Kolorowe godzinki, bezcenne elementarze

Komentarz Tetryka pod poprzednim postem tylko pozornie wywołał wilka z lasu. Od dawna zamierzałem napisać o średniowiecznym malarstwie bezpośrednio poprzedzającym osiągnięcia utytułowanych prymitywistów. Problemem było to, iż rzeczony wilk wcale nie chciał wyjść z tego lasu, musiałem sam i niemal po omacku zapuścić się w gąszcz wiadomości o okolicznościach powstawania miniaturowego malarstwa gotyckiego. Średniowiecze było niewątpliwie czasem przełomu: w sztuce podporządkowanej dotychczas wyłącznie szerzeniu prawd wiary katolickiej dochodziły do głosu prądy odwołujące się do lokalnych obyczajów, tradycji i ambicji. Dlatego choć o miniaturach mowa, skala zagadnienia wcale nie jest miniaturowa.

Wielkim powodzeniem w tamtych czasach cieszyła się Księga Godzin (powszechnie w języku polskim używa się określenia „godzinki”) zawierająca prócz malowideł, fragmenty psalmów, modlitwy oraz teksty osobiste, związane z życiem rodzinnym i stanem posiadania. „Godzinki” są skróconą i bardziej komiksową wersją psałterzy, przeznaczonych dla duchowieństwa i szczególnie religijnych (i bogatych) osób świeckich. Barwne obrazki i bogato dekorowane pierwsze litery rozdziałów (inicjały) miały prawdopodobnie zachęcać użytkowników do częstszego sięgania po tę pożyteczną pozycję dydaktyczną. Możemy także domniemywać, że udział w powstaniu osobliwego miksu sacrum i profanum miała zwyczajna ludzka próżność, matka rozwoju wszelkiej sztuki.

Miniatury z „godzinek” – nieskomplikowane i harmonijne – sprawiają przyjemność oglądającemu. Dla historyków, specjalistów od średniowiecza to prawdziwy miód i rarytas. Trudno wyobrazić sobie wdzięczniejsze źródło wiedzy o tamtych czasach. Na kolorowych obrazkach „spakowano” setki, tysiące informacji o obyczajach, ubiorach i wyobrażeniach mieszkańców północnej Europy XIII i XIV wieku. Prócz elementów krajobrazu i architektury zamkowej mamy tam chłopskie zagrody, gołębniki i ule. Widzimy jak wyglądały sprzęty gospodarskie, jakie zwierzęta ciągały dwukołowe wózki.

Nie wszystkie miniatury w „godzinkach” dotyczyły życia świeckiego, wszak pierwotnie książeczki te miały charakter religijny. Wśród zachowanych egzemplarzy „godzinek” są też takie, w których dominują sceny biblijne. Przykładem jest księga wykonana dla królowej Joanny d’Evreux w roku 1324 (obecnie w muzeum w Nowym Jorku). Pierwsza scena przedstawia pojmanie Jezusa, druga zwiastowanie Marii. Warto zwrócić uwagę na udaną anatomię postaci oraz zwartą, pełna miękkich opływowych linii kompozycję obu scen. Gotyk nie musiał być kanciasty i jednowymiarowy.

Trudno przesądzić, co spowodowało, że pod koniec XIV wieku obok scen biblijnych pojawiły się w „godzinkach” misterne dekoracje oraz scenki rodzajowe, które nie nawiązywały do wydarzeń ze Starego Testamentu, nie pokazywały Golgoty, Jerozolimy ani piasków Egiptu. Artyści odmalowywali swojskie łąki, lasy i znajome wzgórza z gotyckimi zamkami. Ludzkość, a konkretnie jej francusko-burgundzka reprezentacja, zaczęła się przyglądać samej sobie. Rewolucja.
Pretekstem do zmian w warstwie ilustracyjnej była rosnąca fascynacja kosmologią, znakami zodiaku i upływem czasu. Dlatego do obiegu weszły kalendarze, które prócz zasadniczej funkcji miały też zadanie dydaktyczne: podkreślały boski ład i porządek świata.

Jean Pucelle – miniatury z Księgi Godzin

Wykonanie manuskryptów było bardzo pracochłonne, dlatego na ich zakup mogli pozwolić sobie tylko ludzie majętni. Co prawda niektórzy książęta kolekcjonowali „godzinki”, tak jak się kolekcjonuje precjoza i bibeloty, ale w domach uboższej szlachty była to często jedyna książka przekazywana z pokolenia na pokolenie, łacińskie teksty psalmów służyły dzieciom do nauki czytania. Mowa oczywiście o dzieciach rodziców zamożnych. Pozostała dziatwa obywała się bez tego typu elementarzy. W zasadzie 80% populacji musiało obywać się bez elementarnych praw. Wysokie podatki i klęski żywiołowe oraz długotrwałe wojny często pozbawiały ich jedzenia. Warstwa chłopów i robotników najemnych całkowicie zależna była od feudałów i kleru. Bunty chłopskie krwawo tłumiono siłą, jednak tego w „godzinkach” nie zobaczymy.

Ilustracje obrazują zależność człowieka od przemian zachodzących w przyrodzie oraz hierarchiczność, na której oparty jest świat: nad chłopami panuje władca, którą symbolizują jej zamki, a nad wszystkimi ład kosmiczny. Miniatury te cechuje połączenie typowo niderlandzkiego realizmu, wnikliwej obserwacji i drobiazgowości (np. autentycznie odtworzone zamki, wiernie oddane prace chłopów, zmiany przyrody) z wytwornością i dworskim stylem, charakterystycznymi dla gotyku międzynarodowego. Ilustracje te, namalowane w czystych i nasyconych barwach, cechuje duża dekoracyjność.

wiki

Poszczególnym miesiącom przypisane są właściwe dla danej pory roku sceny rozgrywające się w krajobrazie wiejskim, bądź w warunkach kameralnych, w obrębie zamku. Prócz wspomnianych i dominujących elementów realistycznych mamy też do czynienia z czytelną symboliką. Na przykład pies tak chętnie malowany w zamkowych wnętrzach był uosobieniem lojalności, a nie trzeba mówić, że właśnie ta cecha najbardziej podoba się wszystkim władcom.

Obrazki oznaczające kolejne miesiące są unikalne, ale poddane pewnemu rygorowi: wszystkie ukazują miejscowy krajobraz z zamkiem w tle, wiernie odtwarzają elementy przyrody a co najważniejsze, pokazują zajęcia mieszkańców. Zajęcia różne, w zależności od pozycji na drabinie społecznej i tak chłopi pasą owce, znoszą chrust i grabią siano, zakuci w zbroje rycerze dosiadają koni w galopie, natomiast strojni w płaszcze i rajtuzy panowie ucztują oraz prowadzą grzeczne rozmowy. Być może deklamują prowansalskie wiersze o miłości i rycerskim honorze. Dla każdego coś miłego.


Styczeń – książę de Berry przyjmuje dary noworoczne.

Bez „godzinek” nasza wiedza o tamtej epoce byłaby znacznie uboższa. Na szczęście kruchy papier przetrzymał działanie czasu i barbarzyńskie najazdy, zatem oprawione w skórę księgi pozamykane w kufrach i szafach prywatnych właścicieli dotrwały do naszego stulecia. Niektóre z nich znalazły schronienie w gablotach muzeów amerykańskich, od 1945 roku niezwykle przychylnych sztuce zachodnioeuropejskiej.

Im bogatszy pan zamawiał księgę godzin, tym obrazki były większe a ilustratorzy znamienitsi. Najbardziej znanym miłośnikiem „godzinek” był francuski książę Jan de Berry. W jego zbiorach znajdowała się zawrotna ilość 80 manuskryptów. Biorąc pod uwagę ówczesną wartość pojedynczego egzemplarza, kolekcja wydaje się imponująca. Książę de Berry istotnie był bardzo bogaty. Świadczy o tym choćby ten tytuł: „Bardzo bogate godzinki księcia de Berry”. To jedna z najpiękniejszych i najsłynniejszych ksiąg tego rodzaju. Jej autorami są trzej, pochodzący z Niderlandów i wykształceni w Paryżu bracia Limburg. Całostronicowe obrazy zawierające sceny rodzajowe na tle zmieniających się pór roku są świetnym przykładem malarstwa realistycznego zrywającego z konwencją obrazów religijnych.

Karty kalendarza kolejno odsłaniają widzowi starania autorów o poprawną perspektywę, wierność szczegółom i nienaganne proporcje postaci uchwyconych w ruchu. „Bardzo bogate godzinki” książę de Berry zamówił w roku 1410, dynamika w ówczesnym malarstwie nadal była rzadkością, a obecność klasy chłopskiej oraz baranów i srok jawiły się jako absolutna fanaberia. Bracia Limburg byli więc pionierami i to nie tylko pod tym względem. Warto zauważyć ich dążenie do trójwymiarowości oraz zmysł kompozycyjny pozwalający na małej powierzchni zmieścić całą fabularną opowieść.

Dzięki darowi bystrej obserwacji, bracia Limburg pierwsi odtworzyli linią i kolorem noc, cienie rzucane przez przedmioty, śnieg, burzę na morzu, z drobiazgową wiernością odtwarzali zamek, drzewo, tkaninę, włosy, klejnoty. Ten realizm przedmiotów zachowuje doskonałą czytelność w rytmicznej, niezwykle wytwornej równowadze… (wikipedia)

W średniowieczu napisano/namalowano tysiące „godzinek” (sztuka ta zanikła w XVI wieku po wynalezieniu druku). Jak można się domyślać, każda z ksiąg, choć poddana obowiązującemu kanonowi była dziełem indywidualnym. Niepozorne dziełka pozostają nieocenionym źródłem wiedzy o tamtej epoce, pokazują kolorowo na białym, skąd czerpali wzory późniejsi, chwaleni za cudowny realizm malarze. Niektórzy zresztą od malowania inicjałów i miniatur zaczynali swoje kariery. Wiele rozwiązań formalnych widocznych na kartach „godzinek” bez trudu rozpoznajemy w malarstwie późniejszych mistrzów flamandzkich (zamglone zamki na horyzoncie u Jana van Eycka, organizacja przestrzeni i dynamika postaci u Boscha, itp). Dla osób dotychczas nieprzekonanych do malarstwa flamandzkiego, miniatury z „godzinek” mogą okazać się kluczem do pełniejszego odczytania i docenienia wszystkich smaczków umieszczonych na płótnach „prymitywistów” z Brugii, Antwerpii i Gandawy.

Żeby lepiej zrozumieć, jak znakomitym dziełem jest Kalendarz Limburgów, przyjrzyjmy się miniaturze obrazującej Lipiec. Kompozycja ma tu wyraźnie kilka planów: górski pejzaż, zamek (warownia w Poitiers), pole, gdzie pracują żeńcy, a wreszcie łąkę, na której pasterze strzygą owce. Uzyskaniu wrażenia głębi służą też ukośne linie, takie jak drewniany most prowadzący do zamku, trójkąt zamkowych murów czy romboidalne pole. Kolory zmieniają się w zależności od oświetlenia, pory dnia i roku oraz innych czynników. Intensywnie błękitne niebo blednie nad samym horyzontem, a zżęte zboże traci złocisty kolor, w miarę, jak wysycha na słońcu. (cytat stamtąd)

Lipiec

Znawcy przedmiotu przestrzegają, aby scen z miniatur nie brać dosłownie. Nieufność winny budzić zwłaszcza sielskie sceny z udziałem chłopów i drwali. Warunki życia były wówczas znacznie surowsze, ubiór żniwiarzy i pastuchów znacznie skromniejszy a ich miny z pewnością mniej radosne niż widzimy na kartach „godzinek”. Bracia Limburg umieścili na obrazkach tylko idealistyczne wyobrażenie wsi. Sami należeli do warstwy ciut wyższej. Zmarli wszyscy trzej w roku 1416, nie ukończywszy dzieła, prawdopodobnie podczas epidemii.

Wiadomo, że „godzinki” przeznaczone były dla władców i bogatych feudałów. Być może dlatego ani autorom ani tym bardziej odbiorcom dzieła nie zależało na wiernym przedstawieniu siedzib chłopskich oraz samych chłopów. Byłby to widok zbyt przygnębiający. Żeby zatem szlachetnym panom nie odbierać przyjemności estetycznych, należało obrazki nieco podkolorować, nędzę chłopskich zagród pominąć a chłopskie gęby upiększyć. Pytanie, po co w ogóle podejmowano wieśniaczy temat w kalendarium przeznaczonym dla arystokratów? Czy obok nazw miesięcy nie wystarczyłyby znaki zodiaku wzbogacone kawałkiem gałązki lub kwiatu umieszczonego na neutralnym tle? Czy naprawdę konieczne były te sianokosy, rąbanie drzew, osiołki, zaprzężone konie i biegające świnie?
Mógł to być kaprys władcy lub inwencja malarza, który chciał się popisać talentem. Może ktoś po drodze odkrył, że zajęcia gospodarskie i wiejskie krajobrazy idealnie pasują do pokazania zmienności pór roku. Wieśniacy i ich zaprzęgi występują jako rekwizyt w opowieści o upływie czasu, boskim porządku i społecznej hierarchii. Nie dla nich i nie o nich były „godzinki”.

Ostatnia scena z kalendarza braci Limburg przedstawia średniowieczną wersję majówki. Okazuje się, że tylko ubiory lekko się zmieniły. Znaki zodiaku (Byk i Bliźnięta) pozostały te same a radosne przechadzki po świeżym powietrzu i słodkie nicnierobienie w gronie znajomych też jakoś się w naszych czasach przyjęły. Tylko koni żal. Miłego świętowania!

Reklamy

Tagi: , , , ,

komentarzy 7 to “Kolorowe godzinki, bezcenne elementarze”

  1. Tetryk56 Says:

    Zawsze potrafisz czymś zaskoczyć czytelników! Piękne te iluminacje, i sporo wyjaśniają 😉
    Strząsam popiół z głowy – idę do lasu sprawdzić – może są tam jeszcze jakieś wilki?

    • laudate44 Says:

      Nie fatyguj się Tetryku do tego lasu. Zanim do niego wstąpisz – wilki czmychną. 🙂

  2. Wiedźma Says:

    To prawda, potrafisz zaskoczyć – godzinki nie kojarzyły mi się z tymi pięknymi miniaturami…..tylko..zdecydowanie z modłami, ale po chwili zastanowienia ? przecież przetrwały w pamięci, mimo,że Średniowiecze to naprawdę odległy czas…
    Książę de Berry zaiste fortunę wydał na księgi i chwała mu za to.
    Dość już dawno temu dotarło do mnie, że kolory w Średniowieczu były żywe i wyraziste……a jako małolata wyobrażałam sobie ten okres w konwencji czarno- białej 🙂
    Pozdrawiam majowo 🙂

    • laudate44 Says:

      Dla mnie to też dość nowa dziedzina, nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę, że ilustrowane Book of Hours, o których czytałem w fachowych książkach to to samo, co swojskie godzinki kojarzone z mamrotaniem pacierzy i konserwującą feudalizm ślepą dewocją.
      Większość czasu podczas pisania pochłonęło mi sprawdzanie w wikipedii polskich znaczeń słów z anglojęzycznych tekstów. No cóż, epoka odległa, terminologia daleka od codziennego użytku.
      A książę Jan de Berry niech odpoczywa w niebie – dzieki niemu możemy podziwiać „bardzo bogate” obrazki i wzbogacać naszą wiedzę ogólną… 🙂
      Kronikarze podają, że był to człek szczodry i bardzo zakochany w dziełach sztuki. Przez te miłość popadł w okropne długi, ale przecież nie on pierwszy 🙂
      Pozdrawiam

  3. guciamal Says:

    Z wielką przyjemnością poczytałam o tych ślicznościach. Nie od dziś wiadomo, że małe jest piękne. Kolory w średniowieczu rzeczywiście bardzo żywe. Po raz pierwszy chyba zwróciłam na to uwagę na wystawie anielskiego braciszka w Paryżewie, gdzie wystawiano jego dziełka oraz pięknie ilustrowane księgi, cacka lśniące złotem i wszystkimi kolorami tęczy z przewagą ultramaryny. A godzinki kojarzyły mi się, jak większości..

    • laudate44 Says:

      Duże też bywa piękne, a ultramaryna połączona ze złotem rzeczywiście dobrze robi miniaturom. I nie tylko im.
      Kontynuacja wątku w następnym wpisie, całkiem wkrótce 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Tak mi się skojarzyło: w tradycji rodzinnej wyrazem zachwytu było powiedzenie:
        – Cud, miód, ultramaryna!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: