Posts Tagged ‘Florencja’

Michał Anioł Buonarroti

18 lutego 2014

Dokładnie dziś przypada 450 rocznica śmierci Michała Anioła – artysty, którego imię wielokrotnie przywoływałem na tym blogu i którego dzieła zdarzało mi się oglądać. Nigdy dotąd nie poświęciłem mu osobnego wpisu, a to z tego prostego powodu, że biografia Buonarrotiego jest tak fascynująca, a twórczość tak bogata i ważna dla rozwoju sztuki w ogóle – że próba pomieszczenia w blogowym tekście choćby najważniejszych dokonań genialnego Florentyńczyka skazana jest na porażkę. Jednak z drugiej strony, podziw dla jego talentu, waga osiągnięć w kontekście rozwoju kultury oraz fascynacja osobowością tytana pracy każą mi wystawić się na śmieszność i kilka zdań o Michale Aniele napisać.

Gdzieś z tyłu głowy czai się niepewność, czy w epoce tak łatwego dostępu do informacji oraz kilkadziesiąt lat po wydaniu znakomitej książki Irvinga Stone’a „Udręka i Ekstaza” pozostało jeszcze coś, o czym czytelnicy nie wiedzą? Prawdopodobnie wiedzą wszystko, dlatego już bez przeszkód mogę przystąpić do wyrażenia swojego banalnego zachwytu.

Od razu zastrzegam, że nie wszystko co pozostawił po sobie MAB podoba mi się w równym stopniu. Postaci z Kaplicy Sykstyńskiej (znane mi jedynie z reprodukcji) budzą mieszane uczucia choćby przez to, że malując kobiety Michał Anioł korzystał z męskich modeli. W rezultacie mitologiczna Ewa i jej siostry przypominają umięśnione NRDowskie pływaczki karmione męskimi hormonami i mięsem z nutrii. O wiele przyjemniejsza dla oka jest postać Madonny z Tonda Donich (w Uffizi) albo zwiewne postaci z niedokończonego obrazu „Złożenie do grobu” (NG Londyn). Niedościgłym wzorem subtelności jest natomiast twarz i figura słynnej Piety watykańskiej, którą Buonarroti wyrzeźbił mając 25 lat. Równie delikatna jest Madonna z Brugii, o której miałem okazję pisać.

Prawdą jest, że Michał Anioł najchętniej malował i rzeźbił nagich mężczyzn, nie wyłączając ukrzyżowanego Jezusa. Nie wynikało to wyłącznie z chęci popisania się znajomością anatomii, nie było też prowokacją. Nagość jako stan naturalny służyła Buonarrotiemu do wyrażenia prawdy o człowieku, który jest jednocześnie bezbronny i zuchwały, gotowy na wyzwania. Wyzwań i niebezpieczeństw w czasach renesansu nie brakowało. Zadziwiający – choć nie tak mocno jak jego umiejętności i hart ducha – jest fakt, że Michał Anioł dożył 89 lat. Niemal do końca pracował – ostatnią, niedokończoną rzeźbą jest Pieta florencka znajdująca się w tamtejszym Muzeum Katedralnym.

Rzeźba była jego prawdziwą pasją, już w młodości uznał wyższość tej dyscypliny nad malarstwem, któremu zarzucał iluzoryczność, udawanie czegoś, czym nie jest. Rzeźba w mniemaniu Michała Anioła jest prawdziwsza, dlatego swoje artystyczne spełnienie widział jedynie w mozolnej obróbce kamienia. Podczas pracy nad posągiem Davida, którego ze względu na wielkość nazywano Gigantem, artysta całymi dniami nie schodził z rusztowania. Nie chciał tracić czasu. Zdarzało mu się nawet spać w ubraniu na deskach, aby po obudzeniu od razu przystąpić do pracy. W zimowe dni owijał sobie nogi zwierzęcymi skórami, w nocy palił pochodnie w warsztacie – pasja tworzenia była zbyt silna, żeby poddawać się warunkom pogodowym. Poświęcenie i chorobliwa niemal obsesja zaowocowały tym, że po niespełna dwóch latach wysiłków z bloku marmuru wyłoniła się postać subtelna i przepełniona mocą. Prawdziwy okaz ludzkiego piękna, idealny symbol dumnej i niepodległej Florencji wkraczającej w wiek szesnasty.

Giorgio Vasari opisał sposób, w jaki transportowano gotowy posąg: za pomocą sznurów ułożono Davida na platformie z desek, która potem niby mały pociąg napędzany siłą mięśni czterdziestu robotników sunął z pracowni usytuowanej pod murami katedry na Plac Signorii. Trwało to podobno cztery dni.

Kilka lat wcześniej (1499) spod dłuta Buonarrotiego wyszła Pieta – arcydzieło, którego doskonałości ani on sam ani nikt z następców nie zdołał przebić. Młody artysta zazdrosny o swoją sławę na wszelki wypadek wykuł nazwisko Buonarroti na szarfie zawieszonej na ramieniu Madonny. Później ta sława na równi z jego własną chciwością przysporzy mu kłopotów. Przez wiele lat krnąbrny, trudny w obyciu i nie lubiany przez otoczenie artysta pracował dla kolejnych papieży. Oni płacili najlepiej, ale mieli wymagania tak wysokie jak mniemanie o sobie samych.
Michał Anioł zaspokajał ambicje pięciu kolejnych władców państwa kościelnego. Najbardziej męcząca, ale jednocześnie owocna okazała się jego praca dla Juliusza II. Znamienny i dość dobrze opisany jest fakt, że Michał Anioł, który chciał poświęcić się wyłącznie rzeźbie, został przez porywczego Juliusza zmuszony do malowania. Zadanie obejmowało namalowanie scen ze Starego Testamentu na suficie Kaplicy Sykstyńskiej. Wcześniej ten sam papież zamówił u Michała Anioła gigantyczny nagrobek kuty w marmurze – teraz kazał ten projekt zarzucić.
Niechciane zlecenie spadło na barki MAB w wyniku intrygi Bramantego, który podobnie jak Rafael i Leonardo nie znosił zarozumiałego rzeźbiarza, zatem przekonał Juliusza II, żeby właśnie Buonarrotiemu powierzyć niewdzięczną robotę. Robotę, która kosztowała Michała Anioła utratę zdrowia, zaniki pamięci i przejściową ślepotę, ale w ostateczności przyniosła mu podziw i sławę, o których Bramante do spółki z Rafaelem mogli tylko pomarzyć. Fenomen Michała Anioła – zdumiewający kolejnych badaczy sztuki – polegał na tym, że artysta tak oddany rzeźbie, nieprzejednany w ocenie malarstwa, które w jego mniemaniu „dobre jest dla starych dewotek i mnichów lub dla arystokratów niezdolnych do odczuwania prawdziwej harmonii”, zdobył się na kolosalny wysiłek twórczy i powtarzając jak refren „to nie jest moje powołanie” zostawił w Sykstynie arcydzieło.

Osobnik targany sprzecznościami, porywczy gbur i wrażliwy poeta, okazał się człowiekiem z żelaza. Warunki pracy przy pokrywaniu 10 arów sufitu tynkiem i farbą były niewyobrażalnie ciężkie, prawdopodobnie ktoś o mniejszej odporności nie przetrzymałby takich obciążeń. Michał Anioł zahartowany w ascezie, przetrzymał trudy malowania w pozycji leżącej. Zajęło mu to cztery lata, które uznawał za czas całkowicie zmarnowany. Po śmierci Juliusza pojechał do Florencji i wykonał rzeźby do kaplicy Medyceuszy, a po powrocie do Rzymu, kiedy po Leonie X nastał Klemens VII, MAB znowu musiał wspinać się na rusztowania, żeby przedstawić światu swoje, rewolucyjne jak na tamte czasy, wyobrażenie Sądu Ostatecznego.

Wreszcie przyszła pora na dokończenie nagrobka dla Juliusza. Zmęczony kaprysami najpierw papieża a potem jego spadkobierców Michał Anioł nazwał pracę przy monumencie „tragedią nagrobka”. Ostatecznie, po paru dekadach podejmowania i przerywania prac ukończył go w roku 1545. Nie osiadł na laurach, mimo podeszłego wieku przez kolejne kilkanaście lat oddawał się ulubionemu zajęciu czyli rzeźbie. Na życzenie kolejnego papieża („Władcy się zmieniają, ale jest tylko jeden Michał Anioł”) podjął się przeprojektowania rzymskiej bazyliki św. Piotra, nadając jej kształt jaki znamy obecnie.

Dlaczego dobrze się stało, że MAB przetrzymał wszystkie florenckie niewygody i męczarnie sykstyńskie? Ponieważ bez niego nie powstałby Mojżesz. Ponadnaturalnej wielkości posąg – realistyczne wyobrażenie starotestamentowego proroka – wszedł w skład nagrobnego monumentu Julisza II i znajduje się w kościele św. Piotra w okowach (San Pietro in Vinkoli) w Rzymie. Michał Anioł niczym czarnoksiężnik uwolnił z kamienia zażywnego starca o niezwykłej mocy, budzącego respekt i gotowego do działania. Być może przekazał Mojżeszowi trochę własnych cech.

Michał Anioł urodził się 6 marca 1475 roku – zmarł 18 lutego 1564 roku. Pochowany został w kościele Santa Croce we Florencji.
Więcej informacji biograficznych w Wikipedii

Stary pałac letnią nocą

29 grudnia 2013

Po ekskluzywnych wycieczkach do budowli sakralnych, kilka słów należy się obiektowi cywilnemu. Takiemu, który stoi na najważniejszym, odwiedzanym przez miliony turystów placu w mieście. Palazzo Vecchio ze swoją charakterystyczną wieżą jest znakiem rozpoznawczym Florencji, znajduje się w najchętniej odwiedzanym miejscu, w otoczeniu dzieł sztuki najwyższej klasy, o dwa kroki od Galerii Uffizi.
Musiało być już dobrze po 10 wieczorem, kiedy przekroczyłem próg pałacu. Najpierw znalazłem się w ogromnej, bogato zdobionej sieni z łukowymi sklepieniami podtrzymywanymi przez masywne kolumny i z fontanną pośrodku, potem zakupiwszy bilet zapuściłem się w ciąg komnat umieszczonych na piętrach.
Pałac jest ikoną włoskiej architektury renesansowej, choć jego geneza sięga czasów znacznie wcześniejszych. Zbudowano go na początku XIV wieku nadając mu kształt romańskiej fortecy. Przez wieki służył jako siedziba władz republiki a potem księstwa Toskanii. U początków nosił nazwę Palazzo della Signoria, ponieważ urzędowali w nim wybierani na kolejne kadencje przedstawiciele bogatych rodów florenckich czyli signorii. W połowie wieku XVI, gdy rozrastająca się administracja Księstwa Toskanii przeniosła się do innych budynków nazwano go Starym Pałacem.

stół ogrodowy 486

W tym samym czasie książę Cosimo I zlecił przeprowadzenie gruntownego remontu pałacowych wnętrz. Zatem obecny ich wygląd zawdzięczamy Vasariemu, który przebudowę projektował i wykonał większość malowideł ściennych. Podobno pod jednym z nich znajdującym siew Wielkiej Sali (Sala Grande) zachował sie fresk wykonany wcześniej przez Leonarda da Vinci. Nic pewnego o nim nie wiadomo, trwają żmudne badania…
Zwiedzający mają szansę obejrzeć apartamenty księcia Cosimo I oraz sale noszące imię papieża Leona X. Wśród malunków nie zabrakło oczywiście portretów przodków: Lorenzo il Magnifico czyli Wawrzyniec Wspaniały raz jedzie na koniu, raz gawędzi z artystami, innym razem pochyla się nad papierami. W ozdobnym kartuszu umieszczono wizerunek założyciela rodu – Giovanniego di Bici. Motywy dekoracji ściennych nawiązują do sztuki antycznej. Wśród roślinnych pnączy, delikatnych jak pędy winorośli, pojawiają się groteskowe maski oraz sceny rodzajowe. Pałac nie był nigdy budowlą sakralną dlatego zamiast madonn, proroków i świętych występują tu roztańczone bachantki, kupidyny i odziane w kolorowe szaty Fauny. Pnącza roślinne jakkolwiek gęste i podkręcone finezyjnie niby sarmackie wąsy bynajmniej nie pną się dziko i bezładnie. Ich kształt i rozmieszczenie rygorystycznie podporządkowane jest kompozycji opartej na symetrii.

DSC02701

Wśród kolorowych i radosnych dekoracji nie mogło zabraknąć akcentu politycznego: tu i ówdzie widzimy motyw sześciu kul należących do herbu Medicich, co nie powinno dziwić zważywszy, kto finansował prace dekoracyjne.

DSC02721

Przez pewien czas w pałacu mieszkał wielki książę Toskanii Cosimo I wraz z małżonką Eleonorą z Toledo. Ich rodzinne apartamenty urządzone są ze smakiem, pośród komnat sypialnych znalazło się miejsce na małą kaplicę dla Eleonory. Możemy podziwiać jej meble i domowe sprzęty. Jednak dla księżnej, która była córką wicekróla Neapolu, wnętrza Palazzo Vecchio musiały wydać się zbyt skromne. Dlatego po kilku latach książęca rodzina przeniosła się na drugą stronę rzeki Arno do pałacu Pittich. Słynny korytarz Vasariego biegnący nad Ponte Vecchio i łączący oba pałace jest konsekwencją tej przeprowadzki. Wspominałem o tym w jednym z dawniejszych wpisów.

Eleonora była córką księcia Alby – wicekróla Neapolu (pozostającego pod dominacją hiszpańską) i w 1539 roku została żoną Cosimo I, zapewniając tym samym wejście rodziny Medicich do arystokracji europejskiej. To ona z pieniędzy wniesionych w posagu odkupiła od Pittich ogromny pałac, zarządziła jego modernizację oraz urządzenie ogrodów. (…) Podczas nieobecności Cosimo I we Florencji pełniła obowiązki regentki.

Mimo, że najcenniejsze przedmioty rodziny Medicich przeniesiono do nowej siedziby, w Starym Pałacu nadal jest co podziwiać. W głównej sieni i na pierwszym piętrze dominują rozkrzyczane, manierystyczne dekoracje ścienne, podłogę pokrywają terakotowe mozaiki, (na niektórych widnieją książęce inicjały). Na wyższych piętrach przybywa oryginalnych mebli i malowideł słynnych florenckich artystów. W salach reprezentacyjnych zdobienia sufitów nabierają barwy złotej, stają się ciężkie i nobliwe. W sali zwanej liliową, tej w której stoi rzeźba Donatella dekorację ścienną stanowią złote florenckie lilijki umieszczone na ciemnoniebieskim tle tkaniny.DSC02735

Pora robi się późna, księżyc zawieszony gdzieś nad San Miniato widoczny jest z pałacowej werandy, dalszy szlak prowadzi galeryjką monumentalnej Sala Grande do pomieszczenia z mapami i globusem. Tam wielki książę Medici zgromadził bezcenne zbiory map geograficznych z XVI wieku. Kolekcja daje pojęcie nie tyle o technikach malarskich, ile o stanie wiedzy ówczesnych kartografów. Mapy przedstawiają wszystkie znane kontynenty ale większość z nich obejmuje kraje europejskie.

Większość z nazw państw pokazanych na mapach z trudem przypomina nazwy obecne, czego przykładem jest niewielka wyspa Hibernia zwana obecnie Irlandią. Na terenie Polski moją uwagę zwróciła obecność miasteczka Goltberg (obecna Złotoryja), przy jednoczesnej nieobecności kilku ważnych obecnie miast (ich nazw z tego powodu nie zapamiętałem) Zupełnym zaskoczeniem była natomiast Bochotnica – znana mi wioska w okolicach Kazimierza Dolnego. Kto ją umieścił na mapie i dlaczego jednocześnie pominął sam Kazimierz?
Autorem wszystkich map był niejaki Ignazio Danti korzystający jeszcze z opracowań wykonanych wg systemu ptolemejskiego. Zapewne także zgodnie z teorią geocentryczną wykonano zwalisty globus stojący na środku pomieszczenia – niestety kontury poszczególnych lądów są na nim już zatarte, trudno ocenić, jak bardzo mylono się przed Kopernikiem.

Palazzo Vecchio to nie tylko dekoracje i ciekawostki, w żadnym razie nie można go sprowadzić do roli obiektu z pocztówki. Co prawda dobór eksponatów muzealnych kieruje uwagę zwiedzających bardziej w sferę estetyki niż polityki, nie można zapominać, że pałac, jako siedziba władz florenckich był świadkiem wielkich wydarzeń politycznych. Tu zapadały decyzje dotyczące kwitnącej gospodarki średniowiecznej Florencji, tu w roku 1433 przeciwnicy Medicich uwięzili Kosmę Starego (Cosimo de Medici) zarzucając mu działania na szkodę Florencji i doprowadzając do wygnania Kosmy z miasta. Z nim do Wenecji odjechał jego kapitał (część kosztowności powierzył na przechowanie mnichom z San Miniato) i wielu pomniejszych bankierów, co z kolei zmusiło florencką Signorię do wycofania oskarżeń. Po roku Kosma i jego pieniądze wrócili do Florencji.

Kolejne wydarzenie miało miejsce w niedzielę wielkanocną roku 1478, kiedy po zabójstwie Giuliano Mediciego dokonanego w katedrze, krwawo zdławiono spisek Pazzich zawiązany przez wrogów Medicich z papieżem Sykstusem IV na czele. Część spiskowców została pojmana właśnie w Palazzo Vecchio i tam natychmiast dokonano ich egzekucji wieszając w pałacowych oknach kardynała Salviatiego oraz Francesco Pazziego. Pisałem o tym tam: LINK
I na koniec jeszcze jeden fakt z bogatej historii florenckiego ratusza: podczas chwiejnych rządów Republiki (trwających w okresie wygnania Medicich na przełomie XV i XVI wieku) w pałacowych salach urzędował zdolny prawnik, dyplomata i humanista Nicolo Machiavelli.
Jego nazwisko niech będzie zapowiedzią kolejnego tekstu.

Wszystkim Czytelnikom życzę Szczęśliwego Nowego Roku, spełnienia marzeń i wielu inspirujących przeżyć.

PS.O papieżu Leonie X pisałem tam:
https://laudate44.wordpress.com/2011/08/17/safandula-i-terminator-leon-x/

San Miniato al Monte

25 grudnia 2013

Schody. Uformowane zapewne w dobie klasycyzmu, z masywnymi balustradami, eleganckimi tarasami, w początkowej fazie ustawione bokiem do wzniesienia i podzielone na dwa symetryczne podejścia, potem zbiegające się w jedną szeroką wstęgę, która malowniczo pnie się na szczyt i kończy na otoczonym niewielkim murkiem dziedzińcu bazyliki San Miniato al Monte. Stąd rozpościera się widok na dolinę rzeki Arno i czerwone dachy Florencji.

Idealne miejsce do postawienia warowni lub kościoła. Albo jednego i drugiego razem. Średniowieczna mentalność nie mogła jednak obyć się bez męczennika za wiarę. Nie inaczej było na San Miniato – wokół grobu św. Miniasza w IV wieku wyrósł kościół. Wcześniej, a może później, powstała legenda tak niedorzeczna, że chyba sami mnisi zamieszkujący klasztor na San Miniato w nią nie wierzą, ale opowiedzieć trzeba.

Kim był Miniasz, dokładnie nie wiadomo. Podobno pochodził z Armenii i służył w armii cesarza rzymskiego. Mógł też być greckim kupcem lub armeńskim księciem, który przyjął wiarę chrześcijańską i stał się eremitą. Dużo tym ryzykował, bo rzecz dzieje się w roku 250 n.e. a nad rzeką Arno stacjonują rzymskie legiony. Kiedy do uszu cesarza Decjusza dochodzi, że Miniasz za nic ma Saturna, Junonę, Marsa i cały panteon bogów rzymskich, za to oddaje się modłom do bóstwa przywiezionego z okolic Jerozolimy, władca każe go doprowadzić przed swoje oblicze. Miniasz parokrotnie ucieka przed pogonią, ale w końcu zostaje pojmany przez Rzymian. Nie wyrzeka się swojej wiary, za co zostaje skazany na śmierć. Może jedynie wybrać między skokiem do dołu z głodnymi lwami a zwyczajną egzekucją z użyciem siekiery. Z powodów, o których nic bliższego nie wiemy, Miniasz wybiera to drugie. Egzekucję przeprowadzono, kat odstąpił, żeby obmyć narzędzie a wtedy Miniasz podniósł własną krwawiącą głowę i uciekł z nią na najwyższe wzgórze w okolicy. Tak trafił na San Miniato, które od tej pory nosi jego imię. Tam spoczęły jego szczątki.

Opowieść, nawet jak na standardy legend męczeńskich brzmi fantastycznie – Miniasz okazuje się herosem pokonującym prawa natury. Wzgórze San Miniato widziane z brzegu rzeki Arno jest bardzo strome i potrzeba dobrej kondycji aby na nie wejść. Wbiegnięcie na wierzchołek to już sport ekstremalny, nawet jeśli biegacz nie trzyma głowy pod pachą.

Miniasz najwidoczniej pasował do roli bohatera zbiorowej wyobraźni, został patronem pierwszej świątyni pobudowanej w IV wieku. Po paru wiekach świątynia zawaliła się wskutek zaniedbania. Nie przetrwało z niej nic prócz cudownie uratowanych kości świętego. Na gruzowisku, w miejsce dawnej, zapewne niezgrabnej budowli w XI wieku zbudowano obecną bazylikę. Kiedy się ją ogląda, nie żal tej poprzedniej, zmienionej w proch.

_MG_4572

Jak to zwykle bywa – najstarsze jest najniżej. Z nawy głównej kościoła San Miniato schodzi się po kamiennych stopniach do wczesnoromańskiej krypty, jej wnętrze wypełnia las masywnych kolumn podtrzymujących łukowe sklepienie zdobione freskami Taddeo Gaddiego. Przez wąskie okienka wpadają trzy jasne smugi. To wszystko, więcej światła nie trzeba. W głębi za metalowym ogrodzeniem, do którego zwiedzający nie mają wstępu, znajduje się grób patrona i stół ołtarzowy. Pomieszczenie od wieków służy jako kapitularz i miejsce pochówku mnichów. Początkowo bazyliką opiekowali się benedyktyni, później ich miejsce zajęli Oliwietanie, którzy pobudowali klasztor i ufortyfikowany pałac biskupi. (Zakon nie ma swoich ośrodków w Polsce, nazwa pochodzi od ich pierwszej siedziby na górze Olivieto)

Nieprzerwana obecność Oliwietan na wzgórzu San Miniato zaczęła się w roku 1373. Poprzednicy obecnych mnichów witajacych turystów w drzwiach bazyliki i śpiewających gregoriańskie pieśni byli tymi, którzy przez półtora stulecia mogli obserwować jak powstaje katedra we Florencji. Wyobraźmy sobie, jak codziennie po porannych modlitwach wychodzą przed fronton kościoła, skrzypiąc sandałami na żwirowanym dziedzińcu podchodzą do miejsca gdzie teraz jest kamienna balustrada i wpatrują się w dolinę, gdzie spośród znajomych budowli i żerdzi rusztowań wyłania się kształt początkowo zagmatwany, potem coraz bardziej wyrazisty aż wreszcie po pokryciu go czerwonym dachem ukazujący wielkość nowej katedry. Brakuje jeszcze kopuły. Wielka ciemna jama nad prezbiterium pozwala się domyślać, że kopuł może być więcej niż jedna, może będzie ich kilka jak w bazylice San Marco w Wenecji? Otwór jest stanowczo za duży, żeby zdołano go przykryć jakimkolwiek sklepieniem, widać to nawet z tej odległości. Wystarczy porównać jego ogrom z sąsiednimi budynkami, które przy katedrze wyglądają jak pszczele ule.

Zagadka długo pozostawała niewyjaśniona. Prace przy kopule stanęły, rezydenci San Miniato spoglądali na Florencję z mniejszą ciekawością, aż wreszcie jeden z młodych ogrodników wypatrzył jakiś ruch na murach katedry. Znowu coś budowano! Znowu po porannej mszy postaci w białych habitach dreptały na skraj placu i zwracały głowy w stronę miasta w dolinie. Trwało kilkanaście lat zanim okrągłą dziurę w gigantycznej budowli pokryła najpierw konstrukcja z jasnego drewna, potem pojawiły się ciemniejsze ceglane murki aż wreszcie z chaosu wyłonił się regularny kształt pękatej kopuły krytej dachówką. Rusztowania zniknęły, rozbrzmiały dzwony, wokół katedry Santa Maria del Fiore szły wielogodzinne procesje. Nie wiadomo, czy obserwatorzy stojący na żwirowanym dziedzińcu San Miniato klaskali w dłonie, czy najstarsi z nich cieszyli się, że doczekali podniosłej chwili. Czy ich wyobraźnia dopuszczała myśl, że byli świadkami powstania dzieła największego w dziejach architektury? A byli. Przez kolejne 500 lat nic na ziemi nie dorównało florenckiej Duomo.

Bazylika San Miniato al Monte jest budowlą romańską – z tym, że jest to toskańska odmiana romanizmu, o której wspomniałem przy okazji Baptysterium. Znajdujące się we wnętrzu elementy sztuki bizantyjskiej oraz malowidła gotyckie i renesansowe kaplice nie naruszają klarowności stylistycznej. Nawa główna jest wyraźnie obszerniejsza i wyższa od bocznych, dwa rzędy smukłych kolumn wyznaczają granice miedzy nawami i dodatkowo porządkują przestrzeń. Sklepienie jest drewniane, z widoczną siatką belkowań, która w formie malarskiej iluzji rozlewa się na ściany boczne. Pasy z ciemnozielonego marmuru układają się we wzory geometryczne – proste, ale nie przypadkowe. One poszerzają świątynię. Niektóre okna są tylko malarską iluzją, przez te prawdziwe, umieszczone wysoko pod sklepieniem, wpada niewielka ilość światła, co jednak nie odbiera wnętrzu lekkości. Z pewnością mamy do czynienia z najdoskonalszą odmianą stylu romańskiego, wzbogaconego imponującą mozaiką zdradzającą wpływy bizantyjskie i wykonaną dla podkreślenia związków patrona z kulturą chrześcijaństwa wschodu.

Barwna mozaika umieszczona w półokrągłej wnęce nad ołtarzem głównym powstała w trzynastym wieku. Centralne miejsce zajmuje Chrystus spowity złotym blaskiem „królestwa, w którym nie ma dnia ani nocy” przedstawiony w pozycji władczej, z uniesionymi w górę dwoma palcami prawej dłoni. Pantokrator po grecku znaczy Pan Wszystkiego. Wśród drugoplanowych postaci widać króla Armenii – krainy, z której według legendy pochodził Miniasz.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ukształtowane we wczesnym średniowieczu wnętrze kościoła San Miniato zachowało pierwotny, romański charakter. To sytuacja dość wyjątkowa, biorąc pod uwagę późniejszy rozkwit gospodarczy i wynikającą z niego ekspansję form renesansowych i barokowych. Nie licząc dobudowanej w czasach renesansu kaplicy portugalskiej (o niej za chwilę), najpóźniej powstałą częścią świątyni jest zakrystia ze znakomicie zachowanymi freskami. Pod koniec XIV wieku namalował je Spinello Aretino, artysta, który kontynuował tradycję Giotta i czasem bywa z nim mylony. Cykl pokazujący życie świętego Benedykta należy do największych osiągnięć Aretina. Freski można oglądać przy świetle wpadającym przez wielkie okna. Jeśli światło dzienne jest niewystarczające, trzeba włączyć światło elektryczne wrzucając 50 eurocentów do skrzynki. Poniżej malowideł znajduje się ciemna okładzina drewniana i szafy gotyckie oraz prymitywna drewniana figurka przedstawiająca św. Miniasza.

DSC02774

Z historią San Miniato wiąże się też nazwisko jednego z największych malarzy renesansu – Michała Anioła. Jednak Buonarroti nie pozostawił tam żadnego dzieła. W roku 1530, kiedy wojska hiszpańskie najechały Republikę Florencką, aby utorować kolejnemu Mediciemu drogę do władzy Michał Anioł brał udział w obronie klasztoru i kościoła. Aby zabezpieczyć dzwonnicę przed skutkami ostrzału artyleryjskiego kazał ją obłożyć materacami. To najwyraźniej wystarczyło, bo wieża stoi nadal a dzwony śpiewnie wybijają kolejne godziny.

Wnętrze jest przykładem zmyślnej organizacji przestrzeni: ponad rozległą kryptą znajduje się chór i apsyda z ołtarzem – niezmienione od czasów swojego powstania. Transformacji ulegały inne części kościoła i tak w XV wieku nawa główna wzbogaciła się wolnostojącą kaplicę wykonana przez Michelozza, nadwornego architekta Medicich, twórcy ich rodowego pałacu i wielu obiektów sakralnych zachowanych do tej pory we Florencji i poza nią. Wsparta na czterech kolumnach kapliczka zachowuje charakter romański mimo, że Michelozzo, tak jak jego patron Donatello, był artystą renesansowym. Budowla urzeka swoją elegancją, proporcjami i niewyszukaną dekoracyjnością. Wewnętrzne malowidła wyszły spod ręki późnogotyckiego malarza Agnolo Gaddiego, rozety i terakotowe detale wykonał wspominany tu niejednokrotnie Luca della Robbia. Kolebkowe sklepienie i delikatna ornamentyka wyraźnie nawiązuje do form istniejących wcześniej, na przykład do zdobień widocznych na kamiennym murku oddzielającym chór od nawy. Zdjęcie ogoniastych zwierzątek nie jest niestety zbyt wyraźne, ale nie można ich pominąć, gdy mowa o stylu romańskim. Zwierzęta, stylizowane kwiaty, roślinne pnącza i formowane z liści głowice kolumn to stałe, nieco zagadkowe motywy tamtej ornamentyki.

DSC02768

Wizerunków zwierząt jest zresztą w San Miniato więcej. Środkowy pas między rzędami ławek zajmuje kamienna mozaika z XIII wieku. W misternej sieci zawijasów i arabesek ukrywają się znaki zodiaku. Mozaika jest czarno-biała – przed zadeptaniem chronią ją ciemnoczerwone sznurki. Pozostałą część posadzki niemal w całości pokrywają płyty nagrobne. Wielu z nagrobnych inskrypcji nie da się już odczytać, litery zostały wytarte butami wiernych i niewiernych.

DSC02784

Za mało tego oglądania. Trzeba zrobić jeszcze jedną rundę, wejść po schodkach przed ołtarz, spojrzeć na mozaikę z Pantokratorem, tym samym którego w skromniejszej wersji skopiowano na zewnątrz ponad głównym wejściem do bazyliki, potem przejść w poprzek chóru, zejść drugimi schodami i na poziomie nawy głównej zajrzeć do kaplicy zwanej portugalską. Zbudowano ją z wielkim przepychem na cześć arcybiskupa i zarazem portugalskiego ambasadora we Florencji. Jej bogata renesansowa ornamentyka nieco odstaje od całości, na szczęście kaplica ukryta jest w osobnej wnęce, więc nie burzy harmonii głównego pomieszczenia.

W czym tkwi tajemnica tej harmonii, próbowały zapewne dociec pokolenia artystów poszukujących metody na oczarowanie i zahipnotyzowanie widzów. Czy to zależność kolorów, natężenie światła, ukształtowania przestrzeni i rytmicznego podziału dekoracji ściennych? A może czystość stylu? Przypuszczalnie wszystko po trochu. San Miniato uchodzi za jeden z najpiękniejszych kościołów Italii, jest to więc dobre miejsce do zadawania pytań o źródła pozytywnych wrażeń estetycznych. Bez dwóch zdań, jest to miejsce, do którego chce się wracać jeszcze zanim się je opuści.

Jednak trzeba wstać z ławki i odejść. Przed bazyliką, pod czujnym okiem brodatego Pantokratora bawią się dzieci, nieliczni turyści kierują obiektywy aparatów w kierunku doliny. Od 500 lat widok z dziedzińca San Miniato prawie się nie zmienił. Lekka mgiełka przesłania Duomo górujące nad miastem.

_MG_4574

Studnia Jana Chrzciciela

7 grudnia 2013

Plac na którym stoi florenckie baptysterium nazywa się Piazza di San Giovanni. Patronem placu i budowli przeznaczonej do udzielania chrztów jest oczywiście św. Jan Chrzciciel. Nie jest prawdą, że baptysterium powstało na miejscu antycznej świątyni boga Marsa. Hipoteza ukuta przez średniowiecznego florenckiego kronikarza i powtarzana uparcie przez niektórych autorów została wykluczona podczas prac archeologicznych przeprowadzonych w XX wieku. Wyniki badań gruntu pod baptysterium są jednoznaczne: tamtędy biegły rzymskie mury obronne zbudowane na początku naszej ery. W wieku IV n.e. wzniesiono tam nieznaną bliżej budowlę, a dwieście lat później na jej miejscu powstała pierwsza świątynia chrześcijańska. Otaczał ją cmentarz, po którym dzisiaj nie ma śladu. Po placu Św. Jana spacerują turyści, jeżdżą dorożki, tańczący wyznawcy staroindyjskiego bóstwa śpiewają mantrę Hare Krishna a sprzedawcy parasolek sprzedają parasolki.

Już tę pierwszą budowlę wzniesiono na planie ośmiokąta. Na jej zrębach na przełomie Xi i XII wieku postawiono obecne baptysterium, uznawane za najstarszy budynek w mieście. Oktagonalny kształt dawnych chrzcielnic nie nawiązywał do budowli rzymskich, przeciwnie: stanowił odzwierciedlenie wiary i symboliki chrześcijańskiej. Chrzest dokonany w ośmiokątnej świątyni miał wprowadzać do życia wiecznego, określanego metaforycznie jako „ósmy dzień tygodnia”.

Florenckie baptysterium pełniło swoją nominalną funkcję aż do końca dziewiętnastego wieku. Można sobie wyobrazić, ile pokoleń mieszkańców miasta przewinęło się przez jej wnętrze i po polaniu wodą zyskało patent na życie wieczne. Chrzest w baptysterium odbierali członkowie rodu Medicich, Dante Alighieri i inni sławni Florentyńczycy. Pozostała po nich chrzcielnica, ale według przewodnikowych miar nie ona jest najważniejsza. Na pierwszym miejscu wymienia się odlane w brązie drzwi Ghibertiego, jedne z trzech par drzwi prowadzących do wnętrza. Olśniewające arcydzieło – ale to tylko drzwi, zamówione i wykonane po to, żeby nadać większego znaczenia świątyni, dla której Florentyńczycy od zawsze mieli wielki respekt i sentyment.

Baptysterium stojące w cieniu gigantycznej katedry wydaje się być budowlą niepozorną, jakimś reliktem czasów zamierzchłych, niemal dodatkiem do wypolerowanej „Bramy raju” otoczonej wianuszkiem turystów. Dlatego wejście do wnętrza często okazuje się szokiem, przestrzeni jest więcej niż można było przypuszczać, a złocone sklepienie uformowane stożkowo przyprawia o zawrót głowy. Złoto jest „tylko” tłem. Złotem migają wielobarwne mozaiki, na nim malowidła wykonane czarną i brązową kreską. Malunki tak jak złoto, są wszędzie: ze ścian rzędami, malejące pną się w górę, aż do szczytu, gdzie zbiegają się trójkątne płaszczyzny tworzące sklepienie.
Najwcześniejsze mozaiki wykonane przez artystów weneckich pochodzą z roku 1225. Dekorację sufitu prowadzono jeszcze w wieku czternastym.

Florence (32)

Mozaiki widniejące ponad ołtarzem głównym uszeregowano w trzy cykle, z których najważniejszy to Sąd Ostateczny: gigantyczny Chrystus spoczywający w okręgu patrzy wprost na widza; po bokach pochylone anioły i święci doglądają egzekucji potępieńców strącanych do piekła oraz cieszą się radością zbawionych wychodzących z grobów.

Skoro tło jest złote, postaci należą do świata niebiańskiego: Archanioły i Ludzie. Chóry anielskich śpiewaków, głowy proroków, rysunkowa wersja Księgi Genezis i opowieść o życiu Józefa, Marii i Jezusa. Gdzieś z boku niespodziewanie nadpływa kaczka, w zawijasach krzaczków trykają się jelonki, obok dostojne niebiańskie pelikany, poniżej piekielne bestie. Dekoracji i oddzielaniu poszczególnych cyklów służą namalowane kolumny romańskie i motywy roślinne. Twórcy czarno-złotego kalejdoskopu musieli wiedzieć, że taka ilość postaci będzie przytłaczać, że nie wszystkie malarskie smaczki (a jest ich dużo) zostaną dostrzeżone i docenione. Wszelka przesada zabija wdzięk przyrodzony, mówią współcześni esteci, ale czy o wdzięk i kontemplację sztuki chodziło średniowiecznym specjalistom od masowej wyobraźni?

Florence (22)

Malowidła nie należą do finezyjnych, figury są płaskie i podobne do siebie, treść podana komiksowo, łopatologicznie. Zachwyca natomiast rozmieszczenie postaci i wykorzystanie przestrzeni malarskiej, koniuszki anielskich skrzydeł wciskają się w trójkątne pola, gdzie już nic innego nie dałoby się upchnąć. Poza tym jest to sztuka prymitywna, nieuznająca perspektywy i proporcji – podporządkowana założeniom dydaktycznym. Oglądanie skrzydlatych, po bizantyjsku wyniosłych postaci służyło wpajaniu wiernym przekonania o istnieniu doskonale zorganizowanego świata nadprzyrodzonego, w którym rządzi prawo i sprawiedliwość: za dobro wynagradza a za złe karze. Samo patrzenie na ikony miało być rodzajem modlitwy, a w każdym razie służyło budzeniu lęku przed potępieniem. Szczególnie wymowne są sceny, w których nieszczęśnicy paleni są w ogniu, nadziewani na widły, miażdżeni kamieniami, kąsani przez węże oraz pożerani przez okropne bestie jakby żywcem wyjęte z wyobraźni Hieronima Boscha.

Florence (16)
Ceramiczna (a może kamienna) posadzka baptysterium sygnalizuje wyraźne wpływy sztuki islamskiej z jej bogatą ornamentyką. W malarstwie widać oczywiste zapożyczenia z Bizancjum, jedyny nagrobek znajdujący się w tej świątyni należy do wczesnego renesansu, natomiast cała budowla jest przykładem mało znanego stylu, który określa się jako florencki romanizm, albo „proto-renesans”. Jego osiągnięcia posłużyły późniejszym architektom (Alberti, Brunelleschi) do stworzenia tak dobrze znanego stylu renesansowego.
Będąc w baptysterium warto zauważyć to przemieszanie i dopełnianie się stylów i kultur – to średniowieczna wersja zjawiska multi-kulti.

Florence (20)

Ponieważ okna baptysterium umieszczone są kilkanaście metrów ponad głowami patrzących, widz nie ma szans zobaczyć nawet nieba – dlatego czuje się tam jak na dnie ogromnej nierzeczywistej studni. Czy w tej studni czas się zatrzymał? Czas płynie, tylko jakby trochę inaczej.

DSC02894

Wszedłem tam późnym wieczorem (bilety sprawdza automatyczny odźwierny), kiedy zwiedzających było już mniej niż zwykle, a ci, których zastałem, sprawiali wrażenie, jakby byli tam zadomowieni. Wolno spacerowali po wydzielonych obszarach, przysiadali na stopniach ołtarza, niektórzy kładli się na wznak na ławkach lub bezpośrednio na posadzce, żeby zrobić zdjęcie sklepienia. Również przysiadłem, obserwowałem tę studnię, chłonąłem jej atmosferę, nie dziwiąc się nawet, że przez długi czas nikt z baptysterium nie wychodził ani nie wchodził. Byliśmy we wnętrzu arcydzieła. Rozmawiano szeptem, choć nie zauważyłem strażnika, który pilnowałby porządku. Przez uchylone z powodu gorąca drzwi wpadał do środka gwar miasta – śmiechy ludzi wracających z restauracji, stukot ostatnich dorożek. Nasz czas płynął w zupełnie innym rytmie, uwagę naszą pochłaniała inna rzeczywistość. Szczelina w niedomkniętych drzwiach stanowiła granicę między sacrum a profanum.

Im więcej lat upływa od powstania baptysterium, im mniej stajemy się przerażeni wizją piekła, im więcej nowoczesnych gadżetów mamy do dyspozycji – tym intensywniejsze wydaje się pytanie o fenomen sztuki sakralnej, naznaczonej ludzką udręką, bojaźnią i nadzieją. Sztuki, której mimo przekonania o wyższości naszej cywilizacji nad wszystkim co było wcześniej – nie chcemy zakrzyczeć, w jej obecności mimowolnie ściszamy głos.

Florence (28)

Duomo jak Everest

1 grudnia 2013

Poprzedni wpis – krótki z powodu braku czasu – miał być tylko prezentacją kilku fotografii. Na opisanie czeka kilka zabytkowych wnętrz, w planach jest opowiedzenie legendy, ale zmieniam plany, zatrzymuję się przy oknach, bo jeden z komentarzy otworzył całkiem spore pole do rozważań na ich temat. Zgoda, że pierwotną funkcją okien jest zapewnienie dostępu światła do wnętrza. Analogicznie: drzwi służą temu, by przez nie wchodzić i wychodzić a dom jest po to, by zapewnić jego mieszkańcom schronienie przed deszczem, chłodem i nieprzyjaciółmi. Ale to poziom jaskiniowy. Człowiek epok późniejszych, gdy polowanie i konsumowanie mamutów nie zabierało mu całego dnia, odkrył w sobie potrzebę ładu i piękna. Nie było mu to potrzebne do przeżycia, ale skoro miał już dzienne światło w domu, to chciał przy nim zobaczyć coś więcej niż popiół ogniska, szczątki mamuta i rozczochraną żonę. Dlatego na samym początku, zaraz po wynalezieniu noża a na długo przez wynalezieniem koła i radła – człowiek wymyślił grzebień. Potem jeszcze bardziej estetyzował wydzierając naturze co ładniejsze kąski w postaci barwników, muszelek, kwiatów, słomek, piór i kamieni, aż doszedł do stanu, gdy o jego pozycji społecznej decydowała nie umiejętność polowania na bizony i kuropatwy lecz ilość zgromadzonych dóbr. Dóbr pozbawionych czasem praktycznego znaczenia lecz za to „ładnych”, służących wywoływaniu zdumienia i zachwytu.

Kto był w muzeum archeologicznym ten wie: na najstarszych eksponatach wygrzebanych spod piasku i popiołów widnieją ślady dekoracji, jakieś ryte w kamieniu szlaczki, formowane z metalu zawijasy, kliny i kreski odciskane w glinie. Formy i kolory. Potrzeba kształtowania otoczenia, dekorowania budowli i nadawania elegancji przedmiotom codziennego użytku okazała się wspólna dla całej ludzkości podzielonej wierzeniami i obyczajami. Wszystkie obecne plemiona żyjące na ziemi uparcie coś rzeźbią, malują i dekorują. Ogólnej tendencji opierają się prawdopodobnie tylko Amisze, ale i oni używają grzebieni, więc tak całkiem estetyzowania nie zarzucili.

Wróćmy do Florencji. To jedno z tych miejsc na ziemi, gdzie potrzeba tworzenia trwałego i nietrwałego piękna przybrała najbardziej wyrafinowaną formę. Nie przesadzam. Wystarczy wyjrzeć przez jedno z tych zdobnych w rozety, parapety, kanelowane kolumienki lub wsparte na ozdobnych gzymsach półkolumienki okno, aby zobaczyć nieustający korowód turystów ciągnący we wszystkich kierunkach, od rana do późnego wieczora. Odpowiedź na pytanie, co ich tu przywiodło, wydaje się banalnie oczywista. Nie wszyscy przyjezdni są koneserami sztuki, wielu chce się ogrzać w blasku sławy zabytkowych obiektów, innych przyciągają witryny markowych sklepów. Jednak każdego roku prawie dwa miliony osób zamyka swoje mieszkania na klucz i jedzie do Florencji – bodaj największego na świecie skupiska dzieł sztuki. Przyjeżdżają, żeby pospacerować wzdłuż Arno, obejrzeć wnętrza muzeów i kościołów oraz… wreszcie dotarłem do sedna – popatrzeć na okna, których finezyjne ramy, parapety, kraty, kształt i rozmieszczenie szyb czynią z nich rodzaj dzieła malarskiego, nawet jeśli te okna nie są witrażami. Gdyby nie pieczołowitość, z jaka zaprojektowano i wykonano setki tysięcy detali architektonicznych (okna są tylko przykładem!) Florencja pozostałaby miastem przeciętnym i opustoszałym. Nie wiadomo, czy w ogóle przetrwałaby do naszych czasów, czy jej mieszkańcom wystarczyłoby determinacji by ją chronić? Ocalała dzięki swoim skarbom, których nawet najbardziej bezwzględni dyktatorzy nie poważyli się zniszczyć. Respekt dla dzieł sztuki bywał silniejszy niż potrzeba niszczenia i podpalania.

Tak było w roku 1495, gdy ogromna francuska armia szła odbić Królestwo Neapolu z rąk hiszpańskich a na trasie jej przemarszu była Florencja. Król Karol VIII, osobiście dowodzący wojskami, już wcześniej dał dowody wojennej skuteczności i niespotykanego nawet w tamtych czasach okrucieństwa. Podpalanie, plądrowanie zajętych miast oraz mordowanie cywilnych mieszkańców było częścią strategii wojennej. Podobny los mógł spotkać także Florencję, bo zuchwałość rabusiów wzrasta wraz z wielkością i bogactwem najechanych miast. Stało się jednak inaczej, co Florencja w dużej mierze zawdzięcza Savonaroli, który wchodził w skład delegacji wysłanej przez radę miasta do kwatery najeźdźców. Wystąpienie kaznodziei zaczęło się od przymilnego powitania i zapewnienia króla, że jest on wysłannikiem bożym i „instrumentem boskiej sprawiedliwości” wyznaczonym do tego, by zaprowadzić boski porządek w zdeprawowanym mieście. Monolog trwał i trwał, Savonarola nie znający opamiętania popadł w stan mesjanistycznego uniesienia i głosem proroka przestrzegł Karola przed ogniem piekielnym i wiecznym potępieniem, gdyby ten poważył się podnieść rękę na „miasto wybrane”.
Zabobonny król wolał nie ryzykować, zajął co prawda Florencję, ale pozostał tam tylko przez osiem dni. Przyjął okup w wysokości 120 tys florenów (inne źródła mówią o dukatach, ale suma pozostaje ta sama) i w pokoju wyprowadził 30-tysięczną armię poza mury miasta. Paradoksalnie florenckie dzieła sztuki ocalały dzięki swemu największemu wrogowi.

Nie znaczyło to wcale, że nawiedzony mnich przestał rzucać z ambony klątwy i zaklęcia, że zaakceptował istnienie przedmiotów służących dekoracji i rozrywce. Uznawał je za wymysł szatana i główną przeszkodę do zamienienia Florencji w „nowe Jeruzalem”. Podczas płomiennych kazań głoszonych w katedrze dawał upust swoim obsesjom i na słowach nie poprzestawał. Jego stronnicy przyoblekli się w szaty strażników moralności, a bandy ostrzyżonych na krótko wyrostków zwane „błogosławionymi niewiniątkami” krążyły po mieście w poszukiwaniu tego co w ich zindoktrynowanych główkach jawiło się jako „marność”. Grupy rozzuchwalonych dzieci szły od domu do domu zabierając mieszkańcom „heretyckie” książki (często dzieła autorów starożytnych), obrazy, meble, elementy damskiej garderoby, instrumenty muzyczne, przybory toaletowe i peruki. Wszystko to gromadzono na „stosie marności” i podpalano. W mieście panowała atmosfera zabobonnego strachu, terroru i donosicielstwa. Był to chyba najbardziej wstydliwy epizod w dziejach Florencji. Jego symboliczne zakończenie miało miejsce na Placu Signorii w roku 1498, kiedy na stosie spłonął Girolamo Savonarola. Mieszkańcy okolicznych domów mieli co oglądać przez okna. Nie tylko tego dnia.

Od czasów średniowiecza Florencja słynęła z ulicznych widowisk, było więc czemu się przyglądać. Kamienne trotuary i brukowane ulice zdeptano milionami stóp podczas niekończących się cechowych parad, religijnych procesji, orszaków, festiwali, pochodów i publicznych egzekucji. Plac przed kościołem Santa Croce był tradycyjnie miejscem turniejów rycerskich, a na skwerze przed Santa Maria Novella urządzano wyścigi. Nie dla wszystkich widzów starczało miejsca na placach i ulicach, bardziej sprawni wspinali się na murki, gzymsy i dachy domów, szczęściarze mieszkający w pobliżu mogli obserwować widowisko ze swoich sypialni. Biletów nie sprzedawano – za wszystko płacił fundator, raz ten raz inny. Igrzyska w przeciwieństwie do chleba, były darmowe. Nie wszystkie służyły rozrywce, czasem wiało grozą, ale gapiów nie brakowało. Horrory nie są wymysłem Hollywoodu.

Czasem wiało dosłownie. W roku 1439 przerwano Sobór w Ferrarze i obrady przeniesiono do Florencji. Kiedy udekorowane miasto i ciekawi mieszkańcy czekali na wejście strojnych orszaków, pogoda popsuła widowisko. Styczniowy wiatr połamał maszty z proporcami, przewracał dekoracje, a wymalowane na banerach hasła spłynęły z deszczem. Gapie zebrani na dachach uciekali z nich w obawie przed zdmuchnięciem, ci którzy okienne parapety wyścielili poduszkami i szykowali się do spektaklu musieli zamykać okna. Impreza powitalna była nieudana, zresztą tak jak cały sobór, który trwał kilka miesięcy ale nie przyniósł porozumienia między papiestwem rzymskim a hierarchami z Konstatynopola. (Może dlatego 14 lat później nikt z europy zachodniej nie pośpieszył na pomoc bizantyjskim współbraciom w wierze oblężonym przez Turków) Jednak podczas trwającego kilka miesięcy Soboru nie brakło okazji do widowisk – brodaci przybysze ze Wschodu w obszernych szatach, w futrzanych czapach, w otoczeniu mongolskiej i arabskiej służby, egzotycznych zwierząt i sprzętów na każdym kroku budzili zaciekawienie.

Bywały oczywiście przyjemniejsze widowiska. W 1471 roku przybył do Florencji książę Mediolanu Galeazzo Maria Sforza – władca znany z ekstrawagancji, okrucieństwa i zamiłowania do wystawności. Pompa z jaką orszak wszedł do miasta oraz liczebność książęcej świty musiały zadziwić nawet przywykłych do widoku bogactwa Florentyńczyków. W otoczeniu księcia szli jego doradcy, asystenci oraz liczna służba. Straż przyboczną stanowiło pięciuset piechurów, setka rycerzy oraz pięćdziesięciu chłopców stajennych w srebrnych liberiach, każdy z nich prowadził dorodnego konia, którego uprząż zdobiona była złotym brokatem i pozłacanymi frędzlami a lejce wyszywane jedwabnymi nićmi. Książę przywiódł ze sobą własnych trębaczy i doboszy, myśliwych z psami, sokolników z sokołami. Małżonka księcia oraz córki i dwórki zostały dostarczone do Florencji w dwunastu lektykach obsypanych złotym brokatem. Znów było na co popatrzeć. Przez okno, z balustrady mostu, z dachu kamienicy albo… z kopuły Duomo.

Wracamy do współczesności. Tak, wszedłem na Duomo. Pewnego ranka pokonałem magiczne 444 schodki*. Zadyszka dopadła mnie zaraz na pierwszym piętrze, potem pociemniało w oczach i poczułem pulsowanie w skroniach, ale nic już nie mogło mnie powstrzymać. Nie przerywałem marszu, przystawałem tylko przy małych okienkach dla złapania oddechu. Kiedy wyszedłem ponad poziom okolicznych dachów – słabości fizyczne ustąpiły i szło mi się zadziwiająco lekko. Zaraz zresztą nadarzyła się okazja do uspokojenia tętna: przez chwilę trasa prowadziła po galeryjce umieszczonej wewnątrz katedry, poziomo u podstawy kopuły. Akurat nikt nie deptał mi po piętach, mogłem przystawać i robić zdjęcia kierując obiektyw w górę i na wprost, na malowidła Vasariego.

_MG_4656

Na zdjęciu poniżej widać, gdzie biegnie galeryjka.

stół ogrodowy 360

Po miłym dla oka i skołatanego serca przerywniku znowu wszedłem w mroczne korytarze umieszczone między dwoma warstwami poszycia kopuły. Mozolnie wspinałem się w górę. Liczyłem na to, że uda mi się zobaczyć jakieś detale konstrukcyjne dające pojęcie o geniuszu Brunelleschiego. Poza murkami, belkowaniami i kamiennymi stopniami niewiele więcej mogłem zobaczyć. Musiała mi wystarczyć świadomość, że byłem w środku arcydzieła. (które opisałem tam) Wreszcie ostatni zakręt, ostatnie pasmo schodków i wyjście na zalany słońcem taras widokowy, zdobyłem swój Everest. W dole nieruchoma i zadziwiająco cicha z tej odległości Florencja.

_MG_4664

_MG_4677

_MG_4679

_MG_4667

Pobyt na tarasie, najwyższym punkcie widokowym w całej chyba Toskanii, był okazją, żeby z bliska sfotografować zwieńczenie kopuły – owoc pracy pomysłowych kamieniarzy, którzy prawie pół tysiąca lat temu, bez dźwigów i helikoptera wtargali ogromne bloki piaskowca na sam szczyt.

_MG_4678

_MG_4673

A to zamglony widok wzgórza i kościoła San Miniato. Tam miałem zamiar dotrzeć tego samego dnia. Ale najpierw musiałem otrząsnąć się z hipnotycznego działania widoków i zejść z gorącego dachu.

_MG_4672

*( Liczba schodów prowadzących na szczyt kopuły oscyluje między 414 a 463, w zależności od sposobu liczenia)

Okno z widokiem

28 listopada 2013

Może to nie jest najbardziej odkrywcza myśl tego wieczoru, ale chętnie się nia podzielę: zauważyłem, jak wiele okien we Florencji służy nie temu, by przez nie patrzeć, lecz temu, żeby na nie patrzeć. Na razie nie podam w jakich miejscach robiłem poszczególne fotki. Niech to będzie zagadka dla tych, którzy byli w stolicy Toskanii i zapamiętali, albo mają podobne zdjęcia w swoich zbiorach. Może się ktoś pokusi o podpowiedź.

Florence (80)

stół ogrodowy 341

_MG_4678

_MG_4568

Florencja (19)

_MG_4607 Jak łatwo zauważyć, okna umieszczone są na różnych wysokościach, pochodzą z różnych epok i reprezentują odmienne style. Czasem efektowniej wyglądają od wewnątrz, czasem trzeba je fotografować z zewnątrz, bo do środka wejść nie można lub obowiązuje zakaz robienia zdjęć. Dzięki temu mamy różnorodność.
Nie wszystkie okna mają szyby. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek je miały. Wiadomo jednak, że przynajmniej na dwóch fotkach okna są znacznie młodsze niż się wydaje. Zagadek więc przybywa. Objaśnię wszystko w komentarzu – ale dopiero za trzy dni.

_MG_4482

Florence (67)

_MG_4474

_MG_4612

Florence (13)

Florence (60)