Posts Tagged ‘Filippo Lippi’

Adoracja berlińska

14 kwietnia 2014

Jeśli chodzi o piosenki, mam podobnie jak inżynier Mamoń: podobają mi się głównie te, które już słyszałem. Ze sztuką wizualną jest inaczej, oglądanie dzieła widzianego już wcześniej albo znanego z reprodukcji daje satysfakcję, często łączy się to z radością podróżnika, który lubi powiedzieć sobie „o, nareszcie/znowu tu jestem”. Zupełnie innym doznaniem jest zetknięcie się z obrazem, rzeźbą czy budowlą, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia i dopiero w obliczu jej urody spływa na nas olśnienie, że to jednak rzecz wartościowa, taka miła niespodzianka, że warto było i tak dalej. Na przyjemność estetyczną nakłada się satysfakcja odkrywcy, nawet jeśli wartość odkrycia jest pozorna i wynika tylko z braku dostatecznej wiedzy.

Po obejrzeniu części eksponatów galerii malarstwa w Berlinie mogę się przyznać do jednego i drugiego: wielu tamtejszych obrazów nie znałem, o innych miałem pojęcie mgliste a jeszcze inne powaliły mnie doskonałością techniczną, potwierdzając żelazną prawdę, że żadna reprodukcja nie zastąpi oryginału. Oferta berlińskiej Gemäldegalerie jest ogromna, sam spis nazwisk (Wielkich Nazwisk) przekracza możliwości blogo-pisania, dlatego skupię się na kilku obrazach, które mnie najbardziej zaskoczyły, zachwyciły i zainspirowały.

Portret Hieronymusa Holzschuhera – Albrecht Dürer

Wcześniej w stolicy Niemiec nie byłem, poleciałem tam właściwie dla jednego obrazu, o którym czytałem parę lat temu. Dojdę do niego za chwilę, tymczasem stoję przed obrazami Albrechta Dürera i oczu nie mogę oderwać od dwu portretów, tak realistycznych, że chce się całkiem serio zapytać, czy malarz korzystał z fotoszopa czy, co bardziej prawdopodobne, wszedł w konszachty z czartem. Każda zmarszczka, każdy włos obfitego zarostu i futrzanego kołnierza Herr Hieronymusa Holzschuhera namalowany jest z osobna, skóra twarzy, pozornie jednolita, mieni się pięćdziesięcioma odcieniami różu, a wielkie oczy patrzą cokolwiek złowrogo. Lepiej nie podchodzić zbyt blisko do obrazu a jeśli już, to od lewej strony. Z jednakową perfekcją namalowany jest portret Jakoba Muffela.

Gdybym był młodszy, mógłbym pod wpływem nagłego wrażenia dokonać przed tymi portretami czegoś w rodzaju wyznania wiary. Wyszeptałbym na przykład, że „nie ma mistrza nad Abrechta, bo on ci jest jeden i niedościgniony” albo polecieć wieszczem i wydeklamować „było portrecistów wielu, ale wszyscy siadają przy Düreru”. Jednak nie. Jako człowiek stateczny powstrzymałem się od egzaltacji, choć widzicie, z jakim trudem mi to przychodzi. Nie mam takiego opanowania jak inżynier Mamoń. Poza tym kilka minut wcześniej widziałem dwa obrazy innego arcymistrza – Konrada Witza. Przed jednym z nich, widząc misterny tłoczony wzór na złocistej tapecie, fantazyjnie udrapowany płaszcz króla i pochyloną sylwetkę królowej, niemal na kolana padłem.


Król Salomon i królowa Saba – Konrad Witz

Strojne szaty, kapelusz z szerokim rondem oraz cała kompozycja oparta na silnych kontrastach przywodzi na myśl malarstwo japońskie. To skojarzenie całkowicie osobiste, nie ma podstaw przypuszczać, aby urodzony na początku XV wieku Konrad Witz domyślał się w ogóle istnienia Japonii. Tamtejsza moda też więc musiała być mu nieznana, warto jednak zwrócić uwagę na oryginalność tego dzieła. Po drugiej stronie Alp, w państwach-miastach Italii sztuka nadal podlegała wpływom bizantyjskim, u Witza nie ma ich wcale.

Niewiele wiadomo o tym artyście, do naszych czasów zachowała się zaledwie garstka jego prac. Głównie są to fragmenty ołtarzy malowanych dla kościołów na terenie obecnej Szwajcarii. Chyba najbardziej znanym, częściowo z racji znaczenia dla rozwoju malarstwa, jest znajdujący się w Genewie „Cudowny połów ryb”. Uznaje się go za pierwszy europejski obraz, na którym scena biblijna rozgrywa się nie w wyimaginowanej Galilei lecz nad brzegiem znanego pierwszym odbiorcom dzieła jeziora Genewskiego, z widocznymi w oddali szczytami Alp. Późniejsi twórcy chętnie korzystali z tego patentu, co łatwo dostrzec choćby na obrazach prymitywistów flamandzkich, pełnych zamglonych widoczków malowanych z natury gdzieś w okolicach Bruggi czy Gandawy. Solidną reprezentację tamtejszego malarstwa można spotkać w berlińskiej galerii, ale to temat na osobną dysertację. Powiedzieć, bez zagłębiania się w szczegóły, że na niewielkiej powierzchni zgromadzono dzieła Hugo van der Goesa, Rogiera van der Weydena, Hansa Memlinga, Petrusa Christusa i Jana van Eycka, to tak jakby nic nie powiedzieć. Niech jednak ta lista znakomitości będzie zachętą do odwiedzenia Gemäldegalerie. Berlin leży tylko 70 km od granicy Polski.

Zaskoczyła mnie „Madonna w kościele” – znałem ją z reprodukcji. Pisząc o van Eycku, wielokrotnie podziwiałem ją w książkach i na monitorze. Nie zwróciłem nigdy uwagi na wymiary oryginału. Dopiero podczas zwiedzania przekonałem się jakie to maleństwo. Obrazek 14 X 31 cm, nieznacznie większy od przewodnika, który nabyłem w muzealnej księgarni w żadnym jednak razie nie rozczarował. Na niewielkiej przestrzeni Jan van Eyck stworzył dzieło o pomysłowej kompozycji i bezbłędnej perspektywie; pełne delikatnego światła i ciepłych barw. Madonna jest radosna i powabna. Doświadczenie miniaturzysty bardzo się tu artyście przydało.

W kolejnej sali trafiłem na prawdziwego giganta, tak pod względem gabarytów (147 X 242 cm) jak i malarskiej zawartości. W „Adoracji dzieciątka” zwanej też „Ołtarzem z Monforte” Hugo van der Goes dał popis swoich możliwości. We Florencji widziałem jego „Tryptyk Portinarich”, ale obraz berliński, będący środkowym panelem ołtarzowym (boczne zaginęły) sprawił mi więcej przyjemności. Począwszy od skałek i roślin w prawej dolnej części obrazu aż po zielone dęby na odległych wzgórzach wszystkie detale namalowane są z wielką dbałością i realizmem. W scenie adoracji bierze udział kilkanaście postaci rozmieszczonych na kilku planach, (brodacz na drugim planie z piórkiem u kapelusza to podobno sam van Goes), prócz ludzi występują zwierzęta duże (konie) oraz małe (wiewiórka), ważną rolę kompozycyjną pełni architektura, dzięki niej artysta uzyskał efekt głębi. Precyzja rysunku, rozplanowanie kolorystyczne, perspektywa powietrzna i setka innych zabiegów dopełniają wrażenia iluzji. Zatem kolejny mistrz, przed którym padłbym na kolana, gdyby nie to, że inni już tam klęczeli a ich płaszcze daleko lepsze od mojego. Dlatego na ławce usiadłem pośrodku sali i na dzieło flamandzkiego iluzjonisty patrzyłem, nawet nie umiem przypomnieć sobie, co było na pozostałych ścianach porozwieszane.

I tak, wspomniawszy po drodze Florencję dotarłem do obrazu, dla którego do Berlina pielgrzymowałem. Pielgrzymka o tyle nietypowa, że większość trasy pokonałem w fotelu samolotu a pod samą galerię z Alexander Platz podjechałem rykszą. Pan kierowca nie przestając pedałować objaśniał co ciekawsze punkty w topografii miasta i dzięki temu wiem, że na placu budowy rozciągającym się pomiędzy katedrą a czerwonym ratuszem powstaje pałac królewski. Kiedyś już w tym miejscu stał, był dumą Berlina i siedzibą władz pruskich, ale w 1951 roku komuniści zburzyli go i postawili tam siedzibę parlamentu. Kiedy komunizm upadł, sowieckie gmaszysko zburzono, żeby znowu zrobić miejsce pod pałac. Spodobał mi się ten niemiecki upór, to dosłowne „stawianie na swoim” ale wróćmy do sali wystawowej i renesansu. W dziale „malarstwo włoskie od XIII do XVI wieku” odnalazłem obraz, o którym pisałem dwa lata temu, kiedy śledziłem losy artystów florenckich. Już wtedy zachciało mi się go trochę poadorować. Udało się.

„Adoracja Dzieciątka w lesie”, jedno z najlepszych dzieł Filippo Lippiego LINK powstała w połowie XV wieku. Stylistycznie odległy od ówczesnych standardów i tajemniczy obraz zamówił opiekun i dobroczyńca niesfornego malarza – Cosimo Medici. Przez wiele lat „Adoracja…” zajmowała centralne miejsce w prywatnej kaplicy w pałacu Medicich, następnie malowidło zostało sprzedane kolekcjonerom pruskim. Scena z nagim bezbronnym Jezuskiem, gdzie oprócz Madonny pokazany jest młodziutki Jan Chrzciciel i św. Bernard rozgrywa się w gęstym lesie pełnym cieni, dzikich roślin, poskręcanych gałęzi. Okoliczności tego wydarzenia bardziej przypominają scenografię filmu o Harrym Potterze niż stajenkę w Betlejem. Nie natrafiłem nigdzie na wyjaśnienie, dlaczego Lippi tak to namalował. Zresztą wystarcza mi, że namalował dobrze a nawet celująco.

Podczas II Wojny Światowej „Adoracja..” była ukrywana w bunkrze przeciwlotniczym. Tuż przed kapitulacją Berlina, wraz z innymi cennymi dziełami sztuki została przewieziona do nieczynnej kopalni potasu w miejscowości Merkers. Po zakończeniu wojny obrazami „zaopiekowali się” Amerykanie, którzy wiele z nich zabrali za ocean. Po kilku latach dzieło Lippiego wróciło do Berlina. No i dobrze, do Ameryki trochę daleko.

Pociąg i przeznaczenie

27 listopada 2011

Już od rana powietrze było gorące. Bezchmurne niebo zapowiadało kolejny upalny dzień. Kółeczka walizki rytmicznie turkotały po bruku Lukki. Wyjeżdżałem z pewnym  żalem, ale też z nadzieją, że kolejne miasto przyniesie nowe obserwacje.
Dochodząc do dworca, uświadomiłem sobie, że zamieniając deszczową zieloną wyspę na rozświetloną słońcem Italię dokonałem jednocześnie skoku w czasie. Pobyt w mieście otoczonym pięćsetletnimi murami obronnymi, pełnym wiekowych budowli traktowałem jak naturalne zanurzenie się w historii.  Miasto tętniło życiem (już to opisywałem), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to co mnie otacza, to tylko forma tymczasowa, jakiś sprytny zabieg marketingowy, natomiast prawdziwe, powiadam, prawdziwe życie Lukki toczy się za szczelnie zamkniętymi okiennicami, i tam w zacienionych wnętrzach, pod sufitami z ceglanych płytek krzątają się handlarze jedwabiu, pracują tkacze i powroźnicy, nad rzędami cyfr ślęczą bankierzy, aptekarze przygotowują lecznicze mikstury oraz farby dla artystów. Nawet napis „Ti amo, Gabriele” widoczny na ścianie budynku poczty mógł być pod osłoną nocy nabazgrany ręką jakiegoś czeladnika liczącego na to, że Gabriele idąca rano do kościoła w towarzystwie ciotki i opiekunki dojrzy zza woalki jego wyznanie miłości.

Zamiast rzemieślników w rajtuzach i renesansowych płaszczach mijali mnie znudzeni urzędnicy a zamiast modelek przebranych za madonny uliczkami spacerowały dziewczyny w kusych spódniczkach, nierzadko z papierosem w ustach. Lecz co,  jeśli to tylko pozór? Jeśli to fascynujące i okrutne zarazem życie ludzi renesansu toczy się nadal, a dostępne nam dzieła sztuki i sześćsetletnie budynki są tylko marnym odbiciem rzeczywistości istniejącej w ukrytym wymiarze?

Pozwalałem sobie na te igraszki umysłu, a nawet je podsycałem doszukując się u dziewczyny jadącej na rowerze rysów Madonny z obrazu ołtarzowego. Miałem wakacje, a poza tym, kto ośmieli się powiedzieć, że rzeczywistość ma tylko jeden wymiar? Chyba tylko dureń. I czym jest obcowanie z rzeczywistością, jeśli nie igraszką umysłu? Jedni rzeczywistość sakralizują widząc we wszystkim emanację sił boskich, inni wybierają spiskowe teorie na istnienie destrukcyjnych ciemnych sił – ja przyznałem sobie prawo, by na Lukkę i okolice patrzeć przez pryzmat swoich ciągot do historii. Nawet jeśli to szaleństwo, to zupełnie niewinne: nie mogłem zignorować faktu, że budynek dworca, kasownik do biletów, szafa z coca-colą i pociąg wiozący mnie do Sieny pochodzą z czasów późniejszych niż renesans. Podstępnie korzystałem z dobrodziejstw współczesności, aby podróżować w czasie minionym. Zajmując miejsce w pociągu wyciągnąłem z walizki książkę o skarbach Sieny i zabrałem się do czytania, bo żeby coś naprawdę zobaczyć – trzeba wiedzieć na co się patrzy. Książka była po angielsku, co natychmiast przyciągnęło wzrok dziewczyny siedzącej naprzeciw.
Spojrzawszy na mnie raz i drugi, zagadnęła:
„Gorąco dziś prawda?”
Przez moment kusiło mnie, żeby odpowiedzieć sienkiewiczowską frazą „Zaiste Bóg zdarzył nam ten skwar, a widzę po rumianym licu szanownej waćpanny, że nie od dziś aśćka wystawiasz na słońce swoje wdzięki, a jeślim zbyt śmiały, dopraszam się wybaczenia…” – jednak nie poszedłem w tę stronę, nie umiałbym Sienkiewicza przetłumaczyć na angielski. Zatem tylko potwierdziłem, że gorąco, dodając, że bardzo lubię takie upały i że to jeden z powodów mojej podróży po Italii.

Dziewczyna miała na imię Chiara i nie tylko rumiane lico wystawiła na widok publiczny. Spytała mnie czy jadę do Florencji, bo to jej zdaniem wspaniałe miasto, najwspanialsze jakie zna, tam się uczy tańca w szkole baletowej.
„Taniec jest miłością mojego życia, ale żeby zapewnić sobie pewne źródło utrzymania studiuję języki obce, jak do tej pory angielski i niemiecki, w przyszłym roku ma dojść kolejny, rozważałam naukę rosyjskiego jako trzeciego, ale wydał mi się za trudny, inny alfabet, inna gramatyka i tak dalej, jeśli już mam podejmować się czegoś trudnego wybiorę raczej język chiński, bo on ma większą przyszłość w Europie, tak nam mówili na uczelni, mam tam zajęcia trzy razy w tygodniu, częściej chodzę na balet, i tak od pięciu lat, nie znudziło mi się, taniec chyba nigdy mi się nie znudzi. A ty skąd jedziesz? Podoba ci się w Italii?”
Gorliwie przytaknąłem, po czym wyjaśniłem, że jadę z Lukki, lecz nie do Florencji tylko do Sieny, mam po drodze przesiadkę.
„To dlaczego nie pojechałeś krótszą trasą?”
Dlatego właśnie, że byłaby krótsza, a ja się nie spieszę. Poza tym bałem się, że tamten pociąg pojedzie tunelem i nic nie zobaczę przez okno. Chodzi mi o krajobrazy. Mówiłem , że Italia mi się podoba.
„Jesteś Anglikiem?”
O nie, mam zupełnie inny akcent. Pochodzę z Polski.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, życzyłem młodej baletnicy sukcesów w karierze, zasugerowałem nawet, aby nie zarzucała myśli o nauce rosyjskiego, bo może kiedyś zatańczy w moskiewskim teatrze Bolszoj – przyjęła to z uśmiechem i tak się pożegnaliśmy.

Po przesiadce nadal czytałem przewodnik po Sienie, zastanawiając się jaką obrać strategię. Czy zwiedzać dużo i „po łebkach” czy nastawić się na kilka obiektów, ale za to obejrzeć je w spokoju i ze zrozumieniem. Domyślałem się, że nie da się dotknąć wszystkiego, choć jak się okazało na miejscu, nie miałem bladego pojęcia o ilości arcydzieł zgromadzonych w tym mieście. Z przewodnika wynikało, że ominie mnie największa sieneńska atrakcja turystyczna – Palio. Czytałem właśnie, że przed wyścigiem wokół Piazza di Campo konie do wprowadza się do kościoła po specjalne błogosławieństwo, kiedy pociąg wjechał na stację o wdzięcznej nazwie Poggibonsi.

Wtedy ją zobaczyłem, stała na peronie, czekając na pociąg w przeciwnym kierunku czyli do Florencji, a może od razu do Prato. Miała słuchawki w uszach, na nogach sandałki, ubrana w prostą spódniczkę i białą bluzeczkę z deseniem wyszywanym ciemniejszą nitką. Miała nie więcej niż dwadzieścia lat i chociaż patrzyła na mnie zza słonecznych okularów nie miałem wątpliwości, że to ona. Jej wysokie czoło, łagodny owal twarzy, jasne włosy i zmysłowe usta podziwiałem niejednokrotnie w albumach z reprodukcjami obrazów z galerii Uffizi. To z pewnością była Lukrecja Buti, córka kupca Francesco Butiego, który z trudem uskładał na posag dla najstarszej córki i nie miał innego wyjścia jak oddać dwie młodsze do klasztoru. Lukrecja miała rozpocząć nowicjat za dwa dni, właśnie wracała od babki staruszki, z którą wypadało się pożegnać przed długim odosobnieniem.

Zanim wsiadła do pociągu i odjechała w stronę swojego przeznaczenia nasze spojrzenia na chwilę spotkały się. Musiała się domyślić, że wiem o niej więcej niż ona sama. Przez jej twarz przemknęła jakąś wątpliwość, a ja w swoim pociągu, który spomiędzy zabudowań wydostał się już na odkrytą przestrzeń odsłaniając spalone słońcem wzgórza Chianti dopowiedziałem sobie dalsze losy Lukrecji. Gdybyśmy mieli więcej czasu w Poggibonsi, powiedziałbym jej co ją czeka. Jako przybysz z przyszłości, już wiedziałem.

Tylko przez pewien czas będzie żyła w klasztornym kieracie: wczesnym świtem pobudka, pierwsza modlitwa, msza, śniadanie, sprzątanie, praca w kuchni, piekarni, chlewni lub ogrodzie, kolejna modlitwa, następny wspólny posiłek, potem jeszcze ze dwie msze, nauka śpiewu, sprzątanie refektarza, a przed snem głośna modlitwa o to, by dobry Bóg zesłał następny monotonny dzień, którego  treścią ma być praca, modlitwa i bezwzględne posłuszeństwo matce przełożonej. Bez żadnej nadziei na odmianę.

mdr

A jednak odmiana nastąpiła. Los oszczędził jej klasztornego uwięzienia, spędziła w zakonie w Prato akurat tyle czasu aby się przekonać, jak bardzo tego wszystkiego nie znosi, jak czuje się udręczona i poniżona. Więc kiedy nadarzyła się okazja i artysta Filippo Lippi szukał modelki do nowego obrazu, chętnie zdjęła przed nim swój kornet, odsłoniła kształtną głowę i szyję. Nie czuła się jak zwierzę wystawione na sprzedaż, zresztą nie byłoby w tym nic złego, bo w tamtych czasach kobiety miały niewiele większe prawa niż zwierzęta. Oczarowany urodą mniszki Filippo szybko wystarał się u matki przełożonej o pozwolenie do opuszczania niektórych zajęć klasztornych i pozowanie do obrazu przedstawiającego św. Małgorzatę. Filippo, znacznie starszy zakonnik, który w jej zgromadzeniu zakonnym odprawiał msze i spowiadał, przekonał Lukrecję, że uwielbienie, którym powszechnie darzy się Najświętszą Panienkę należy się także a może przede wszystkim pięknym kobietom, które chodzą po ziemi. Od pięćdziesięcioletniego lubieżnika w habicie Lukrecja po raz pierwszy usłyszy, że jest piękna.

Filippo nie będzie wymagał od niej posłuszeństwa, będzie zachwycał się jej oczami, delikatnością dłoni, kształtem ucha. Dzięki niemu ciasny habit i wykrochmalony kornet będzie mogła czasem zamieniać na powłóczystą, obszywaną złotą nitką szatę Madonny a włosy przystroić perłami i koronkowym welonem. Podobno szata nie zdobi człowieka. Jakże mylą się ci, którzy tak uważają!
Po kilku sesjach w pracowni malarza, mimo obecności siostry przyzwoitki, Lukrecja poczuła się kimś zupełnie innym. Siedząc nieruchomo, czując na sobie przenikliwy wzrok malarza, po raz pierwszy w życiu odważyła się myśleć o sobie w kategoriach osobistego szczęścia. Samo to było wielkim odkryciem. Biorąc później udział w rutynowych zajęciach mniszki nie mogła zapomnieć wzroku i komplementów Filippa. Poprawiając woalkę lub drapując fałdy sukni swojej modelki Filippo niejednokrotnie porówna ją do rozkwitającego kwiatu. Przy nim Lukrecja poczuje, że od obowiązku kochania Boga, papieża oraz matki przełożonej znacznie przyjemniejsze jest uczucie bycia kochaną. W jego obecności szybko zapominała o nakazach i zakazach płynących codziennie z ust sióstr przełożonych. Rósł w niej bunt przeciw swemu przeznaczeniu. Nudziły ją nabożeństwa i hipokryzja mniszek – niecierpliwie czekała na spotkanie z Filippem, który był jedynym mężczyzną z jakim mogła rozmawiać, jakiemu mogła zaufać i któremu w konfesjonale mogła zwierzać się ze swoich trosk. Dotychczas nikogo to nie obchodziło.
Aż wreszcie niewyobrażalne stało się faktem, została kochanką Filippa. Oddała mu się z całym młodzieńczym żarem, choć nie bez straszliwego lęku przed karą bożą. Doświadczony kaznodzieja i zaprawiony w potajemnych romansach Filippo umiał łagodzić udręki jej sumienia. Tajemnicy ich miłości przez długi czas udawało się dochować, ale wątpliwości nie ubywało. Lukrecja nie mogła dopuścić, żeby Filippo po skończeniu malowania fresków w katedrze wyjechał z Prato bez niej. Świadoma swoich wdzięków (sam ją tego nauczył!) przekonała go, aby ją wywiózł z klasztoru i ukrył przed wszystkimi. Początkowo się wzbraniał, wspólna ucieczka wydawała się szaleństwem, ale kiedy okazało się, że w jej łonie rośnie owoc ich miłosnego związku, Filippo podjął wyzwanie. Zabrał Lukrecję z klasztoru, ukrył ją w wiejskiej posiadłości a sam udał się do Cosimo Mediciego, najważniejszego człowieka w całej Toskanii.  Miał szczęście,  Medici, koneser sztuki i odbiorca wcześniejszych dzieł Filippa, miał słabość do „swojego artysty”. Otoczył kochanków opieką a przede wszystkim powstrzymał kościelnych hierarchów przed nałożeniem ekskomuniki na grzesznych dezerterów.  Wkrótce na świat przyszedł Filippino – przyszły malarz, a po nim urodziła się jeszcze dziewczynka. Urodziwa Lukrecja została modelką, kochanką i matką. Nigdy nie wróciła za klasztorne mury. Tymczasem mój pociąg dojechał do Sieny. Upał narastał. Upojenie renesansem dopiero miało nastąpić.

http://wsa.art.pl/wyklad-inauguracyjny-rektora-wsa/

Fascynacje Filippo Lippiego

20 listopada 2011

W jednym z poprzednich wpisów zamieściłem reprodukcję fresku Masaccia z Kaplicy Brancaccich we florenckim kościele Santa Maria Carmina. Wg przekazów, malowidła były tak oryginalne i tak nowatorskie, że do kaplicy ustawiały się kolejki malarzy i czeladników pragnących podpatrzyć ukończone dzieło odważnego mistrza. Jednym z gorliwych adeptów malarstwa był młodziutki zakonnik Filippo Lippi.

Florentyńczyk Filippo Lippi został osierocony, gdy miał kilka lat. Opiekowała się nim uboga ciotka, ale gdy chłopiec skończył 14 lat, oddała go do klasztoru karmelitów, gdzie mógł liczyć na wikt i opierunek. Nikt nie pytał go o powołanie, w tamtych czasach nie przejmowano się takimi drobiazgami – klasztory pełniły funkcję koszar i przechowalni. Istnienie „ogólnie szanowanych instytucji opresji” było dotkliwe zwłaszcza dla kobiet z dobrych domów, które mając więcej żeńskiego rodzeństwa nie miały szans na posag na tyle znaczący by wyjść za mąż bez uszczerbku na reputacji rodziny. Mezalianse były nie do pomyślenia, zatem odosobnienie w klasztorze było powszechnym, choć dalekim od ideału, rozwiązaniem.

Vasari scharakteryzował Lippiego z tamtych czasów jako chłopca zręcznego i pomysłowego lecz zupełnie niepodatnego na nauki teologiczne. Podobno Filippo nigdy nie przeczytał żadnej książki, a słowo pisane traktował z obrzydzeniem. Pociągało go rysowanie, czemu oddawał się od najwcześniejszych lat, więc kiedy w jego klasztorze Santa Maria della Carmine powstało jedno z najznakomitszych malowideł tamtych czasów, uzdolniony zakonnik był pośród tych, którzy z zachwytem wpatrywali się w olśniewające, nowatorskie dzieło Masaccia.

Masaccio był pionierem w odkrywaniu znaczenia perspektywy, ruchu postaci i światłocienia. Ośmielił się ukazywać emocje, dbał o trójwymiarowość postaci, pokazał, że przyroda oraz budowle, naczynia, ozdoby i ubiór mogą stanowić wdzięczny temat malarskich poszukiwań.

Tym tropem poszedł Filippo Lippi, wielki adorator stylu Masaccia. Pierwsze freski wykonane za zgodą przeora w klasztorze zdradzają bezkrytyczną fascynację osiągnięciami poprzednika. Później Lippi rozwinie swój własny styl, który również znajdzie naśladowców.
Wymienię ich od razu: Botticelli zapożyczył od Filippa zmysłowość i erotyzm, Michała Anioła zafascynował ruch i dynamika a Leonarda da Vinci – pejzaże wyłaniające się zza pleców głównych postaci.
Wystarczy przypomnieć sobie słynną „Mona Lisę” i roztaczający się za nią pejzaż albo „Madonnę wśród skał” aby znaleźć podobieństwa z obrazami Filippo Lippiego, który z naśladowcy stał się prekursorem.

Moda na pejzaż traktowany nie tylko jako banalne tło, lecz z dbałością o precyzję i szczegół – przyszła z Niderlandów. Istnieją domysły, że Filippo zetknął się ze sztuką malarzy flamandzkich podczas pobytu w Padwie. Pod ich wpływem wzbogacił swój styl, odchodząc całkowicie od chwilami nieporadnego i schematycznego malarstwa Masaccia. Zmiany widać choćby na obrazie „Adoracja Dzieciątka w lesie”.

adoracja w lesie

Obraz ten namalowany w połowie XV zajmował centralne miejsce w pałacowej prywatnej kaplicy Cosimo Mediciego. Stylistycznie odległy od ówczesnych standardów, nasycony jest mistycyzmem i tajemniczością. Scena adoracji nagiego Dzieciątka, gdzie oprócz Madonny pokazany jest tez młodziutki Jan Chrzciciel i św. Bernard rozgrywa się w gęstym lesie, pełnym cieni, dzikich roślin, poskręcanych gałęzi. Bardziej to przypomina scenografię filmu o Harrym Potterze niż stajenkę w Betlejem.

Podczas II Wojny Światowej „Adoracja..” – będąca od ponad stu lat własnością państwa niemieckiego – była ukrywana w bunkrze przeciwlotniczym. Tuż przed kapitulacją Berlina, wraz z innymi cennymi dziełami sztuki została przewieziona do nieczynnej kopalni potasu w miejscowości Merkers. Po zakończeniu wojny obrazami „zaopiekowali się” Amerykanie, którzy wiele z nich zabrali za ocean. Po kilku latach „Adoracja…” Lippiego wróciła do Berlina – można ją oglądać w Państwowej Galerii Malarstwa.


„Koronacja Marii Dziewicy” – obraz z Galerii Uffizi

W wieku dwudziestu kilku lat Filippo Lippi opuścił zgromadzenie klasztorne i stał się samodzielnym artystą. Nie porzucił stanu duchownego, bo to było niemożliwe bez narażania się na represje i ostracyzm. Piastował nawet jakieś funkcje kościelne w kolejnych parafiach, ale nie miał inklinacji do ascezy i celibatu. Artystyczna wrażliwość szła u niego w parze z umiłowaniem ziemskich, radosnych aspektów życia. Dlatego, mimo rosnącej sławy i stałych zamówień, także od najbogatszego florenckiego bankiera Cosimo Mediciego – Lippi klepał biedę trwoniąc zarobione floreny w oberżach i zamtuzach. Kronikarz Vasari zauważa, że żądze cielesne Filippa był tak silne, że bez ich zaspokojenia nie był w stanie skupić na pracy twórczej. Podobno raz gdy Medici kazał zamknąć go w pałacu, aby wywiązał się ze zobowiązań i wreszcie namalował obiecany obraz – Lippi nocą opuścił się z okna po prześcieradłach i poszedł „w miasto”. Na szczęście patron miał dużo wyrozumiałości dla artystów, choć nie było to uczucie zupełnie bezinteresowne: obrazy Lippiego i innych zdolnych malarzy posyłał w prezencie swoim możnym znajomym, np. papieżowi – zaskarbiając sobie ich przychylność.

ff
„Madonna z dzieciątkiem” – Muzeum w Waszyngtonie

Tymczasem cieszący się coraz większym uznaniem Lippi nie ustawał w poszukiwaniach artystycznych, wzorem Giotta i Masaccia nadawał postaciom dynamiki i emocji, dbał o kompozycję i perspektywę. Był odważny w przełamywaniu konwenansów. Nie sięgał po niebiański sztafaż, sceny religijne sprowadzał na ziemię, czasem w sposób dość zaskakujący. Madonnę rzadko umieszczał na tronie, przedstawiał ją w pozach pozbawionych majestatu, w otoczeniu sprzętów domowych, bez aureoli, z czytelną intencją pokazania macierzyństwa jako liczącej się wartości. Niesforne gesty Dzieciątka próbującego objąć rodzicielkę za szyję stanowiły przełom w pokazywaniu tej szczególnej postaci uosabiającej dotąd raczej cechy boskie niż ludzkie.

Oprócz malarstwa Lippi miał drugą życiową pasję: kobiety. Nie mógł się bez nich obejść, znajdując w ich ramionach radość i inspirację. Na płótna i freski przelewał swoje uwielbienie dla ich urody, fascynację erotyzmem i delikatnością. Artyści jego czasów malowali kobiety dostojne, rozmodlone – Lippi udowadniał, że kobiety są przede wszystkim piękne. Nikt przed nim nie umiał tak subtelnie i tak zuchwale wydobyć esencji kobiecości. Na jego obrazach nie ma majestatycznych zimnych „niewiast” – są czułe matki i emanujące erotyzmem kochanki. Lippi nadawał kobietom zmysłowość, którą później rozwinie jeszcze jego pilny uczeń i naśladowca – Sandro Botticelli.

Przykładem jest znajdujący się w katedrze w Prato fresk Lippiego „Uczta Heroda”, gdzie pośród gości siedzących za stołem tańczy Salome. Jej biała sukienka przyciąga wzrok, zdumiewa delikatnością i zwiewnością, pod falbankami można domyślać się zgrabnego ciała. Równie zmysłowe postaci odnajdziemy na powstałych później obrazach Botticellego. Wystarczy wspomnieć o słynnej „Wiośnie” lub „Judycie niosącej głowę Holofernesa.”
Przy całym uznaniu dla Botticellego nie można zapominać, kto pierwszy malując błyszczące dziewczęce oczy, kształtne usta i figlarne noski, kto trudząc się w odmalowaniu muślinowych woalek, perełek we włosach i sukienek z tysiącami fałdek i plisek dał wyraz swojej szczerej fascynacji kobiecym pięknem. Kto znalazł sposób by pokazywać, że zmysłowość nie jest czymś lubieżnym, że ma subtelny wymiar.

salome

Erotomania nieomal zgubiła Lippiego, który nie bacząc na swój wiek, sławę i stan duchowny uwiódł młodą mniszkę, a może dał sie jej uwieść.
W roku 1456 Filippo pojawił się w Prato, małym miasteczku niedaleko Florencji, aby namalować freski w katedrze. Istnieją tam do dziś, ukazują sceny z życia Jana Chrzciciela oraz tamtejszego patrona św. Stefana i są uznawane za najważniejsze i najdojrzalsze dzieła w dorobku Lippiego.
W Prato pozostawał przez trzy lata pełniąc jednocześnie funkcję kapelana i spowiednika w tamtejszym klasztorze żeńskim. Przysłowie o wilku, który wszedł do owczarni znalazło tu swoje najpełniejsze zastosowanie. W tłumie mniszek bystre oko chutliwego artysty wypatrzyło piękną dwudziestoletnią Lukrecję Buti, która jak złoto pasowała do jego wyobrażeń o kolejnej świętej lub samej Madonnie.
Za zgodą przeoryszy Lukrecja została modelką 50 letniego wówczas Filippo, a wkrótce stała się jego kochanką. Lecz to nie koniec. Filippo porwał ją z klasztoru i mimo usiłowań mniszek oraz jej rozgniewanego ojca, nigdy nie pozwolił by tam wróciła. ( Podobno w jej ślady poszły inne młode zakonnice, które kolejno uciekały z mężczyznami a sędziwa przeorysza umarła ze zgryzoty). Pamiętajmy, kto wcześniej był pracodawcą Lippiego, kto dbał o rozwój jego talentu. Cosimo Medici, wyrozumiały dla słabości Filippa (sam miał nieślubne dziecko z kirgiską niewolnicą) szybko uciszył skandal i nie pozwolił by połączonych romansem mnichowi i mniszce spadł włos z głowy. Żaden podrzędny kupiec, czyli ojciec Lukrecji, ani żadna przeorysza nie mogli się sprzeciwić potężnemu władcy Florencji. Lukrecja pozostała w domostwie Filippa i pozowała mu do kolejnych obrazów. Jej buzię można poznać na „Zwiastowaniu” znajdującym się we florenckim kościele San Lorenzo i na wspomnianym fresku jako Salome. Lecz najwspanialszy i najsłynniejszy portret Lukrecji to ten, gdzie pozuje jako „Madonna z Dzieciątkiem i dwoma aniołami”

Burzliwa miłość nie przetrwała długo, po narodzinach dwójki dzieci Filippo opuścił Lukrecję i wyjechał do Spoleto tworzyć kolejne freski, a być może uwodzić kolejne kobiety. Niedługo potem zmarł w wieku 63 lat, a kiedy Cosimo Medici pojechał zabrać jego zwłoki, urzędnicy ze Spoleto uprosili go, aby im je łaskawie zostawił. Argumentem było to, że Florencja ma i tak mnóstwo grobów sławnych ludzi, więc jeden mniej jej nie zaszkodzi. Tymczasem dla Spoleto będzie honorem, gdy szczątki wielkiego malarza spoczną w miejscowej katedrze, albowiem jak dotąd nie ma tu grobu nikogo znamienitego.
Dobrotliwy „ojciec chrzestny” Cosimo zgodził się: Filippo Lippi spoczął w Spoleto. Jego syn Filippino, dzięki sławie ojca, własnemu talentowi i mecenatowi Medicich wyrósł na uznanego malarza.

koronacja/fragment
Fragment pokazanej wyżej „Koronacji…”