Posts Tagged ‘turystyka’

Multi Wenecja 2

11 września 2016

W Wenecji nie ma tradycyjnych ulic a to co je zastępuje, tworzy nieprawdopodobną plątaninę chodników, przesmyków, nabrzeży i placów. Jeśli się nie chce przemieszczać ze wzrokiem utkwionym w mapie, błądzenie jest koniecznością. Wielokrotnie gubiłem drogę, ale ponieważ nigdzie się nie spieszyłem, mówiłem sobie za każdym razem: „dobrze, że tu mnie poniosło, mam okazję zrobić kolejną fotkę”. Jednak błądzenie męczy, więc czasem musiałem gdzieś odpocząć. Raz wybrałem ławeczkę w podcieniach pałacu Dożów, gdzie dolatywała przyjemna bryza od zatoki. Kiedy tak siedziałem i planowałem dalszą marszrutę, na ławeczkę dosiadła para polskich turystów w średnim wieku. Przyjechali na wycieczkę i na chwilę odłączyli od grupy. Pan Janusz palił śmierdzącego papierosa, (czy Klubowe wciąż tam sprzedają?), pani Grażyna, zdjąwszy kolorowe klapki masowała obolałe stopy. Mówili coś do siebie, starałem się nie podsłuchiwać, ale w pewnym momencie donośny głos Grażyny przebił się przez dookolny szum: „Mi telewizora brakuje. Telewizora w pokoju nie ma, a ja bym chciała wiedzieć, co tam się dzieje”. Podniosłem się z ławki. Zobaczyć Wenecję i zatęsknić za telewizją polską! Cudowne! Poszedłem dalej, tym razem bezbłędnie trafiłem przed kościół San Zaccharia, który o tej porze był zamknięty. Trudno, nie popatrzę na Belliniego tym razem. Święci otaczający Madonnę w niebieskiej sukni nadal będą rozmawiać beze mnie. Kartka na drzwiach informowała, że do wnętrza kościoła będzie można wejść za trzy godziny. Za długo, o tej porze będę w zupełnie innym sektorze weneckiego labiryntu. Sektor nazywa się San Polo. Tam wszedłem do dobrze już znanego, wspominanego w poprzednich relacjach, gotyckiego Santa Maria dei Frari.
Tak aktualnie wygląda jego wnętrze.

img_7710

img_7709

Po wyjściu z kościoła znowu trochę pobłądziłem, co już stawało się rutyną. Wreszcie wyszedłem na jakiś placyk, odczytałem na tabliczce jego nazwę, usiadłem na ławce i wyjąłem z plecaka mapę. Siedzący obok chłopak z dredami zapytał zaraz, czy może zerknąć, bo on zupełnie nie wie, gdzie jest. Witaj w klubie – pomyślałem. Zdziwił się, gdy palcem pokazałem punkt na mapie. Myślał, że ciągle jest po drugiej stronie miasta, tam gdzie rano zaczął wędrówkę. Rozmawialiśmy przez chwilę dopóki on nie skończył palić papierosa, nie wiem, czy poszukiwał kościołów, czy zamierzał pójść do muzeum czy raczej kusiły go nagrzane słońcem nabrzeża i kafejki. Do aż tak intymnych zwierzeń nie doszło. Rozstaliśmy się i po chwili marszu znalazłem się na placu San Polo, tym samym, na którym trzy lata temu zrobiłem zdjęcie biegnącego czarnego psa. Wiem, to głupie chodzić po własnych śladach, wspominać banalne momenty i skrycie wyczekiwać spotkania z tym samym psem lub z dwiema zakonnicami, które sfotografowałem onegdaj na tle pustej ulicy. W życiu nic się nie powtarza, do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy i tak dalej. W życiu z pewnością nie, ale Wenecja to co innego. Miasto, które w niezmienionym kształcie trwa od wieków, które jest jak prehistoryczna mucha zatopiona w bursztynie musi być trochę inne. Aż kusi by je uznać za cudowną anomalię, która się wyłamuje naturalnemu porządkowi. Zbyt dużo świadectw dookoła na nadnaturalność Wenecji. A skoro czas tu się zatrzymał lub co najmniej zwolnił swój bieg, to może również zataczać koła i to co było kiedyś, ma prawo nastąpić powtórnie. A potem jeszcze raz. Jak w filmie Dzień Świstaka albo jak w mitologicznych przekazach zapowiadających powtórne narodziny umarłych i unieważnienie czasu, gdy wypełni się czas. Cokolwiek by to znaczyło.
Czarnego psa przed siedzibą Urzędu Finansowego nie było, świstaka też nie, ale sam plac nie zmienił się. Poszedłem do kawiarnianego, wcale nie zatłoczonego ogródka, a potem siedząc nad kawą, przyglądałem się krzątaninie kelnerów. Było ich chyba z pięciu, wszyscy w jednakowo czarnych spodniach i białych koszulach. Wszyscy młodzi, elegancko ostrzyżeni. Wszyscy piękni i śniadzi.

_mg_7865

Multi-kulti w Wenecji działa. Przybysze z Północnej Afryki lub Bliskiego Wschodu znaleźli tu swoje miejsce. Często widywałem ich także w innych miastach włoskich. Śmiem twierdzić, że usługi hotelowe i gastronomia opierają się na przybyszach spoza Europy. Chińskie kelnerki z niezrównanym wdziękiem stawiają talerze na stole i przyjmują napiwki. Ciemnoskórzy kelnerzy lub chłopcy bagażowi na dworcu odpowiadają grzecznie szczerząc białe zęby. I mnie to nie przeszkadza, nawet, o zgrozo, całkiem mi się podoba. czyżbym nie był genetycznym Polakiem. Czy pobyt na emigracji wyprał mnie z wrażliwości prawdziwego patrioty polskiego?
Spijając resztki słodkiej kawy z dna filiżanki, wzdychałem do tego cudownego spokoju, lekkości rozmów prowadzonych przy sąsiednich stolikach. Nie rozumiałem ich, ale przecież byłem w stanie stwierdzić, że nikt tam nikogo nie wyzywał od żydów, komunistów czy arabusów, nikt nie groził daniem w mordę za mówienie po niemiecku i nie kazał spłoszonym Koreankom wypierdalać do swojego kraju. Poprzedniego wieczora w telewizji włoskiej obejrzałem relację ze ślubu dwóch starszych panów, którzy po latach wspólnego życia mogli zalegalizować swój związek. Ceremonii towarzyszył aplauz i gratulacje. Szpaler radosnych ludzi stał na trasie przejazdu ślubnej dorożki. Zerkając w pustą filiżankę zrozumiałem, że raczej nie doczekam Polski takiej, na jaką miałem nadzieję w pierwszych latach emigracji. Jeszcze parę lat, mówiłem sobie, Polska będzie podobna do krajów Zachodu. Ludzie otrząsną się z socjalistycznej mentalności, młodzież się wyedukuje i zrozumie na jakich wartościach można oprzeć lepszą przyszłość. Naiwny byłem a ostanie wybory do parlamentu pozbawiły mnie złudzeń. Mur miedzy Polską a Europą Zachodnią rośnie. We Włoszech faszyzm skończył się w 1945 roku, w Polsce akurat się zaczyna.

Powodowany nierozumną chęcią odwiedzenia miejsc, które już widziałem – jak choćby plac przed teatrem Fenice, gdzie pięć lat temu jadłem smaczną kolację (czy to aby nie były ravioli w sosie z Missisipi?) – znowu musiałem przejść przez falujący tłum zapełniający dosłownie wszystkie mostki, uliczki, nabrzeża i przesmyki. Przemieszczaniu się tłumu towarzyszył nieustający gwar pomieszanych jak na wieży Babel języków, trzaskały migawki aparatów, dzieci kwiliły, od tłumu bił zapach potu, perfum i czego tam jeszcze. Miał rację poeta Brodski – latem nie ma w Wenecji warunków układanie lirycznych strof o wdzieraniu się fauny morskiej na marmurowe elewacje pałaców, nie ma cichych rozmów z szemrzącą wodą i poetyckich hołdów składanych porannym mgłom. Nie ma miejsca na zadumę nad przemijaniem. Uwagę w całości pochłania wymijanie, omijanie oraz uchylanie się przed krążącymi w powietrzu kijkami do selfie. Wenecja już niejedno widziała. Chciałoby się powiedzieć, że wytrzyma wszystko, ale czy na pewno?

_mg_8044

Wenecję odwiedza rocznie 24 mln osób. To dużo, bardzo dużo. Nieraz widziałem jak z sunącego nabrzeżami i uliczkami tłumu znienacka występuje jedna osoba, jak dopada wielkich drzwi, z jaką determinacją otwiera je kluczem a potem stanowczo i z nieukrywanym poczuciem ulgi zatrzaskuje je za sobą.  Rozumiem tę potrzebę ochrony prywatności.  Mieszkańcy Wenecji muszą mieć nas serdecznie dość. Ostatnio nawet wywieszają banery z apelami, aby nie śmiecić i, za przeproszeniem, nie obsrywać im miasta. Turyści istotnie zachowują się skandalicznie. Na placu Św. Marka pojawiły się specjalni strażnicy, którzy napominają, by nie siadać na chodnikach i na schodkach, aby nie jeść w przedsionkach kościołów i generalnie, żeby nie robić wiochy. Jednak nie zauważyłem, żeby ktoś komuś dał po mordzie za mówienie w innym języku niż włoski. Takie przygody tylko w Warszawie, w Warszawie.