Posts Tagged ‘filozofia’

A jak Atlantyk, B jak bałwany

2 listopada 2014

Avenida Boavista, chociaż ma w nazwie węża nie wije się po Porto. Prostą linią łączy centrum miasta z brzegiem Atlantyku. Trasa piętrowego autobusu wiedzie przez dzielnice uniwersyteckie, w miarę zbliżania się do oceanu miejska gęsta zabudowa ustępuje willom i ogrodom. Zieleni jest więcej, widoków świadczących o recesji i schyłkowości mniej. Nabrzeże skąpane jest w popołudniowym słońcu, rudobrązowe skały wystające z wody wzmacniają wrażenie złocistości. Sam ocean jest szaro-niebieski, jednak piasek, a raczej żwirek powstały z pokruszonych skał jest intensywnie żółty. Tłumu nie ma, kilkanaście osób leżakuje, jedni na plaży, inni bezpośrednio na skałach, kilku śmiałków namacza się w płytkich zatoczkach. O pływaniu nie ma mowy, fala jest zbyt silna, łatwo mogłaby rzucić człowiekiem o skały. Nie jest kąpielisko z prawdziwego zdarzenia. Można tu zażywać ogólnie pojętej rekreacji, która polega na spacerach, czytaniu książek lub grze w karty. Taki właśnie użytek z walorów kamienistego brzegu robią spaleni na brąz półnadzy mężczyźni rozlokowani pod murami starego fortu. Karcianych stanowisk jest tam kilka, od rana do zmierzchu odbywa się okraszana okrzykami walka do ostatniej damy, ostatniego króla i asa. Na prowizorycznych stolikach karciarzy dostrzegam obłe kamienie wielkości pięści. Gracze przyciskają nimi karty, żeby ich nie porwał wiatr. Jeden kamień jest dobrem wspólnym, to ten którym przyciska się karty kładzione na środek stołu. Wśród grających jest kobieta. Nie uwzględniłem jej w powyższej relacji wyłącznie z powodów językowych. Jak mam o niej pisać? „Graczka”? „Karciarka”? To nie brzmi poprawnie. Poza tym ona nie była rozebrana do pasa jak jej towarzysze.

_MG_5750

Z betonowej promenady zszedłem ku wodzie, zdjąłem buty, podwinąłem nogawki. Musiał mi wystarczyć taki minimalistyczny, służący głównie strudzonym stopom, kontakt z Atlantykiem.
Ocean z jakichś powodów nie jest dla mnie obojętny, może w tle czai się świadomość, że zważywszy na to kim jestem i skąd przychodzę dotknięcie go i zobaczenie na żywo nie było takie oczywiste. Przyznam się, że widok oceanu zawsze stanowi dla mnie największe (także dosłownie!) potwierdzenie słuszności dokonywanych wyborów. Gdybym wybierał inaczej, bardziej zachowawczo a mniej rewolucyjnie, prawdopodobnie nigdy bym tu nie dotarł. Po cichu liczyłem, że w zamian za atencję jaką go darzę ocean jakoś się odwdzięczy. Przecież był mocarny, niemal wszechmocny i wydawało się niemal oczywiste, że potęga natury zadziała stymulująco na mój umysł, z którego wartkim strumieniem wypłyną myśli odkrywcze, pomysły szalone a wnioski odważne.

Nic takiego nie nastąpiło, reakcją na świeże powietrze i bliskość wody było spowolnienie i rozleniwienie przechodzące w stan błogości. Szum fal, wyczekany widok linii horyzontu i blask wrześniowego słońca przyniosły mi poczucie przynależności do uniwersum. I tyle. Wcale nie mało, powiedziałbym, że bardzo dużo. Czułem się po prostu bardziej obecny. Obecny wobec potęgi oceanu i wobec upływającego czasu, bo to się jakoś łączy.

Fale uderzały o brzeg regularnie jak zegar, wiedziałem, że ten ruch nie zaczął się przed chwilą ani nie wczoraj, ani nie w momencie moich narodzin, Że ten monotonny ruch trwa dłużej niż cokolwiek, co jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Przybój fal na wszystkich brzegach wszystkich mórz i oceanów nie skończy się z chwilą, gdy po raz ostatni zamkniemy oczy. Pieszczoty fal z brzegiem trwają o wiele dłużej niż nasza wspaniała cywilizacja i jej potworności. Zanim z mokrych szczelin powstały prehistoryczne gady i zanim urodzili się płodni twórcy mitów, w które teraz wierzy ludzkość, fale tak samo uderzały o brzeg. Jest w ich hipnotycznym ruchu coś pierwotnego. Podobieństwo ruchu fal do aktu kopulacji dawno zostało zauważane. Nie bez przyczyny filmy przyrodnicze mówiące o powstaniu życia na Ziemi zaczynają się od scen z udziałem morskich fal uderzających o brzeg. W kolejnych ujęciach z pęcherzyków powietrza wypełzają jakieś stworzonka i zaczyna się ewolucja, rozwój. Na końcu pojawia się człowiek, który jest stworzeniem zadziwiającym pod tym względem, że gorliwie temu rozwojowi i tej ewolucji zaprzecza.

Stałem po kolana w wodzie, pozwalałem aby bryzgi piany moczyły mi spodnie. Z każdym odpływem fali szorstki piasek usuwał się spod moich stóp, musiałem obok szukać stabilniejszego gruntu, znajdowałem, ale to co od teraz miało być solidne i zapewnić mi równowagę, zostawało przez kolejną falę zabrane. Jeśli się zagapiłem i w porę nie przesunąłem w bezpieczne miejsce, następne fale podmywały mnie bez litości, jakby chciały spowodować mój upadek. Znajdujecie tu jakąś metaforę? Ja znajduję. Może ją właśnie wymyśliłem. Ze wszystkich metafor związanych z oceanem najbardziej lubię tę, która mówi, że życie człowieka podobne jest do podróży mrówki, która na kawałku drewna samotnie przemierza ocean. Nośne porównanie, zazdroszczę autorowi, że na to wpadł. Nie poznałem go osobiście, przypuszczalnie żył przed tysiącami lat, gdzieś na Dalekim Wschodzie.

Miałem nadzieję, że spotkanie z oceanem, którego potęga od dawna działa mi na wyobraźnię popchnie mój umysł w kierunku czegoś podobnego. Przydałby się jakiś rozbłysk zrozumienia, jakaś syntetyczna myśl pozwalająca stwierdzić raz na zawsze, że życie na pewno jest tym a nie tamtym. Podobnie świat: jest właśnie taki a nie owaki. No właśnie: czy o życiu da się powiedzieć coś jednoznacznego? Czy istnieje jakaś uniwersalna prawda o świecie, o wszystkich aspektach życia człowieka? Wszyscy wiedzą, że nie istnieje. Wszyscy oprócz, z lekka licząc, czterech miliardów ludzi, którzy wierzą w doktryny religijne. Które nie tylko wykluczają się wzajemnie, ale stoją w sprzeczności z tezami dowiedzionymi przez naukę.
Zamiast próbować ustalać i wmawiać innym, „jak wygląda świat i kto za tym stoi” ludzie powinni raczej mówić „ja swój świat widzę tak i tak”. Nawet jeśli kto przyzna, że na temat świata ma pojęcie mgliste a sensu żadnego w nim nie dostrzega, to też jest dobrze. Sokrates, który otwarcie przyznał, „wiem, że nic wiem” był uczciwym filozofem. O ile mniej byłoby na świecie trosk i wojen, gdyby nie uparta chęć trzymania się jednej dogmatycznej wizji. Ale powiedzcie to tym 4 miliardom.

Stałem po kolana w wodzie, pozwalałem, by bryzgi piany moczyły mi nogawki spodni i czekałem na przypływ kreatywnych mocy. Prawem analogii: nad wielkim oceanem nie mogą nas obsiadać myśli małe i pospolite. „Tak by nam się serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy…” – to Wyspiański. Rzecz jasna, nie tylko nad brzegiem oceanu w porze zachodzącego słońca przydałby powiew świeżego rozumienia spraw własnych, nie zaszkodziłoby trochę rozszerzenia świadomości świata w jakim się żyje. Okoliczności zdawały się sprzyjać: między piaszczystym brzegiem pokrywanym co 30 sekund spienionymi falami a linią horyzontu było mnóstwo wolnego miejsca na ontologiczne bujanie w obłokach, na podniebne szybowanie za zrozumieniem. Nie zwyczajnym zrozumieniem, dokąd na zimę odlatują bociany, lecz rozumieniem grubszego kalibru, obejmującym całą osobowość, pochłaniającym wszystkie lęki, uprzedzenia i wątpliwości. Jednym słowem, było mi potrzebne rozumienie, (albo lepiej dojrzała świadomość), z którego wynika wewnętrzna siła i pogoda. Ci, którzy za moimi plecami grali w karty, musieli taki stan wewnętrznej pogody osiągnąć. Gdyby pojawił się facet chodzący po spienionych falach, niewielu odwróciłoby głowę. Grali w karty, a gra wymaga uważności.

Ja jeszcze nie mogłem sobie pozwolić na tak stoickie podejście. Mnie jeszcze gryzło to i owo. Chciałbym na przykład pojąć, na czym polega defekt ludzkości zdolnej do osiągnięć wspaniałych i szlachetnych a jednocześnie uparcie i boleśnie kultywującej swoje zwierzęce pochodzenie. Dlaczego ta najwyższa forma ewolucji tak gorliwie tej ewolucji zaprzecza? Dlaczego od empirycznych znaków i dowiedzionych naukowo tez dla połowy populacji ziemskiej ważniejsze są rozpowszechnione mity i legendy. Co w nich jest takiego, że ludzie w ich imię wyruszają na wojny i dają się zabijać? Dlaczego to trwa i czy jest szansa na zakończenie tego stanu rzeczy, nie mam pojęcia. Na razie kołaczą mi się po głowie blade domysły, kiełkują jakieś strzępki hipotez, które wymagają weryfikacji i filtracji. Nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, cokolwiek by zresztą wynikło, będzie miało wartość jedynie dla mnie. Ten rodzaj wiedzy o świecie jest nieprzekładalny, dlatego irytują mnie wszelkiej maści kaznodzieje i misjonarze mówiący innym, jak mają żyć. Nawet, jeśli na mówieniu się kończy, a często się nie kończy, to i tak więcej w tym szkody niż pożytku, bo cała ta poparta socjotechniką i sztuczkami oratorskimi indoktrynacja jest żerowaniem na cudzym nieszczęściu, niewiedzy i zaufaniu. Jest ponadto działalnością zaborczą i służy zniewoleniu choć sami misjonarze mówią o wyzwoleniu. Putin też Krym wyzwalał.

_MG_5772

Pozwalałem aby bryzgi piany moczyły mi nogawki spodni, szorstki piasek regularnie usuwał się spod moich stóp a odpowiedzi na buzujące w głowie pytania nadal nie było. Owszem teoria o piramidzie potrzeb Maslowa naprowadziła mnie na godny uwagi trop, ale ciągle nie mogłem zaakceptować faktu, że dla jednych ludzi pierwszą potrzebą jest niszczenie i zabijanie w imię odwetu za doznane krzywdy a inni znajdują wystarczającą satysfakcję w oglądaniu zachodów słońca, w słuchaniu muzyki, w tropieniu tajemnic zaszyfrowanych w książkach, obrazach i tak dalej. To by przeczyło zasadzie o równości ludzi. A przecież wszystkie religie mówią, że ludzie są równi. Większość populacji ziemskiej wyznaje jakieś religie a taka masa nie może się mylić. W układance ciągle coś nie pasowało, czułem, że jestem blisko jednoznacznej odpowiedzi na temat cywilizacji i że po kolejnym, powiedzmy tysiąc dwieście czterdziestym czwartym przyboju fali wyskoczę z oceanicznej wody z okrzykiem Eureka.

W dalszym ciągu nic takiego nie następowało, ciut zrezygnowany podszedłem do wiecznie mokrych skał, które jako najbardziej wysunięte w morze przyjmowały na siebie największy impet uderzających fal. Stojąc za nimi robiłem zdjęcia rozbryzgującym się drobinkom wody i pienistym bałwanom. Spodobało mi się to. Poczułem sympatię zwłaszcza do bałwanów. Wzmogłem czujność, aby migawkę aparatu zwalniać we właściwym momencie, z wolna stawałem się czcicielem bałwanów. Jak wiadomo oddawanie czci bałwanom nie jest mile widziane, na czciciela może spaść jakieś nieszczęście. Tak z całym przekonaniem twierdzą osoby w co innego niż bałwany wierzące i czemu innemu swoją cześć i pieniądze oddające. Uważam że ich wybór jest dobry. Dla nich. Mój wybór i moje bałwańskie zauroczenie też jest dobre a nawet bardzo dobre. Dla mnie.

Z plaży (nie będącej do końca plażą) wracałem wzdłuż brzegu rzeki Douro. Trasa, może dzięki temu że zapadł zmierzch i zapłonęły lampy na wzgórzach, wydała mi się bardziej atrakcyjna niż ta, którą wcześniej jechałem. Wniosek z wyprawy był taki, że jeśli okoliczności sprzyjają i można choć na pół dnia pojechać nad ocean, koniecznie trzeba to zrobić. Nie dla bałwanów. Dla siebie.

_MG_5791

_MG_5790

_MG_5789

Reklamy

Szanowni Współobywatele… – część II

25 lipca 2010

Szanowni Współobywatele Księża (c.d.)

Spytam się, dlaczego uważacie że wasz Szef jest nieomylny?

Naprawdę w to wierzycie?

Nawet jeśli przed chwilą był jednym z was?

Lecz może również dlatego, że jakby mógł on prześledzić wasze działania – przez losy milionów pasionych i często zarzynanych owieczek, to na pewno nie powierzyłby wam „pracy” jaką wykonujecie od tysiącleci.

Mówicie że jeśli ktoś (owieczka) chce być członkiem kierowanej przez was wspólnoty to musi przestrzegać jej zasad i praw.

Zgoda, jeśli to jest dobrowolna decyzja.

Ale spytam: jeśli ktoś nie jest członkiem waszej wspólnoty a swoje prawa ustala sam, to dlaczego robicie wszystko aby go zniszczyć?

Utrzymujecie, że jeśli mówię cokolwiek o was lub o waszym Bogu to obrażam wasze uczucia. I nawet za to mogę być skazany (dziś tylko na więzienie – to wielki postęp i ustępstwo w stosunku do stosów!)

A ja nie mogę was oskarżyć o to, że obrażacie mnie. Mój rozum, pojmowanie świata, zdobycze nauki i sposób życia.

Nie mogę oskarżyć was o to, że od stuleci zabraniacie wszystkiego co w jakikolwiek sposób mogłoby ograniczyć waszą władzę. Nie mogę a wy dalej możecie bezkarnie na każde słowo wypowiedziane w waszym kierunku reagować podjudzającą „wiernych” furią podaną w pięknej nowomowie autorytatywnych słów.

Wiem że robicie również dobre rzeczy.
Tak, wiem i widzę.
I w historii, bo na was często opierała się nadzieja ludzka w strasznych chwilach.
I dziś, gdy opiekujecie się potrzebującymi czy cierpiącymi.
I że równość ludzi ogłosiliście jako pierwsi, choć tak dawno że już o tym zapomnieliście.

To dobrze, ale to za mało.
Bo jesteście ludźmi wykształconymi. I od takich ludzi w naturalny sposób oczekuje się aktywnego udziału w rozwoju wszystkiego od czego nasza przyszłość zależy.
To fundamentalna różnica wyboru bycia „hamulcowym” lub „kierowcą”.
Popatrzcie ile światłych osób , na przestrzeni wieków, od was uciekło.
I co te osoby zbudowały.
Zarówno naukę (wbrew wam) jak i kościoły, gdzie po prostu panują inne prawa i zasady.

My się zmieniamy i nie odrzucamy wszystkiego nowego dla zasady i wyłącznie dla utrzymania władzy.
Myślimy, analizujemy i wyciągamy wnioski.
W dyskusjach i alternatywach.
Nie w „uświęconych” dogmatach.
I czujemy z tego powodu radość odkrywania a nie strach przed nieznanym i przed nieuchronnymi zmianami.
To nasz świat.
Świat zmieniający się codziennie.
I popełniamy w nim błędy.
Ale mimo tych błędów codziennie od tysięcy lat zmieniamy go na lepszy.

Nie jesteśmy już głupimi prostaczkami wierzącymi we wszystkie bajki.

Bez was umiemy odróżnić dobro od zła.
W każdej części naszego życia.

Jeśli ktoś wierzy w jakiegokolwiek Boga i pomaga mu to w życiu to jego sprawa.

Może więc troszkę pokory i szacunku dla „owieczek”?

Wiem, że macie świetnie opanowany sposób reakcji na jakiekolwiek słowo krytyki pod waszym adresem. I że sami, lub ustami innych, oskarżycie nas o wszystko co najgorsze, używając jednocześnie pięknych i dzwoniących w sercach słów.

Bywa.
Prawda nie jest wygodna.
Ale nie jesteście już tematem tabu.
I nie macie na to wpływu.

Więc wam powiem :
Przekonujcie a nie straszcie i rozkazujcie.
Nie szantażujcie moralnie i prawnie.
Dajcie przykład że wasza droga życia, jaką proponujecie, jest wspaniała.
Osobiście i na co dzień.
Żyjcie skromnie.
Żyjcie normalnie.
W zgodzie z wybranym Bogiem, własnym sumieniem, harmonijnie i szczęśliwie.
Akceptujcie osiągnięcia nauki i rozumu.
Z dystansem ale konstruktywnie dla wspólnego dobra.
Zachęcajcie do rozwoju nas, nauki i rozumu.
Słowem i czynem.
Uśmiechajcie się do ludzi.
Mówcie o radości życia.
Śpiewajcie wesołe piosenki.
Nie każcie nam klęczeć, skoro wy stoicie.
Powiedzcie każdemu „innemu” że jego Bóg i droga do niego też jest dobra.
I pokazujcie na własnym przykładzie na czym polega droga do niego.
Bo na tym polega kapłaństwo.

I nie każcie się całować w pierścień, bo to niehigieniczne.

Walter Chełstowski

P.S. Autor nie jest naiwniaczkiem, który liczy na odpowiedź ze strony „sług bożych” – z góry wiadomo, że z tamtej strony odpowiedzią będzie cisza. W literaturze istnieje sporo tekstów skierowanych do osób nieżyjących albo wprost do Boga (np. Wielka Improwizacja w „Dziadach” Mickiewicza). Zabieg formalny zastosowany tutaj służy wyłącznie wzmocnienia efektu. Pokazuje dwie rzeczy: samozwańczy „pasterze trzody ludzkiej” są tak daleko, iż nie dosięga ich krytyka ani polemika, bo ich nie interesują nasze ludzkie miary. Mają własne, którymi z kolei nam nie wolno się posługiwać.

Po drugie: istnieje takie słówko (zapewne wymyślone przez nich) „świętokradztwo”. Sugeruje ono, że jest coś takiego jak świętość, która do kogoś przynależy i że można ją ukraść. Kto komu może ją ukraść i co go za to spotka – możemy się domyśłić. Czytając powyższe „dziwne” pytania i sugestie dokonujemy w pewien sposób świetokradztwa, naszymi brudnymi paluchami dotykamy tronu, na którym „szanowni współobywatele..” się osadzili. Łatwo sobie wyobrazić minę jakiejś purpurowej eminencji, której w głos przeczytalibyśmy cały tekst i zamilkli w oczekiwaniu odpowiedzi.
Rzecz w tym, że ich pojmowanie roli „duchowieństwa” nie przewiduje nawet, iż świeckim wolno o takie rzeczy pytać. Wymowne, prawda?
Samymi więc pytaniami wyprowadzamy sie poza nawias, wychodzimy z roli potulnej owcy, której wmówiono, że bona fide jest najwyższą cnotą – jednym słowem stajemy się heretykami, którzy stawiają na indywidualność i własny rozum jako narzędzie poznawania świata. Czy to nie fascynujące?

Estetyka świętokradców

3 grudnia 2009

W zakończeniu tekstu Wirtualny Toruń zachęcałem do obejrzenia wnętrz toruńskich kościołów za pomocą stronki multimedialnej. (Dostałem później miłego maila od twórców tej stronki, która jak się okazuje, w całości jest wynikiem osobistej inicjatywy grupy zapaleńców z panoramicart.pl) Chciałbym dziś wytłumaczyć, skąd wzięła się ta być może zaskakująca zachęta. Intencja była oczywista: zajrzyjcie do tych unikalnych wnętrz, przesuńcie kursor myszki na ogromne okna, na niewiarygodnie wysokie sklepienia, podziwiajcie – jako i ja podziwiam – wspaniałe dzieło ludzkiej wyobraźni i sztuki rzemieślników. Może wam się na tyle mocno spodoba, że pojedziecie do grodu Kopernika zobaczyć te perełki na żywo, a raczej „na cicho”. Zresztą nie tylko kościoły toruńskie są warte polecenia, o czym będzie trochę dziś a wiecej w kolejnym wpisie.
Kościoły są budowlami o szczególnym znaczeniu, można zatem domyslać się, że szczególna też bywa motywacja architektów i budowniczych, żeby wspiąć się na wyżyny swych umiejętności i stworzyć autentycznie wielkie dzieło. (Nie mam na myśli współczesnych potworków architektonicznych szpecących niemal każde osiedle mieszkaniowe. Te omijam z daleka). Budowniczowie gotyckich katedr twierdzili, że stawiają je dla „chwały Bożej” – trudno zaprzeczyć, bo z religijności tamtych czasów oraz odkrywanych możliwości technicznych wyłoniła się idea strzelistych wież, wysokich sklepień i ostrych łuków jako wskazanie kierunku transcendencji „ku górze’ czyli do Boga. Pierwsze katedry były, jakbyśmy powiedzieli, narzędziem propagandowym: miały na celu człowieka oszołomić i przytłoczyć swoją potęgą. I zadanie to znakomicie spełniały, bo budowle o takich rozmiarach i bogactwie (witraże!) długo nie miały konkurencji. Co nie zmienia faktu, że najlepsze przykłady kunsztownych kościołów niezależnie od tego czy to gotyk, barok czy klasycyzm to przede wszystkim triumf możliwości ludzkich. Także tych najgłębszych, duchowych, bo z nich wypływała idea twórcza. Ceniąc sobie ludzki geniusz twórczy odwiedzam kościoły, bo są dziełami sztuki. Owszem, ze względu na ich sakralny charakter dziełami szczególnego rodzaju. Rozumieją to właściciele świątyń całego świata, dlatego publikują foldery, sprzedają pamiątki i bilety wstepu bez pytania turystów o przynależność religijną. O barcelońskiej katedrze Sagrada Familia raczej nie mówi się w kategoriach religijnych. Powszechnie traktuje się ją jako unikalne dzieło sztuki, a fakt że budowa kolosa trwa od 1882 roku wzbudza tym większe zaciekawienie.
Wydaje się oczywistością, że sztuka sakralna także jest towarem. Dlatego mocno zdziwiłem się po przeczytaniu opinii Leszka Kołakowskiego zawartej w książce „Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania”:
„W hipotetycznym kompletnie sekularnym społeczeństwie, gdzie nic nie jest święte, nie ma ani bałwochwalczych ani świętokradczych czynów. Dla ludzi całkowicie wyzutych z wrażliwości religijnej oba pojęcia tracą sens: nic nie jest świętokradcze, nic nie jest bałwochwalcze. W oczach ludzi religijnych, przeciwnie, zarówno świętokradztwo, jak bałwochwalstwo sa wszechobecne w społeczeństwie świeckim: to, co ludzie uwielbiają i czczą nie jest Bogiem, tak wiec każdy akt czci jest z konieczności bałwochwalczy; skoro zaś ludzie są w najlepszym razie obojetni na jakość świętości, popełniają świetokradztwo nieustannie, niekoniecznie tego świadomi. Świętokradztwem jest na przykład odwiedzać kościół tylko po to by podziwiać jego architekture i malarstwo, i może nawet słuchać muzyki sakralnej z uwagi na jej wartości artystyczne lub czytać Biblię dlatego, że jest to wspaniałe dzieło literackie itd.”
(str.92)
Tym samym zostałem zaliczony do świętokradców, ponieważ nie ma we mnie za grosz religijności a najsilniejsze, powiedzmy, doznania transcendentalne były mi dane w górach i w paru jeszcze sytuacjach intymnych. Absolutnie nie czuję się z niczego „wyzuty”, uważam, że bez „wrażliwości religijnej” moje życie też jest wystarczająco pełne. Wystarcza mi zwyczajna wrażliwość, po co zaraz „religijna”. Czy ona jakoś ma ludzi nobilitować? W moim mniemaniu jest raczej na odwrót i to religie są balastem dla życia psychicznego, dla wolności ducha. Poza tym słowo „wyzuty” sugeruje jakieś ubóstwo, niepełność, może nawet patologię. Nie podoba mi się ta kategoryzacja. W rewanżu stawiam profesora Kołakowskiego w jednym rzędzie z pewną sprzataczką, która bezceremonialnie wypędziła mnie z kościoła w Raciborzu wskazując świeżo umytą posadzkę jako uzasadnienie swojego chamstwa. Zapamiętałem jej to, bo jako poborowy byłem wtedy w trakcie potyczek z Ludowym Wojskiem, na zewnatrz panował straszny upał, a ja potrzebowałem cienia i wyciszenia.
Nie będę zresztą ukrywał, że lektura książki „Czy Pan Bóg jest szczęśliwy…?” mnie rozczarowała. Po profesorze filozofii oczekiwałem większej odwagi w przedzieraniu się przez zasłony ukrywające rzeczywistość. Wydało mi się, że Autor dość niefrasobliwie poczyna sobie z podjętymi tematami, jakby wolał przypodobać się czytelnikom o nastawieniu religijnym, niż wykazać się przenikliwością i bezkompromisowością. Mimo pozorów, uprawia bardziej gawędę niż przytacza wyniki swoich dociekań. Nie chce mi się wierzyć, że to wszystko na co było stać sławnego profesora. Czasem Autor idzie na skróty i przyjmuje za pewnik coś, co jest znane jako twór lokalnej kultury, co jest niepotwierdzonym naukowo zapisem literackim czy dogmatem religijnym, wobec którego raz po raz kapituluje.

Wrócę tymczasem do swoich świętokradczych (teraz już wiem i wy wiecie) wędrówek po kościołach. Nie liczyłem, ile wspaniałych brył, ile wnętrz do tej pory obejrzałem, musi ich być sporo. Każde z nich odmienne, a jednocześnie takie samo, w ten sam sposób uporządkowane z ołtarzem w głębi, amboną, miejscami dla wiernych, organami pod sklepieniem za plecami, kaplicami bocznymi itd. Każde odstępstwo od kanonu jest dodatkową atrakcją, jak np dwie ambony u Dominikanów w Lublinie, albo kolisty kształt nawy głównej i wianuszek kaplic dookoła w Bazylice Wambierzyckiej. Czy wreszcie jeden z największych skarbów architektury sakralnej w Polsce, zbudowany wyłącznie z gliny i drewna ewangelicki Kościół Pokoju w Świdnicy. Niezawodnie kościoły posiadają jakiś magnes, który przyciąga nawet ludzi obojętnych religijnie. Mają przecież ten specyficzny klimat, którego nie posiada żadne „zwykłe” muzeum, najwspanialszy pałac czy sala operowa.
Czasem ten klimat pozostaje, mimo, że budowla przestaje być tylko miejscem odprawiania nabożeństw. Nowe świeckie funkcje nie zawsze ujmuja starym kościołom atmosfery. Może się zdarzyć, że im jeszcze dodaja blasku i wzmacniają ukrytą w samej budowli tajemnicę. Takie wrażenie miałem w kościele Św. Magdaleny w Bruggi w Belgii. Kościół stoi trochę na uboczu, nie w samym historycznym centrum miasta. Kiedy wszedłem do wnętrza, zamiast rzędu ławek zastałem prostokątną sadzawkę wpuszczoną w ogromny drewniany podest sięgający powyżej kolan. Wielki witraż za skromnym ołtarzem głównym odbijał się pysznie w płaskiej tafli wody, pani przewodniczka siedziała w głębi, czytając książkę, w tle płynęła muzyka smyczkowa. Pytam o co tu chodzi, skąd taki pomysł, dla kogo kolorowe klocki ułożone na półkach okalających sadzawkę? Projekt nosi nazwę YOT (to skrót pełnej nazwy w jezyku flamandzkim) i ma na celu integrację okolicznych mieszkańców, szczególnie dzieci i młodzieży wokół m.in. działań artystycznych. Pani zachęca mnie, abym wszedł do małego pomieszczenia w nawie bocznej, gdzie umieszczono instalację pt. „Droga Życia”. Na trzydziestu cienkich sznurkach rozpiętych w rzędzie pomiędzy podłogą a sufitem przywiązano gęsie pióra. Ich położenie jest dla odmiany poziome, rozmieszczone są w odstępach ok. 20 cm jedno od drugiego. „Kiedy będziesz przechodził i ruch powietrza wprawi te pióra w ruch, one będą pisać drogę twojego życia” – podpowiada przewodniczka. Pomieszczenie było niewielkie, umieszczony na podłodze reflektor oświetlał całą instalację, cienie na ścianie potegowały wrażenie wytężonej pracy setek niewidzialnych pisarzy dzierżących gęsie pióra. Wszyscy w ciszy pisali moją drogę życia. Poczułem wdzięczność.
Kolejny przybytek sakralny w Bruggi to katedra St. Salvatore – prawdziwy olbrzym, podręcznikowy przykład gotyku, wypełniona masywnymi meblami, licznymi ołtarzami i obrazami. Szczególnie bogato ornamentowane są ołtarze umieszczone w okalających całą tylną ścianę kaplicach. Dzieki ogromnym oknom witrażowym wrażenie kruchty jest tam nieobecne. Przytulone do siebie kaplice, każda dedykowana innemu świętemu, są pełne światła i kolorów. W miejscach gdzie zwykle stali kapłani odprawiający msze turyści mogą teraz oglądać dawne szaty liturgiczne umieszczone na manekinach. Odczytałem to jako znak czasu: ludzie odeszli, szmaty zostały. Świetokradcy szwendają się po świątyni a ja między nimi. Alleluja!

link do zdjęć Koscioła Pokoju w Świdnicy

Z Aldousem Huxleyem rozmowa na niby

16 kwietnia 2009

Bohaterem dzisiejszego bloga jest Aldous Huxley, autor powieści „Nowy wspaniały świat”. Powieść powstała dawno, autor już nie żyje, lecz cytaty z niej powielane jako złote myśli wciąż przykuwają uwagę. Zaskakujaca jest ich aktualność oraz niezamierzona ironia. Pozwoliłem sobie na własne, polemiczne komentarze do kilku z nich – tych które wydały mi się najbardziej trafne i inspirujące.

A.H. Słowa mogą być jak promienie Roentgena; jeśli używać ich właściwie, przenikną wszystko. Czytasz i słowa cię przeszywają.
L. Co do zasady – zgoda. Jezyk ma wielką siłę, potrafi poruszać umysły i serca ludzkie, zależy jednak kto i do kogo mówi. Dlaczego jednak zastrzegł pan „jeśli używać ich właściwie”? Słowa użyte umiejetnie i rozmyślnie przez kogoś podłego, kto zna siłę ich oddziaływania też mają ogromną moc. Propaganda również przenika jak promienie Roentgena. A to raczej nie jest „właściwy” cel, prawda? Czuję, że gdyby pan mógł to zdanie napisać na nowo, zdobyłby się pan na precyzję i dodał, że chodzi o słowa w literaturze i poezji. Jednak nie można zabronic używania mocy słowa manipulatorom sięgającym po rząd dusz. Cholerna szkoda, że nie.

Wolność jest nieefektywna i przykra. Wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze.

Mam odmienne zdanie, panie A. Może pana pojęcie wolności było odmienne od mojego, ale ja sobie moje skromne freedom chwalę. Nie tylko moje własne chwalę, ale nasze polskie, bośmy wolności długo nie mieli. Kiedy się urodziłem i dorastałem istniała wolność, ale głównie w nazwach placów i ulic, a generalnie była ona jakaś taka połowiczna, dychawiczna i okupiona poniżeniem. Wreszcie w 1989 przyszła: mamy w Polsce wolność, możemy podróżować albo siedzieć na du.., wstępować do partii albo występować, możemy bezkarnie wyrażać swoje poglądy. Jak z tej wolności korzystamy – to już sprawa inna, „wewnątrznarodowa”. Pan, jako Anglik nie musi znać szczegółów. Zresztą po co to panu? Zapewniam, że nic pan nie traci.
Zmieńmy punkt odniesienia.Usiłuję zrozumieć, dlaczego wolność ma być wg pana „przykra”? Może mówiąc o wolności, miał pan na myśli wolność jednostkową, pojmowaną jako obszar nieskończonych możliwości i koniecznych wyborów życiowych. Taka wolność rzeczywiście bywa utrapieniem i dojmującym ciężarem. Niektórzy tego nie wytrzymują, co ja mówię? Wiekszość wyrzeka się swojej absolutnej wolności nie dbając, że kwadratową dziurę niezdarnie zapychają okrągłym kołkiem.
Przytoczę, co napisałem kiedyś: Mam tyle wolności, ile mogę wytrzymać. Tylko głupcy uważają, że łatwo jest żyć nie należąc do nikogo ani do niczego z wyjątkiem swego miejsca i czasu. Gdyby tak było, nie powstałyby państwa, kościoły i partie, które odbierając brzemię samotności karmią ludzi iluzjami.

[…] szaleństwo jest zaraźliwe.

Wiemy, aż za dobrze wiemy. Nie trzeba nam objaśniać, jak jest zaraźliwe. Gdyby żył pan w Polsce w latach 2005 – 2007 zobaczyłby pan na własne oczy, jak ta zaraza szybko się rozprzestrzenia i jak trudno się potem leczy. Gdyby pan wiedział, że i teraz w 2009 nie bardzo wiemy, jak sobie z szaleństwem poradzić, może nawet zawahałby się pan przed napisaniem tak banalnej do bólu myśli… Przecież z pana człowiek wrażliwy, wiedzący co to takt i umiar. No więc, nie zaimponował nam pan. (Mówię w imieniu części Polaków, bo ci , którzy uważają się za „prawdziwych Polaków” i tak nie kumają, o czym pan pisze. I chyba to lepiej, bo byliby skłonni panu nogawki obsikać, jak to ostatnio jest w zwyczaju)

Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej tu się żyje.
A wie pan, że tu się z panem zgodzę. Każdy ma jakieś wyobrażenie własnego szczęścia i chwała Panu Na Niebiosach za tę różnorodność. Gorzej jeśli ktoś ma graniczące z paranoją wyobrażenie na temat tego, co jest szczęściem dla innych i na domiar złego, próbuje wcielać to w życie. Wie pan co się dzieje, jeśli ludzi na siłę się uszczęśliwia? Płacz i zgrzytanie zębów.
Mnie to omija: akurat minęły święta Wielkanocne. Wielu znajomych życzyło mi „wesołych świąt”. Gdyby niektórzy z nich dowiedzieli się, że w tym uroczystym czasie słuchałem ciężkich niemieckich oper Wagnera i nie oglądałem kabaretów w TVP, popukaliby się w czoło. Ich wyobrażenie „wesołości” jest prawdopodobnie inne, natomiast ja dałem sobie prawo odejścia od „kłamliwej szczęśliwości” – jak pan to zgrabnie ujął. Moda na szczęśliwość – jak każda moda – jest pusta i nijak nie ma się do pełnego odczuwania własnego istnienia.

Nigdy nie odkładaj do jutra przyjemności, którą możesz mieć dzisiaj.
Oj, tutaj pan chyba był nieco ironiczny, albo w twórczym amoku włożył pan to zdanie w usta nielubianemu bohaterowi powieści. Bo jakże tak? Co to za epikureizm i hedonizm w wydaniu angielskiego gentlemana? Wszak to co rózni nasz gatunek od zwierząt, to umiejętność rezygnacji z małych prymitywnych przyjemności na rzecz przyjemności większych i subtelniejszych, których spodziewamy się w przyszłości. A może się mylę…?

Człowiek może się uśmiechać, a być łajdakiem. Bezlitosnym, zdradliwym, wszetecznym, zepsutym łajdakiem.
Czytam tę charakterystykę po raz kolejny i oczom nie wierzę. Wiem, że był pan poetą, myślicielem, pisarzem, mistykiem i znawcą używek dających odloty. Ale to ostatnie zdanie ukazuje pańską unikalną umiejętność opisywania postaci z przyszłości. No bo skąd mógłby pan znać Jacka Kurskiego?

http://cytaty.eu/biografia/aldoushuxley.html

Ideolodzy ślepną, karawana jedzie dalej.

12 kwietnia 2009

Przed pierwszym wpisem na nowym portalu odczuwam niemałą tremę – bo gdzieś za plecami czai się pytanie, co z tego będzie, czy to miejsce rozwinie się zgodnie z moimi oczekiwaniami, czy też rozmyje się i rozmydli ponieważ taka jest kolej rzeczy. Jakkolwiek miałoby być, zmiany trzeba wkalkulowac w swoje przewidywania, bo dotychczasowe doświadczenia dowodzą, że zmiany po to właśnie są, żeby następować, czy nam sie podoba czy nie. A kreatywna praca przy pisaniu tekstów nigdy nie idzie na marne.

Wszyscy medrcy uczą, żeby nieuchronnośc zmian akceptować i nie przejmować się za bardzo ani zmianą ustroju ani odejściem kochanka, ani powiekszającą się łysiną, zmarszczkami czy powiększającym się obwodem talii. Należy przyjąć godnie i ze zrozumieniem fakt, że dzieci w miarę wzrastania psychicznie oddalają się od rodziców i ostatecznie odchodzą z domu, że głowa staje się słabsza a odporność na hałas mniejsza. Napisano grube rozprawy o różnicy między biernym pogodzeniem się z losem, a akceptacją zmian z jednoczesnym podejmowaniem wysiłków w celu poprawy własnego bytu, osiągniecia większej dozy osobistego szczęścia. W literaturze roi się od mądrych sentencji, choćby słynny motyw z Zemsty Fredry: „Niech się dzieje wola Nieba, z nią sie zawsze zgodzić trzeba” albo fraza z chrześcijańskiej modlitwy „bądź wola Twoja”. Odróżnianie postawy barana milcząco idącego na rzeź od aktywności nocnej ćmy, która „z szumem i fantazją” wlatuje w płomień świecy może być zajmujące, ale czuję, że oddalam sie od tematu. Nie o determinacji i nie o fatalizmie miał być ten wpis, choć to może być niezłe tło tego, co nastąpi dalej.

Osobiście pewne zmiany przyjmuję jako zło konieczne, zagryzam zęby, przypominam sobie cytaty z Seneki, Lao-Tsy i tak podbudowany intelektualnie godzę się na pojawiające się z wiekiem niedogodności i ograniczenia. To nic, że łatwiej o zadyszkę, że słabsze mięśnie, mniej włosów na głowie i konieczne okulary do czytania. Nie warto się tym przejmować, bo jednocześnie nastąpiły inne, ogromne zmiany, które w podsumowaniach zawsze wypadają na plus. Są źródłem radości i satysfakcji. Co do tego nie mam wątpliwości: mogę, razem z Janem Kaczmarkiem, śpiewać: „Warto było czekać na te piękne czasy…” W tym zawiera się cała moja afirmacja postępu, jaki nastąpił w okresie, który obejmuję pamięcią. Oczywiście pełnego podsumowania nie da się zmieścić w jednym tekście, dlatego pominę wiele wątków, (np. nowinki techniczne, dostęp do rozrywki i informacji) Skupię się na tym, co najbardziej mnie uwierało za czasów realnego socjalizmu w PRL, na wolności osobistej.

Z lat osiemdziesiątych, kiedy byłem uczniem średniej szkoły, pamiętam radość znajomej rzeźbiarki, która otrzymała oficjalne zaproszenie na plener we Włoszech. Uskrzydlona szkicowała projekty przyszłej rzeźby, na którą w Italii czekał gotowy śliczny blok marmuru z samej Carrary. Po paru tygodniach wszystkie szkice poszły do kosza. Powód? Nie dostała paszportu. Na nic okazały się dodatkowe podchody jej męża mającego jakieś tam układy we władzach. Nie bo nie. Władza kontrolowała wszystko, nawet nasze myślenie o jej niegodziwościach. Bo przecież nie buntowaliśmy się aż tak bardzo przez długie lata, po prostu do głowy nam nie przychodziło, że władza odpuści i pozwoli żyć inaczej.

Powiedzieć, że w tym względzie zmieniło się dużo, to powiedzieć za mało. Bo zmieniło się totalnie: sytuacja obróciła się o 180 stopni. Kiedy się jedzie przez Zgorzelec do Niemiec, pociąg nie stoi na stacji 2 godziny a Wopiści z psami nie spacerują po przedziałach kontrolując paszporty i bagaże. Już nie tylko Wopistów nie ma, ale w ogóle granicy nie ma! Chociaż była, o, jak bardzo ona tam była i miała być zawsze! A my, obywatele polscy mieliśmy zawsze tkwić jak palec w d.. w jednym miejscu, bo tak się szanownej wladzy podobało. Jadąc autem do Czech lub na Litwę, trudno zauważyć, gdzie była granica a dzieciom z podstawówki równie trudno wytłumaczyć, po co ta granica przez tyle lat istniała. Uznacie czytelnicy, że na fali świątecznego entuzjazmu piszę o rzeczach oczywistych. Po kilku latach poszerzającej się sfery wolności zdążyliśmy już do luksusu przywyknąć. I bardzo dobrze: korzystajmy z należnych praw, z których nie wszystkie narody mogą korzystać. Smakujmy tę wolność, która nam się należy (human rights etc) – ale doceniajmy też jakimi jesteśmy szczęściarzami. Pokolenie naszych rodziców tego nie miało, nasi bracia zza wschodniej granicy są już tak blisko, a jednak o całą epokę w tyle. Ich dzieci mogą zaledwie pomarzyć o przywileju, który jest naszym udziałem. Mniej więcej wiemy, jakie siły i układy polityczne spowodowały, że jest jak jest. Ale tak poza tym, po ludzku: mamy szczęście, że naszych oczywistych praw nikt już nie łamie, wolności słowa nie knebluje, szlabanów nie stawia.

Mówią mi znajomi, że mam bujną wyobraźnię, ale życie, na szczęście, poszło dalej, niż moja wyobraźnia. Gdybym 25 lat temu powiedział załamanej rzeźbiarce, że doczeka czasów, kiedy bez wychodzenia z domu, bez płaszczenia się przed bucem w wydziale paszportowym w ciągu 10 minut kupi sobie bilet na samolot do Rzymu, to ona by mnie wyśmiała, a ludzie w miasteczku zaczęliby mnie omijać jako nieszkodliwego wariata. Wcale nie miałbym im tego za złe. Te zmiany zaskoczyły nas wszystkich. To jest największa i najwspanialsza niespodzianka mojego życia. Jedyne, co nadal mnie smuci i zaskakuje, to poziom głupoty ludzi, którzy te gigantyczne zmiany bagatelizują i pomniejszają, bo im nie pasują do chorych teorii i ideologii. Nie wszystkich stać na pełną szczerą afirmacje obecnego stanu rzeczy, ale w imię czego opluwać tych, którzy nam wszystkim wymarzoną wolność wywalczyli? Może ich walka była pokraczna, może obarczona skazami, może, tak jak mnie, brakowało im czasem wyobraźni, ale obecna wolność obywatelska jest jednak realna. Dlatego wszelkim obsikiwaczom nogawek dawnych bohaterów i ich mocodawcom, wszelkim ideologom ślepym na autentyczne zdobycze transformacji proponuję troszkę pokory. Chociaż raz do roku, na święta. Wy też nie wyobrażacie sobie, gdzie będziemy za następne 25 lat.

PS. Od wczoraj zacząłem zamieszczać swoje teksty na nowopowstałym portalu
http://www.nieocenzurowano.pl/

Laskówka

27 marca 2009

Mam takie teksty sprzed wielu lat, nie związane w żaden sposób z bieżącymi wydarzeniami, nad których publikacją długo się zastanawiam. Tak było z „Rozmyślaniami przy stawianiu płotu”, które nie mają wiele wspólnego z przyjetą formułą blogerską, i mocno wahałem się przed ich udostępnieniem, jednak okazuje sie że są chętnie czytane. Opisywany tam płot powstawał właśnie w Laskówce – uroczej wsi w Kotlinie Kłodzkiej.
„Laskówka” to tekst, o którym mój przyjaciel i jednocześnie literacki autorytet powiedział niedawno, że „tak się już nie pisze”. Może się nie pisze, ale skoro dwadzieścia parę lat temu się napisało, to…

Nie uciekłem od świata – oddaliłem się od tego, co świat prawdziwy udaje. Żyję wśród drzew, zalesionych stoków. Jeśli nie muszę, nie opuszczam tego miejsca, najchętniej przyglądałbym się światu z głową zanurzoną w jesiennej trawie.
Trawa niczego nie udaje, potężne dęby prężą muskuły swoich gałęzi, jabłonie troskliwie pochylaja się nad owocami upuszczonymi na ziemię, pasterskie płoty szukają jedności ze swoim czasem, a mnie cieszy świadomość, że wszystkie te przedmioty mają dość powietrza, deszczu i porannej mgły. Ich istnienia nie mącą ludzkie wymęczone opinie i wyobrażenia.

Materia jest kością świata. Tego surowego świata, który wystarcza sam sobie, który nie potrzebuje naszych uczonych definicji, naszej sterylnej snobistycznej sztuki i politycznych programów precyzyjnie preparowanych przez pyszałkowatych parweniuszy. Świat ma swoje tajemnice : w glinianym garnku mogą żyć troski garncarza, poduszka razem z pokoleniami dzieci słucha bajek na dobranoc, a w dębowym konfesjonale nocą tańczą ludzkie grzechy, ktorymi przez lata nasiąkało drewno.
Nikt nie odbierze mi tej wiary, że śpimy we własnych żywych ciałach. Przez długie lata możemy spać, śpiący umierać i śpiący ponownie się rodzić, póki natura nie pstryknie palcami, żeby nas obudzić. Wolno mi wierzyć – i nikt nie udowodni, że moja wiara jest fałszywa. Jeśli dziś wierzę, że znalazłem się w Laskówce, bo taki był kaprys natury, to jutro mogę wierzyć w coś zupełnie przeciwnego….

Materia jest kością świata, po niej świat biegnie do swego słodkiego przeznaczenia. Nieuchronność jest jak ostry miecz, a ludzkie prawa, choćby prawa tysiącletnie, są tylko słomianą tarczą. Słowo „przypadek” jest naiwnym tłumaczeniem nieuchronności.

Mojżesz jako osesek mógł utopić się w Nilu, nieznana matka powierzyła jego istnienie nieuchronnej sile. Wyłowiony przez możnych Egipcjan Mojżesz stał się ich niewolnikiem, ale wkrótce dał się poznać jako zdolny wojownik, obwołano go dowódcą egipskich wojsk i wreszcie, po nieuchronnej zdradzie, został wybawicielem narodu żydowskiego. To na jego rozkaz – kiedy Możesz był jeszcze dowódcą wojsk egipskich – żołnierze nieśli w koszach ibisy, aby bezpiecznie przejść przez lasy pełne węży. Ibisy zjadają węże, a przez te wilgotne lasy prowadziła najkrótsza, nigdy wcześniej nie użyta droga do obozowisk etiopskich wrogów.

Mogłem być takim ibisem, mogłem słyszeć syk spłoszonych leśnych węży, miarowy odgłos kroków egipskich wojowników i lament zaskoczonych we śnie Etiopczyków. Trzy tysiące lat temu płoszyłem węże, nikt nie odbierze mi wiary, że byłem też wiewiórką, która oddała swe futerko na rękawiczki, skorupiakiem zamkniętym w kambryjskiej skale, świętą Kingą drążącą korytarze w solnych pokładach Wieliczki. Z prochu, gliny, wapienia i wody przeobrażałem się w co tylko chciała natura rządząca czasem, materią, wiązkami błękitnego światła i moją niezachwianą wiarą. Żyję być może od początku świata. Jestem ciut tylko młodszy od Stworzyciela.

Woda podąża w miejsca najniższe wskazane przez starego Chińczyka Lao-Tsy. Strumień płynie przez Laskówkę, połyskuje w słońcu widoczny ze wzgórza. Teraz jestem tutaj, w górach, wybrałem oddalenie, ono mnie wybrało i nikt nie odbierze mi tej wiary, że wybraliśmy najlepiej. Wierzę nie tylko w to, co widzę, chociaż widziałem nie tylko to, w co chciałbym uwierzyć. Słucham wiatru, bo wiatr jest najgłośniejszy. Słucham jak szumi płynąca we mnie krew, moja – lecz posłuszna tylko sobie.

Czy to ja decyduję, w którą stronę zwrócić oczy, w jaki liść, w jaki słój drewna się zapatrzyć? W jaką plamę na suficie? Czego słuchać, kogo kochać, komu dziękować za życie? Pytania nie opuszczają mnie, śpią ze mną i chodzą do lasu, łaskoczą jak mrówki, czasami parzą jak ogień, uciskają jak zbyt głęboka woda. Ufam bardziej pytaniom niż odpowiedziom, i nikt nie odbierze mi tej wiary, że skała, popiół, wierzba nad stawem i modrzew na skraju lasu, nawet rój dzikich os – przed którym musiałem ostatnio uciekać – wszystko jest idealnie dopasowane do miejsca i czasu.

Przyczyna istnienia nie może być poznana.Może być jedynie fałszywie domniemana. Celu wędrówki po ziemi przestałem się nawet domyślać, choć kusząca byłaby taka wiedza. Biorę przykład z omszałego kamienia – on nie potrzebuje niczego udowadniać, nad nikogo się wynosić. Nie buduje teorii na temat pochodzenia człowieka od boga lub odwrotnie. Jego milczenie jest doskonałością, która zastępuje mi wszelkie teorie.

Jestem tu, w Laskówce, na polu, wśród rozgadanych kobiet, z wiaderkiem w ręku, do którego zbieram kartofle. Ziemia włazi za paznokcie, kolejne napełnione wiadra wydają się cięższe, wiatr unosi kurz z pola i sypie nim w twarz. Zajęcie monotonne, zupełnie pozbawione wzniosłości, ale czy może być lepszy czas i lepsze miejsce, żeby dokładnie, centymetr po centymetrze poznawać jak smakuje, jak każdym oddechem pulsuje własne życie? Po wielogodzinnej pracy bolą mnie mięśnie. Bolą, więc są – powinien powiedzieć Kartezjusz. Schodzimy z pola, w dolinie snują się dymy, niebo pozbawione słońca powoli traci barwy. Krowy na łące stoją z pochylonymi łbami, jakby nasłuchiwały, co mówi Ziemia.

Wiedzieć mniej, odczuwać więcej. Nie tracić z pola widzenia materii świata, która jest kością przeznaczenia, powstrzymywać się z interpretacjami – oto zadanie dla kogoś, kto wybrał to miejsce. Wiem tyle, że jutro obudzą mnie leśne ptaki. Wyjrzę przez okno, zobaczę łąkę i strumień. Mam tyle wolności, ile mogę wytrzymać. Tylko głupcy uważają, że łatwo jest żyć nie należąc do nikogo ani do niczego z wyjątkiem swego miejsca i czasu. Gdyby tak było, nie powstałyby państwa, kościoły i partie, które odbierając brzemię samotności karmią ludzi iluzjami.

Zapatrzenie w przyrodę daje mi siłę, żeby znosić samotność. Nie wiem, co to znaczy być tym, kim się jest, ale wolno mi wierzyć we wszystko, nawet w to, że gromady niewidzialnych stworzeń nie zaprzegnięte w służbę żadnych baśni i religii, jakieś znikomki żyją w paprociach lub w kartoflisku. I tak jak ja nie tęsknią do świata ludzi, którzy stale coś udają i nie ustają w wysiłkach, aby udowodnić swą własną małość. Te znikome stworzenia, (ich istnienia nie jestem pewien, ale jak przyjemnie w nie wierzyć), tak jak ja nie pogodziły się ze swoim ograniczonym istnieniem. Dzikie osy szukają swego przebudzenia, skorupiaki pod pancerzami zbierają siły, aby kiedyś zaśpiewać, a znudzone towarzystwem żołnierzy ibisy za kolejne trzy tysiace lat wyfruną z wojskowych koszy, poszybują nad lasami, nad kapliczkami Barda, wylądują nad strumieniem Laskówki i będą zastanawiać się, czy woda płynąc sprawia kamieniom ból.