Azulejos i do przodu!

Z nadejściem kalendarzowej jesieni kopnąłem się do Portugalii. Słówko „kopnąłem” jest najlepsze na ten rodzaj wycieczki. Tak moja znajoma określa swoje wyjazdy zagraniczne. Rok temu zapowiadała, że kopnie się do Toskanii, podczas ostatniego spotkania obejrzałem najpierw firanki przywiezione z Wenecji, a potem usłyszałem relację o Andaluzji, do której kopnęła się żeby obserwować przelatujące ptaki.
Zdaje się, że wtedy przy tych ptakach i koniaczku obiecałem, że opowiem coś po powrocie z Portugalii. Więc opowiadam. Firanek nie przywiozłem, ale wrażeń wystarczy na zapełnienie połowy Internetu. Bo to była zupełnie inna wyprawa niż poprzednie do Włoch lub do Brugii, gdzie leciałem z gotowym planem zwiedzania, wyposażony w wiedzę o zabytkach, muzeach, arcydziełach. Do Porto wybrałem się bez szczególnego przygotowania, jeśli już coś wiedziałem o tamtejszych atrakcjach, była to wiedza na tyle pobieżna, że zostawało dużo miejsca na zaskakujące odkrycia i niespodzianki. Bez nich podróż nie miałaby sensu.

_MG_5742

Dałem się zaskoczyć już pierwszego wieczora, gdy prosto z lotniska dotarłem do jednej ze stacji metra w śródmieściu. Schody ruchome wyniosły mnie na poziom chodnika a przed oczami stanął zgrabny kościółek, którego ściany niemal w całości pokrywała słynna portugalska ceramika – azulejos (fonetycznie: azuleżiosz). W pobliżu był mój hotel, więc potem wielokrotnie przechodziłem obok tego kościoła, za każdym razem wgapiając się w niebieskie precyzyjnie ułożone kafelki tworzące imponujące malowidło. Czasem zatrzymywałem się, żeby na rogu ulicy Santa Catarina kupić świeżo pieczonych kasztanów. Smakowały wybornie, mimo że nie pochodziły z paryskiego placu Pigalle. Raz zajrzałem do wnętrza kościoła, ale ponieważ barok nie budzi moich zachwytów, opisywać go będę, poprzestanę na podaniu do wiadomości jego nazwy Capela das Almas oraz pokazaniu sprzedawcy kasztanów oraz jego sprytnego piecyka wmontowanego w motocykl.

Barok zachwytów nie budzi, jednak jadąc do Porto liczyłem się z tym, że będę na niego poniekąd skazany. Większość portugalskich kościołów, nawet tych powstałych w głębokim średniowieczu nosi barokowe piętno, co wynika bezpośrednio z faktu, że największy rozkwit gospodarczy Portugalii osiągnięty dzięki zyskom z kolonializmu i handlu niewolnikami przypadł na wiek XVII i XVIII. Wtedy dekorowano i upiększano co się dało, wtedy również na fali megalomanii budowano nowe kościoły, gigantyczne pałace i klasztory. W Porto z tego okresu pochodzi barokowa (z domieszkami stylu rokoko) wieża Kleryków (Torre dos Clerigos), z której szczytu najlepiej widać panoramę miasta.

IMG_5630

Wybrałem się tam w niedzielne przedpołudnie, wcześniej padał deszcz, było więc dość mglisto a przy tym parno. Wspinaczka po stromych schodkach wielu osobom dawała się we znaki. W ciasnym wnętrzu wieży przez długi czas słychać było przyspieszone oddechy, przez wąskie okienka dolatywał z ulicy głos trąbki, to uliczny grajek wdzięcznie wydmuchiwał temat z drugiej części „Ojca Chrzestnego”. _MG_5993
Uznałem, że ta melodia całkiem dobrze pasuje do tej pory dnia i do okoliczności. Lepiej niż fado, które jest co prawda na wskroś portugalskie lecz chyba zbyt emocjonalne i mroczne. Kolebką fado jest Lizbona, to 300 km dalej. Porto gra swoje własne rytmy. Byłem ich ciekaw, dlatego tu przyjechałem, dlatego w rytmie coraz gwałtowniejszych uderzeń serca pokonałem 200 schodków i stanąłem na kamiennym tarasie. Odgłosy miasta ucichły, oddech wracał do normalności. Rozmawiano w wielu językach, trzaskały migawki aparatów i aparacików. W dole miałem gęstwinę czerwonych dachów, wśród nich rozpoznałem dwie szare wieże katedry, dalej spokojną rzekę, na niej barki i statki wycieczkowe. Za rzeką i rzędem cyprysów po łagodnym zboczu pięły się magazyny, w których dojrzewa najsłynniejszy tutejszy trunek – porto. To mały paradoks, że porto nie pochodzi z Porto lecz sąsiedniego miasta o nazwie Vila Nova de Gaia. Zwiedzanie zarzecza i degustację szlachetnego napoju zostawiłem sobie na dni kolejne, tymczasem ciągnęło mnie do najstarszej części miasta, tej znajdującej się dokładnie 75 metrów poniżej moich stóp, mojego obiektywu i nieodłącznego misia Zgniotka.

IMG_5631

IMG_5638

Kiedy zacząłem schodzić w dół, zegary akurat pokazały południe i po chwili we wnętrzu wieży rozbrzmiały metaliczne dźwięki karylionu, przyspieszyłem kroku, żeby zobaczyć ten niezwykły dzwonny instrument w akcji. Zdążyłem, ale kiedy stanąłem tuż pod dzwonami, musiałem zatkać uszy. Radości dla oczu było w sam raz, ale dla uszu o kilkanaście decybeli za dużo. _MG_5620
Znacznie przyjemniejszy okazał się na dole dźwięk dzwonka zabytkowego tramwaju, którego trasa prowadzi obok wieży Kleryków. Skorzystałem z okazji, przejechałem nim kilka przystanków do placu, nad którym dominował barokowy kościół. Jego fronton również obłożony był azulejos. Nie zaglądałem do środka, była niedziela i nie chciałem natknąć się na nabożeństwo, wolałem po kocich łbach snuć się między wpół-zrujnowanymi kamienicami, zaglądać w ciasne podwórka i zadzierać głowę w stronę balkonów, gdzie też migotały wszechobecne płytki, a ponad rdzewiejącą balustradą i suszącym się praniem podfruwały gołębie.

Po tych paru godzinach spędzonych w Porto czułem, że chcąc poznać jego prawdziwy charakter muszę omijać miejsca gwarne, że serce miasta bije nie tam, gdzie tłumami przewalają się turyści (katedra, dworzec i nadrzeczna promenada) ale strefach zasiedlonych przez tubylców, oddalonych od głównego traktu. Poza tym byłem głodny i szukałem wyszynku. Autentycznego. Znalazłem: lokal nazywał się Casa Marlindo, jego witrynę zdobiły porcelanowe figurki marynarzy, obok prezentowały się strugane ptaszki oraz koślawe liski pokryte sztucznym futerkiem. Nad tą menażerią górowała błękitna lala w spłowiałym welonie i z koroną na głowie. Szyld zakładu namalowany na szybie w kolorach czarnym i srebrnym nawiązywał do stylistyki cmentarnej.Pod nazwą lokalu dopisek vinhos, petiscos czyli wina i przekąski. We wnętrzu kilku bywalców pogrążonych w rozmowie, popijających czerwone wino z kieliszków na krótkich nóżkach. Właściciel, o dziwo, anglojęzyczny, zaprasza i zachęca. Bywalcy częstują paluszkami rybnymi. Oczekują reakcji, wiedzą, że very good oznacza coś dobrego. Zamawiam zupę i danie, zajmuję miejsce na zewnątrz przy metalowym stoliku, tuż pod głośnikiem, z którego płyną rzewne piosenki lat sześćdziesiątych.
IMG_5961

Z bramy sąsiedniej kamienicy wychodzi starszy mężczyzna o wyglądzie kloszarda, zatrzymuje się przed lśniącym Audi, wyciąga grzebień i patrząc na swoje odbicie w szybie starannie czesze długa brodę i włosy opadające na ramiona. Scena jest przednia, światło nie za ostre, przez chwilę żałuję, że aparat mam schowany w futerale, a futerał w plecaku. Jestem jednak zbyt leniwy, żeby po niego sięgać, zresztą dziad kończy się czesać, a kelner stawia na moim stole pełne talerze i dzbanek lokalnego wina. Okazuje się, że obiad jest smaczny a wino nalewane z pięciolitrowego kartonu a nie z korkowanej butelki jest niezwykle tanie. Za kieliszek płacę 65 eurocentów. W kraju, gdzie mieszkam drożej wychodzi kupno płynu do mycia szyb samochodowych. Dziękuję kelnerowi, (zdążyłem już przyswoić sobie słówko obrigados), dopijam wino, tymczasem uczesany dziad znika we wnętrzu Casa Marlindo, słyszę jak wita się ze wszystkimi, po chwili uśmiechnięty wychodzi z kieliszkiem wina w kościstej dłoni. Do mnie też się usmiecha, podnosi kieliszek w geście pozdrowienia.

Opuszczam towarzystwo, idę oglądać kolejne fascynujące fasady, kolejne trotuary wyłożone mozaiką, na reprezentacyjnym Placu Wolności mijam fontannę i pomnik bohatera, podziwiam masywne kamienice i szklane pawilony, potem porzucam szykowne aleje i sklepy pachnące perfumą, skręcam między rozpadające się domy, w ciasne zaułki opanowane przez dzikie koty, między krzywe przybudówki i płoty okalające opustoszałe place budowy. Kiedy krajobraz zaczyna być zbyt przygnębiający, za rogiem jak kwiat w ciemnym lesie pojawia się lśniąca porcelaną willa z osiemnastego wieku albo zamknięte na głucho drzwi barokowego kościoła. Trasa prowadzi w górę i w dół. Pod koniec dnia mam prawo być zmęczony ale nie przystaję. Dopóki jest widno, a na zachodnim krańcu kontynentu słońce zachodzi najpóźniej, więc jest widno – maszeruję po Porto wciąż niesyty tej egzotyki, kontrastów i nowego rodzaju piękna. Azulejos i do przodu!

_MG_5946

Reklamy

Tagi: , , ,

Komentarzy 8 to “Azulejos i do przodu!”

  1. Tetryk56 Says:

    Dzięki za wieści, dzięki za opis!
    I serdeczne pozdrowienia dla sztabu! 😉

    • laudate44 Says:

      Sztab niestety nie ma tu zasług, bo zamiast przeciwdziałać kryzysowi rzeczony sztab skupiał się na konsumpcji marynowanych śledzi i spijaniu ciepłych wódek. Dlatego rozpędziłem towarzystwo na cztery wiatry i sam się wgryzłem w ten barok, te dzwoniące tramwaje i pieczone kasztany owijane w gazetowe tutki.
      Pozdrawiam

  2. Eva70 Says:

    Jak widzę, tylko Tetryk przybył w porę, inni – w tym ja – z dość dużym opóźnieniem. Cieszę się Laudate z Twojego nowego wpisu bardzo, bo kraj ten od dawna budzi moją sympatię, nie tylko z powodu fado i Marizy, czy też z powodu porto…
    Skoro mowa o pieczonych kasztanach, to poeta Roman Brandstaetter wspominał, że pieczone kasztany kupował mu ojciec przed I wojną światową na p. Sobieskiego w Tarnowie, mieście, w którym poeta się urodził oraz spędził dzieciństwo i młodość. Kasztany te kupowało się u ciemnowłosego Węgra, a Węgier latami przyjeżdżał do Tarnowa, zawsze na początku grudnia, co dla mieszkańców miasta stanowiło znak, że zima już blisko.
    Zapamiętałam ten fakt, bo byłam w Tarnowie na tzw. objeździe historycznym na początku studiów i bardzo mi się to miasto z pięknym ratuszem podobało, a na dodatek jeden z moich profesorów na tym objeździe głosił, co też zapamiętałam, że dla Polaka byłoby najkorzystniej urodzić się właśnie w Tarnowie w okolicy 1850 r. Miasto ładne, spokojne, ale połączone już ze światem koleją. Żyłoby się nie w zaborze pruskim czy rosyjskim, gdzie zaborcy surowi, lecz w Monarchii Habsburgów, którą dotąd wielu wspomina z rozczuleniem. A taki rok urodzenia sprawiłby, że byłoby się za młodym, żeby wziąć udział w powstaniu styczniowym, za starym, by walczyć w pierwszej wojnie światowej, ale nie aż tak starym, żeby nie nacieszyć się wolnością po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., miałoby się również szansę nie dożyć II wojny. Oba te czynniki byłyby korzystne także dla kobiet, które u nas – jak wiadomo – na Ojczyzny zew stawały do boju na równi z mężczyznami.
    W Portugalii nigdy nie byłam, mogę tylko rzec, że jako warszawiance barok mi niestraszny, albowiem większość „starych” kościołów w moim mieście zbudowano (tzn. odtworzono) w tym właśnie stylu. Portugalia kojarzy mi się też z pewną bardzo sympatyczną Marią, którą poznałam w latach 80. ubiegłego wieku, oraz z tym, że istnieje portugalska legenda, której bohaterem jest nasz król, poległy w (łatwym do zapamiętania) roku 1444, w bitwie pod Warną. W przeciwieństwie do nas Portugalczycy nie pogodzili się ze śmiercią tego 20-letniego walecznego władcy, w ich legendzie nasz i węgierski król Władysław III, zwany Warneńczykiem, przeżył tę bitwę, znalazł schronienie na portugalskiej wyspie Madera, na której – z rąk Henryka Żeglarza – otrzymał posiadłość o nazwie Madalena do Mar, w której żył, a nawet ożenił się, spłodził syna, po czym zginął na morzu w wieku ok. 40 lat.
    Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe tego przydługiego tekstu. To pewnie radość z Twojego powrotu wywołała ten mój słowotok. Pozdrawiam.

    • Tetryk56 Says:

      Evo, to chyba rzeczywiście działa! Urodziłem się wprawdzie daleko od wskazanego roku, ale mieszkałem w Tarnowie 8 lat (do studiów), i wszystko się sprawdziło: nie brałem udziału ani w Powstaniu Styczniowym, ani w I WŚ, dożyłem niepodległości a nie dożyłem II WŚ…
      I tylko nie wiedziałem, że Tarnowowi to zawdzięczam 😉

      • laudate44 Says:

        Naprawdę nie brałeś udziału w Powstaniu Styczniowym??? Głowę dałbym sobie uciąć (kosą osadzoną na sztorc), że kiedyś przy nalewkach opowiadałeś mi o bitwie pod Olszynką Grochowską. 🙂 Tak czy owak, Tarnów wyszedł Ci na zdrowie. I bardzo dobrze. Miałem okazję zobaczyć raz to miasto, wspomniany ratusz też oglądałem.

    • laudate44 Says:

      Evo, dziękuję za ten „słowotok”. Czytam Twoje komentarze z niezmiennym zaciekawieniem i radością, a jakże!
      O legendzie dotyczącej Warneńczyka słyszałem, nie wiedziałem tylko, że to licencja portugalska. Ja dopiero odkrywam ten kraj, w miarę możliwości poszerzam wiedzę na temat jego historii. No i przymierzam się do kolejnych relacji ze swojej wyprawy tamże.
      Nie dam wam długo czekać – weekend akurat się zaczął, w dodatku u nas okropna pogoda, nie żal siedzieć przy klawiaturze.

  3. D. Says:

    Witaj,
    piękne są te płytki azulejos. Przypominają mi te ze ścian klatki schodowej w pałacu w Nieborowie (te są jednak holenderskie), bo w takich właśnie gustował Radziwił. Zachwycają mnie historie przedstawiane na nich w sposób prosty, ale bardzo oryginalny. Dodatkowo trudno znaleźć powtarzający się motyw. Proszę o więcej zdjęć… azulejos oczywiście.
    Pozdrowionka
    D.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: