Na przełaj

Wsiadając do czarnej toyoty sądziłem, że zostanę podwieziony do centrum miasta, skąd miałem dalej jechać miejskim autobusem. W sobotnie przedpołudnie nie powinno być tłoku, miałem nawet w kieszeni trochę drobnych zachowanych specjalnie na tę okoliczność. Kiedy jednak znaleźliśmy się w Dublinie i sunęliśmy wzdłuż kamiennego muru Phoenix Parku znajoma, która prowadziła auto zdziwiła się:
Chce ci się jechać autobusem? Przecież nawet nie wiesz, ile kosztuje bilet. Idź przez park, wiesz jak może być fajnie o tej porze? Nie masz tak daleko, może przyjdą ci do głowy jakieś głębokie myśli…

Wysiadłem posłusznie przy bramie, choć tego ostatniego nie byłem pewien. Ilość wina jaką poprzedniej nocy wypiłem w towarzystwie jej męża, uchodziła teraz z mojego organizmu w postaci niewidocznego obłoku o gęstości i konsystencji waty używanej do izolacji ścian. Nic, co miałoby znamiona subtelności i głębi nie miało prawa się przez tę warstwę przedostać.
Ruszyłem wzdłuż alei Chesterfield, której prosta nitka przecina park na dwie części. Ruch samochodowy istotnie był niewielki, w końcu to sobota, w dodatku zimna i wietrzna, bez szans na maraton, wystawę kwiatów lub koncert rockowy – takie eventy przewidziane są na miesiące letnie. A mieliśmy środek kalendarzowej zimy, niebo zasnuwała warstwa szarych chmur, w oddali majaczyły wierzchołki łagodnych gór, także szarych, bo opady śniegu w tym roku znowu nas ominęły. Ktoś omnipotentny w tutejszym rządzie anomaliom powiedział stop, no passaran! Więc śnieg powiedział Sorry Irlandio i przemieścił się w inne rejony Europy.

Biegaczy i rowerzystów jeszcze nie było, miałem ich spotkać dopiero trzy kilometry dalej. Szedłem z rękami w kieszeniach, w głowie kołatały mi się rymowane wersy z Koziołka Matołka, którą to opowieść poprzedniego wieczoru czytałem dzieciom przy biesiadnym stole. Nie, nie czułem się jak kozioł, który „po szerokim szuka świecie tego, co jest bardzo blisko.” Byłem raczej jak wilk, który z nosem przy ziemi podąża tropem swojej ofiary i nie pozwala by cokolwiek zepchnęło go z obranej drogi. Mnie nie prowadził zwierzęcy głód, raczej całkiem ludzka potrzeba, zmierzałem prosto do swojego kominka, komputera i kawy. Trzy męskie K.

November 10 Park 014

Na otwartej przestrzeni wiatr zaczął dokuczać, zapiąłem suwak kurtki, skręciłem w boczną alejkę, między wysokie drzewa. Alejka tak naprawdę jest jezdnią, prowadzi do innej bramy, jednej z dziesięciu bram w murze okalającym park na długości jedenastu kilometrów. Cały parkowy obszar liczy ponad 700 hektarów, ja miałem go przejść akurat po najdłuższej przekątnej. Słuchaj się człowieku kobiet. Znam ten park na pamięć, najczęściej przemierzam go samochodem, dróg jest sporo, trudno taki obszar całkowicie wyłączyć z ruchu. Jeździłem po parku rowerem, wiem dokładnie, gdzie znajduje się kamienna kolumna z wyrzeźbionym Feniksem, gdzie pałacyk Farmleigh, w którym nocowała królowa, wiem jak wygląda kuta brama przed pałacem prezydenta, jak wielka jest posiadłość ambasadora USA i którą drogą najlepiej dojść pod wysoki metalowy krzyż ustawiony na sztucznie usypanym wzgórzu. U jego podnóża zazwyczaj pasą się daniele.

Moja trasa nie prowadziła tamtędy, nie dla mnie tego ranka widok rogatych koziołków i smukłych łani. Musiałem się zadowolić widokiem wysokiego parkanu ZOO, po drugiej stronie ulicy miałem budynki komendy policji nazywanej tu Garda. Z niejaką dumą uświadomiłem sobie, że w żadnym z dwu przybytków moja noga nie postała i byłbym wdzięczny losowi, gdyby taki stan się utrzymał.

Byłbym mu równie wdzięczny, gdyby ten desperacki marsz się już skończył. Nie czułem zmęczenia, świeże powietrze działało ożywczo, zbliżałem się do zagajnika wieczno-zielonych dębów szypułkowych zupełnie niepodobnych do popularnych dębów określanych łacińską nazwą Quercus robur. Rozpiąłem kurtkę, deszcz miał spaść dopiero za godzinę, nawet wiatr się uciszył, może z szacunku dla obecności Gardy. Wiało za to nudą. Od poprzedniego popołudnia nie zaglądałem do internetu, na kilkanaście godzin odstawiłem się od wiadomości, które zazwyczaj chłonę w dużych ilościach i które działają na mój organizm jak codzienna dawka kalorii. Pustych kalorii, mówiąc obrazowo.
Ciekaw byłem rozwoju sytuacji na Ukrainie, czy długotrwały protest w centrum Kijowa spowoduje przełom w polityce. Idąc po trawiastym poboczu zatęskniłem za jakimś pozytywnym newsem, który rozświetliłby ten ponury dzień; wyobraziłem sobie, że w czasie, gdy ja sączyłem włoskie wino i pogryzałem cheddarem, Janukowycz wyszedł na Majdan, wszedł na mównicę i przy aplauzie miliona demonstrantów powtórzył słowa, które 30 lat wcześniej wypowiedział zmuszony do ustąpienia cesarz Etiopii Hajle Sellasje I – „Jeżeli rewolucja jest dobra dla ludu, jestem za rewolucją”.

Opamiętaj się człowieku, jeśli nie możesz się zdobyć na głębokie myśli, przynajmniej powstrzymaj się przed formułowaniem absurdów. Prędzej z gęstwiny dębów wyjedzie ci na spotkanie para wiewiórek na hulajnogach i każda z nich trzymać będzie w pyszczku zielony banknot o nominale 100 euro, niż prezydent Ukrainy dobrowolnie odda władzę. Trzymaj się realiów, noga za nogą, noga za nogą – prawdopodobnie jesteś już w połowie drogi. Połowę nudy masz za sobą.

Szło by się raźniej, gdyby zamiast połaci trawy, starodrzewu kryjącego nieliczne pałace i domki, rozciągało się tu miasto z historyczną starówką, okazałymi kamienicami, zapuszczonymi ogródkami, których zmurszałe ceglane mury pokrywa bluszcz albo kapryfolium a łukowo sklepione okna budynków odbijają się w falującej wodzie kanałów poprzecinanych licznymi mostkami. Na placach, na gzymsach, na metalowych poręczach gołębie, a w tle suszące się pranie i kamienne tablice z wizerunkiem skrzydlatego lwa. Z gotyckiej Santa Maria dei Frari albo wabiącego śnieżnobiałą fasadą San Zaccaria dobiega odgłos dzwonów.
Wenecja jest kilkadziesiąt razy większa od tego parku, ale jej uliczki, nabrzeża i place mógłbym przemierzać od rana do wieczora, mógłbym iść bez przystanku, do zdarcia butów, do przetarcia sznurówek i zatarcia poczucia czasu. Jeśli jakaś część umysłu nie brałaby udziału w oglądaniu i przetwarzaniu tego co widzę, zaprzągłbym ją do spowalniania czasu. Nikomu się ta sztuka nie udała, ale w obliczu tak wysokiej stawki grzechem byłoby nie próbować.

Z tym Hajle Sellasje naród etiopski wcale nie miał tak łatwo, jak sugeruje cytowane zdanie. Cesarz był przykładem pławiącego się w luksusach satrapy, (słusznie Kapuściński wybrał go sobie za bohatera „Cesarza”) , któremu przez 44 lata niepodzielnych rządów los ludu był idealnie obojętny. A najzabawniejsze jest to, że ten cudak, tyran i megaloman stał się dla czarnoskórych mieszkańców Jamajki wcieleniem Boga. Nie wiadomo, czy powodem była tęsknota za Ziemią Obiecaną czy duchowe sesje z udziałem świętego zioła cannabis, dość że w latach trzydziestych ubiegłego wieku Jamajczycy zobaczyli w nim kolejną, po Chrystusie, emanację Boga w ludzkiej postaci. Powstały ruch religijny przyjął nazwę Rastafari od imienia etiopskiego cesarza. „Hajle Sellasje I” był tytułem przyjętym po koronacji – domniemany mesjasz w cywilu nazywał się Ras Tafari Makonnen Woldemikael. Zmarł w rok po detronizacji, ale Rastafarianie nie przyjmują tego faktu do wiadomości. Bogowie, choćby byli winni milionowych malwersacji i głodu milionów ludzi – tak łatwo nie umierają. Żyją w umysłach wyznawców nie chcących skonfrontować się z rzeczywistością. Według nich negatywne fakty z życia cesarza są zmyślone przez wrogów ich religii. Dlatego wyznawcy Rasta nadal tańczą w rytmie reggae i czczą pamięć swojego mesjasza – zapowiedzianego w starotestamentowych proroctwach Lwa Judy niosącego wyzwolenie. Ciekawe czy są jakieś narody, które wierzą w boskie właściwości Koziołka Matołka?

feniks i mgła 027

Na asfaltowej ścieżce pojawiły się grupki biegaczy, innym traktem śmigał rowerzysta, znak, że znalazłem się w części parku przylegającej do osiedla mieszkalnego. W gałęziach drzew krakały wrony, wróble rozdziobywały zeschnięte końskie odchody, szosą przejechała hałaśliwa Honda z przerobionym układem wydechowym. Nie zwalniałem marszu, chciałem to już mieć za sobą. Tę desperacką rekreację. W zasięgu wzroku znów miałem kamienny mur, wiedziałem, że za dwieście, sto, i wreszcie pięćdziesiąt metrów pojawi się jeśli nie brama to furtka, dosłownie dziura w murze. Pierwotnie miałem iść dalej, do okazałej białej bramy, spod której niewielki dystans dzieliłby mnie od wspomnianych trzech męskich K. Jednak tamta trasa, choć dłuższa wydała mi się nagle drogą na skróty. A do swojego przeznaczenia nie można iść na skróty. Są takie sytuacje, gdzie ludzka moc i słabość objawiają się równocześnie, dając impuls do czynów z pozoru pochopnych a w istocie heroicznych, głęboko umotywowanych.
Zamiast iść prosto skręciłem do tej niepozornej furtki, która jak nagle zrozumiałem, była moim przeznaczeniem. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybym na murze zobaczył kuty w kamieniu wizerunek skrzydlatego Lwa Judy niosącego wyzwolenie. Obok furtki zaopatrzonej w metalową obrotową kratę stoi długi parterowy budynek. W nim mieści się pub o oczywistej nazwie „Hole in the Wall”. Skorzystałem z tego, że akurat otwierali. W dodatku zbierało się na deszcz, miało padać nieustannie przez cały weekend i kolejne dwa dni powszednie. Jeśli Guinness jest dobry dla ludu, jestem po stronie Guinnessa.


P.S. Od razu zastrzegam, aby nie brać tego tekstu dosłownie i nie pouczać mnie o szkodliwości spacerów po parku. Sam dobrze wiem, że są szkodliwe.
Sláinte.

Reklamy

Tagi: , , ,

komentarzy 9 to “Na przełaj”

  1. D. Says:

    Witaj,
    zabawna i lekka impresja opisująca desperacką rekreację (dobre!!!), okraszoną trzema K w drodze do pubu. Jakże to męskie! Czytając „Na przełaj” miałam już wcześniej „przed oczami” co to Phoenix Park, więc wiedziałam o co chodzi. Zgrabnie to wszystko ująłeś i zahaczyłeś o Kapuścińskiego i o WENECJĘ. Masz wyobraźnię. Wielkie dzięki za intelektualny wkład przy mojej drugiej kawie! Jeszcze kilka takich dygresji a powstanie „Znak parkowy” niczym „Znak wodny”!!!
    Pozdrowionka i ukłony.
    D.

    • laudate44 Says:

      Tak, a po „Znaku parkowym” przyjdzie kolej na Znak Zorro 🙂
      Miło, że ta powiastka Ci się podobała. Kawa, którą piłaś podczas lektury była, jak mniemam, damską kawą. Swoją drogą, jak sądzisz, czy istnieje kobieca (nowa!) wersja trzech żelaznych K.?
      Pozdrawiam

      • D. Says:

        Po „Kinder, Kuche, Kirche” już nic nie brzmi tak dosadnie. Kolejne „Kinder, Kuche, Karriere” to znak XX w. A dla mnie najfajniej brzmi „Kinder, Karriere, Kabrio” i na tym bym poprzestała. Filmik faktycznie oddaje co musiałeś przejść!
        Pozdrowionka
        D.

      • laudate44 Says:

        Jak się ma Kabrio to nawet przestrzenie parkowe nie straszne! 🙂

  2. laudate44 Says:

    Dla tych, którzy jeszcze w Dublinie nie byli wklejam krótki filmik z You Tube. Jakość filmu kiepska, ale daje pojęcie przez co musiałem przebrnąć… 🙂

  3. Tetryk56 Says:

    Zanurkowałem w podprzestrzeń, żeby ci choć przez chwilę towarzyszyć w tej wędrówce. Dublińska mgła ma swoje uroki: duszki mniej się rzucają w oczy… 😉

    • laudate44 Says:

      We dwójkę byłoby raźniej, żaden Sellasje by się nie przyplątał a i mgłę łatwiej byłoby rozgarniać na cztery ręce. 🙂

  4. Wiedźma Says:

    :)))))))))))))))))) ! To zamiast komentarza 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: