Zamek św. Anioła w Rzymie

4 marca 2018

O istnieniu Zamku św. Anioła dowiedziałem się ze zbeletryzowanej biografii Michała Anioła „Udręka i ekstaza”. Była to dawno temu, ale zapamiętałem, że ufortyfikowana budowla stojąca nad Tybrem, tuż za murami Watykanu, służyła jako schronienie dla papieży i więzienie dla niepokornych. Kiedy później zgłębiałem wiedzę o renesansie i władcach Rzymu, odkryłem, że budowla w II wieku n.e. powstała jako mauzoleum i stała się miejscem pochówku jej fundatora – Hadriana. Później przejęli ją papieże i rozbudowali dla własnych celów. Za masywnymi murami znalazła się warownia obronna, więzienie, apartamenty mieszkalne oraz kaplica. Zaciekawiły mnie dzieje zamku, który ze względu na  swoje położenie i wielorakie funkcje  stał się świadkiem ponurych historii. Jego patronem  jest eteryczny anioł, w dodatku święty. Czy to nie paradoks?

Kiedy w ciepłe majowe południe stanąłem na brzegu Tybru i po drugiej stronie zobaczyłem ceglaną, cylindrycznie uformowaną fortecę a na jej szczycie jasną figurę anioła – wiedziałem, na co patrzę i czego mogę spodziewać się we wnętrzu.

Jak podaje W. Ponikiewski, autor wspomnianego poprzednio spacerownika:

Pod koniec IX wieku, wraz z osłabieniem władzy cesarskiej w Rzymie, mauzoleum staje się miejscem zażartych walk rywalizujących ze sobą wielkich rodzin. W 1379 roku, podczas rewolty, która ogarnęła miasto, doszło niemal do zrównania go z ziemią. Później staje się fortecą papieską – powstaje wtedy apartament, który może gościć papieży, i pokoje dla papieskiego dworu. W XV wieku zostają dobudowane narożne bastiony, a w połowie wieku XVI papież Paweł III przebudowuje apartament, ukryte też zostaje w zamku archiwum watykańskie i skarbiec.

Jeśli ktoś lubi przyglądać się budynkom, w których namacalne ślady kolejnych epok historycznych odkładają się jak warstwy w przekroju geologicznym, zamek Anioła będzie do tego idealnym miejscem. Chropawa struktura dolnej części budowli nie pozostawia watpliwości, że jej geneza sięga czasów antycznych. Ale masywne mury, na których spoczywa wyższa, nieco gładsza część budowli są tylko marną resztką dawnego mauzoleum zdewastowanego podczas najazdu Wizygotów a później zamienionego na kopalnię szlachetnych materiałów budowlanych. Kronikarz Giorgio Vasari relacjonuje, jak się to odbywało:

Żeby budować kościoły dla Chrześcijan nie tylko niszczono znakomite świątynie pogańskie. Bazylikę Św. Piotra uświetniono dodatkowymi dekoracjami w postaci marmurowych kolumn i ozdobnych płyt kamiennych zagrabionych z mauzoleum Hadriana, znanego także jako Zamek św. Anioła, który widzimy dziś w ruinie.

Na szczęście od tamtego czasu (Vasari zmarł w 1571 r) zamek podźwignął się z ruiny. Widoczna na zdjęciu elegancka loggia w najwyższej partii budynku wskazuje na robotę któregoś z renesansowych papieży, prawdopodobnie Pawła III. Ciekawostką jest, że z umieszczonego po sąsiedzku herbu Rodrigo Borgii pozostał tylko kamienny kartusz i niewyraźny napis. Sam herb został zniszczony, przypuszczalnie przez wrogów nielubianego papieża. Stare budowle są jak otwarta księga, wiadomo, że Aleksander VI przyczynił się do rozbudowy zamku, miał w nim swoje apartamenty a ostatecznie musiał się w nim chronić podczas najazdu wojsk francuskich na Rzym w 1494 r. Żeby tam się dostać, skorzystał zapewne z wyniesionego ponad poziom ulicy pasażu (Passeto di Borgo) łączącego Watykan z Zamkiem Anioła. Niedostępne dla intruzów przejście długości ok. 800 metrów dwa wieki wcześniej zbudował Mikołaj III. Średniowiecze było czasem niespokojnym. Widocznie tamten papież miał powody do przezorności.

Innym papieżem, który w dramatycznych okolicznościach musiał opuścić luksusowe watykańskie pokoje i zamieszkać w ciasnym zamku był Klemens VII (Giulio Medici). Jego pontyfikat przypadł na niefortunny dla kościoła rzymskiego czas gniewu protestanckich żołnierzy, którzy, za przyzwoleniem hiszpańskich i niemieckich książąt, w 1527 roku spalili i splądrowali Rzym. Klemens VII uszedł żądnym krwi oprawcom, spędził w fortecy kilka miesięcy, po czym wpłacił okupantom okup i w przebraniu uciekł do Orvieto. Widoczna na zdjęciu sala biblioteczna wymalowana w modne wąsate groteski powstała prawdopodobnie za pontyfikatu Pawła III (Alessandro Farnese), który w niepewnym dla losów potęgi rzymskiej wieku XVI uznał, że warto dokonać dalszych adaptacji fortecznych wnętrz, na wypadek, gdyby trzeba było pomieszkać tam dłużej.

W najniższej, pozbawionej naturalnego światła, części fortecy mieszczą się rekonstrukcje antycznych sarkofagów oraz cele więzienne, w których wbrew własnej woli rezydowali między innymi Benvenuto Cellini, kronikarz, awanturnik i rzeźbiarz oraz Giordano Bruno, spalony później na stosie za herezje oparte na teorii kopernikańskiej. Jeden z wewnętrznych dziedzińców był wówczas miejscem egzekucji najbardziej niepokornych skazańców.

Łatwo policzyć, że zamek liczy sobie ok. 1900 lat, w tym czasie wielokrotnie był rozbudowywany i adaptowany do potrzeb kolejnych rezydentów. Obecny, utrwalony w XIX wieku układ korytarzy, komnat, wewnętrznych dziedzińców, pasaży i schodków tworzy wielopoziomowy labirynt. Na jednym z dziedzińców ustawiono odlaną w brązie rzeźbę skrzydlatego patrona zamku, na innym obiektywy aparatów przyciąga cembrowina studni z papieskim herbem.

Z tarasów najwyższej części fortecy widać znajdujące się niżej dziedzińce i stanowiska obronne. Po wyjściu ze słabo doświetlonych komnat i korytarzy, miłą odmianą dla oczu stają się panoramiczne widoki Rzymu. Przyjemność oglądania można dodatkowo wzmocnić wstępując do tarasowej kawiarni.

Reklamy

Rzymska majówka

3 marca 2018

Dawno tu nie pisałem, na komentowanie polskiej polityki szkoda prądu w klawiaturze, natomiast podróże… czekały na swój dobry czas. Blog się zawiesił, liczyłem się jednak z możliwością jego odwieszenia. Na wszelki wypadek wrażenia notowałem w zeszycie.

Prawie rok temu, w maju wybrałem się do Rzymu. Spędziłem tam zaledwie pięć dni, ale były to dni wypełnione samotnymi wędrówkami po ulicach, placach i mostach Wiecznego Miasta. Wcześniej oczywiście czytałem sporo o dziełach sztuki, które można podziwiać w tamtejszych kościołach i muzeach. Mówiąc krótko, wiedziałem po co tam jadę. Pierwszego dnia, po wstępnym rozeznaniu w terenie i pierwszej kawie zapuściłem się w dzielnicę Monti. Dzielnica leży na wzgórzu, dlatego niektóre z uliczek przybierają postać schodów i jedna z takich schodkowych arterii nosi nazwę Via di Monte Polacco. Po wyjściu z gęstej zabudowy można dostrzec bryłę Koloseum, trudno tę budowlę pomylić z czymkolwiek. Ale zanim do Koloseum, zanim zobaczę ogorzałych facetów przebranych za rzymskich legionistów, którzy pozują za pieniądze do zdjęć, skręcam w lewo (lewo jest mi organicznie bliskie) i po kolejnych schodkach wchodzę na dziedziniec kościoła św. Pawła w Okowach. Domniemane okowy męczennika spoczywają w szklanej gablocie pod głównym ołtarzem.

Lecz nie żelazne łańcuchy zwabiły mnie do wnętrza kościoła, nie jego masywne kolumny i kasetonowy pozłacany sufit. W bocznej nawie, tuż obok ściany ołtarzowej znajduje się nagrobek papieża Juliusza II, tego samego, który zmusił Michała Anioła do malowania sufitu Kaplicy Sykstyńskiej. Centralną figurą monumentalnego nagrobka jest nie kto inny jak Mojżesz. Pełna blasku i odczuwalnej mocy sylwetka fascynuje mnie od niepamiętnych czasów, a dokładniej od szóstej klasy podstawówki. Kiedy na lekcji „plastyki” zobaczyłem fotografię dzieła Michała Anioła poczułem, że chciałbym go kiedyś zobaczyć. Trochę to potrwało, ale marzenie spełniłem. Nie sądziłem tylko, że kościół, w którym zasiada ten nadludzki, gotowy powstać i zakrzyknąć Mojżesz, jest, jak na warunki rzymskie, taki niepozorny. Cieszyłby się znacznie mniejszym zainteresowaniem turystów, gdyby nie skarb, który od pięciu wieków kryje pod swym dachem. Już Giorgio Vasari w „Żywotach artystów” (wyd. 1556) odnotował, jak przed figurą Mojżesza „niczym stado szpaków” kręcą się Żydzi, którzy z pobliskiej synagogi przychodzili podziwiać swojego proroka. Wierciłem się i ja przed Mojżeszem, wpatrywałem się w jego groźną twarz, bezkarnie pstrykałem kolejne zdjęcia i niemo go podziwiałem, choć to nie mój prorok. Nie pytajcie, co takiego znajduję w dziełach sztuki, że jadę setki kilometrów, żeby na nie przez chwilę popatrzeć. Odpowiedź byłaby pokrętna i niewykluczone, że nieprawdziwa.

Spod figury Mojżesza całkiem blisko do Koloseum. Dzień był ciepły, majowy. W sandałach i krótkich spodniach, z aparatem na szyi zbliżyłem się do tłumu turystów. Zrobiłem kilka zdjęć, z boku podszedł czarnoskóry sprzedawca pamiątek. Wyglądał schludnie, nie wyczułem nachalności. Kiedy skrzyżowaliśmy spojrzenia, wtedy ośmielił się i zagaił:
– Skąd jesteś?
Nie lubię tego pytania, więc trochę zaczepnie odparowałem
– Zgadnij!
– Z Niemiec?
– O, pochlebiasz mi. (Zawsze imponowali mi niemieccy turyści we wzorzystych zapinanych swetrach, masywnych skórzanych butach i skarpetkach naciągniętych wysoko na łydkę.) Ale ja nie jestem z Niemiec. Czy wiesz, jaki kraj leży na wschód od Niemiec?

Niepewność na twarzy rozmówcy skłoniła mnie, żeby tajemnicę ostatecznie wyjawić:
– Polska.
– A, Polska! Spotykałem wielu turystów z Polski, kiedy mieszkałem jeszcze w Kenii. Fajni ludzie, opowiadali o Polsce. To musi być piękny kraj.
– Rzeczywiście piękny jest. Ale ty kolego raczej nie powinieneś się tam wybierać.
– Dlaczego?
– Bo to kraj pełen rasistów i łatwo mógłbyś dostać regularny wpierdol a policja nie kiwnęłaby palcem, żeby cię obronić.
– Mój rozmówca zaśmiał się i dopytywał: atakowaliby mnie za to, że mam inną skórę?
A ja patrząc na jego niewinne oblicze i rządek białych zębów dokończyłem opis mojej ojczyzny:
– Na sto procent dosłałbyś wpierdol. O wyzwiskach nie wspomnę. Tam nawet pobili polskiego wykładowcę, za to, że w tramwaju mówił po niemiecku. To chory kraj.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę, z sympatii do młodego Kenijczyka kupiłem kilka bransoletek z grawerowanymi słonikami i kolorowymi koralikami. Gdy odchodziłem kierując się ku dostojnej budowli, zapewnił, że za te kilka euro jego kenijska rodzina będzie miała co jeść przez cztery dni. Nie wiem, czy mówił prawdę, może tylko opowiadał to, co przeciętny turysta sięgający do portfela chce usłyszeć.

Obszedłem Koloseum dookoła, na zwiedzanie części wewnętrznej się nie zdecydowałem (odstraszała mnie długość kolejki chętnych) i minąwszy triumfalny Łuk Konstantyna przez wzgórze palatyńskie doszedłem aż do Forum Romanum. Zgiełk miasta został daleko za mną. Oaza spokoju. Po drodze mijałem kolejne grupy mniejszych lub większych ruin, które w zestawieniu z wybujałymi drzewami, różanymi klombami i dzikimi łąkami tworzą urokliwy park. Być może temu miejscu należy się więcej szacunku, wszak wzgórza palatyńskie uznaje się za kolebkę cywilizacji rzymskiej a od Palatynu wywodzi się obecne w wielu językach słowo pałac. Rozciągające się na obszarze kilkunastu hektarów pozostałości po łaźniach, pałacach i świątyniach, karbowane szczątki marmurowych kolumn sprzed 2,5 tys lat oraz masywne ceglane budowle z pewnością nie są jakimś tam parkiem. Dosłownie rzecz biorąc są ponurym cmentarzyskiem. Z jednej strony świadczą o niebywałym zaawansowaniu antycznej sztuki budowlanej i wysmakowanych gustach estetycznych właścicieli tych budowli. Graficzne wizualizacje dostępne na YT pokazują jak wspaniałe pod względem formy, rozplanowania przestrzennego i funkcjonalności były to obiekty.  Projektanci epoki renesansu chętnie czerpali z dokonań antycznych poprzedników. Zapytać wypada, skąd ci pierwsi czerpali wiedzę o sposobach układania cegieł, tworzenia sklepień łukowych, zachowania proporcji?

_MG_8340

Z drugiej strony porastające trawą  ruiny są niemym wyrzutem sumienia, turyści dosłownie spacerują po zniszczonych dziełach sztuki.  Unicestwienie dawnego miasta (w czasach Cesarstwa Rzym liczył prawie milion mieszkańców!)  nie dokonało się siłami natury. Gdyby tym budowlom pozwolono stać, stałyby do dziś, tak jak stoi grecki Partenon, świątynia Maison Carrée znajdująca się we Francji, albo Panteon. Forum Romanum rozbudowywano i restaurowano aż do wieku VII. Dopiero kiedy w Rzymie utrwaliła się władza papieży, a po dawnych wierzeniach nie pozostał żaden ślad, budowle starorzymskie z premedytacją niszczono a budulec – w tym złoto i czerwony marmur sprowadzany z Afryki – wykorzystano przy wznoszeniu świątyń i rezydencji nowej – jedynie słusznej – władzy. Zanim do Rzymu wkroczyli Wandale, Forum Romanum pokrywała warstwa śmieci i błota.

Można jednak przyjąć inną, bardziej optymistyczną perspektywę: po odłożeniu na bok wiedzy o historii i cywilizacyjnych osiągnięciach Cesarstwa, po schowaniu na dno plecaka arkusza z graficznymi rekonstrukcjami budowli zostajemy pośród bezładnie rozmieszczonych ruin, masywnych murów i sterczących kolumn a najważniejszym zmysłowym doświadczeniem jest gwar dzieci, zapach sosen, chrzęst żwiru pod nogami i przyjemne ciepło bijące od rozgrzanych słońcem kamieni. Wychodzi na to, że zdolni architekci Juliusza Cezara i jego następców wieloletnim wysiłkiem stworzyli unikalny ośrodek odpoczynku i rekreacji – samo wejście na wzgórze palatyńskie wymaga sporego wysiłku. I za to chciałbym Juliusza pochwalić: Ave Cezar! Zostawiłeś po sobie wspaniały park, co prawda bez dinozaurów, ale za to z gniazdującymi ptakami. Jakże miło spalać kalorie w tak pięknych okolicznościach historii.

Rzym to, oprócz placów i pałaców, przede wszystkim kościoły. Nie sposób ich wszystkich obejrzeć, niemożliwością opisać na blogu. Te największe są tak znane z reprodukcji, że oglądanie na żywo nie przynosi już wielkiej satysfakcji. Cenię bardzo  sztukę sakralną,  ale lubię być zaskakiwany, dlatego chętniej zaglądałem do przybytków bardzo starych, w których mogę się spodziewać nawarstwionych śladów kolejnych epok oraz śladów sztuki bizantyjskiej i romańskiej. Taka jest Bazylika św. Klemensa, dostojnie stara i jak na warunki rzymskie, niezbyt duża. Wnętrze nie powoduje poczucia przytłoczenia, za to może oczarować nastrojem. Najbardziej efektowne jest malowidło ołtarzowe utrzymane w czystym bizantyjskim stylu, a więc wklęsła złocona apsyda, centralnie umieszczony krucyfiks, obok postacie boskie, gołębie i uformowane w efektowne spirale pędy roślinne, u dołu na ciemnozielonym tle rząd owieczek i stojący pośrodku baranek w aureoli.

(kliknij w poniższą ikonkę, żeby otworzyć obraz)

Bizantyjskie cudowności nie powinny nas jednak zmylić, na niższym poziomie budowli można znaleźć ślady o wiele wcześniejsze. Za czasów Cesarstwa Rzymskiego, na fundamentach prywatnego domu powstała pierwsza świątynia, w której czczono boga Mitrę. Po urzędowym zakazie jego kultu w IV wieku obiekt został przejęty przez chrześcijan, rozbudowany i podwyższony. Od tej pory przechodził kolejne przeobrażenia, wspomniany ołtarz apsydowy powstał w XII wieku. Robienie zdjęć we wnętrzu jest niedozwolone, zdołałem jedynie utrwalić jak wygląda wejście do bazyliki. Prawda, że łatwo przeoczyć?

Nie muszę zaznaczać, że niniejszy blog nie aspiruje do miana przewodnika turystycznego. Od przewodników są specjaliści, a mnie po obejrzeniu skrawka Wiecznego Miasta zwyczajnie przyszła ochota, by o nim opowiedzieć. Rzym był i będzie opisywany, bo na historycznej mapie Europy i świata jest rozgrzanym do czerwoności punktem i nie sposób zachować wobec niego obojętności. Dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś użytecznego, z czystym sumieniem odsyłam do książki, z której sam korzystałem. Tytuł znakomicie wydanego, bogatego w mapki, opisy i fotografie przewodnika-spacerownika brzmi „Rzym i jego czarna arystokracja”. Autor Wojciech Ponikiewski, który jest (był?) dyplomatą, spędził w Rzymie kilka lat, miał więc czas i sposobność na gromadzenie wiedzy i wygrzebywanie ciekawostek.  Do jego książki będę wracał. Bo to nie koniec rzymskiej majówki.

Zasłony ze śmiesznego dymu

19 października 2016

Wcale nie trzeba w Polsce mieszkać, żeby wyrobić sobie o niej zdanie, i żeby poczuć emocję, którą obecna Polska @dojnejzmiany wzbudza. Media każdego ranka informują, w którym kościele akurat przyklękała nosicielka broszki, w jakim zajeździe gulasz spożywał nadszyszkownik Kaczyński albo jakiemu zjazdowi w chwili wolnej od klęczenia i całowania w biskupi pierścień patronował niezłomny miłośnik „Łupaszki”i patron ONRowskich spędów.

Ludzie dzielą się newsami na Facebooku, wrzucają filmy na blogi i robią to często z powodów odwrotnych od zamierzeń autora. Poznański teledysk reklamujący uroczystości z okazji rocznicy chrztu był tak kosmicznie zły i żenujący, że promowali go głównie ludzie niechętni rozpanoszonemu klerowi i instytucji kościelnej. Na YT film ten miał ponad milion odsłon. Komentatorzy zastanawiali się, czy to jest produkcja serio, monthy pytonowski pastisz czy prostacki sabotaż. Podejrzenia o sabotaż były całkowicie zasadne. Nikt poważny nie pozwoliłby sobie na tak groteskowe potraktowanie poważnego tematu. Ale to pozór, bo teledysk o chrzcie jak najbardziej autentyczny był. Robili go gorliwi katolicy, ludzie niepoważni.

Nie od dziś wiadomo, że nasza wrażliwość diametralnie różni się od ich wrażliwości. Co nam wydaje się szczytem obciachu, kalką z najśmieszniejszych filmów Barei, wyznawcy prezesa K. przypisujący brzozie smoleńskiej mordercze skłonności traktują ze śmiertelnym patosem. Z braku dystansu i z nadmiaru kompleksów wpadają w ten patos łatwo i chętnie. Wiedza historyczna i wierność faktom jest dla nich jeśli nie balastem, to sprawą zupełnie obojętną. Wystarczy, żeby ktoś w patriotyczne bębny walił, upiorne melodie zemsty na wrogu klasowym fałszując wyciągał, pójdą za nim jak w dym. Kiedy nam się coś kojarzy i zaczynamy widzieć siebie w szerszej, historycznej i geopolitycznej panoramie, im zupełnie nic się nie kojarzy, mgła patriotyczna niczym bielmo Zagłoby oczy im przesłania. Nie ma co udawać, że się nie różnimy. Gdybyśmy się nie różnili, bylibyśmy nim i a nimi nigdy nie będziemy, po nie potrafimy być jak oni prostaccy, głupi i chamscy. Kiedy nam ze śmiechu łzy płyną, oni na baczność stają, na kolano przyklękają, łapki składają, karocami się wożą, kokardy przypinają, w amok wpadają, pomniki stawiają.

Każdy z was zastanowił się już nie raz, dlaczego „pisowskie porządki” robione są w takim nieporządku. Na głowie mają niedokończoną sprawę Trybunału, na ulice wychodzą kobiety i nauczyciele, rozwija się akcja protestacyjna w sprawie Puszczy Białowieskiej, trwa mobilizacja KODU i zwołuje się kolejne marsze a Komisja Wenecka stawia coraz twardsze ultimata. Po co do tego bajzlu dokładać wypowiedzi nadpobudliwej posłanki Krystyny P., po co powtarzać w Wiadomościach cyniczne oskarżenia wobec Michnika i dyrdymały Ziobry o super-spec-nadzwyczajnych komisjach? Tego jest zwyczajnie za dużo. Kto nie ma kato-narodowo-pisowskich klapek na oczach może poczuć się zagrożony skalą zamachu na wolności obywatelskie, równowagę ekonomiczną, edukację dzieci, życie żubrów i zdrowy rozsądek.

Oni byliby wyłącznie śmieszni, gdyby jednocześnie nie byli straszni. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta mimowolna groteska ma przykryć poważne zagrożenie. Gdy obserwuję w mediach ich ignorancję i arogancję, kolejne projekty wykopania, zniszczenia, obcięcia, segregacji lub unifikacji – nie jest mi do śmiechu. I z większa rezerwą traktuję pojawienie się na ekranie opasłego biskupa jadącego niczym Kopciuszek w rokokowej karecie. Coś mi mówi, że ta maskarada jest tylko zasłoną dymną. Tak samo jak rozdmuchiwanie dętych afer i aferek z żołnierzami wyklętymi, pogrzebami, komisjami i gimnazjami.

Chwilami wygląda na to, że prezes K. jednym chochołom nakazał przed kamery wychodzić i na pośmiewisko się wystawiać, innym zaś zalecił, żeby bezprzykładną butą, chamstwem i brakiem rozsądku przeciwników do szewskiej pasji doprowadzać. Niech sobie pokrzyczą futerkowi wegetarianie, niech sobie zakładają dwukolorowe rękawiczki, niech się gotują i bulgoczą, może do mile widzianej konfrontacji siłowej doprowadzą. My tymczasem w zaciszu gabinetu nasze ziobro-sprawki będziemy omawiać, polski kapitał na rzecz Putina trwonić, a żeby nam włos z głowy nie spadł każemy Kamińskiemu plany inwigilacji kreślić a Macierewiczowi kibolski narybek szkolić. Minister Szyszko z biskupami będą wznosić toasty za dalszą kretynizację życia publicznego…

To, że obecna władza strzela sobie w kolano – widzimy tylko my, większa część Europy oraz redaktorzy światowych gazet. Elektorat pisowski na wymowę faktów jest odporny. Ślepa wiara w geniusz prezesa i jego akolitów uniemożliwia im zrozumienie zawiłości polityki. Zatem prezes i akolici maja ułatwione zadanie: robią medialny szoł wyłącznie dla swojego elektoratu – a ten ani śmieszności ani grozy w poczynaniach tej ekipy nie widzi. Rządzącym wydaje się, że są wybraną przez boga i naród elitą. Musi być to mniemanie mocno zakorzenione, ponieważ w ogóle nie zauważają swojej głupoty. Z tego bierze się niedocenianie i notoryczne obrażanie się na przeciwnika – czyli na nas. Jestem przeciwnikiem PISu od stóp do głowy, od świtu do zmierzchu, całą dobę siedem dni w tygodniu (dni świątecznych nie uznaję). Bezpośrednio rządy kleru i PISu we mnie nie uderzają: ziemi rolnej nie zamierzam nabywać, edukacja (czytaj narodowo-katolicka indoktrynacja) już mi nie grozi,  podobnie  zakaz aborcji i antykoncepcji, ucieczka kapitału i spadki na giełdzie też niewiele dla mnie osobiście znaczą. Całego PISu, jego funkcjonariuszy i wyznawców nie znoszę za dwie rzeczy:  niszczenie gospodarki i rozwalanie poczucia bezpieczeństwa Polaków; po drugie: obrażanie mojej inteligencji.

Ot choćby pro-pisowski dyrektor lasów państwowych, którego wypociny zacytował na Fb Adam Wajrak (Mocna rzecz, tylko dla orłów):

Pan Dyrektor Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski, który już wydał zarządzenie o duszpasterstwie w Lasach teraz popełnił dokument o wycieczkach i imprezach. Jest to rozporządzenie z cyklu „oczko się temu misiu”:

* Wycieczki wypoczynkowe – krajowe i zagraniczne
Istotą wycieczek wypoczynkowych jest krótkotrwały (…) wyjazd pracowników jednostek organizacyjnych LP do atrakcyjnych wypoczynkowo miejsc czy miejscowości (np. usytuowanych nad wybrzeżami morskimi, jeziorami czy na terenach górskich), przede wszystkim w celu skorzystania z kąpieli słonecznych, wodnych, a także zabiegów odnowy biologicznej (w połączeniu z różnymi formami odpoczynku czynnego, np. w połączeniu z przejażdżkami kajakami, rowerami itp.)

* Występy zespołów hejnalistów leśnych (z elementami współzawodnictwa)
Występy hejnalistów mogą natomiast stanowić element autonomicznej imprezy monofunkcyjnej lub autonomicznych imprez wielofunkcyjnych (występy hejnalistów w połączeniu z imprezami wypoczynkowymi, występy hejnalistów w połączeniu z wycieczkami na grzyby i jagody.

* Prezentacja wabienia zwierzyny oraz inne naśladownictwo odgłosów fauny leśnej (z elementami współzawodnictwa)
Prezentacja naśladownictwa odgłosów zwierząt leśnych stanowi bez wątpienia oryginalną atrakcję kulturalną samą w sobie. Do występów osób naśladujących odgłosy zwierząt należy stosować odpowiednio charakterystykę imprez pracowniczych, obejmujących występy zespołów hejnalistów leśnych.

* Przedstawienia i inscenizacje kameralne
Przejawem imprezy pracowniczej są natomiast przedstawienia i inscenizacje leśników – aktorów amatorów. Mogą one przybierać formę przedstawień plenerowych (…) Plenerowe przedstawienia i inscenizacje powinny upamiętniać ważne wydarzenia historyczne z udziałem leśników lub z wykorzystaniem lasów (na przykład potyczki partyzanckie z okresu II wojny światowej, przemarsz wojsk z rozwinięciem w lasach obozów na odpoczynek, akcje zwalczania wielkoobszarowych pożarów lasów, dawne technologie prac hodowlanych itd., itp.)

* Zawody pływania długodystansowego
Z mocy niniejszego zarządzenia – w Lasach Państwowych dopuszcza się przeprowadzanie Dorocznych Amatorskich Zawodów w Pływaniu Długodystansowym Leśników.

* Spotkania biesiadne
Spotkań biesiadnych nie należy mylić z serwowaniem posiłków podczas narad gospodarczych czy szkoleń. W rozwiązaniu standardowym – spotkania biesiadne nie powinny stanowić imprez samoistnych. Mogą natomiast stanowić część składową imprez monofunkcyjnych, a najczęściej stanowią część składową imprez wielofunkcyjnych. Podczas spotkań biesiadnych należy dążyć do serwowania żywności o podwyższonej jakości oraz posiłków z darów lasu.

To już koniec cytatu. W tej wysoce niezręcznej sytuacji nie mam już nic do dodania. Darz bór! 🙂

_MG_7322

Jak dżdżownice po deszczu

4 października 2016

Z obserwacji przyrody pamiętam, że po ciepłym deszczu z ziemi wychodzą dżdżownice. Nie zadałem sobie nigdy trudu, by dociec naukowych przyczyn tego zjawiska, z pewnością nie wychodzą wabione grą indyjskiego fletu ani okrzykami „Pull Up, Pull Up”. Może, jak małe dzieci lgną do swoich pasterzy, tak dżdżownice lgną do wilgoci… Przyznać muszę, że o obyczajach glist, dżdżownic i wszelakiego płazu wiem niewiele. Jednak to, co wiem o przedstawicielach łatwej do rozdeptania fauny, pozwala wysnuć pewną analogię.
Mamy dziś wtorek, wczoraj był Czarny Poniedziałek. Ilość głupców, jacy od wczorajszego popołudnia zdążyli wychynąć z ziemi i zabrać publicznie głos jest zdumiewająca. A najbardziej warta uwagi jest przyczyna, która ich popchnęła do tych desperackich czynów.

Jeszcze w czasie trwania kobiecego protestu odezwał się biskup – oni zawsze muszą być pierwsi – Jędraszewski posyłając miłosierne gromy w kierunku kobiet, które wg niego „głoszą czarną ewangelię”. Nie słyszałem wcześniej o czarnej ewangelii – ale skoro biskup mówi, widać się zna. Lepiej niż ja na glistach. Kazanie w łódzkiej katedrze musiało być długie i troskliwy duszpasterz Jędraszewski zdołał wykrzyczeć jeszcze, że „Kłamstwo nie zna granic bezczelności”. To z pewnością nie była samokrytyka. Prędzej kumak drzewny zagra sonatę Beethovena, niż biskup przyzna się do błędów Kościoła.

Wtórował mu biskup Hoser – były afrykański misjonarz znany ze swojego gołębiego serca. Tym razem Hoser nie użalał się nad ks. Lemańskim i nie opłakiwał milionów mieszkańców Rwandy zasiekanych maczetami, za to w deszczowy warszawski dzień lał krokodyle łzy nad losem dzieci nienarodzonych, które „giną w ciszy”. „Tym dzieciom nie dane było zobaczyć światła dziennego, doświadczyć miłości. Są zabite tam, gdzie miało być ich najbezpieczniejsze miejsce, pod sercem matki.” Demagogia i obrzydliwy fałsz płynący z tak sformułowanego zdania są tu większe niż głupota Hosera, ale wypadało ten myślowy odprysk odnotować. Nazajutrz Hoser dodał jeszcze, żeby nie przesadzać z tą ciążą z gwałtu, bo „stres podczas gwałtu jest tak silny, że rzadko dochodzi do zapłodnienia.” Serio, tak powiedział.

Stosownie do swoich możliwości intelektualnych pokazał się w mediach Witold Waszczykowski – zrządzeniem boskim minister spraw zagranicznych w pisowskim rządzie. Ten tytan myśli, znany z okrzyku „Nie zabijajcie nas!”, w radiu RMF czarny protest skomentował słowami „niech się bawią”. Dziennikarz uświadomił mu, że kobiety wyszły upominać się o swoje prawa, i że to  zabawą  nie jest, lecz było już za późno. Waszcz uwierzył w swój geniusz i nazajutrz rano publicznie wypalił, że te czarne marsze z cipkami na transparentach to kpina i happening, na którym wykrzykuje się głupkowate hasła. „To nie jest sposób rozmowy na temat życia i śmierci” – podkreślił imć Waszczykowski, nie wiedząc, że jego śmierć polityczna czai się za drzwiami.

Rzeczniczka klubu PIS oświadczyła publicznie, że to, co wydobył z siebie Waszczykowski, było jego prywatną wypowiedzią. Nie wiemy czy pani Mazurek odcięła się od szefa MSZ  prywatnie, czy uczyniła to jako rzeczniczka partii, ale mniejsza o to. Ważne, że się odcięła i w tym momencie dla badacza przyrody stało się jasne, że wśród dżdżownic też obowiązuje zwyczaj, by dla ratowania stada jedną poświęcić . W takich sytuacjach zostawia się wytypowane dżdżownice na powierzchni ziemi a pozostałe nurkują głęboko, aby umknąć przed wzrokiem i dziobem sępów. Sępy na Waszczem już krążą, ale jego kochana partia poddała go dodatkowym torturom w postaci wysłuchania połajanki jęczącej Beci, o której niektóre publikatory piszą, że jest premierem rządu Kaczyńskiego. Becia spuszczona ze smyczy zrugała ponoć Waszcza wiedząc, że może sobie na to pozwolić i  tym razem nikt jej za to nie zruga. Także wśród dżdżownic istnieje coś takiego jak rekompensata własnych krzywd i odreagowanie na kimś słabszym.

Złotą myślą godną eurodeputowanego z partii PIS zabłysnął Zbigniew Kuźmiuk.
„Przed chwilą cieszyliśmy się z 39 medali sportowców niepełnosprawnych. Cieszyliśmy się, witaliśmy ich z radością. A jednocześnie bez zmrużenia oka mówimy, że jeżeli dziecko ma podejrzenie jakiejś niepełnosprawności, to możemy je zabijać.” Na pewnym portalu napisano, że ta wypowiedź jest szczytem idiotyzmów wzbudzonych zamieszaniem wokół nieszczęsnej ustawy antyaborcyjnej, która wymknęła się PISowi spod kontroli. Nie jestem tego pewien, bo za chwilę mogą pojawić się inni. Dawno nie słyszeliśmy posła Pięty…

Tak czy owak głupców nie sieją i, żeby nie było, że niesprawiedliwie czepiam się partii ze sprawiedliwością w nazwie, wspomnę o matołku z Platformy. Tenże matołek nazywa się Schetyna i z sobie tylko znanych powodów trzyma łeb pod powierzchnią ziemi, żeby nie zauważyć zmieniających się oczekiwań peowskiego elektoratu. Ogłaszanie z partyjnej mównicy pomysłu zachowania obowiązującej obecnie ustawy antyaborcyjnej i nazwanie jej „kompromisową” jest sygnałem, że PO jako partia ma przed sobą dwie drogi: albo poprosić sępy, żeby zjadły bezkręgowca Schetynę i pozwoliły ocalałej reszcie ogarnąć się na nowo, albo wykrzykując hasło „bo nasza jest racja moralna” razem z bezkręgowcem popłynąć do tego pachnącego amoniakiem oceanu, w którym od lat pływa AWS, SLD i szczątki Ruchu Palikota. Niejedno oblicze ma głupota.

Nie będę udawał, że mnie to martwi. Przeciwnie: im częściej kompromitują się religijni fanatycy i niedowarzeni watażkowie, w których zwykły protest społeczny uruchamia furię, tym mocniejsza jest nadzieja, że ich kretynizm, oszustwa i zniszczenia dokonane w obszarach gospodarki, edukacji, rolnictwa, leśnictwa, obronności i sądownictwa zostaną wreszcie zauważone i należycie ocenione przez szersze niż dotychczas masy społeczne. Poza tym zwyczajnie lubię łabędzi śpiew przerażonych dżdżownic. Długo czekałem, żeby tę melodię usłyszeć.

Czarne wygrywają , czarni przegrywają ?

1 października 2016

Znacie ten rysunek Marty Frej przedstawiający kilkunastu biskupów ustawionych do grupowego zdjęcia opatrzony znamiennym komentarzem O KOBIETACH WIEMY WSZYSTKO?

o-kobietach-wiemy-wszystko
Ta sama Marta Frej namalowała niedawno mem zatytułowany „teraz to jesteśmy już naprawdę wkurwione”. Chodzi oczywiście o zamach obecnej władzy na prawa i wolność kobiet. Jak już kilka publicznych osób zdążyło napisać, „w dyskusji” o prawo do aborcji wcale nie chodzi o dzieci poczęte, zupełnie nie chodzi o dzieci, które już na świat przyszły, a jedyną zwierzyną, którą ustawodawcy wzięli na cel są kobiety w wieku rozrodczym.

Zamysłem tej nieludzkiej ustawy zabraniającej usuwania ciąży z gwałtów, ciąży patologicznej, zagrażającej bezpośrednio życiu kobiety jest ubezwłasnowolnienie kobiet, odebranie im praw do decyzji o swoim życiu intymnym, rozrodczości, macierzyństwie i tak dalej. Całkowity zakaz… –  to brzmi jak okrutna kara za nie wiadomo jakie uczynki. Tylko pozbawieni sumień fundamentaliści mogli wpaść na to, by karać kobiety za zdolność do rodzenia dzieci.  Ta zdolność wynika z biologii, a więc niesie z sobą naturalne niedoskonałości. I na nie właśnie czyhają tak zwani „obrońcy życia”.  Odwieczna nienawiść katolickich duchownych do kobiet, którzy w przeszłości oskarżali je o czary, sprowadzanie zarazy, gradobicia i kopulacje z diabłami przybrała obecnie postać prawnego zamachu na kobiecą wolność, z którą od średniowiecza nie mogą się pogodzić.

Nic dziwnego, że kobiety nazajutrz po skierowaniu haniebnej ustawy do dalszych prac sejmowych skrzyknęły się na ogólnopolski protest. W obronie swoich praw ale i w obronie demokracji, bo kiedy jedna grupa społeczna próbuje narzucić wszystkim styl życia i zbiór wyznawanych wartości – tam zaczyna się dyktatura. Polki i Polacy zauważyli właśnie, że nie chcą katolickiej dyktatury na wzór Salwadoru i innych państw Ameryki Łacińskiej.

Zapowiedzi w mediach wyglądają bardzo buńczucznie. I obiecująco. W kampanię promocyjną włączyły się sławne aktorki, dziennikarki i pisarki. Grupa aktywistek (i aktywistów) nagrała pod Sejmem ostry protest song:

Już dziś, na dwa dni przed @czarnym protestem można przewidzieć, że pod względem liczebności i siły oddziaływania protest będzie sukcesem. Bez względu na to, czy upiorny projekt zostanie wycofany z prac sejmowych, istotny jest edukacyjny aspekt całej żywiołowej akcji. Kobiety (i ich partnerzy) niejako przy okazji dowiedzą się, skąd płynie inspiracja do uchwalania tak nieludzkiego prawa, oraz komu posłowie populistycznych partii PIS i Kukiz’15 chcą się przypodobać tak bardzo, że godzą się na rozbrat z ludzką wrażliwością i sumieniem. O zdrowym rozsądku nie wspominając.

O konserwatystach i ideologii „obrońców życia” wie coś George Carlin:

W psychoterapii istnieje coś takiego jak „praca na emocjach” – zauważono bowiem, że lepsze efekty terapeutyczne przynosi omawianie tych aspektów rzeczywistości, które pacjentowi/klientowi, mówiąc kolokwialnie, „podnoszą ciśnienie”. Dotykanie swoich bolączek, ujawnianie cech wstydliwych i skrzętnie ukrywanych to bolesny proces, ale skuteczny. Po zakończeniu terapii człowiek ma lepszy kontakt z rzeczywistością, mniej cierpi.
Analogia do psychoterapii pojawia się nieprzypadkowo. Od momentu, gdy zwiedziony pisowskimi obietnicami i warcholstwem Kukiza naród pozbawił prezydentury Komorowskiego i odsunął rząd PO + PSL od władzy, wiadomo było, że powrót do normalności nie będzie łatwy a przyswajanie wiedzy o funkcjonowaniu państwa i społeczeństwa – bolesne. Można to ująć w trywialny bon-ton: „Kto nie przyswaja wiedzy głową, ten zrozumie, gdy dostanie w dupę.”

Atak koalicji sejmowo-kościelnej na elementarne prawa kobiet jest jednym z etapów tej bolesnej upokarzającej nauki. Wściekłość kobiet (nie tylko kobiet, bo w przypadku wejścia w życie tej złej ustawy faceci będą obrywać rykoszetem) i ożywienie medialne prawdopodobnie przyczyni się do wzrostu świadomości społecznej. Nie wszystko od razu: część wojowniczek nadal będzie o wszystko obwiniać „tego strasznego kaczora z Żoliborza”, lecz jakiś procent zauważy logiczne związki między charakterem tej ustawy a obsesjami Kościoła oraz tęsknotami tegoż Kościoła za ustrojem feudalnym, w którym kobieta stała o jedno oczko wyżej od zwierzęcia domowego. Poczucie zagrożenia jest dobrym katalizatorem procesów myślowych – można więc liczyć, że po akcji @czarny protest zrozumienie, KTO rzeczywiście sprawuje władzę w Polsce obejmie ciut większy odsetek obywatelek i obywateli.

Aspekt edukacyjny jest bardzo ważny:

Wystarczy, że Panie nie pójdą z dziećmi do kościoła w niedzielę. Tak naprawdę tą ustawą steruje ePiSkopat. I to jego najbardziej powinien zaboleć odpływ klienteli. Usługi duchowe są intratnym interesem pod warunkiem, że mają klientów. Jeśli osłabi się popyt na te usługi, korporacja KK spuści z tonu i przestanie dyktować kobietom jak powinny żyć. Póki co niewinne owieczki idą sumiennie do kościoła i pozwalają programować własne dzieci, które nasłuchają się tych farmazonów z ambony, tydzień po tygodniu, aż same zaczną w to wierzyć. Wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Pamiętajcie Panie – hajs musi się zgadzać, a kościół to tylko biznes, polityka i wpływy. Ktoś musi utrzymywać tych niedojrzałych chłopców dyktujących Wam jak żyć i tak się składa, że to jesteście także wy, drogie Panie.
(Komentarz z forum GW)

Kobietom należy się cała prawda całą dobę. Powinny zauważyć, jak kler panoszył się w Polsce przez ostatnie lata i, że klerowi nigdy dość. Po przywilejach dla duchowieństwa, ubezpieczeniu na koszt podatnika, wprowadzeniu religii do szkół i uzyskaniu miliardowych odszkodowań za utracone włości – Kościół zapragnął dobrać się kobietom do… wiadomo czego. Wiadome było, że tak się stanie. Czy kiedyś księża odpuścili? Jeśli z jakimś pomysłem nie udało się im jednego roku, to przeczekali i ruszali do ofensywy za rok, dwa, gdy wprowadzili do Sejmu partię sobie podległą i urobioną jak plastelina. Potem oczywiście żądali zapłaty za poparcie. Ten scenariusz realizuje się obecnie: kobiece zdrowie, życie i poczucie bezpieczeństwa jest Szanowne Panie „daniną”, którą PIS składa na ołtarzu dobrej współpracy ze środowiskami katolickimi.

Oficjalnie Episkopat może umywać ręce, paru tzw. światłych księży może krytykować „dobrą zmianę” , co nie zmienia faktu, że Parlamentarzyści są pod stałą presją hierarchów, a ministrowie, jako stali goście wiadomych rozgłośni są emisariuszami, którzy przywożą instrukcje i życzenia drugiej strony. Kościół katolicki jest de facto koalicjantem w obecnym rządzie. Zatem logika podpowiada, że protest przeciw łamaniu praw ludzkich należy skierować nie do rządu i nie należy czekać do poniedziałku, lecz zacząć w go niedzielę. Powstrzymać się od udziału we mszy, a tym samym osłabić instytucję, której dogmaty są pierwszym i jedynym źródłem opresyjnej polityki. Schorzenia nie leczy się naskórkowo. Logicznych wniosków nie da się przykryć lub odłożyć na bok. Bo one wrócą przy okazji kolejnego zamachu na wolność obywatelską. Kosztowna i bolesna sesja w zbiorowej psychoterapii będzie się powtarzać.

PS. I na tym można by zakończyć, gdyby nie pokusa, aby przewidzieć ciąg dalszy. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że tytułowe czarne sobie pokrzyczą i wrócą we wtorek do pracy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (tego im nikt nie może odebrać!), natomiast czarni (i purpurowi) zwąchawszy zagrożenie ogłoszą, że z miłosiernych powodów  apelują do parlamentu o złagodzenie wniesionej ustawy, a najlepiej o pozostawienie jej w obecnej „kompromisowej” wersji.  (która nota bene wcale kompromisową nie jest, bo dostęp do tak do in-vitro jak do usuwania ciąży we wczesnej fazie powinien być bezwarunkowy, traktowany na równi z innymi zabiegami medycznymi). W ten sposób sukienkowi dobrodzieje na jakiś czas zdejmą z kobiet widmo zagrożenia i znowu wyjdą na jedynych sprawiedliwych. Odwracanie kota ogonem to w końcu ich specjalność. Praktykują to od 2000 lat.

Ostatni bastion przyzwoitości.

25 września 2016

Miała tu być relacja z pobytu w kolejnym pięknym mieście, ale ponieważ wczoraj odbył się marsz KODu, którego echa nadal są w Internecie żywe – muszę kilka słów temu zjawisku poświęcić.
Z oczywistych przyczyn na marszach nie bywam, mam nadzieję, że kiedyś mój grafik cudownie skoreluje się z grafikiem manifestacji, że do wielotysięcznego tłumu dołączę i zrobię sobie fotkę z panem Wujcem lub panią Ostaszewską. Nie mam powodów, by wątpić w dobre intencje założycieli ruchu oraz tych wszystkich, którzy biorą udział w marszach poświęcając swój czas i pieniądze. Od początku istnienia KODu mocno mu kibicuję, dostrzegam jego mankamenty, lecz jako zwolennik demokracji, wolności osobistej i paru jeszcze humanistycznych wartości – wielkiego wyboru nie mam. W powodzi chamstwa, złodziejstwa, złowrogiego nacjonalizmu oraz politycznego, edukacyjnego i ekonomicznego szkodnictwa KOD stał się ostoją rozsądku, troski o państwo i przykładem tolerancji. To bardzo dużo, bo KOD nie zamierza być bojówkarskim ruchem dążącym do konfrontacji z PISem. Lustrzane odbicie sekty kaczyńskiego to ostatnia rzecz, jaka byłaby Polsce potrzebna. KOD jest w polskim życiu społecznym reprezentantem tego, co przyzwoite, rozumne, nacechowane szacunkiem dla ludzi i dla prawa. Nie jest nim w żadnym wypadku instytucja, która winna nim być z racji swego charakteru i wyjątkowego statusu czyli kościół katolicki.

Bo kościół akurat ustawił się po drugiej stronie. Twardo trzyma ze złodziejskim, oszukańczym PISem i wcale się tego sojuszu nie wyrzeka. Dlaczego niby miałby się wyrzekać, skoro (państwowa) kasa płynie doń szerokim strumieniem, niezliczone ulgi i nieformalne układy czynią kler kastą uprzywilejowaną a zapowiedzi reform szkolnych dają biskupom podstawy, by sądzić, że koniunktura jeszcze parę latek potrwa: zindoktrynowane pokolenie młodych polaczków, nawet po zmianie władzy nadal będzie napełniać księżowskie kieszenie datkami a w razie próby oddzielenia Kościoła od Państwa stanowczo i gorliwie będzie „bronić wiary”. Tresura „janczarów” musi trwać.

Zacząłem o KODzie, a zeszło mi na kościół. Czyżbym miał obsesję? Nie, po prostu zestawiłem dwie grupy interesów, które zgodnie z prawami logiki winny się wzajemnie zwalczać i wykluczać, tymczasem u wielu zacnych ludzi deklarujących przywiązanie do demokracji i wartości ogólnoludzkich występuje rodzaj pomroczności, która nie pozwala im dojrzeć oczywistych faktów. Złowieszcza i inspiratorska rola koscioła w destrukcji zycia publicznego jest zbyt często przemilczana i bagatelizowana. Zmęczeni cała sytuacją i zagrożeni bezpośrednimi skutkami „podłej zmiany” ludzie psioczą na kaczyńskiego i jego ekipę, wieszają psy na posłance pawłowicz (ona, tak jak misiewicz albo suski jest na etacie błazna odwracającego uwagę od spraw poważniejszych), a nie zauważają, że bezpośredniej inspiracji i moralnego wsparcia udziela PISowi zwierzchnictwo kościoła katolickiego. Bandzior z Nowogrodzkiej wysyła kasę do Torunia a w zamian za to szamani z Miodowej ogłupiają elektorat. Od czasów premiera Mazowieckiego Episkopat trzęsie polską polityką a im bardziej usłużna władza, tym większe ma szanse trwać przy korycie, bo „dobrze obsłużeni” biskupi uruchomią swoich proboszczów do aktywnego uczestnictwa w kolejnej kampanii wyborczej.

Dwa wnioski: kiedy się chce zmieniać Polskę, nie można iść na marsz KODu w czasie wolnym między sumą a nieszporami. Albo się służy demokracji albo wrogom demokracji. Albo się pragnie wolności obywatelskich, przejrzystości w życiu publicznym i wyrównywania zapóźnień cywilizacyjnych albo się ma duszę niewolnika dumnego ze swojego zaścianka. Nie ma co udawać, że KK kocha demokrację albo, że biskupom zależy na relacjach Polski z Europą, na prawach kobiet i wzroście krajowego PKB.  I niech nikt nie mówi, że kościół to nie biskupi, tylko ogół wiernych. Teoretycznie tak, fajnie to nawet brzmi „my  tworzymy wspólnotę wiernych”, ale odpowiedzcie sobie od razu, ile wy w tej wspólnocie macie do powiedzenia? Praktyka pokazała, że Episkopat nie słucha nikogo prócz siebie. Jest głuchy na apele Franciszka, na opinie katolickich publicystów, na zatroskane głosy zasłużonych intelektualistów też katolickich. Zwykły parafianin jest dla kleru pospolitą owcą, która milcząco ma dać się policzyć na mszy (statystyki dają biskupom oręż w rozmowach z rządem i Parlamentem) a wcześniej wnieść stosowne opłaty i posłać dziecko do komunii.

Wiedzcie więc przyjaciele z KODu, że źródłem obecnego zła w tym samym stopniu jest PIS co polski kościół katolicki.
Prof. Środa nie pierwsza to zauważyła:

Myślę, że czas na jakąś rewolucję. Głosowanie w sejmie nad ustawami aborcyjnymi i skierowanie do komisji tej barbarzyńskiej (Stop aborcji), to kolejny, tym razem milowy, krok na drodze ku piekłu kobiet. (…)

Trzeba uderzyć w fundamenty tego fanatyzmu, głupoty, zaściankowości i nienawiści do kobiet, czyli w Kościół i jego cynicznych hierarchów żądnych władzy. Przestańcie chodzić do Kościoła, Bóg jest wszędzie! Wiara może być piękna a w Kościele jest tylko PiS i inkwizytorzy kobiet. Jak mówiła Arendt, największą przyczyną zła jest bezmyślność, posłuszeństwo, rutyna.

Obudźcie się ci, którzy wspieracie ten nieludzki kościół, a potem dziwicie się, że nie macie praw, że jesteście otoczeni przez złych, okrutnych ludzi, którzy bardziej przejmują się zapłodnioną komórką niż waszym życiem.

Wtóruje jej dziennikarka i feministka Paulina Młynarska:
„Tak długo, jak kościoły będą pełne, tak długo będziemy w czarnej dupie.”

I ma rację: jeśli chce się przywrócić demokrację oraz wyłonić władze, które rzeczywiście zadbają o rozwój kraju we wszystkich sferach, nie wystarczy co cztery lata wrzucić kartkę do urny. Przy powszechnej głupawce niedokształconych obywateli podżeganych przez połączone siły narodowo-katolickie głosik na lewicę lub partię centrową to za mało, żeby zapełnić sejm ludźmi kompetentnymi i odpowiedzialnymi. W tym względzie potrzebna jest poważna zmiana. Żeby przywrócić znaczenie słowu demokracja, obywatele muszą nabyć trochę wiedzy i zacząć odróżniać to co mądre, od tego co głupie; co służące ogółowi a co wyłącznie wąskiej, ubranej w patriotyczne i religijne pióra grupie idącej po trupach po władzę. Wielkim, najważniejszym zadaniem KODu jest edukacja obywatelska. To jedyna szansa na całkowite odrzucenie groźby dyktatury.

Ostatnie wybory dowiodły wielkich zaniedbań na tym polu: banda zmanipulowanych durniów wybrała bandę złodziei, żeby ci w ich imieniu rozpruli państwową kasę. Dla niepoznaki okrasili ten proceder bogoojczyźnianymi hasłami i parszywą propagandą. Obecnie trwa dzielenie łupów i odbywa się to wg bolszewickiego klucza: wam damy po 500 zł a dla siebie zatrzymamy odbite od poprzedników posady w spółkach skarbu państwa, zaprzyjaźnione szkole medialnej damy sute dotacje, wesprzemy projekt Św. Op. Bożej oraz wymyślimy tysiąc księżycowych projektów, których beneficjentami będą ludzie „lepszego sortu”.
Dzięki KODowi i wszystkim ludziom zaangażowanym w jego akcje ta tragiczna sytuacja może się zmienić. Pod warunkiem wszakże… patrz wyżej.