A jak Atlantyk, B jak bałwany

Avenida Boavista, chociaż ma w nazwie węża nie wije się po Porto. Prostą linią łączy centrum miasta z brzegiem Atlantyku. Trasa piętrowego autobusu wiedzie przez dzielnice uniwersyteckie, w miarę zbliżania się do oceanu miejska gęsta zabudowa ustępuje willom i ogrodom. Zieleni jest więcej, widoków świadczących o recesji i schyłkowości mniej. Nabrzeże skąpane jest w popołudniowym słońcu, rudobrązowe skały wystające z wody wzmacniają wrażenie złocistości. Sam ocean jest szaro-niebieski, jednak piasek, a raczej żwirek powstały z pokruszonych skał jest intensywnie żółty. Tłumu nie ma, kilkanaście osób leżakuje, jedni na plaży, inni bezpośrednio na skałach, kilku śmiałków namacza się w płytkich zatoczkach. O pływaniu nie ma mowy, fala jest zbyt silna, łatwo mogłaby rzucić człowiekiem o skały. Nie jest kąpielisko z prawdziwego zdarzenia. Można tu zażywać ogólnie pojętej rekreacji, która polega na spacerach, czytaniu książek lub grze w karty. Taki właśnie użytek z walorów kamienistego brzegu robią spaleni na brąz półnadzy mężczyźni rozlokowani pod murami starego fortu. Karcianych stanowisk jest tam kilka, od rana do zmierzchu odbywa się okraszana okrzykami walka do ostatniej damy, ostatniego króla i asa. Na prowizorycznych stolikach karciarzy dostrzegam obłe kamienie wielkości pięści. Gracze przyciskają nimi karty, żeby ich nie porwał wiatr. Jeden kamień jest dobrem wspólnym, to ten którym przyciska się karty kładzione na środek stołu. Wśród grających jest kobieta. Nie uwzględniłem jej w powyższej relacji wyłącznie z powodów językowych. Jak mam o niej pisać? „Graczka”? „Karciarka”? To nie brzmi poprawnie. Poza tym ona nie była rozebrana do pasa jak jej towarzysze.

_MG_5750

Z betonowej promenady zszedłem ku wodzie, zdjąłem buty, podwinąłem nogawki. Musiał mi wystarczyć taki minimalistyczny, służący głównie strudzonym stopom, kontakt z Atlantykiem.
Ocean z jakichś powodów nie jest dla mnie obojętny, może w tle czai się świadomość, że zważywszy na to kim jestem i skąd przychodzę dotknięcie go i zobaczenie na żywo nie było takie oczywiste. Przyznam się, że widok oceanu zawsze stanowi dla mnie największe (także dosłownie!) potwierdzenie słuszności dokonywanych wyborów. Gdybym wybierał inaczej, bardziej zachowawczo a mniej rewolucyjnie, prawdopodobnie nigdy bym tu nie dotarł. Po cichu liczyłem, że w zamian za atencję jaką go darzę ocean jakoś się odwdzięczy. Przecież był mocarny, niemal wszechmocny i wydawało się niemal oczywiste, że potęga natury zadziała stymulująco na mój umysł, z którego wartkim strumieniem wypłyną myśli odkrywcze, pomysły szalone a wnioski odważne.

Nic takiego nie nastąpiło, reakcją na świeże powietrze i bliskość wody było spowolnienie i rozleniwienie przechodzące w stan błogości. Szum fal, wyczekany widok linii horyzontu i blask wrześniowego słońca przyniosły mi poczucie przynależności do uniwersum. I tyle. Wcale nie mało, powiedziałbym, że bardzo dużo. Czułem się po prostu bardziej obecny. Obecny wobec potęgi oceanu i wobec upływającego czasu, bo to się jakoś łączy.

Fale uderzały o brzeg regularnie jak zegar, wiedziałem, że ten ruch nie zaczął się przed chwilą ani nie wczoraj, ani nie w momencie moich narodzin, Że ten monotonny ruch trwa dłużej niż cokolwiek, co jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Przybój fal na wszystkich brzegach wszystkich mórz i oceanów nie skończy się z chwilą, gdy po raz ostatni zamkniemy oczy. Pieszczoty fal z brzegiem trwają o wiele dłużej niż nasza wspaniała cywilizacja i jej potworności. Zanim z mokrych szczelin powstały prehistoryczne gady i zanim urodzili się płodni twórcy mitów, w które teraz wierzy ludzkość, fale tak samo uderzały o brzeg. Jest w ich hipnotycznym ruchu coś pierwotnego. Podobieństwo ruchu fal do aktu kopulacji dawno zostało zauważane. Nie bez przyczyny filmy przyrodnicze mówiące o powstaniu życia na Ziemi zaczynają się od scen z udziałem morskich fal uderzających o brzeg. W kolejnych ujęciach z pęcherzyków powietrza wypełzają jakieś stworzonka i zaczyna się ewolucja, rozwój. Na końcu pojawia się człowiek, który jest stworzeniem zadziwiającym pod tym względem, że gorliwie temu rozwojowi i tej ewolucji zaprzecza.

Stałem po kolana w wodzie, pozwalałem aby bryzgi piany moczyły mi spodnie. Z każdym odpływem fali szorstki piasek usuwał się spod moich stóp, musiałem obok szukać stabilniejszego gruntu, znajdowałem, ale to co od teraz miało być solidne i zapewnić mi równowagę, zostawało przez kolejną falę zabrane. Jeśli się zagapiłem i w porę nie przesunąłem w bezpieczne miejsce, następne fale podmywały mnie bez litości, jakby chciały spowodować mój upadek. Znajdujecie tu jakąś metaforę? Ja znajduję. Może ją właśnie wymyśliłem. Ze wszystkich metafor związanych z oceanem najbardziej lubię tę, która mówi, że życie człowieka podobne jest do podróży mrówki, która na kawałku drewna samotnie przemierza ocean. Nośne porównanie, zazdroszczę autorowi, że na to wpadł. Nie poznałem go osobiście, przypuszczalnie żył przed tysiącami lat, gdzieś na Dalekim Wschodzie.

Miałem nadzieję, że spotkanie z oceanem, którego potęga od dawna działa mi na wyobraźnię popchnie mój umysł w kierunku czegoś podobnego. Przydałby się jakiś rozbłysk zrozumienia, jakaś syntetyczna myśl pozwalająca stwierdzić raz na zawsze, że życie na pewno jest tym a nie tamtym. Podobnie świat: jest właśnie taki a nie owaki. No właśnie: czy o życiu da się powiedzieć coś jednoznacznego? Czy istnieje jakaś uniwersalna prawda o świecie, o wszystkich aspektach życia człowieka? Wszyscy wiedzą, że nie istnieje. Wszyscy oprócz, z lekka licząc, czterech miliardów ludzi, którzy wierzą w doktryny religijne. Które nie tylko wykluczają się wzajemnie, ale stoją w sprzeczności z tezami dowiedzionymi przez naukę.
Zamiast próbować ustalać i wmawiać innym, „jak wygląda świat i kto za tym stoi” ludzie powinni raczej mówić „ja swój świat widzę tak i tak”. Nawet jeśli kto przyzna, że na temat świata ma pojęcie mgliste a sensu żadnego w nim nie dostrzega, to też jest dobrze. Sokrates, który otwarcie przyznał, „wiem, że nic wiem” był uczciwym filozofem. O ile mniej byłoby na świecie trosk i wojen, gdyby nie uparta chęć trzymania się jednej dogmatycznej wizji. Ale powiedzcie to tym 4 miliardom.

Stałem po kolana w wodzie, pozwalałem, by bryzgi piany moczyły mi nogawki spodni i czekałem na przypływ kreatywnych mocy. Prawem analogii: nad wielkim oceanem nie mogą nas obsiadać myśli małe i pospolite. „Tak by nam się serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy…” – to Wyspiański. Rzecz jasna, nie tylko nad brzegiem oceanu w porze zachodzącego słońca przydałby powiew świeżego rozumienia spraw własnych, nie zaszkodziłoby trochę rozszerzenia świadomości świata w jakim się żyje. Okoliczności zdawały się sprzyjać: między piaszczystym brzegiem pokrywanym co 30 sekund spienionymi falami a linią horyzontu było mnóstwo wolnego miejsca na ontologiczne bujanie w obłokach, na podniebne szybowanie za zrozumieniem. Nie zwyczajnym zrozumieniem, dokąd na zimę odlatują bociany, lecz rozumieniem grubszego kalibru, obejmującym całą osobowość, pochłaniającym wszystkie lęki, uprzedzenia i wątpliwości. Jednym słowem, było mi potrzebne rozumienie, (albo lepiej dojrzała świadomość), z którego wynika wewnętrzna siła i pogoda. Ci, którzy za moimi plecami grali w karty, musieli taki stan wewnętrznej pogody osiągnąć. Gdyby pojawił się facet chodzący po spienionych falach, niewielu odwróciłoby głowę. Grali w karty, a gra wymaga uważności.

Ja jeszcze nie mogłem sobie pozwolić na tak stoickie podejście. Mnie jeszcze gryzło to i owo. Chciałbym na przykład pojąć, na czym polega defekt ludzkości zdolnej do osiągnięć wspaniałych i szlachetnych a jednocześnie uparcie i boleśnie kultywującej swoje zwierzęce pochodzenie. Dlaczego ta najwyższa forma ewolucji tak gorliwie tej ewolucji zaprzecza? Dlaczego od empirycznych znaków i dowiedzionych naukowo tez dla połowy populacji ziemskiej ważniejsze są rozpowszechnione mity i legendy. Co w nich jest takiego, że ludzie w ich imię wyruszają na wojny i dają się zabijać? Dlaczego to trwa i czy jest szansa na zakończenie tego stanu rzeczy, nie mam pojęcia. Na razie kołaczą mi się po głowie blade domysły, kiełkują jakieś strzępki hipotez, które wymagają weryfikacji i filtracji. Nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, cokolwiek by zresztą wynikło, będzie miało wartość jedynie dla mnie. Ten rodzaj wiedzy o świecie jest nieprzekładalny, dlatego irytują mnie wszelkiej maści kaznodzieje i misjonarze mówiący innym, jak mają żyć. Nawet, jeśli na mówieniu się kończy, a często się nie kończy, to i tak więcej w tym szkody niż pożytku, bo cała ta poparta socjotechniką i sztuczkami oratorskimi indoktrynacja jest żerowaniem na cudzym nieszczęściu, niewiedzy i zaufaniu. Jest ponadto działalnością zaborczą i służy zniewoleniu choć sami misjonarze mówią o wyzwoleniu. Putin też Krym wyzwalał.

_MG_5772

Pozwalałem aby bryzgi piany moczyły mi nogawki spodni, szorstki piasek regularnie usuwał się spod moich stóp a odpowiedzi na buzujące w głowie pytania nadal nie było. Owszem teoria o piramidzie potrzeb Maslowa naprowadziła mnie na godny uwagi trop, ale ciągle nie mogłem zaakceptować faktu, że dla jednych ludzi pierwszą potrzebą jest niszczenie i zabijanie w imię odwetu za doznane krzywdy a inni znajdują wystarczającą satysfakcję w oglądaniu zachodów słońca, w słuchaniu muzyki, w tropieniu tajemnic zaszyfrowanych w książkach, obrazach i tak dalej. To by przeczyło zasadzie o równości ludzi. A przecież wszystkie religie mówią, że ludzie są równi. Większość populacji ziemskiej wyznaje jakieś religie a taka masa nie może się mylić. W układance ciągle coś nie pasowało, czułem, że jestem blisko jednoznacznej odpowiedzi na temat cywilizacji i że po kolejnym, powiedzmy tysiąc dwieście czterdziestym czwartym przyboju fali wyskoczę z oceanicznej wody z okrzykiem Eureka.

W dalszym ciągu nic takiego nie następowało, ciut zrezygnowany podszedłem do wiecznie mokrych skał, które jako najbardziej wysunięte w morze przyjmowały na siebie największy impet uderzających fal. Stojąc za nimi robiłem zdjęcia rozbryzgującym się drobinkom wody i pienistym bałwanom. Spodobało mi się to. Poczułem sympatię zwłaszcza do bałwanów. Wzmogłem czujność, aby migawkę aparatu zwalniać we właściwym momencie, z wolna stawałem się czcicielem bałwanów. Jak wiadomo oddawanie czci bałwanom nie jest mile widziane, na czciciela może spaść jakieś nieszczęście. Tak z całym przekonaniem twierdzą osoby w co innego niż bałwany wierzące i czemu innemu swoją cześć i pieniądze oddające. Uważam że ich wybór jest dobry. Dla nich. Mój wybór i moje bałwańskie zauroczenie też jest dobre a nawet bardzo dobre. Dla mnie.

Z plaży (nie będącej do końca plażą) wracałem wzdłuż brzegu rzeki Douro. Trasa, może dzięki temu że zapadł zmierzch i zapłonęły lampy na wzgórzach, wydała mi się bardziej atrakcyjna niż ta, którą wcześniej jechałem. Wniosek z wyprawy był taki, że jeśli okoliczności sprzyjają i można choć na pół dnia pojechać nad ocean, koniecznie trzeba to zrobić. Nie dla bałwanów. Dla siebie.

_MG_5791

_MG_5790

_MG_5789

Reklamy

Tagi: , , , ,

komentarzy 11 to “A jak Atlantyk, B jak bałwany”

  1. laudate44 Says:

    Alfabetyczną wyliczankę mógłbym kontynuować tak:
    C jak cywilizacja, D jak Douro, E jak entuzjazm… 🙂

  2. Tetryk56 Says:

    F jak fascynacja, G jak gotowość…
    Dobrze, że nie doczekałeś 1244-go przyboju, gdyż bardziej niż olśnienie prawdopodobne byłoby osunięcie si w wypłukany w piasku dół. 😉
    Kultywowanie zwierzęcego pochodzenia zaświadcza naszą ewolucję – zaprzeczenia są wyłącznie werbalne. Zresztą – spytaj kota, czyż nie uważa się on za coś o wiele lepszego od myszy? Żaden nie przyzna ci, że może z myszami lub wróblami mieć cokolwiek wspólnego.
    Jednym z elementów tej naszej ewolucji jest fakt, iż nasi najdawniejsi przodkowie żyli właśnie w oceanach. Gdzieś w naszych tkankach, we wnętrzach komórek wciąż można znaleźć płyny o składzie chemicznym prawie idealnie zgodnym ze składem pradawnych oceanów. Myślę, że ma to związek z fascynacją, jaką w nas budzi ocean.
    Dzięki za wrześniowe słońce i zaskakująco sympatyczne bałwany! 🙂

    • laudate44 Says:

      Tetryku, pytałem kota, który wygrzewał się na dachu szopy. Podniósł głowę i popatrzył na mnie zimnym kocim wzrokiem. Widocznie ze mną jako przedstawicielem gatunku ludzkiego też nie chce mieć nic wspólnego. Do tego już doszło… 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Może miał do ciebie żal o utrzymywanie przyjaznych stosunków z pewnym psem?

  3. Lokata Says:

    Mirku, M jak mistrz opisu, fotografii, puenty… Podróżuj, podróżuj, podróżuj! A potem dziel się z nami tym bogactwem 🙂

    • laudate44 Says:

      Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa. Pewnie gdzieś się wybiorę za miesiąc… Tobie też życzę wielu podróży, a jakże! 🙂

  4. Eva70 Says:

    Może nasi pradawni przodkowie stawiali sobie podobne do Twoich pytania nad brzegami oceanów, w gęstych puszczach, na bezludnych i bezwodnych pustyniach czy u stóp dymiących wulkanów, a w owych mitach i legendach zawarte są ich nieudolne próby odpowiedzi na te dręczące pytania, próby zrozumienia czy też interpretacji zjawisk niepojętych.
    Uważam, że te mity i legendy, które w swoich długich dziejach tworzyła ludzkość – niezależnie od tego jak je oceniamy – są jednak świadectwem wspaniałej wyobraźni człowieka i cokolwiek by o nich nie powiedzieć, to z pewnością tę człowieczą wyobraźnię pomagały rozwijać. Trudno zaprzeczyć, że wyobraźnia była i jest nieodzowna w odkryciach i badaniach naukowych, którym zawdzięczamy te wszystkie „empiryczne znaki dowiedzione naukowo”, o których piszesz. Jak jednak widać, osiągnięcia nauki nie dla wszystkich spośród ok. 7 mld przedstawicieli naszego gatunku są przekonujące i zrozumiałe, bo znaczna ich część nie chce się wyrzec swojej wiary religijnej, a nawet gotowa jest jej bronić.
    Jeśli zaś idzie o przyczyny krwawych wojen między ludźmi, to było ich wiele, choć rzeczywiście religie, a z czasem również ideologie często stanowiły dogodny pretekst. Nic w tym dziwnego, bo znacznie lepiej przemawiają one do ludzi niż argumenty bardziej przyziemne, takie jak na przykład ropa naftowa.
    A zdjęcia są rzeczywiście piękne (jedno z nich chętnie umieściłabym w swoim laptopie jako tapetę). Pozdrawiam.

    • laudate44 Says:

      Nasi przodkowie z pewnością zadawali sobie pytania o sens jednostkowego życia, stąd się wzięła filozofia. I zapewne wielu z nich, niekoniecznie tych, co siedzieli w puszczach z przekłutymi nosami, zastanawiało się, skąd w umysłach ludzkich tak silna potrzeba irracjonalizmu, odrzucania wiedzy płynącej z osobistych doświadczeń w zamian za domniemaną bliskość boga. Raz jest to bóg jeden czasem bywa ich kilku lub kilkuset. Sama wiedza o innych wierzeniach winna „apostołów wiary” onieśmielać, jednak nie onieśmiela.
      Po odkryciach C.G. Junga, E. Fromma i paru innych religia właściwie straciła sens. Dowiedzieliśmy się – ci którzy chcieli się dowiedzieć – jakie mechanizmy rządzą psychiką, emocjami i tak dalej.
      Dlatego czasami „czepiam się” religijnego oglądu świata, zirytowany nie tyle jego ciągłą obecnością, co przemożnym wpływem religijnych feudałów na psychikę ludzi.
      Przyznam, że mnie to zagadnienie nurtuje nie od dziś, dlatego czasami dzielę się nimi z czytelnikami. W ramach wolności słowa 🙂

      O ogromnym znaczeniu mitów, baśni i bajek nie trzeba mnie przekonywać. Pisząc o sztuce malarskiej przywołuje często mity i legendy. Swego czasu czytałem na ten temat całkiem poważną literaturę a potem autorskie tezy sprawdzałem w praktyce, opowiadając znajomym dzieciom baśnie braci Grimm oraz pisząc własne. Mój 30-letni siostrzeniec do dziś pamięta ich fabułę i imiona bohaterów, choć ja już wszystko zapomniałem. Widocznie nie mam umysłu podatnego na bajki. Co gorsza, zamiast napawać się fascynującą akcją legend i podziwiać nieokiełznaną wyobraźnię autorów (legendy jak wiadomo powstają latami a ich kolejne mutacje odpowiadają na aktualne zapotrzebowanie społeczne) prześwietlam je do kości niby „rentgen” i poprzez smaczki fabularne dostrzegam schemat podporządkowany perfidnym założeniom propagandowym.
      A ja w socjalizmie i katolicyzmie wyrosłem, więc do wszelkiej propagandy mam uraz. Czemu czasem daję wyraz.

      I tak mam szczęście, że kiedy byłem ministrantem żaden ksiądz nie molestował mnie seksualnie (poniżanie i wbijanie w poczucie winy, chociaż wyrządza krzywdę, nie zalicza się do uczynków karalnych), więc chyba nie mam zbyt mocno zdeformowanej psychiki. Nawet nie zostałem, jak wielu moich rówieśników, narzekającym alkoholikiem. Po latach zdecydowanie to doceniam. Gdybym wiedział, gdzie mój ówczesny proboszcz mieszka i czy nadal żyje, wysłałbym mu list z podziękowaniami. Oraz flaszkę 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Wszystkie baśnie mogą być piękne, do momentu pojawienia się żądania: „Tylko moją bajkę wolno głosić pod karą…”. Pół biedy, kiedy kara mieści się też w baśni, ale nazbyt szybko przechodzi się wtedy do kar nader realnych…

        (Bez końcowego dopisku ostatni akapit twojej odpowiedzi powyżej byłby zdecydowanie niekompletny! 😉 )

  5. Eva70 Says:

    Nie chciałam Laudate ani z Tobą polemizować, ani tym bardziej do czegokolwiek przekonywać, po prostu spontanicznie zareagowałam na pewne Twoje stwierdzenia.
    Tak się składa, że choć sama jestem pozbawiona tzw. łaski wiary, to jednak w swoim dość już długim życiu poznałam zbyt wiele osób rozumnych i wykształconych, a zarazem głęboko wierzących, które jakoś godziły „religijny ogląd świata” z oglądem naukowym, żeby nie zadać sobie pytania: jak to jest możliwe i nie szukać na takie pytanie odpowiedzi. Nie będę wymieniała nazwisk tych osób (niektóre z nich są powszechnie znane), ale jako przykład wymienię choćby prof. Michała Hellera, bo właśnie przed chwilą wysłuchałam w programie 2 PR audycji z jego udziałem. Prof. Heller jest uczonym, katolickim księdzem i teologiem. ale także filozofem „specjalizującym się w filozofii przyrody, fizyce, kosmologii relatywistycznej[?] oraz relacji wiedza-nauka” (jak głosi Wikipedia) i o ile wiem nie jest on jedynie uczonym lokalnym, jak większość polskich teologów i jakoś nie ma kłopotów z godzeniem wiary i nauki, którą – o ile wiem – rozumie w stopniu dla mnie nieosiągalnym i akceptuje jej wyniki (teorię wielkiego wybuchu, ewolucję etc.).
    Mówi się, że najwięcej przeciwników „Pana Boga” jest wśród przedstawicieli tzw. nauk humanistycznych, uczeni zajmujący się dyscyplinami zaliczanymi do nauk ścisłych znacznie rzadziej wypowiadają się na tematy religijne aż tak kategorycznie jak tamci, chociaż o organizmach żywych, materii nieożywionej, budowie mikrokosmosu i kosmosu wiedzą znacznie więcej (może właśnie dlatego?).
    A Kościół – cóż, już dawno odkryłam, że religię, Boga i wiarę większość jego funkcjonariuszy traktuje czysto instrumentalnie i dlatego w stosunku do tej instytucji nie mam złudzeń. Mimo to jednak uważam, że w naszej bardzo trudnej i skomplikowanej rzeczywistości jest on wielu ludziom nadal potrzebny (nie mam oczywiście na myśli tylko Polski). Pozdrawiam.

    • laudate44 Says:

      A więc to nie była polemika? Szkoda, bo już się ucieszyłem, że jednak była.
      Wcale się na Twoje zdanie odmienne nie obrażam. Dopowiadam tylko to i owo, abyśmy się jeszcze lepiej zrozumieli.
      Wiem że Michał Heller jest zasłużonym naukowcem, wybitnym profesorem a przy tym księdzem. Zdarzają się tacy ludzie, którym religia nie przeszkadza w pracy naukowej. Choć Kopernikowi trochę jednak przeszkadzała. Może postawiłby śmielsze tezy, może opublikowałby swoje odkrycia nieco wcześniej, gdyby nie bał się zaproszenia na randkę ze świętą inkwizycją.
      Pamiętam prof. Sedlaka, który był szeregowym księdzem a przy tym wybitnym naukowcem w kilku dziedzinach, zdaje się biopaleontologii i fizyki kwantowej. Napisał książkę „Życie jest światłem.” – polecam!

      Prof. Sedlak miał przenikliwy umysł i niewyparzony język, za co parokrotnie groziło mu wyrzucenie ze stanu kapłańskiego. W gazetowym wywiadzie półżartem postulował rozszerzenie Dekalogu: „Jedenaste: Będziesz myślał!” Sedlak, znany mi tylko z książek i wywiadów musiał być fascynującą osobowością. Ale o ilu ludziach mogę tak powiedzieć? Takich którym wiara nie przeszkadza w osiąganiu wiedzy ( a głęboka wiedza przekłada się na dojrzałe tej wiary praktykowanie) jest doprawdy niewielu. Jeśli są, to siedzą cicho, nawet w swoim kościele nie mają nic do powiedzenia, bo ton temu zgromadzeniu nadają ludzie, u których prymitywizm idzie w zawody z ignorancją, butą i pogardą dla osiągnięć nauki (choćby medycyny). Rydzyki, Głodzie, Michaliki i Dydycze z Ryczanami rządzą kościołem, który tak wielu ludziom jest wciąż potrzebny. Smutne.

      Ale dosyć tego, wolę jednak pisać o średniowieczu.
      Pozdrawiam jak zwykle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: