Archive for the ‘impresje literackie’ Category

Shadow w cieniu

22 lutego 2014

Tymczasową pracownię zrobiłem sobie w garażu. Podłogę i regały przykryłem podwójną warstwą folii, na środku ustawiłem stół, obok wielką lampę i skrzynki na narzędzia. Dopiero wtedy zabrałem się za rozbiórkę kominka z salonu. Samo palenisko było jeszcze w dobrym stanie, ale stuletnie marmurowe okładziny zaczynały się kruszyć i odpadać od ściany. Kolejno poprzenosiłem okopcone elementy do garażu dzieląc je na te, które nadają się do powtórnego użycia oraz na te, które trzeba zastąpić nowymi. We wszystkich czynnościach towarzyszył mi Shadow.

Czarny pies jakkolwiek ufny w stosunku do innych, do mnie przywiązał się szczególnie mocno. Niemały w tym udział miały kawałki wędzonej ryby lub surowego mięsa rzucane wprost do psiego pyska. Kiedy kręciłem się po obejściu państwa Courtney, Shadow chodził za mną jak cień. Gospodarze dziwili się trochę tej zażyłości, ale nie protestowali.

Lubiłem jego towarzystwo, intrygował mnie swoją godnością. Jeżeli rację miał Miłosz domyślając się istnienia “esencji psiości”, to Shadow jako przedstawiciel rasy labrador miał tej esencji bardzo dużo. Był od niej aż czarny.

A ja byłem biały: szorowałem krawędzie marmurowych bloków za pomocą specjalnej korundowej kostki, od czasu do czasu wygładzałem je suchą ściereczką i szorowałem znowu. Czasem używałem szlifierki elektrycznej i wtedy drobny pył wypełniał cały garaż, osiadał na moim ubraniu i twarzy. Tak musiał wyglądać Michał Anioł, kiedy rzeźbił swojego Bachusa, Davida, Pietę, Mojżesza i inne figury z mitologii greckiej, rzymskiej i żydowskiej. Biały jak młynarz.

Shadow przyglądał mi się badawczo. Leżał w progu garażu i cierpliwie czekał na moment, gdy zdejmę lateksowe rękawiczki i go pogłaszczę. Na wszelki wypadek, żeby sobie nie poszedł, zagadałem do niego.

Czy wiesz, że Michał Anioł był geniuszem?

Odpowiedzią było uniesienie głowy i wyprostowanie uszu. Było oczywiste, że pies nigdy wcześniej nie słyszał o geniuszach ani o wytworach kultury. Ani o estetyce.

No co tak patrzysz? Ludzie są istotami nieco bardziej skomplikowanymi, mają inne potrzeby, chcą na przykład mieć w salonie ładny kominek, żeby było na czym ustawiać bibeloty. O bibelotach też nie słyszałeś? No cóż, człowieczeństwo różni się mocno od psiości.

Gdybym zamiast szlifierki nastawił płytę z koncertem fortepianowym Czajkowskiego natychmiast zacząłbyś wyć do rododendronów na skarpie. A mnie, gdy słucham początkowych akordów, za każdym razem ciarki przechodzą po plecach. Czuje się tak, jak ty byś się poczuł na widok miski pełnej pasztetówki.

Po ostatnich słowach Shadow uniósł łeb jeszcze wyżej i zrobił minę, jakby miał przemówić. W ostatnim momencie zrezygnował i nie przestając się we mnie wpatrywać położył kształtną głowę na przednich łapach.

W świecie zwierząt nie ma muzyki, nie ma doznań estetycznych i filozoficznych systemów. Nie ma geniuszy i herosów. Nie ma też kłamców i wyrachowanych zbrodniarzy – tutaj macie przewagę nad nami.

Ale zauważ piesku, gdyby ludzie nie byli ani próżni ani zachłanni, nadal siedzieliby w jaskiniach, jedli półsurowe mięso, grzali brudne stopy przy ognisku i iskali wszy ze skołtunionych głów.

A jednak ruszyli z tych jaskini i szałasów, chyba w tym samym czasie kiedy udomowili psa. Nie pytaj, co ich stamtąd wypędziło. Czy chęć dominacji, próżność czy potrzeba ładu i piękna. Cokolwiek to było, spowodowało rozwój gatunku i postęp cywilizacyjny. Żeby przeżyć i płodzić potomstwo wcale nie musieli rysować tych rogatych bawołów na skalnych ścianach. Nie musieli wplatać piór we włosy, nakłuwać sobie uszu, wieszać korali i rozmazywać roślinnego soku w geometryczne wzory. Wystarczyłoby, żeby udoskonalili radło i naostrzyli narzędzia do ścinania roślin i patroszenia zwierząt. A jednak zaczęli się stroić, budować domy, wynaleźli koło, wyprawiali się nie tylko po mięso ale po bursztyn, jedwab i barwniki. Grali na bębnach i piszczałkach, dłubali rylcem w glinie, malowali na skórze, kamieniu i na pergaminie. Objawili się pierwsi artyści. To wtedy zaczęło się wydobywanie złota i jaspisu, ozdabianie, dekorowanie i upiększanie. Powstanie sztuki to chyba najwspanialsze, co ludzkości mogło się przytrafić.

Nie podchodź tutaj, leż! Wytrzymaj tam jeszcze trochę, zaraz przyjdzie twoja pani zawołać mnie na kawę, wtedy otrzepię się z pyłu i cię pogłaskam, dobrze?

Barbarzyński świat potrzebował sztuki, do końca nie wiadomo dlaczego. Po co Wikingom były ozdoby ze złota formowane w misterne zawijasy? Postęp techniczny wynikał głównie z wymyślania nowych narzędzi do zabijania. Sztuka przez długie wieki służyła indoktrynacji czyli masowemu praniu mózgów. Ale to nic, najważniejsze, że ocalała do naszych czasów. Miło popatrzeć na zabytki, rozdziawić buzię w zachwycie nad kunsztem snycerzy, malarzy i złotników, którzy mając tak prymitywne narzędzia i ograniczoną wiedzę dokonywali prawdziwych cudów, aby tworzyć arcydzieła i zadowolić swojego pana.

Wiedz, że za każdy detal w zamku z mostem zwodzonym, setką komnat i stajniami artystom i budowniczym płacił jakiś bogacz, który najpierw złupił swoich poddanych. Za kościoły z dzwonnicami, dębowe ołtarze i złocone lichtarze płaciła armia bosonogich chłopów oddających klerowi dziesięcinę albo pracująca niewolniczo w klasztorach. Myślę, że twoje pieskie życie jest o sto razy lepsze od życia milionów nieszczęśników wegetujących w cieniu książęcego zamku, opactwa lub strzelistej katedry. Sztuka, a może cała cywilizacja, jest jak nenufar: widzimy tylko piękny kwiat, ale jego korzenie zanurzone są w gnijących szczątkach.

Obracając kamienną płytę na drugą stronę zerkałem na Shadowa. Nadal tkwił na swoim posterunku, trochę znudzony, ożywiał się tylko wtedy, gdy do niego mówiłem.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że bez bogaczy sztuka by nie powstała. Dzięki ich zachciankom, artyści mogli pokazać siłę swojego talentu, zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Szkoda tylko, że tak niewiele z tego wynikło. Na życzenie bogaczy namalowano tysiące a może miliony scen ukazujących dobro, szlachetność i tuzin innych cech z najwyższej etycznej półki. Jakiś bohater ginął w obronie ideałów, ktoś oddawał płaszcz biedakowi, kobiety o anielskich twarzach tuliły dzieci do piersi i tak dalej. Sądzisz, że posiadacze tych malunkówe, kiedy się już napatrzyli, stawali się szlachetniejsi i zdolni do współczucia? A skądże.

Papież Juliusz II, inicjator krwawych wojen, chciwiec i despota, był pospolitym skurwysynem, ale to jego megalomanii ludzkość zawdzięcza malowidła na suficie Kaplicy Sykstyńskiej oraz posąg Mojżesza. Przy rzeźbieniu takiego kolosa musiało się dopiero kurzyć, nie tak jak tu przy kominkowych kostkach. I wiesz co Michał Anioł powiedział po skończeniu dzieła, kiedy już ostatnia rysa na obliczu rogatego proroka została wypolerowana? Powiedział mu: “A teraz przemów!” Ale Mojżesz nie przemówił. Tylko patrzył z głębin swojego tajemniczego jestestwa, tak jak ty teraz. Choć niezupełnie tak samo, bo Mojżesz nie machał ogonem i nie prostował uszu.

A co w tej historii jest najlepszego? Geniusz! Michał Anioł wielokrotnie upokorzony przez Juliusza, zmuszany przez niego do nadludzkiej pracy, zostawił po sobie dzieło tak wielkie, że nawet szkolne dzieci wiedzą, że największym rzeźbiarzem pozostaje Michał Anioł. Tymczasem imię dziadygi w papieskiej koronie pamiętają najwyżej badacze kryminalnej historii kościoła rzymskiego.
Caroline pewnie już nastawiła czajnik, za parę minut przyjdzie zaprosić mnie na herbatę. Teraz podśpiewuje jakąś arię, albo rozmawia z rudzikiem dziobiącym okruszki na parapecie. Lub po raz setny tłumaczy kotu, żeby nie obgryzał sukulentów i paprotek. Uparła się, żeby wygłaszać kotu dydaktyczne pogadanki, chociaż wie, że kot niczego nie pojmie. Dziwna kobieta, prawda piesku?

Przekładam bloki kamienne, jedne oczyszczam szmatką nasączoną impregnatem, inne układam na roboczym stole, przykładam miarkę, rysuję ołówkiem linie, po których poprowadzę ostrze szlifierki.

A teraz odsuń się, bo będzie sie strasznie kurzyć, idź o tam, pod krzaczek. No zobacz, trzymam szlifierkę w rękach, zaraz będzie hałas. No idź…

Hałas też człowiek ucywilizował: ilu ludwisarzy, lutników, bębniarzy i innych majstrów dostało zatrudnienie tylko dlatego, że jakiś kapryśny książę lub biskup chciał by jego uszy pieściły dźwięki porywiste jak wiatr lub łagodne jak syreni śpiew. Nie zapominaj o kompozytorach. Na przykład Beethoven. Trzeci koncert fortepianowy zagrał po raz pierwszy publicznie, nie mając jeszcze wszystkich nut zapisanych na partyturze. Zamiast nich porobił sobie tylko jakieś szkice i tak grał z wyobraźni i zebrał wielkie brawa, których zresztą nie słyszał. O, Beethoven to był geniusz największy. Nie dlatego, że komponował utraciwszy słuch. On pchnął muzykę o sto lat do przodu, pokazał ludzkości, że zdolna jest do tworzenia wielkiej muzyki. Bo ludzkość nie od razu wiedziała, jaka jest zdolna, musiała się o tym rok po roku, wiek po wieku przekonywać.

Rozmawiasz z psem po polsku? – w drzwiach stanęła gospodyni lustrując spoza chmury pyłu postępy mojej pracy.

Uczę go słówek.

Ho, ho! Natasza czasem odzywa się do niego po mołdawsku, a mój wnuk wydaje mu komendy po niemiecku. Jak tak dalej pójdzie, Shadow będzie znał więcej języków niż ja!
Shadow, słusznie przekonany, że o nim mowa, dawał zwykłe oznaki radości merdając ogonem. Patrzył to na nią, to na mnie, sprawdzając czy cieszymy się razem z nim.

Shadow, bądź miłym pieskiem, zaproś naszego majstra na kawę. Właśnie zaparzyliśmy.
Caroline zwróciła się bezpośrednio do mnie: przyjdź od razu, zanim Philip zje wszystkie ciastka.

* * *

Wróciłem z jadalni i korzystając z tego, że mam czyste ręce, przykucnąłem przy czekającym psie i pogłaskałem go po lśniącej sierści. Shadow wydawał się jakiś nieswój. Co ci jest, Szadołku? Coś taki poważny? Może przestraszyła cię sarna wyskakująca z krzaków? Mogłeś na nią szczeknąć. Ty nigdy nie szczekasz. I nic nie mówisz. Jesteś najbardziej przemądrzałym niemową jakiego znam.

Wszedłem do garażu i zabrałem się do pracy. Z krawędzi płyt usuwałem brud i resztki starych spoin dbając, żeby nie zarysować dłutem wypolerowanych płaszczyzn.

O czym ci ostatnio mówiłem? A, o tym, że genialni artyści wytyczają drogę swoim następcom. Podobnie myśliciele, filozofowie i prorocy. Tylko, że oni nie zostawiają po sobie żadnych przedmiotów, tylko idee i systemy filozoficzne. Następni myśliciele dokładają swoje pomysły na to jak zbudowany jest świat i tak rośnie warstwowo ten cały filozoficzny galimatias. Dziedzictwo kulturowe czyli inaczej mówiąc wytwory ludzkiej wyobraźni. W większości ciekawe, nawet fascynujące, ale nie do tego stopnia, żeby traktować je jak fetysz, żeby przed nim padać plackiem. Niestety większość ludzi pojęcia zaczerpnięte z przekazów kulturowych traktuje jak rzecz ostateczną.

Dasz wiarę piesku, że są ludzie, którzy czczą wytwory własnej wyobraźni? No tak! Latami trenują bojaźń i drżenie przed zmyślonymi duchami, bo grupa cwaniaków wmówiła im, że rozmowa z duchami jest najwyższą, kurwa, formą człowieczeństwa. A przecież nie ma jednej miary na człowieczeństwo, ani wzornika wzniosłości. Nie wiem, czy od religijnego opętania nie lepsze jest przemawianie do rudzika na parapecie albo śpiewanie operowych arii sukulentom i paprotkom.

Tak, w ludzkim świecie jest mnóstwo szaleństwa i wzajemnej wrogości. Nie masz nam czego specjalnie zazdrościć. Bądź sobie tym czworonogiem. A wiesz co jest najgorsze? Że cywilizacji nie można zanegować bez popadania w śmieszność. Nie możemy być na powrót dzicy, choćbyśmy nie wiem jak się starali. Rodzimy się i umieramy w cywilizacji.

Od ciągłego mówienia kamienny pył zaczynał zgrzytać mi w zębach. Chodź Szadołku, przejdziemy się na spacer, popatrzymy na ogród, niech nas wiatr owieje. Wszystko już wyczyszczone i przycięte na wymiar, jutro będziemy dopasowywać i składać w całość. Niech kurz w garażu opadnie, mniej się naniesie do salonu.

Ruszyłem przodem, po drodze nachyliłem się nad ogrodniczym wiaderkiem z deszczówką, umyłem twarz i ręce, pies dreptał za mną, ale bez entuzjazmu. Nadal miałem wrażenie, że coś go trapi. Wiedziałem, że nie była to żadna fizyczna dolegliwość. Sierść mu błyszczała, ogon miał uniesiony na zwykłą wysokość, nos zimny. Był to raczej problem natury psychicznej, a nawet intelektualnej. Ten ostatni domysł wymaga pewnej brawury, ale kto udowodni, że w kształtnej głowie czarnego labradora nie zachodzą głęboko skrywane procesy myślowe?

Przeszedłem przez podwórze, minąłem samochody i wszedłem w gęstwinę, tam gdzie dziki ogród zmieniał sie w regularny las z paprociami, omszałymi konarami, jelenimi ścieżkami, szczątkami rozszarpanych ptaków i głazami wystającymi spod listowia. Zatrzymałem się pod rozłożystym klonem, który o tej porze roku jarzył się pożółkłymi liśćmi jak gigantyczny lampion, rozpiąłem rozporek, żeby sobie ulżyć po dwóch kawach. Spojrzałem na Shadowa, który nawet tu mnie nie odstępował. Stał czarny i lśniący naprzeciw mnie ubielonego marmurowym pyłem. W jego oczach wyczułem zniecierpliwienie, a nawet pewną złość, że oczywistego pytania nie może zadać głośno.

Ach, o to ci chodzi? Pytasz, dlaczego mając do dyspozycji cztery łazienki w domu państwa Courtney przychodzę pod drzewo?

Błysk w oczkach i machnięcie ogonem wystarczyły za potwierdzenie domysłów.

Tobie pierwszemu to powiem: sikając tutaj czuję się całkowicie wolny, a zawsze chciałem być wolny. Ten ciepły strumień wzmacnia mój związek z przyrodą, może nawet z utraconą zwierzęcością. Sikanie z dala od porcelanowych muszli to nie żaden kaprys, to obrona konieczna. Przed czym? Przed wynaturzeniem, czyli zapomnieniem, skąd się wziąłem. Trawa, las i moczolubne krzaczki to moje środowisko, dopóki je mam pod stopami i mogę sikać z dala od ludzkich oczu – wiem, że życie ma sens. Dzięki tej banalnej czynności – mówiłem zapinając guzik spodni – utrzymuję równowagę między kulturą a naturą. Nie chcę się wyrzec dzikości, bo ona we mnie tkwi. Gdybym się wyrzekł i uznał wyższość kultury, pewnie bym cię nawet nie głaskał za uszami, nie rzucał ci patyka do aportowania i nie przywoził łososia w szeleszczących torebkach. Wiem, zabrzmi to okrutnie, ale prawdopodobnie uznałbym, że twoje marne psie życie toczy się w cieniu naszej wspaniałej cywilizacji. O, niech mnie złocisty klon chroni przed takim mniemaniem. Chodź Shadow.

Reklamy

Na przełaj

3 lutego 2014

Wsiadając do czarnej toyoty sądziłem, że zostanę podwieziony do centrum miasta, skąd miałem dalej jechać miejskim autobusem. W sobotnie przedpołudnie nie powinno być tłoku, miałem nawet w kieszeni trochę drobnych zachowanych specjalnie na tę okoliczność. Kiedy jednak znaleźliśmy się w Dublinie i sunęliśmy wzdłuż kamiennego muru Phoenix Parku znajoma, która prowadziła auto zdziwiła się:
Chce ci się jechać autobusem? Przecież nawet nie wiesz, ile kosztuje bilet. Idź przez park, wiesz jak może być fajnie o tej porze? Nie masz tak daleko, może przyjdą ci do głowy jakieś głębokie myśli…

Wysiadłem posłusznie przy bramie, choć tego ostatniego nie byłem pewien. Ilość wina jaką poprzedniej nocy wypiłem w towarzystwie jej męża, uchodziła teraz z mojego organizmu w postaci niewidocznego obłoku o gęstości i konsystencji waty używanej do izolacji ścian. Nic, co miałoby znamiona subtelności i głębi nie miało prawa się przez tę warstwę przedostać.
Ruszyłem wzdłuż alei Chesterfield, której prosta nitka przecina park na dwie części. Ruch samochodowy istotnie był niewielki, w końcu to sobota, w dodatku zimna i wietrzna, bez szans na maraton, wystawę kwiatów lub koncert rockowy – takie eventy przewidziane są na miesiące letnie. A mieliśmy środek kalendarzowej zimy, niebo zasnuwała warstwa szarych chmur, w oddali majaczyły wierzchołki łagodnych gór, także szarych, bo opady śniegu w tym roku znowu nas ominęły. Ktoś omnipotentny w tutejszym rządzie anomaliom powiedział stop, no passaran! Więc śnieg powiedział Sorry Irlandio i przemieścił się w inne rejony Europy.

Biegaczy i rowerzystów jeszcze nie było, miałem ich spotkać dopiero trzy kilometry dalej. Szedłem z rękami w kieszeniach, w głowie kołatały mi się rymowane wersy z Koziołka Matołka, którą to opowieść poprzedniego wieczoru czytałem dzieciom przy biesiadnym stole. Nie, nie czułem się jak kozioł, który „po szerokim szuka świecie tego, co jest bardzo blisko.” Byłem raczej jak wilk, który z nosem przy ziemi podąża tropem swojej ofiary i nie pozwala by cokolwiek zepchnęło go z obranej drogi. Mnie nie prowadził zwierzęcy głód, raczej całkiem ludzka potrzeba, zmierzałem prosto do swojego kominka, komputera i kawy. Trzy męskie K.

November 10 Park 014

Na otwartej przestrzeni wiatr zaczął dokuczać, zapiąłem suwak kurtki, skręciłem w boczną alejkę, między wysokie drzewa. Alejka tak naprawdę jest jezdnią, prowadzi do innej bramy, jednej z dziesięciu bram w murze okalającym park na długości jedenastu kilometrów. Cały parkowy obszar liczy ponad 700 hektarów, ja miałem go przejść akurat po najdłuższej przekątnej. Słuchaj się człowieku kobiet. Znam ten park na pamięć, najczęściej przemierzam go samochodem, dróg jest sporo, trudno taki obszar całkowicie wyłączyć z ruchu. Jeździłem po parku rowerem, wiem dokładnie, gdzie znajduje się kamienna kolumna z wyrzeźbionym Feniksem, gdzie pałacyk Farmleigh, w którym nocowała królowa, wiem jak wygląda kuta brama przed pałacem prezydenta, jak wielka jest posiadłość ambasadora USA i którą drogą najlepiej dojść pod wysoki metalowy krzyż ustawiony na sztucznie usypanym wzgórzu. U jego podnóża zazwyczaj pasą się daniele.

Moja trasa nie prowadziła tamtędy, nie dla mnie tego ranka widok rogatych koziołków i smukłych łani. Musiałem się zadowolić widokiem wysokiego parkanu ZOO, po drugiej stronie ulicy miałem budynki komendy policji nazywanej tu Garda. Z niejaką dumą uświadomiłem sobie, że w żadnym z dwu przybytków moja noga nie postała i byłbym wdzięczny losowi, gdyby taki stan się utrzymał.

Byłbym mu równie wdzięczny, gdyby ten desperacki marsz się już skończył. Nie czułem zmęczenia, świeże powietrze działało ożywczo, zbliżałem się do zagajnika wieczno-zielonych dębów szypułkowych zupełnie niepodobnych do popularnych dębów określanych łacińską nazwą Quercus robur. Rozpiąłem kurtkę, deszcz miał spaść dopiero za godzinę, nawet wiatr się uciszył, może z szacunku dla obecności Gardy. Wiało za to nudą. Od poprzedniego popołudnia nie zaglądałem do internetu, na kilkanaście godzin odstawiłem się od wiadomości, które zazwyczaj chłonę w dużych ilościach i które działają na mój organizm jak codzienna dawka kalorii. Pustych kalorii, mówiąc obrazowo.
Ciekaw byłem rozwoju sytuacji na Ukrainie, czy długotrwały protest w centrum Kijowa spowoduje przełom w polityce. Idąc po trawiastym poboczu zatęskniłem za jakimś pozytywnym newsem, który rozświetliłby ten ponury dzień; wyobraziłem sobie, że w czasie, gdy ja sączyłem włoskie wino i pogryzałem cheddarem, Janukowycz wyszedł na Majdan, wszedł na mównicę i przy aplauzie miliona demonstrantów powtórzył słowa, które 30 lat wcześniej wypowiedział zmuszony do ustąpienia cesarz Etiopii Hajle Sellasje I – „Jeżeli rewolucja jest dobra dla ludu, jestem za rewolucją”.

Opamiętaj się człowieku, jeśli nie możesz się zdobyć na głębokie myśli, przynajmniej powstrzymaj się przed formułowaniem absurdów. Prędzej z gęstwiny dębów wyjedzie ci na spotkanie para wiewiórek na hulajnogach i każda z nich trzymać będzie w pyszczku zielony banknot o nominale 100 euro, niż prezydent Ukrainy dobrowolnie odda władzę. Trzymaj się realiów, noga za nogą, noga za nogą – prawdopodobnie jesteś już w połowie drogi. Połowę nudy masz za sobą.

Szło by się raźniej, gdyby zamiast połaci trawy, starodrzewu kryjącego nieliczne pałace i domki, rozciągało się tu miasto z historyczną starówką, okazałymi kamienicami, zapuszczonymi ogródkami, których zmurszałe ceglane mury pokrywa bluszcz albo kapryfolium a łukowo sklepione okna budynków odbijają się w falującej wodzie kanałów poprzecinanych licznymi mostkami. Na placach, na gzymsach, na metalowych poręczach gołębie, a w tle suszące się pranie i kamienne tablice z wizerunkiem skrzydlatego lwa. Z gotyckiej Santa Maria dei Frari albo wabiącego śnieżnobiałą fasadą San Zaccaria dobiega odgłos dzwonów.
Wenecja jest kilkadziesiąt razy większa od tego parku, ale jej uliczki, nabrzeża i place mógłbym przemierzać od rana do wieczora, mógłbym iść bez przystanku, do zdarcia butów, do przetarcia sznurówek i zatarcia poczucia czasu. Jeśli jakaś część umysłu nie brałaby udziału w oglądaniu i przetwarzaniu tego co widzę, zaprzągłbym ją do spowalniania czasu. Nikomu się ta sztuka nie udała, ale w obliczu tak wysokiej stawki grzechem byłoby nie próbować.

Z tym Hajle Sellasje naród etiopski wcale nie miał tak łatwo, jak sugeruje cytowane zdanie. Cesarz był przykładem pławiącego się w luksusach satrapy, (słusznie Kapuściński wybrał go sobie za bohatera „Cesarza”) , któremu przez 44 lata niepodzielnych rządów los ludu był idealnie obojętny. A najzabawniejsze jest to, że ten cudak, tyran i megaloman stał się dla czarnoskórych mieszkańców Jamajki wcieleniem Boga. Nie wiadomo, czy powodem była tęsknota za Ziemią Obiecaną czy duchowe sesje z udziałem świętego zioła cannabis, dość że w latach trzydziestych ubiegłego wieku Jamajczycy zobaczyli w nim kolejną, po Chrystusie, emanację Boga w ludzkiej postaci. Powstały ruch religijny przyjął nazwę Rastafari od imienia etiopskiego cesarza. „Hajle Sellasje I” był tytułem przyjętym po koronacji – domniemany mesjasz w cywilu nazywał się Ras Tafari Makonnen Woldemikael. Zmarł w rok po detronizacji, ale Rastafarianie nie przyjmują tego faktu do wiadomości. Bogowie, choćby byli winni milionowych malwersacji i głodu milionów ludzi – tak łatwo nie umierają. Żyją w umysłach wyznawców nie chcących skonfrontować się z rzeczywistością. Według nich negatywne fakty z życia cesarza są zmyślone przez wrogów ich religii. Dlatego wyznawcy Rasta nadal tańczą w rytmie reggae i czczą pamięć swojego mesjasza – zapowiedzianego w starotestamentowych proroctwach Lwa Judy niosącego wyzwolenie. Ciekawe czy są jakieś narody, które wierzą w boskie właściwości Koziołka Matołka?

feniks i mgła 027

Na asfaltowej ścieżce pojawiły się grupki biegaczy, innym traktem śmigał rowerzysta, znak, że znalazłem się w części parku przylegającej do osiedla mieszkalnego. W gałęziach drzew krakały wrony, wróble rozdziobywały zeschnięte końskie odchody, szosą przejechała hałaśliwa Honda z przerobionym układem wydechowym. Nie zwalniałem marszu, chciałem to już mieć za sobą. Tę desperacką rekreację. W zasięgu wzroku znów miałem kamienny mur, wiedziałem, że za dwieście, sto, i wreszcie pięćdziesiąt metrów pojawi się jeśli nie brama to furtka, dosłownie dziura w murze. Pierwotnie miałem iść dalej, do okazałej białej bramy, spod której niewielki dystans dzieliłby mnie od wspomnianych trzech męskich K. Jednak tamta trasa, choć dłuższa wydała mi się nagle drogą na skróty. A do swojego przeznaczenia nie można iść na skróty. Są takie sytuacje, gdzie ludzka moc i słabość objawiają się równocześnie, dając impuls do czynów z pozoru pochopnych a w istocie heroicznych, głęboko umotywowanych.
Zamiast iść prosto skręciłem do tej niepozornej furtki, która jak nagle zrozumiałem, była moim przeznaczeniem. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybym na murze zobaczył kuty w kamieniu wizerunek skrzydlatego Lwa Judy niosącego wyzwolenie. Obok furtki zaopatrzonej w metalową obrotową kratę stoi długi parterowy budynek. W nim mieści się pub o oczywistej nazwie „Hole in the Wall”. Skorzystałem z tego, że akurat otwierali. W dodatku zbierało się na deszcz, miało padać nieustannie przez cały weekend i kolejne dwa dni powszednie. Jeśli Guinness jest dobry dla ludu, jestem po stronie Guinnessa.


P.S. Od razu zastrzegam, aby nie brać tego tekstu dosłownie i nie pouczać mnie o szkodliwości spacerów po parku. Sam dobrze wiem, że są szkodliwe.
Sláinte.

Polskie wojaże 2

28 października 2013

Kończąc poprzedni wpis nie byłem pewien, co chcę zawrzeć w drugim pod tym samym tytułem. Z pomocą w wyborze głównego wątku przyszły mi wasze komentarze.
Z całych sił unikam dość popularnego w Internecie modelu pisania polegającego na tym, że lakoniczny opis odwiedzanych miejsc (koniecznie tych sławnych i egzotycznych!) okraszany jest licznymi przymiotnikami i westchnieniami „ach, jak tam jest wspaniale, cudownie i pięknie. Przeżyliśmy w X. niezapomniane chwile”. Kiedyś nie wytrzymałem i autorowi takiego nic-nie-mówiącego reportażu zadałem pytanie, czy rzeczywiście chciał opowiedzieć o miejscu, do którego pojechał, czy wyłącznie pochwalić się przed czytelnikami swoją mobilnością i wrażliwością. Wszak „niezapomniane chwile” można przeżyć we własnej łazience, nie trzeba jeździć na Kanary czy do Tunezji.
Na drugim biegunie pisarzy-podróżników umieściłbym Marcina Mellera z żoną Anną – autorów książki „Gaumardżos”, w której opisy przyrody i anegdoty przeplatane są opowieściami o charakterze Gruzinów i historii ich kraju. Sięgnąłem po tę książkę dwa lata temu, gdy Gruzja mocno mnie zaciekawiła i robiłem teoretyczne przymiarki do odwiedzenia tego kraju. Na przymiarkach się skończyło, bo „Gaumardżos” jest napisana tak sugestywnie, że po przeczytaniu ochota na zwiedzanie Gruzji przeszła mi definitywnie. Dowiedziałem się chyba zbyt dużo! Nie chcę odwiedzać kraju, którego mieszkańcy czerpią dumę ze swojego opilstwa i notorycznego spóźnialstwa. To co Mellerowi wydało się zabawne i fascynujące (np. stosy żarcia pod którymi uginają się biesiadne stoły), dla mnie jest niezrozumiałe i odpychające. Nawet perspektywa ujrzenia gór Kaukazu, winnic Swanetii oraz bizantyjskich świątyń nie okazała się na razie dostatecznie kusząca. Autorzy „Gaumardżos”- w Gruzji szczerze zakochani – osiągnęli cel odwrotny do zamierzonego. To dzięki nim nie pojechałem do ojczyzny Stalina i Saakaszwilego.

Pojechałem za to do Międzygórza, o czym będzie za chwilę, a tymczasem autobus wiezie mnie do krainy dzieciństwa, o której wspominanie nastręcza mi trudności, bo niełatwo tu o obiektywizm i uniknięcie niezrozumiałych dla czytelnika ochów i achów. Stąd, jako asekuracja, wcześniejsza dygresja o podróżopisaniu.
Kraina ta obejmuje – przyjmijmy – obszar paru dolnośląskich powiatów i na mapie Polski niczym szczególnym się nie wyróżnia. Żadna z jej miejscowości nie pretenduje do miana drugiej, trzeciej ani nawet czwartej Florencji. Owszem znalazłoby się kilka średniowiecznych kościołów, parę odbudowanych zamków i historyczne baszty, ale nie one dominują w krajobrazie, nie one przyciągają przyjezdnych. „Taka gmina, ni nizina, ni równina” – mógłby zaśpiewać duet Starszych Panów, bo jeśli ktoś nie ma osobistych związków z tymi terenami – na kolana tam nie padnie, prędzej pojedzie dalej. Na południu ma Sudety, na północnym zachodzie Pojezierze Lubuskie.
Jest jednak szansa, że potencjalny turysta podda się urokowi dolnośląskich lasów albo zaciekawi go podejrzanie schludny wygląd kilku poniemieckich miast i miasteczek, które nie poddały się rujnującemu wpływowi czasu a wręcz stały się modelowo uporządkowane i odrestaurowane. To oczywiście efekt sąsiedztwa z przemysłem miedziowym – wspomniane poprzednio Prochowice leżą poza dobroczynnym oddziaływaniem ogromnych podatków płaconych gminom przez kopalnie. Co innego Polkowice, w których po raz kolejny w tym półwieczu przebudowano kamieniczki w rynku, albo Rudna, gdzie kilkanaście lat temu od fundamentów zbudowano Ratusz będący kopią siedemnastowiecznego gmachu zburzonego w 1945 przez Armię Czerwoną. Pamiętam czasy, gdy w tym miejscu stała betonowa fontanna a bezpańskie psy obsikiwały rosnące wokół mizerne klomby. Teraz takiej budowli nie powstydziłby się Wiedeń.

Region rozwija się, przybywa dróg i domów co mnie, lokalnego patriotę, bardzo cieszy. Pamiętam w latach 90-tych jechałem gdzieś zatłoczonym autobusem PKS. W jakiejś wsi obok przystanku trwała budowa, długie żerdzie drewnianych rusztowań sterczały w niebo. Kilkuletni chłopiec pytał matki: „A po co te patyki tak stoją?” „Bo panowie coś tam budują” – odparła matka. „A co budują, kościół?” Nie jestem pewien odpowiedzi, bo może to był rzeczywiście kościół. Intuicja dziecka często bywa nieomylna a to były czasy pontyfikatu wiecie kogo. W naszych czasach kilkuletni brzdąc zapytałby raczej, co mama kupi mu w galerii, jednej z tych rosnących jak grzyby po deszczu w niemal kazdym większym mieście Polski.
W Lubinie, do którego zajrzałem tydzień temu galeria już jest. Mieszkańcy okolicznych wiosek od paru lat przyjeżdżają pochodzić po jej pustawych klimatyzowanych wnętrzach, żeby poczuć powiew wielkiego świata. Kupować w drogich butikach niekoniecznie, ale popatrzeć tak. Wiem co mówię, bo sam dwa razy byłem. Powiew poczułem.
Budowla jako taka też nie budzi moich zastrzeżeń, wszak nie pozjadałem wszystkich rozumów a gusta bywają różne. Czasem jednak nie udaje mi się powstrzymać od marudzenia, gdy widzę coś wyjątkowo szpetnego, nie pasującego do otoczenia, zbudowanego jakby na przekór zdrowemu rozsądkowi i ogólnie przyjętym normom estetycznym. Takie budowle zdradzają plebejski gust inwestorów lub tragiczną ignorancję architektów. Albo jedno i drugie. Gdybyście widzieli mieszaninę stylów składającą się na wielki kościół na głogowskim osiedlu Kopernika albo przypadkiem zerknęli na koszmarny budynek sądu w Lubinie – serce by wam pękło!

DSC02285

Mnie serce nie pęka, bo takie megalomańskie „kwiatki” architektoniczne nie są w stanie przyćmić zadowolenia z faktu, że jako wolny duch wracam do krainy swojego dzieciństwa. Im zresztą bliżej epicentrum tej podróży sentymentalnej, tym staję się w osądach łagodniejszy, kategorie przyswojone z książek schodzą na dalszy plan a ja z faceta uzbrojonego w „szkiełko i oko” zmieniam się w tropiciela własnych snów o Arkadii.
Zupełnie tracę głowę, gdy dojeżdżam do położonej wśród lasów wsi, w której dorastałem, uczyłem się odróżniać słońce od księżyca a muchę od chrabąszcza. Tam drżałem na widok pożaru, podziwiałem pracę kombajnu zbożowego, wspinałem się na drzewa i piłem swoje pierwsze „truskawkowe wino”. Przez ostatnie lata wieś podupadła, opustoszała i zbiedniała. Obiektywnie rzecz biorąc jest brzydsza niż kiedykolwiek, ale ja tam nie jeżdżę szukać piękna. Jeżdżę odwiedzać moją Arkadię. Jej nazwy nie podam, pozwólcie na odrobinę tajemnicy. Bywam tam dwa lub trzy razy w roku, najczęściej wiosną i, tak jak ostatnio, w porze opadania liści. Wychodząc na łąkę, z której widok na dolinę Odry coraz mocniej ograniczają rosnące krzaki głogu mam nieraz ochotę zagwizdać na psa Filuta, z którym bawiłem się w dzieciństwie. Albo spróbować czy jabłka z jabłonki sadzonej przez ojca smakują tak samo. Czasem staję pod murem mojej szkoły, wtedy czteroklasowej dziś zamienionej na mieszkanie albo zapuszczam się w gęstwinę poniemieckiego parku dworskiego, skąd wyniosłem wspomnienie zapachu błota, klonowych liści i czegoś innego, właściwego tylko temu miejscu, o tej porze roku. Do parku zazwyczaj dobiegały odgłosy z gospodarczych zabudowań PGR-u: porykiwania krów, warkot traktorów, przekleństwa furmanów. Teraz zarośnięty chwastami dziedziniec folwarczny pogrążony jest w ciszy a obory i stodoły popadają w ruinę. Nie jest to z pewnością widok budujący, ale nie wywołuje u mnie szczególnego żalu ani niechęci. To nadal jest moja Arkadia, rozpad jest jednym z jej stanów skupienia, substancja pozostaje ta sama. W takim miejscu wszelkie podziały na brzydotę i piękno oraz przeszłość i teraźniejszość nie mają sensu. Wyuczone kategorie nie znajdują zastosowania. Dlatego tam jeżdżę.

* * * * * *
O wizycie w Międzygórzu będzie w następnym odcinku, tymczasem zapraszam na blog Agnieszki, która opisała nasze wspólne zwiedzanie wapiennika.
http://zpolnocynapoludnie.blox.pl/2013/10/W-japonskim-ogrodzie.html

Polskie wojaże

26 października 2013

Po raz drugi w tym roku o podróży po Polsce.
Poleciałem do Lublina, żeby postawić stopę na nowym lotnisku zbudowanym w lesie pod Świdnikiem. Nie rozczarowałem się, terminal elegancki, przestronny, dobrze z miastem skomunikowany, choć wiadomo, że lotnisko lokalne, ląduje tam zaledwie kilka samolotów dziennie. Na parkingu czekał autobus, zapytałem kierowcę o której odjeżdża. Odpowiedział „jak ludzie przyjdą…”. Ludzie przyszli, zawarczał silnik, wyjechaliśmy z ciemnego lasu na szosę, którą rozpoznałem, bo lata temu jeździłem nią do Chełma albo bliżej, do Gardzienic.

Wysiadłem pod lubelskim zamkiem, tam szybko wziąłem taksówkę, bo pora robiła się późna. Taksówkarz mimo młodego wieku okazał się dobrze wprowadzony w profesję: zaraz po starcie rozpoczął dywagacje o lokalnych inwestycjach, ekonomicznej zapaści kraju i ewidentnej krótkowzroczności rządzących. Lokalnie i centralnie. Wywód jego nie był całkiem kretyński, mógł być gorszy, wszak taksówkarze (nie tylko w Polsce) przodują w wygłaszaniu „mądrości” zapożyczonych z tabloidów albo podjętych z ideologicznych śmietników.
Ukryty w mroku tylnego siedzenia słuchałem z ciekawością. Taksówkarz tokował nieustannie, nie mógł wiedzieć, że moje zainteresowanie bliskie jest ciekawości badacza oglądającego pod mikroskopem niezwykły okaz fauny lub co gorsza flory bakteryjnej. Nie uwłaczając – jakby powiedział klasyk Andrus, powtarzający po innym klasyku, specjaliście od flory bakteryjnej właśnie. Wreszcie hotel, mniejsza o jego pompatyczną nazwę, w hotelu pokój, w pokoju telewizor, w telewizorze Agata Młynarska. Dalej tej wyliczanki prowadzić nie sposób, bo dalej pustka.
Rano załatwiłem dwie sprawy, nazwijmy, służbowe, które mnie do Lublina ściągnęły, potem szybki przemarsz Krakowskim Przedmieściem, wzrokowe odnotowanie zmian w krajobrazie i jazda na Sławinek (dzielnica Lublina) z wizytą całkowicie prywatną, niemal odświętną. Przy kawie rozmowa serdeczna, trochę plotek rodzinnych, trochę opowieści o ostatnich podróżach, głównie o Wenecji, którą oboje z panią Gospodynią szanujemy i uwielbiamy po równo.

Ale już jest trzynasta, turkotanie kółek walizki, kilka przystanków autobusem MPK i jestem w eleganckim autokarze linii „Polski Bus”. Po paru godzinach wygodnej jazdy i czytania Konwickiego (zgodnie z hasłem: „na polskiej ziemi czytamy polskich autorów”) wysiadam w Warszawie, przesiadam się na metro i wyłaniam się z podziemia w okolicach placu Bankowego. Na środku pomnik Słowackiego. Całkiem udany i w przeciwieństwie do głównej mieszkanki Ratusza niebudzący kontrowersji. Tylko miejsce przywołuje skojarzenia: mieszkałem w Warszawie w czasie, gdy z tego samego cokołu zrzucano pomnik Dzierżyńskiego. Z krwawym Feliksem coś jeszcze zrzucano, choć chyba nie w pełni się to udało.

Siedemnasta trzydzieści, spotykam się z serdecznym przyjacielem, z którym pomieszkiwałem w Dublinie, w czasach gdy on był studentem. Zasiedliśmy nad piwem w knajpce przy placu Teatralnym. Zanim nadeszła jego żona i pojechaliśmy tramwajem do ich mieszkania pokrótce zdaliśmy sobie relacje, co u każdego z nas słychać. Niby to wiemy, bo kontaktujemy się przez Internet, ale kontakt osobisty to jednak coś innego. Nie zostaliśmy cyborgami a ja po raz kolejny poczułem zadowolenie, że na swoich pokręconych ścieżkach trafiłem na człowieka jakich życzyłbym więcej sobie i światu: zaradnego, a jednocześnie skromnego i wiernego swoim pasjom. Co ważne: sukces zawodowy nie przewrócił mu w głowie. Wieczór we troje przy destylatach był bardzo udany, sen zasłużony a na drugi dzień byłem już we Wrocławiu. Korzystałem znowu z Polskiego Busa – polecam tę firmę z przekonaniem tak głębokim jak głęboka jest moja niechęć do podróżowania pociągami PKP.
We Wrocławiu na dworcu PKS kupuję oscypki i czekam na kolejny autobus. Mam co prawda zaproszenie od wrocławskiego znajomego, ale wizytę odkładam na inną okazję, bo przede mną kilka kolejnych spotkań, tym razem rodzinnych. Autobus mniej komfortowy ale wygodny, nawet udało mi się przekonać kierowcę, żeby wyłączył radio (tzn. zostawił „muzyczkę” dla siebie a nie katował nią pasażerów chcących czytać wynurzenia zgryźliwego dziada Tadeusza Konwickiego) Jechaliśmy w kierunku Zielonej Góry, po drodze jak wiadomo Środa Śląska. Przy wjeździe wielki słup z napisem „witamy w mieście wina i skarbów”. Musiałem się zamyślić, albo zgryźliwy dziad mnie zdekoncentrował, bo przez moment sądziłem że wjeżdżamy do Florencji.
To pierwsze miasto, jakie przyszło mi do głowy – wszelkich skarbów tam zatrzęsienie a kto był, ten wie, że wina też nie brakuje. Ale żeby poczciwa Środa Śląska udawała coś czym nie jest? Czy szumny slogan jest w stanie nobilitować prowincjonalną mieścinę do roli winiarskiej mekki i zagłębia sztuki jubilerskiej? Na kiepski chwyt marketingowy może się nabrać taki sam ignorant jak autor sloganu, u innych wzbudzi on jedynie wzruszenie ramion.
Ja wzruszyłem ramionami: wiem o co chodzi ze średzkimi skarbami, nawet mam plan by o nich wspomnieć w jednym z następnych tekstów, bo to się jakoś wiąże z tematem złotników florenckich, ale związków Środy Śl. z winem nijak się nie domyślam i dociekać nie zamierzam. Jest na przedmieściach wielka wytwórnia Pepsi-coli ale cola to jednak nie wino, zamiana jednego w drugie to zadanie dość karkołomne, bo długaśne ręce betonowego giganta spod Świebodzina tutaj nie sięgają. Cudów nie ma!

Kolejne miasteczko na trasie to Prochowice, które znam dobrze, bo przez rok chodziłem tam do szkoły. Nie, nie kusiło mnie nigdy, żeby wysiąść na przystanku pośród rozpadających się domów i pospacerować znajomymi uliczkami w poszukiwaniu utraconego dzieciństwa. Co to to nie! To miasteczko „ozdobione” przed paru laty koślawym pomnikiem JPII ustawionym pod płaczącą wierzbą, (a wierzba ta rośnie w cieniu dwupiętrowego kloca mieszczącego spółdzielczy dom towarowy) za moich czasów wyglądało lepiej, co w dużej części przyczynę miało w tym, że byłem wówczas estetycznym analfabetą.

Obecnie, gdy z okna autobusu patrzę na zarośnięte place, rachityczne domki oraz koszmarne w kolorze i kształcie „pawilony handlowe” tudzież lastrykowy cmentarz zastanawiam się, kiedy Prochowice litościwie obrócą się w proch. Naprzeciw przystanku, na murze zrujnowanej wytwórni wyrobów skórzanych od paru lat widnieje nabazgrany sprayem napis „Gdzie jest krzyż???” Połączenie ruiny i słynnego pytania było pewnie przypadkowe, mnie jednak wydaje się bardzo symptomatyczne. To co miało być szczeniackim żartem nabrało dodatkowego znaczenia i to dość ponurego. Jeśli bowiem dla Prochowic i tysięcy innych podupadłych miasteczek pytanie o krzyż jest ważniejsze od innych pytań, to ja właściwie nie mam pytań. Jadę dalej ku dolnośląskim złocistym lasom, szaroburym ugorom i wciąż zielonym łąkom.
(cdn)
DSC02282

DSC02314

Hermes nocą

12 września 2013

Kontynuacja tekstu pt. „Popołudniowe smakowanie w Ravennie”

Wróciwszy do pensjonatu przezornie wypiłem jeszcze trochę wody z kranu, poczytałem Bieńczyka i zgasiłem światło. Nie wiem jak długo spałem, obudził mnie szelest i zapach. Oba jednocześnie. Uniosłem głowę. W nogach łóżka stała kobieta w wieczorowej sukni połyskującej jak rybie łuski. Wydatne biodra i wąska talia wzmacniały jej podobieństwo do syreny. Oraz do kogoś, kogo być może wcześniej znałem. Na jawie albo w innym śnie. Nie byłem tego pewien lecz zupełnie nie zaciekawił mnie cel jej wizyty. Doszło bowiem do wielkiej niestosowności. Pani była niewątpliwie elegancka, nosiła pierścionki i kolczyki, pachniała wytwornymi perfumami Elixir des Merveiles pochodzącymi z sieci sklepów Hermes. Był to mocny zapach, za mocny, żebym mógł go tolerować. Zanim zdołała się odezwać, powiedziałem głosem stanowczym:

– Nie możesz tu zostać, to jest przybytek ekologiczny, sanktuarium, rodzaj ścisłego rezerwatu przyrody. Jesteś za piękna, za mocno pachniesz, zupełnie nie pasujesz do tutejszej linii stylistycznej. To nie miejsce dla ciebie, wejdź w sen kogoś, kto mieszka w Hiltonie labo Intercontinentalu. No już!

Prychnęła oburzona, ale posłuchała. Wtedy przypomniałem sobie kim jest lub kim była – jej sposób obrażania się był tak znajomy, że nie miałem najmniejszych wątpliwości, choć przyznam nigdy nie widziałem jej w stroju syreny. Wiadomo, że kobiety najprościej identyfikować po sposobie obrażania się. Każda robi to inaczej, to je bardziej odróżnia od siebie, niż linie papilarne.
Zjawa odeszła, ale jakby nie do końca. Na jej miejsce, z pachnącej eliksirami mgły wyłonił się Hermes – taki sam, jak go przedstawił Gianbologna: w głupawym kapeluszu na głowie, z nagim torsem, w sandałach ze skrzydełkami i kaduceuszem w ręku.
– Sen, jawa, Hermes, głupia zabawa – zagadałem, licząc, że hermesia halucynacja speszy się tym, że ją rozszyfrowałem i zniknie. Hermes jednak nie dał się łatwo przepędzić. Zażądał żebym wyszedł z łóżka, bo nie wypada się wylegiwać w obecności boga, nawet jeśli to tylko półbóg. Dodał jeszcze coś o należnym szacunku i konieczności przestrzegania…

– A kim ty jesteś, że dyktujesz mi co mam robić?
Hermes posłał mi szybkie jak błyskawica spojrzenie zarezerwowane dla upartych ignorantów i powiedział:
– Przychodzę oznajmić ci, że od kilku godzin jesteś wyznawcą kultu Neptuna, władcy mórz, oceanów i wiatrów.
– Lepiej byłoby powiedzieć „wichrów”. Wiatry w odniesieniu do boga brzmią dwuznaczne.
– No tak, króla mórz, oceanów, wichrów i huraganów a także tsunami i innych pogodowych anomalii. Ze mną natomiast jesteś duchowo spokrewniony i jako starszy, oczekuję należnego szacunku.
– Niby z jakiej racji?
– Jestem synem Neptuna i krewetki.
– Coś takiego… nie wiedziałem, że Neptun zabawiał się z planktonem. Uczono mnie w szkole, że Hermes to bóg grecki, syn Zeusa i nimfy o imieniu Maja. Poza tym myślałem, że Neptun gustował w czymś większym niż krewetki.
– Twoje podręczniki pisali ignoranci i wrogowie Neptuna. Sam lepiej wiem, kim jestem. A że jestem Hermesem to chyba widać.
Na potwierdzenie Hermes zastrzygł wszystkimi posiadanymi skrzydełkami a kaduceusz ścisnął tak, że zajaśniał blaskiem stali nagrzanej do 880*C.
– Urodziła mnie krewetka i uprzedzam cię impertynencie, że nie będę się wdawał w objaśnianie szczegółów technicznych. To poniżej mojej godności.
– No dobrze, niech ci będzie, ludzie nie w takie bajdy wierzą. Ale o jakiej duchowej zażyłości mi mówisz? Co ja mam wspólnego z Tobą, z Neptunem i całym waszym podwodnym światem? Nie jestem Kevinem Costnerem. Nigdy nawet nie nurkowałem.
– Ale jadłeś!
– Co jadłem?
– Krewetki.
– Byłem głodny, więc zjadłem trochę tego paskudztwa z wąsami.
– Uważaj, mówisz o mojej matce.
– O przepraszam, nie chciałem urazić uczuć.
– Zjadłeś opiekane krewetki i stało się! Wzięliśmy cię, że tak powiem, od środka. Mistyczna więź została zadzierzgnięta. Od tej pory jesteś jednym z nas. Wyznawcą jedynego prawdziwego boga Neptuna.

Poczułem, jak dopada mnie stres, jak w żołądku odzywa się znajome ssanie i wołanie o zbawczy płyn. Nie miałem jednak wina pod ręką. Nabrałem powierza, zamierzając przekonać Hermesa o zaistniałym nieporozumieniu, absurdalnej, kosmicznej wręcz pomyłce, którą za wszelka cenę natychmiast trzeba naprostować.
– Nie miałem, szanowny Hermesie intencji by z się kimkolwiek mistycznie łączyć a tym bardziej, żeby zacząć coś wyznawać. Widząc zgrillowane krewetki uległem banalnej, prostackiej potrzebie zapchania sobie żołądka. Właściwie kierował mną zwierzęcy odruch, nawet nie pamiętam dokładnie tego zdarzenia, zanim sięgnąłem po pierwszy patyczek musiałem pod wpływem głodu zmienić się w zwierzę, prawdziwego krewetkożernego niedźwiedzia niezdolnego do jakiejkolwiek refleksji i uczuć wyższych. Albo w półmózgiego szakala, pozbawionego organu zdolnego pojąć prawdy metafizyczne i oceaniczne. Sam wiesz, że zwierzę nie może stać się wyznawcą czegokolwiek, bo nie posiada tego czegoś, co odpowiada za wiarę.
– Wszystko jedno, przyjąłeś wczoraj „kęs jedności z Neptunem”, popiłeś wodą, cud się dokonał. Zwierzę czy nie zwierzę, w statystykach liczy się sztuka. Należysz do naszej wspólnoty i mogę ci wreszcie pogratulować słusznego wyboru. Właściwie chciałem zacząć od gratulacji, tylko się stawiałeś.
– Hermesie, no jak tak możesz? Wtargnąłeś do mojej sypialni, wcześniej nasłałeś na mnie kobietę o rubensowskich kształtach, a teraz chcesz mnie wrobić w jakieś przedchrześcijańskie gusła. Nie przyjmuję tego w ogóle do wiadomości. Żeby coś wyznawać, trzeba chcieć to wyznawać. A ja zwyczajnie nie chcę i to chyba rozstrzyga sprawę.
– Nie bądź drobiazgowy, czy w innych religiach pytają o to, czy kto chce przystąpić? W jednych leją na głowę wodę, w innych obcinają napletek, albo smarują mazidłem. Dokonują zaboru póki delikwent jest nieświadomy. Oseski nie mają głosu.
– Nie jestem oseskiem, o ile zauważyłeś.
Hermes nie podjął tego argumentu. Uderzył w patetyczne tony:
– Zamówiłeś krewetki i zjadłeś je, to fakt. Wydaje ci się, że to był przypadek, ale takie rzeczy nie zdarzają się przypadkowo. Podświadomie tęskniłeś do życia w jedności z Neptunem i dlatego zamiast makaronu wybrałeś opiekane gamberi. Zauważ, spotyka cię wyróżnienie. Powiadam ci bracie, nie wstydź się Neptuna. On jest moim ojcem, a w sposób metaforyczny jest także twoim. Czyż to nie cudowna perspektywa, żyć pod opieką Neptuna, czy to wymarzone zrządzenie losu?
– Wiesz co Hermesie? Widzę, że cię nie przekonam. Pogadaliśmy sobie jak fanatyk z racjonalistą a teraz łaskawie się oddal korzystając ze wszystkich skrzydełek, które posiadasz. A najlepiej włącz tryb turbo.
– Okay – niespodziewanie gładko zgodził się Hermes – ja sobie pójdę. (Skrzydeł używam tylko w stanie wyższej konieczności, gdy zachodzi potrzeba ratowania uwięzionych piękności) Niech będzie jak chcesz. Ja sobie pójdę, a ty o swojej SYTUACJI porozmawiasz z Neptunem. Bo to zaczyna być poważna SYTUACJA.

– No jeszcze Neptuna tu brakowało! Powiedz, kiedy przyjdzie, to może ja na taras wyjdę. Nie chcę, żeby mi wodorostów naniósł do sypialni.
– O nie, koleżko – złowroga satysfakcja zagościła na młodzieńczej twarzy Hermesa – Neptun nigdzie nie chodzi. On poddanych wzywa do siebie. A wiesz, gdzie teraz przebywa?
– W Morzu Egejskim…?
– Nie. Na czas upałów królewski dwór z całym fiszbinowym pałacem przeniósł się w głębiny Morza Północnego. Jutro będziesz nad nim przelatywał wracając do Dublina. Co się gapisz? Wiem o tym, bo jestem bogiem handlu i zarazem bogiem podróżników. Sekcja sprzedaży biletów lotniczych też mi naturalnie podlega.

Nic w tym wszystkim nie wydawało mi się naturalne, ale nie traciłem nadziei na wywinięcie się z opresji. Hermes ciągnął swój wywód.
– Wezwanie może przyjść znienacka i zanim systemy bezpieczeństwa zareagują, samolot już będzie pruł wodę obierając kurs na siedzibę mojego łaskawego ojca.
– To Neptun samoloty strąca? Tamten, który przywalił w brzozę i zarył w bagnie też Neptun załatwił?
– Jak śmiesz insynuować? Nieszczęsną tutkę na ziemię sprowadziła zbiorowa głupota ludzka, jej moc była tak wielka, że Neptun, chociaż wszechmogący, pozostał bezsilny. Podobno Zeus próbował ich ratować, krzyczał pull up, pull up, ale też nie poskutkowało. Może powinien drzeć się po starogrecku…
– O czym to mówiliśmy? Chcesz spotkania z Neptunem, czy wierzysz w to, co mówię?
– A jak mnie nabierasz?
– A jak nie?
– Jeśli powiem, że wolałbym nie ryzykować, to co?
– Wypełnisz warunki wstępne.
– Jakie?
– Pojedziesz do Bolonii, usiądziesz w pobliżu pomnika Neptuna. Nie za daleko, z w zasięgu rzutu trójzębem…
– Nie może być Neptun z Gdańska?
– Nie, tamten jest fałszywy. Florencki też. Tylko jeden wizerunek Neptuna jest prawdziwy, ten objawiony rzeźbiarzowi Giambolognie. Pomnik znajdziesz obok Palazzo Maggiore. Pojedziesz z samego rana, usiądziesz w takim miejscu, żeby Neptun cię widział i odmówisz litanię…
– Hermesie, ty żartujesz. Jaką litanię? Nie mam zamiaru rozmawiać z pomnikiem.
– A spróbuj nie rozmawiać!

– A zatem, odmówisz siedem razy litanię do trójzęba, do kędzierzawej brody Neptuna, do ośmiu amorków, do nabrzmiałych piersi czterech syren, na których wspiera się monument oraz do rybich pysków sikających wodą do zbiornika. Po litanii następuje refren „Neptun, Neptun i jeszcze jak Neptun!” Capisco?
– Rozumiem.
– Wylicz te przymioty
– Głowa Neptuna, trójząb, kędzierzawa broda, syreny z cycami, amorki, rybie pyski.
– Dobrze. Jak zobaczysz jakiś fajny detal na pomniku, albo spodoba ci się inna część boskiego ciała Neptuna, to też możesz o tym wspomnieć w litanii. Na pewno nie zaszkodzi. Neptun lubi być wychwalany. I nie zapomnij o refrenie.
– Ale czy to w ogóle poskutkuje? Neptun uzna, że jestem OK i się odczepi?
– Na dwoje syrena wróżyła. Mistyczną więź z Neptunem zadzierzgnąłeś tak czy owak, mam nadzieję, że nasze krewetki-misjonarki ci smakowały. Litania ma tylko nauczyć cię pokory i szacunku. I pamiętaj, jak będziesz mamrotał niewyraźnie, albo ironizował, to wezwanie na muliste dno kanału La Manche masz jak w banku. Tak wynika z nauk o przymiotach miłosiernego Neptuna. Nieposłusznych ściągać na dno, w przenośni i dosłownie.
– Nazywacie to nauką?
– No jasne: nepteologia. Będziesz się jej uczył, ale jeszcze nie na tym etapie.
– Hermes uznawszy misję za zakończoną machnął skrzydełkiem z lewej nogi, potem prawym skrzydełkiem u kapelusza, podniósł w górę kaduceusz i mówiąc „Matko-Krewetko, miej go w opiece swej” – zniknął.
Doczekałem świtu nie zmrużywszy oka. Już nie roztrząsałem wielorakich implikacji słówka „gdyby”. Liczyło się wyłącznie to, że gdybym nie udawał poligloty i zamówił te cholerne kluski zamiast cholernych krewetek nie byłoby całego zamieszania, nocnych gości, szantażowania, nepteologii i religijnego bałwaństwa.

Po szybkim śniadaniu opuściłem pokój wciąż pachnący damskimi perfumami Elixir des Merveiles. Nie dbałem, co sobie o mnie pomyśli gospodyni, kiedy będzie zmieniać pościel. Gnałem do Bolonii, bo zależało mi na czasie. Zanim z dworca kolejowego pojechałem na lotnisko, skierowałem kroki w kierunku Piazza Maggiore. W końcu „strzeżonego Neptun strzeże”. Pomnik znalazłem bez trudu. Usiadłem w zasięgu rzutu trójzębem, o resztę nie pytajcie. Wstyd jak diabli.

_MG_4124

Popołudniowe smakowanie w Ravennie

12 września 2013

_MG_4077 Wracałem do pensjonatu, najpierw autobusem, później pieszo. Tym razem już nie błądziłem, byłem niemal u siebie. Im bliżej było do brukowanego zaułka, tym bardziej błoga wydawała mi się perspektywa odpoczynku w gościnnych zakamarkach. Uciekałem od miasta, choć nie było ono brzydkie ani szczególnie hałaśliwe. Ot, chciałem dłużej pomieszkać w wynajętym lokum. Oprócz sypialni z łazienką do dyspozycji miałem kuchnię z przeszkloną jadalnią, malutkie wewnętrzne podwórko i taras, na którym stał stolik i krzesełko. Nie było ważniejszej rzeczy na świecie jak posiedzieć przy tym stoliku i na tym krzesełku, pogapić się na niebo ponad dachami, na wiązki słonecznego światła przenikające zielone pnącza żywopłotu. Fajnie też było przymknąć oczy i wtopić się w ciszę, w jakiej trwał pensjonat.

_MG_3889

Nazwałem go swoim ekologicznym sanktuarium. Nie było tam luster w złoconych ramach, nie było marmurowych blatów w łazienkach ani kryształowych żyrandoli. Ani śladu pretensji do najnowszych trendów i popularnych wzorów. Wnętrza urządzono powściągliwie i ze smakiem, w sam raz, żeby goście mogli odpocząć od nadmiaru wrażeń. Tego było mi trzeba po intensywności Wenecji i świątyniach Ravenny. Miałem dość estetycznego wzmożenia, turystycznego zgiełku, dość symboliki średniowiecza i bizantyjskiego patosu. Czułem potrzebę zanurzenia się w teraźniejszości, w swojskości i banalności.

_MG_3896Fenomen tego miejsca polegał na tym, że było kompletne i całkowite. Jak wino „pełniej rozbudza w nas ludzkość” (znowu Bieńczyk) tak moje sanktuarium miało wszystko, co potrzebne, żeby poddać się niewymuszonej medytacji. W takim organicznym przybytku nie wypadało głośno mówić, nawet spryskać się dezodorantem byłoby świętokradztwem.
Telewizor już wczoraj odłączyłem z sieci, do paplaniny z radia nie tęskniłem, za muzykę wystarczały odgłosy wody spadającej na dno brodzika, wyłożonego, a jakże, mozaiką. Do mycia zwykłe mydło, żadne tam żele czy pachnące kremy. Zajrzałem do kuchni. W popołudniowym słońcu rozjarzyła się smukła butelka z oliwą przystrojona gałązką rozmarynu. Dominujące rano błękity i biele ustąpiły ciepłym odblaskom lakierowanego drewna. Imbryczki stały na swoich miejscach, talerzyki na swoich, rustykalny kredens udawał scenę miniaturowego teatrzyku. Aktorami były kubki, filiżanki i pękate cukiernice a wiszące nad nimi sztućce stanowią kurtynę, która opadnie lada chwila.

_MG_3890

Skromne dekoracje bardziej były aluzją i pastiszem niż dziełami sztuki. Na ścianie niewielkiego wewnętrznego podwórka, obok blaszanego wiadra naklejono mozaikę przedstawiającą detal z kościoła św. Apolinarego. Ale jaki detal! Wcale nie głowy świętych, wcale owieczki i połyskujące rubinami kielichy. Mozaika przedstawiała szarobiałą zasłonkę – jedną z tych, które „wiszą” w oknach mozaikowego pałacu cesarza Teodora. Początkowo między kolumnami artysta umieścił postaci świętych, potem z powodów religijnych zamaskowano je kurtynkami. Ale aureole można jeszcze dostrzec:

Na popołudniowe medytacje wybrałem drewniany taras między moim pokojem a brukowanym zaułkiem. Nie studiowałem już map ani przewodników, schowałem je na dno walizki. Wystarczała mi lektura „Kronik wina” i celebracja pobytu w miejscu tak uroczym, danym mi prawdopodobnie jako bonus za wcześniejsze trudy i podchody. Nie obyło się bez rozważań na temat roli przypadku w tym wszystkim. Przecież równie dobrze mogłem znaleźć się w jakimś wypłowiałym hotelu z recepcją, dzwonkami windy, hałaśliwymi sąsiadami i buczącymi klimatyzatorem.

_MG_4063

Siedziałem więc na ogrodowym krzesełku, zastanawiając się (nie po raz pierwszy w życiu) nad możliwościami słówka „gdyby”. Wiadomo, że gdybanie nigdzie nie prowadzi, ale co szkodzi dać wyobraźni trochę swobody. Przykładanie słówka „gdyby” do istniejącego stanu rzeczy niemal zawsze pozwala dostrzec jakąś alternatywę. A wnikliwe, mam nadzieję, że bywam wnikliwy, przyglądanie się historii prowadzi też do wniosku, że gdyby nie było w niej rzeczy złych, prawdopodobnie nie byłoby szans na te dobre. Wielka sztuka powstała z kaprysu możnych panów, którzy bezlitośnie łupili poddanych. Gdyby nie było religii, nie zbudowano by świątyń – tego byłoby szkoda. Lecz z drugiej strony: gdyby jakimś cudem ludzkość nie ulegała religijnym fanatyzmom obyłoby się bez większości wojen, na pewno nie byłoby wypraw krzyżowych, zagłady Katarów, polowań na czarownice i płonących stosów Inkwizycji.

Imagine – śpiewał John Lenon. Nie on jedyny tęsknił za rzeczywistością utopijną. Mnie rozważania o alternatywach doprowadziły do analizy przysłów. Weźmy takie: „Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała”. Ludowa mądrość ma rację ale przysłowie nie wyczerpuje innych następstw. Gdyby kózka nie skakała, to z braku ruchu obrosłaby tłuszczem a jej życie byłoby okropnie nudne. Więc chyba lepiej skakać i ryzykować uszkodzenie kopytka, skoro i tak będzie co ma być. Skoro już o kopytkach: gdyby Koziołek Matołek nie marzył głupio o podkowach z Pacanowa, nigdy nie wyruszyłby w podróż dookoła świata. Z drugiej zaś strony, po tym „co przeżył i co widział” Matołek niechybnie poddał się leczeniu urazów wywołanych podróżnym stresem.

Mnie to nie groziło, wszak odpoczywałem. Za to zaczął mi dokuczać głód. Ruszyłem do znajomego baru na kolejną porcję makaronu z aromatycznym sosem. Wczorajszy zostawił tak miłe wspomnienie, że naturalna wydała się chęć na powtórkę. Przeglądając kartę dań, w ostatniej chwili zmieniłem zdanie. Co szkodzi spróbować czegoś nowego. Gdy pojawiła się pani Monica, wskazałem palcem na drugą pozycję w rubryce PESCE, ona uśmiechnęła się na znak, że zrozumiała i że to dobry wybór. Zapytała jakie wino, z miną światowca odpowiedziałem bianco, wszak do ryb pije się wyłącznie białe. Kelnerka uśmiechnęła się ponownie i odeszła na zaplecze.

Przyjąłem zasadę, aby w podróży nie dawać się zaskakiwać niespodziewanym okolicznościom. Tak było i tym razem, gdy promieniejąca szczęściem pani Monica postawiła przede mną gorącą ceramiczną misę z opiekanymi krewetkami, a obok talerz z frytkami. Podziękowałem grzecznie, zrobiłem minę, jakbym właśnie takiego dania oczekiwał, a przecież nadziane na patyki żyjątka budziły we mnie odrazę. Odwijając widelec z serwetki przyglądałem się sterczącym, zgrillowanym odnóżom i czułkom. W stresie odruchowo sięgnąłem po kieliszek wina. Do tej pory udawało mi się nie jeść stworzeń morskich innych niż ryby, miałem się za faceta, który stroni od frutti di mare, bardziej zresztą z powodów estetycznych niż smakowych. Nigdy też nie kusiło mnie, żeby spróbować modnego sushi. Wiecie, gdzie mam modę.

Tym razem nie mogłem ominąć przeznaczenia. Tłumaczyłem sobie, że nie chcę robić przykrości pani kelnerce a w gruncie rzeczy wstydziłem się przed sobą głupiej pomyłki. No tak, już będę wiedział, że gambero nie jest nazwą lokalnej ryby, tylko niewielkiego żyjątka zwiniętego jak embrion, po angielsku zwanego shrimp albo prawn (tych nazw w karcie dań niestety nie było), a po polsku krewetka. Ostrożnie zabrałem się za kosztowanie domniemanego smakołyku. Po kilku kęsach przekonałem się, że krewetki smakiem niewiele różnią się od opiekanych ryb. Dramatu zatem nie było, pochłonąłem niemal całą porcję, pogryzłem frytkami. Ech, mówiłem sobie, przepłukując usta wodą i winem, Bear Gryls, specjalista od sztuki przetrwania nie takie rzeczy konsumował. Podziękowałem pani Monice za porcję pożywnych protein, zapłaciłem, wyszedłem. Pozornie wszystko było w porządku, ludzie jedzą krewetki, dlaczego miałbym się upierać przy ich nie jedzeniu, skoro są smaczne? Z powodu ich wąsów? Oj tam.