Weneckie podchody

Kiedy zegar na wieży wybijał dziewiątą mijałem już szósty most nad kanałami między Piazzale Roma a bazyliką Santa Maria dei Frari. Zapowiadał się pogodny dzień, słońce oszczędzało jeszcze wody kanałów podświetlając za to gzymsy, balustrady mostków i załomy murów. Od czasu ostatniej wizyty w Wenecji mam słabość do jednego architektonicznego detalu: rzędu czarnych belek podtrzymujących pierwsze piętro i wypuszczonych około pół metra poza ścianę parteru.

_MG_3839

Potem natknąłem sie na dwie zakonnice ubrane na czarno oraz mężczyznę w garniturze, z wzorzystą apaszką na szyi i skórzaną teczką w ręku. O ile zakonnice pasowały do otoczenia, to widok eleganta na tle zmurszałych murów był dość zaskakujący, może nawet jakoś symboliczny. Z rozmyślań wyrwało mnie równoczesne bicie dzwonów i blask słońca na placu przed bazyliką. Zanurzyłem się w mrok świątyni, podszedłem pod sam ołtarz do dobrze znanego obrazu Tycjana. Nie byłem zaskoczony jego urodą i wielkością. Odczuwałem raczej zdziwienie pomieszane z dumą, że znowu przed nim stoję. Ruszyłem w lewo do kaplicy św. Jana, popatrzeć na rzeźbę Donatella, choć wiedziałem, że dzieło, które mnie tu przyciągnęło znajduje się po stronie prawej, w dawnej zakrystii zamienionej na kaplicę rodu Pesaro. Tam w półmroku niewielkiej ołtarzowej niszy od pięciuset lat odbywa się sacra conversazione z udziałem Madonny i świętych. Autorem tryptyku jest Giovanni Bellini, o którym już pisałem i z pewnością jeszcze go wspomnę. Ołtarz emanował ciepłem i spokojem, wydał mi się tylko mniejszy niż sobie wyobrażałem. Kaplica była zupełnie pusta. Mogłem stać sam na sam z arcydziełem jak długo chciałem, ale czas naglił, tyle jeszcze miałem do zobaczenia. Gdzies w tym kosciele znajdował sie nagrobek kompozytora Monteverdiego, ale nie umiałem go zlokalizować.

Idąc w stronę Piazza San Marco nie zwracałem uwagi na drogowskazy, więc troszkę pogubiłem się w uliczkach, co nie jest niczym wstydliwym w tak gęstej zabudowie, tym bardziej, że nie wziąłem ze sobą planu miasta. Plan miałem w głowie. O wpół do dziesiątej wyszedłem na słoneczny plac św. Marka. Fronton bazyliki częściowo zasłaniały rusztowania, u dołu tłoczyli się chętni do wejścia. Obok wiła się druga kolejka ustawiona przed loggią Campanilli. Nie kusiło mnie, żeby wjechać windą na jej szczyt – co prawda widok z tarasu przy takiej pogodzie musiał być przedni, ale miałem inne cele. Nawet Pałac Dożów ominąłem szerokim łukiem i idąc nabrzeżem degli Schiavoni, obok straganów z pamiątkami zbliżyłem się do dawnej siedziby Bractwa Piety. Przesmyk ciągnący się wzdłuż budynku zaprowadził mnie na plac przed kościołem san Zaccharia.
_MG_3687 Wewnątrz mrok, jakiego się nie spodziewałem. Okna umieszczone wysoko, ściany niemal w całości wypełnione obrazami o wielkich formatach. Wśród nich bez trudu rozpoznałem ten, dla którego tu przyszedłem: „Madonna z Dzieciątkiem pośród Świętych i Aniołów Grających na Instrumentach” – Giovanniego Belliniego. Przed obrazem pusto, kto nie znał malowidła z książkowych reprodukcji łatwo mógł je przegapić. Na wszelki wypadek zapytałem pana sprzedającego bilety, czy obraz jest autentyczny. Tak, autentyczny. Wprawdzie raz opuścił kościół San Zaccharia i został bestialsko okrojony przez napoleońskich złodziei, ale po 1815 roku, jak wiele innych weneckich skarbów, szczęśliwie wrócił na swoje miejsce.

O jedenastej dwadzieścia znowu byłem na zewnątrz. Przyjrzałem się ponownie oryginalnej fasadzie kościoła. Nie wracałem do hałaśliwego, komercyjnego centrum, wolałem zapuścić się w kolorowe i ciche zaułki dzielnicy San Marco. Kawiarni i straganów tam nie było, turystów mijałem rzadko, w dobiegających mnie rozmowach znowu dominował język włoski.

IMG_3700

Jeszcze jeden mostek, kolejny przesmyk, sznurki z suszącym się praniem, jakaś uliczka z hydrantem pośrodku i wreszcie opustoszały placyk, na którym jedynym godnym uwagi elementem był stolik obity ceratą i dwa metalowe krzesła. Skorzystałem, co prawda na stoliku stały doniczki z kwiatami ale było jeszcze dość miejsca na butelkę z wodą i zeszyt. Na ciągnącym się wzdłuż kanału ceglanym murze kamienna tablica przedstawiająca, a jakże, skrzydlatego lwa. W kołyszących się łódkach faceci zajęci naprawami i porządkami. Gdzie się podziało to gwarne, kiczowate miasto? Zupełnie nie wiedziałem gdzie jestem, na pewno nie był to Most Rialto. Z tabliczki na murze przepisałem nazwę, żeby po powrocie do hotelu sprawdzić na mapie: Campo de le Gorne.

_MG_3708

Idź człowieku, a droga cię sama zaprowadzi. Pomny tej mądrości ruszyłem dalej i po chwili znalazłem się przed bramą Arsenału. Wszystko się wyjaśniło: ten ceglany mur pozbawiony okien otacza strefę niedostępną cywilom. Dawniej mieściły się tam stocznie i największa na świecie wytwórnia broni. Przez bramę nikt tam nie wchodzi, pełni ona wątpliwą funkcję ozdobną. Rzeźbione lwy wydały mi się niezdarne, pozbawione wdzięku, choć trudno sobie wyobrazić, aby w tak ważnym miejscu ich zabrakło. Wenecja bez lwa to jak cappuccino bez gorącego mleka.

IMG_3720

Dochodziła dwunasta, mrużąc oczy przed słońcem kończyłem na tarasie kawiarni dopijać swoje espresso, gdy stoliki otoczyła hałaśliwa grupa turystów z Azji i musiałem uciekać. Za zakrętem wszedłem do sklepu spożywczego po bułki i kolejna butelke wody i znalazłem się na kolejnym mostku. Znowu poczułem sie jak kapitan i eksplorator. Na pobliskiej wieży rozległy się dzwony wybijające południe. Sprawdziłem tabliczkę na frontonie koscioła: Santo Martino, byłem w jego wnętrzu nieco wcześniej, kościół jak kościół, ciemny i posępny, na filarach w pobliżu drzwi głównych kolorowe portrety ostatnich papieży. Nieco dalej znalazłem (bo o jego istnieniu nie wiedziałem) zamknięty kościół z tablicą informującą, że został w nim ochrzczony Antonio Vivaldi. To wyjasnia, dlaczego ojciec Antonia spiewał w chórze w bazylice św. marka – miał blisko na próby.
Wróciłem na ludne nabrzeże, zagapiłem się na statki, łodzie i promy, wzrok niezmiennie uciekał mi przeciwległą wyspę Maggiore. Sylwetka tamtejszego kościoła, dzwonnicy i wysokich zabudowań klasztornych harmonijnie wpasowanych w otaczającą je zieleń tworzy jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków na świecie.

wf april 146

Gdy wpół do pierwszej wchodziłem na schody na Riva dei Schiavoni gołąb przeleciał mi nad samą głową. Albo moja głowa znalazła się zbyt wysoko, albo one za blisko latają, ale nasze trajektorie nie powinny się przecinać, w każdym razie ja bym sobie nie życzył. Przecież szedłem do pałacu Dożów a tam nie powinno się wchodzić z twarzą rozoraną pazurami gołębia.
Ostatni Doża opuścił pałacowe komnaty w 1797 roku po wejściu wojsk Napoleona, ale pałac to pałac. Trzeba mieć czyste buty, szesnaście euro na bilet i żadnego bagażu ze sobą, nawet małego plecaczka. O godzinie dwunastej pięćdziesiąt pięć znalazłem się przed studnią na dziedzińcu pałacu, obszedłem wszystkie sale i posłuszny kierunkowi zwiedzania zajrzałem do dawnego więzienia po drugiej stronie Mostu Westchnień, a z wybiciem trzeciej byłem już na wyspie Murano, tam gdzie wytapia sie lustra weneckie i wydmuchuje szklane figurki w niepoliczonych kształtach, kolorach i stylach. O tym, co zobaczyłem w pałacu opowiem przy okazji, bo równie mocnych choć zupełnie odmiennych wrażeń dostarczyła mi wizyta na Murano. Aby tam dopłynąć trzeba minąć wyspę, którą przed wiekami Wenecjanie przeznaczyli na miejski cmentarz. O ile ktoś nie był Dożą ani biskupem czy artystą godnym by spocząć w krypcie kościoła, ten w swoją ostatnią drogę udawał się na pełną smutnego piękna Isola san Michele. Cmentarz jest czynny nadal, łódź wioząca kondukt żałobny niezmiennie cumuje przed białą bramą. (C.D.N.)

_MG_3788

IMG_3786

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: