwolnieni od dalszych dociekań – chętnie podłączają się pod grupę, której charakterystyka zawiera się w silnym przekonaniu o własnych racjach, pogardzie dla myślących inaczej i bezkrytycznym posłuszeństwie wobec zwierzchnictwa. Jak dzieci lgną do księży, tak fanatycy lgną do innych fanatyków.

Hasło „Polska w ruinie” było przykładem narracji odwrotnej do faktów. Narracja odwrotna, nazywająca sukces porażką a działania zamordystyczne przewracaniem porządku to jeden z elementów socjotechniki czyli umiejętności manipulacji. Od kilku lat opinię publiczną w Polsce kształtuje głównie narracja oparta o kłamstwa, pomówienia, wzniecanie fobii i wskazywanie wrogów. Do tego dorzucić trzeba tworzenie negatywnych i pozytywnych legend, które dziwnie łatwo znajdują posłuch. Następstwem katastrofy smoleńskiej był powszechny amok w kształcie niemal klinicznym. Ale gotowość do przyjęcia tego typu narracji i emocje towarzyszące obronie „własnych racji” narastała w Polakach od dawna.

Tego quasi religijnego zaangażowania widocznie im było potrzeba a konsekwentna propaganda PISu i pomniejszych prawicowo-narodowych ugrupowań dawała i daje znakomitą pożywkę do dalszego wzrostu nieskomplikowanych organizmów naładowanych „patriotycznie”. Oferta Kościoła instytucjonalnego przestała być wystarczająco czytelna, znaleźli sobie inną religię, którą w pewnym uproszczeniu nazwać można „religią smoleńską”. Zresztą zwierzchnictwo polskiego kościoła katolickiego bez oporów zgodziło się na takie przetasowanie, co więcej, chętnie uczestniczy w procesie zastępowania żarliwości chrześcijańskiej żarliwością plemienną. Aż dziwne, że brylujący w mediach podczas kampanii wyborczych a obecnie „dziwnie milczący” biskupi nie nakazali jeszcze schowania listów św. Pawła (o miłosierdziu, wybaczaniu i potrzebie wzajemnej miłości) i zastąpienia ich kodeksem Hammurabiego.
DSC02343
Można obwiniać poprzedni rząd o wiele zaniechań, ale wygrana PO w ostatnich wyborach tego stanu rzeczy by nie zmieniła. Sprawy zaszły za daleko i nawet przy minimalnej wygranej PO dalsze rządzenie społeczeństwem tak wrogo nastawionym do gospodarki rynkowej, swobód obywatelskich i racjonalizmu nie byłoby skuteczne. Ponad wszelką wątpliwość, to również, w sensie rozwoju gospodarczego i reform społecznych, byłyby zmarnowane lata. Byłyby zmarnowane podwójnie, bo nie dawałyby szansy na wstrząs psychiczny, który wielu Polakom dyletanckie i autorytarne rządy PISu fundują. Coś za coś.

We wspomnianym 2009 roku napisałem tekst Jeszcze 7 kadencji Sejmu i mamy ustawę o in-vitro . Już wtedy wiedziałem, że rozwój Polski jest skutecznie blokowany przez zwierzchników Kościoła katolickiego, dla których kwestia in-vitro, tak jak inne kwestie dotyczącej kobiecej dupy, są tylko pretekstem do narzucania społeczeństwu swojej woli, do wzniecania podziałów na lepszych i gorszych, moralnych i niemoralnych. Wiadomo, że rządzi się lepiej, kiedy pogubione społeczeństwo podzielić na plemiona. Prędzej czy później muszą skoczyć sobie do gardeł. Lecz wtedy, jeszcze niewielu dostrzegało anomalię w wypowiedzi Dziwisza i niewielu widziało jak dalekosiężne mogą być skutki oddawania pola wilkom w owczej skórze, przeciwnikom wyczekiwanego postępu, dobrobytu i stabilizacji.
Teraz widzą, ale jest za późno.