Posts Tagged ‘Ocean Atlantycki’

A jak Atlantyk, B jak bałwany

2 listopada 2014

Avenida Boavista, chociaż ma w nazwie węża nie wije się po Porto. Prostą linią łączy centrum miasta z brzegiem Atlantyku. Trasa piętrowego autobusu wiedzie przez dzielnice uniwersyteckie, w miarę zbliżania się do oceanu miejska gęsta zabudowa ustępuje willom i ogrodom. Zieleni jest więcej, widoków świadczących o recesji i schyłkowości mniej. Nabrzeże skąpane jest w popołudniowym słońcu, rudobrązowe skały wystające z wody wzmacniają wrażenie złocistości. Sam ocean jest szaro-niebieski, jednak piasek, a raczej żwirek powstały z pokruszonych skał jest intensywnie żółty. Tłumu nie ma, kilkanaście osób leżakuje, jedni na plaży, inni bezpośrednio na skałach, kilku śmiałków namacza się w płytkich zatoczkach. O pływaniu nie ma mowy, fala jest zbyt silna, łatwo mogłaby rzucić człowiekiem o skały. Nie jest kąpielisko z prawdziwego zdarzenia. Można tu zażywać ogólnie pojętej rekreacji, która polega na spacerach, czytaniu książek lub grze w karty. Taki właśnie użytek z walorów kamienistego brzegu robią spaleni na brąz półnadzy mężczyźni rozlokowani pod murami starego fortu. Karcianych stanowisk jest tam kilka, od rana do zmierzchu odbywa się okraszana okrzykami walka do ostatniej damy, ostatniego króla i asa. Na prowizorycznych stolikach karciarzy dostrzegam obłe kamienie wielkości pięści. Gracze przyciskają nimi karty, żeby ich nie porwał wiatr. Jeden kamień jest dobrem wspólnym, to ten którym przyciska się karty kładzione na środek stołu. Wśród grających jest kobieta. Nie uwzględniłem jej w powyższej relacji wyłącznie z powodów językowych. Jak mam o niej pisać? „Graczka”? „Karciarka”? To nie brzmi poprawnie. Poza tym ona nie była rozebrana do pasa jak jej towarzysze.

_MG_5750

Z betonowej promenady zszedłem ku wodzie, zdjąłem buty, podwinąłem nogawki. Musiał mi wystarczyć taki minimalistyczny, służący głównie strudzonym stopom, kontakt z Atlantykiem.
Ocean z jakichś powodów nie jest dla mnie obojętny, może w tle czai się świadomość, że zważywszy na to kim jestem i skąd przychodzę dotknięcie go i zobaczenie na żywo nie było takie oczywiste. Przyznam się, że widok oceanu zawsze stanowi dla mnie największe (także dosłownie!) potwierdzenie słuszności dokonywanych wyborów. Gdybym wybierał inaczej, bardziej zachowawczo a mniej rewolucyjnie, prawdopodobnie nigdy bym tu nie dotarł. Po cichu liczyłem, że w zamian za atencję jaką go darzę ocean jakoś się odwdzięczy. Przecież był mocarny, niemal wszechmocny i wydawało się niemal oczywiste, że potęga natury zadziała stymulująco na mój umysł, z którego wartkim strumieniem wypłyną myśli odkrywcze, pomysły szalone a wnioski odważne.

Nic takiego nie nastąpiło, reakcją na świeże powietrze i bliskość wody było spowolnienie i rozleniwienie przechodzące w stan błogości. Szum fal, wyczekany widok linii horyzontu i blask wrześniowego słońca przyniosły mi poczucie przynależności do uniwersum. I tyle. Wcale nie mało, powiedziałbym, że bardzo dużo. Czułem się po prostu bardziej obecny. Obecny wobec potęgi oceanu i wobec upływającego czasu, bo to się jakoś łączy.

Fale uderzały o brzeg regularnie jak zegar, wiedziałem, że ten ruch nie zaczął się przed chwilą ani nie wczoraj, ani nie w momencie moich narodzin, Że ten monotonny ruch trwa dłużej niż cokolwiek, co jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Przybój fal na wszystkich brzegach wszystkich mórz i oceanów nie skończy się z chwilą, gdy po raz ostatni zamkniemy oczy. Pieszczoty fal z brzegiem trwają o wiele dłużej niż nasza wspaniała cywilizacja i jej potworności. Zanim z mokrych szczelin powstały prehistoryczne gady i zanim urodzili się płodni twórcy mitów, w które teraz wierzy ludzkość, fale tak samo uderzały o brzeg. Jest w ich hipnotycznym ruchu coś pierwotnego. Podobieństwo ruchu fal do aktu kopulacji dawno zostało zauważane. Nie bez przyczyny filmy przyrodnicze mówiące o powstaniu życia na Ziemi zaczynają się od scen z udziałem morskich fal uderzających o brzeg. W kolejnych ujęciach z pęcherzyków powietrza wypełzają jakieś stworzonka i zaczyna się ewolucja, rozwój. Na końcu pojawia się człowiek, który jest stworzeniem zadziwiającym pod tym względem, że gorliwie temu rozwojowi i tej ewolucji zaprzecza.

Stałem po kolana w wodzie, pozwalałem aby bryzgi piany moczyły mi spodnie. Z każdym odpływem fali szorstki piasek usuwał się spod moich stóp, musiałem obok szukać stabilniejszego gruntu, znajdowałem, ale to co od teraz miało być solidne i zapewnić mi równowagę, zostawało przez kolejną falę zabrane. Jeśli się zagapiłem i w porę nie przesunąłem w bezpieczne miejsce, następne fale podmywały mnie bez litości, jakby chciały spowodować mój upadek. Znajdujecie tu jakąś metaforę? Ja znajduję. Może ją właśnie wymyśliłem. Ze wszystkich metafor związanych z oceanem najbardziej lubię tę, która mówi, że życie człowieka podobne jest do podróży mrówki, która na kawałku drewna samotnie przemierza ocean. Nośne porównanie, zazdroszczę autorowi, że na to wpadł. Nie poznałem go osobiście, przypuszczalnie żył przed tysiącami lat, gdzieś na Dalekim Wschodzie.

Miałem nadzieję, że spotkanie z oceanem, którego potęga od dawna działa mi na wyobraźnię popchnie mój umysł w kierunku czegoś podobnego. Przydałby się jakiś rozbłysk zrozumienia, jakaś syntetyczna myśl pozwalająca stwierdzić raz na zawsze, że życie na pewno jest tym a nie tamtym. Podobnie świat: jest właśnie taki a nie owaki. No właśnie: czy o życiu da się powiedzieć coś jednoznacznego? Czy istnieje jakaś uniwersalna prawda o świecie, o wszystkich aspektach życia człowieka? Wszyscy wiedzą, że nie istnieje. Wszyscy oprócz, z lekka licząc, czterech miliardów ludzi, którzy wierzą w doktryny religijne. Które nie tylko wykluczają się wzajemnie, ale stoją w sprzeczności z tezami dowiedzionymi przez naukę.
Zamiast próbować ustalać i wmawiać innym, „jak wygląda świat i kto za tym stoi” ludzie powinni raczej mówić „ja swój świat widzę tak i tak”. Nawet jeśli kto przyzna, że na temat świata ma pojęcie mgliste a sensu żadnego w nim nie dostrzega, to też jest dobrze. Sokrates, który otwarcie przyznał, „wiem, że nic wiem” był uczciwym filozofem. O ile mniej byłoby na świecie trosk i wojen, gdyby nie uparta chęć trzymania się jednej dogmatycznej wizji. Ale powiedzcie to tym 4 miliardom.

Stałem po kolana w wodzie, pozwalałem, by bryzgi piany moczyły mi nogawki spodni i czekałem na przypływ kreatywnych mocy. Prawem analogii: nad wielkim oceanem nie mogą nas obsiadać myśli małe i pospolite. „Tak by nam się serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy…” – to Wyspiański. Rzecz jasna, nie tylko nad brzegiem oceanu w porze zachodzącego słońca przydałby powiew świeżego rozumienia spraw własnych, nie zaszkodziłoby trochę rozszerzenia świadomości świata w jakim się żyje. Okoliczności zdawały się sprzyjać: między piaszczystym brzegiem pokrywanym co 30 sekund spienionymi falami a linią horyzontu było mnóstwo wolnego miejsca na ontologiczne bujanie w obłokach, na podniebne szybowanie za zrozumieniem. Nie zwyczajnym zrozumieniem, dokąd na zimę odlatują bociany, lecz rozumieniem grubszego kalibru, obejmującym całą osobowość, pochłaniającym wszystkie lęki, uprzedzenia i wątpliwości. Jednym słowem, było mi potrzebne rozumienie, (albo lepiej dojrzała świadomość), z którego wynika wewnętrzna siła i pogoda. Ci, którzy za moimi plecami grali w karty, musieli taki stan wewnętrznej pogody osiągnąć. Gdyby pojawił się facet chodzący po spienionych falach, niewielu odwróciłoby głowę. Grali w karty, a gra wymaga uważności.

Ja jeszcze nie mogłem sobie pozwolić na tak stoickie podejście. Mnie jeszcze gryzło to i owo. Chciałbym na przykład pojąć, na czym polega defekt ludzkości zdolnej do osiągnięć wspaniałych i szlachetnych a jednocześnie uparcie i boleśnie kultywującej swoje zwierzęce pochodzenie. Dlaczego ta najwyższa forma ewolucji tak gorliwie tej ewolucji zaprzecza? Dlaczego od empirycznych znaków i dowiedzionych naukowo tez dla połowy populacji ziemskiej ważniejsze są rozpowszechnione mity i legendy. Co w nich jest takiego, że ludzie w ich imię wyruszają na wojny i dają się zabijać? Dlaczego to trwa i czy jest szansa na zakończenie tego stanu rzeczy, nie mam pojęcia. Na razie kołaczą mi się po głowie blade domysły, kiełkują jakieś strzępki hipotez, które wymagają weryfikacji i filtracji. Nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, cokolwiek by zresztą wynikło, będzie miało wartość jedynie dla mnie. Ten rodzaj wiedzy o świecie jest nieprzekładalny, dlatego irytują mnie wszelkiej maści kaznodzieje i misjonarze mówiący innym, jak mają żyć. Nawet, jeśli na mówieniu się kończy, a często się nie kończy, to i tak więcej w tym szkody niż pożytku, bo cała ta poparta socjotechniką i sztuczkami oratorskimi indoktrynacja jest żerowaniem na cudzym nieszczęściu, niewiedzy i zaufaniu. Jest ponadto działalnością zaborczą i służy zniewoleniu choć sami misjonarze mówią o wyzwoleniu. Putin też Krym wyzwalał.

_MG_5772

Pozwalałem aby bryzgi piany moczyły mi nogawki spodni, szorstki piasek regularnie usuwał się spod moich stóp a odpowiedzi na buzujące w głowie pytania nadal nie było. Owszem teoria o piramidzie potrzeb Maslowa naprowadziła mnie na godny uwagi trop, ale ciągle nie mogłem zaakceptować faktu, że dla jednych ludzi pierwszą potrzebą jest niszczenie i zabijanie w imię odwetu za doznane krzywdy a inni znajdują wystarczającą satysfakcję w oglądaniu zachodów słońca, w słuchaniu muzyki, w tropieniu tajemnic zaszyfrowanych w książkach, obrazach i tak dalej. To by przeczyło zasadzie o równości ludzi. A przecież wszystkie religie mówią, że ludzie są równi. Większość populacji ziemskiej wyznaje jakieś religie a taka masa nie może się mylić. W układance ciągle coś nie pasowało, czułem, że jestem blisko jednoznacznej odpowiedzi na temat cywilizacji i że po kolejnym, powiedzmy tysiąc dwieście czterdziestym czwartym przyboju fali wyskoczę z oceanicznej wody z okrzykiem Eureka.

W dalszym ciągu nic takiego nie następowało, ciut zrezygnowany podszedłem do wiecznie mokrych skał, które jako najbardziej wysunięte w morze przyjmowały na siebie największy impet uderzających fal. Stojąc za nimi robiłem zdjęcia rozbryzgującym się drobinkom wody i pienistym bałwanom. Spodobało mi się to. Poczułem sympatię zwłaszcza do bałwanów. Wzmogłem czujność, aby migawkę aparatu zwalniać we właściwym momencie, z wolna stawałem się czcicielem bałwanów. Jak wiadomo oddawanie czci bałwanom nie jest mile widziane, na czciciela może spaść jakieś nieszczęście. Tak z całym przekonaniem twierdzą osoby w co innego niż bałwany wierzące i czemu innemu swoją cześć i pieniądze oddające. Uważam że ich wybór jest dobry. Dla nich. Mój wybór i moje bałwańskie zauroczenie też jest dobre a nawet bardzo dobre. Dla mnie.

Z plaży (nie będącej do końca plażą) wracałem wzdłuż brzegu rzeki Douro. Trasa, może dzięki temu że zapadł zmierzch i zapłonęły lampy na wzgórzach, wydała mi się bardziej atrakcyjna niż ta, którą wcześniej jechałem. Wniosek z wyprawy był taki, że jeśli okoliczności sprzyjają i można choć na pół dnia pojechać nad ocean, koniecznie trzeba to zrobić. Nie dla bałwanów. Dla siebie.

_MG_5791

_MG_5790

_MG_5789

Reklamy