Drugi orszak w Sienie

Czas przebywania na tarasie niedokończonej fasady jest ściśle reglamentowany, ale jest go wystarczająco dużo, żeby nasycić oczy widokiem toskańskich wzgórz – to plan najdalszy; czerwonych, przylegających do siebie jak elementy patchworku dachów Sieny oraz obiektów najbliższych czyli katedry z pasiastą wieżą i delikatną kopułą.

_MG_4913

Siena oglądana z z wysokości kilku pięter wydaje się wyludniona i opustoszała, trudno uwierzyć, że to to samo gwarne, pełne turystów miasto, które zostawiliśmy na dole. Wrażenie bierze się stąd, że z góry widać tylko dwa odkryte, najczęściej ludne miejsca: plac katedralny i Campo. Pozostałe place, ulice, zaułki i podwórka-studnie ukryte są wśród gęstej zabudowy. A jeśli coś jest ukryte, obowiązkiem podróżnika jest to odkryć.

Kiedy ponownie podeszwami sandałów sięgnąłem bruku, zapuściłem się w swój ulubiony labirynt zacisznych uliczek, przesmyków i korytarzy. Kierowałem się nie mapą, ale własną intuicją, szedłem tam, gdzie – ujmując rzecz całkiem dosłownie – mi się podobało. Czasem przyciągał mnie udany detal architektoniczny albo malarska perspektywa pochyłej uliczki. Raz był to odgłos werbla. Na jednym z wewnętrznych podwórek kilku młodzieńców należących do contrady Wilczycy ćwiczyło rzucanie sztandarami. Jeden wybijał rytm na bębenku – pozostali ustawieniu w czworoboku na dany znak wyrzucali zwinięte sztandary wysoko w górę. Rzut musiał być nie tylko mocny ale i precyzyjny. Sztandar, którego drzewce dla zapewnienia stabilności jest u dołu celowo obciążone musiał trafić w ręce kolegi ustawionego po przekątnej. Nie zawsze wychodziło to idealnie, ale każdej udanej próbie towarzyszyły oklaski mieszkańców wyglądających przez okna.

_MG_4906 Po paru dniach szwendania się po Sienie okazało się, że kręte uliczki, mimo swego splątania, mimo wznoszenia się, opadania i zamieniania w regularne schody, raczej udają labirynt niż są nim naprawdę. Nawet jeśli zabrnąłem w ślepy zaułek, wycofywałem się pokornie wiedząc, że za rogiem znajdę przejście do uliczki, którą już wcześniej szedłem, a za następnym rogiem odsłoni się znajomy szyld sklepu lub pizzerii, przywita mnie gwar i ciżba, co znaczy, że znalazłem się na jednej z głównych ulic otaczających Piazza del Campo. Wniosek z tego taki, że w Sienie wszystkie drogi prowadzą na Campo, w cień smukłej Torre del Mangia, która na tle jasnego nieba wygląda jak wycięta z tektury. Ktoś zauważył, że plac przypomina muszlę i że jest to kształt organiczny. Nie wiem dokładnie, na czym ta organiczność miałaby polegać, ale atmosfera Campo ma w sobie coś szczególnego. Mimo tłumów, które zalegają plac w słoneczne dni, Campo nadal pozostaje miejscem kameralnym, zachęcającym do odprężenia. Sprawdziłem wielokrotnie – stamtąd nie chce się odchodzić, jakby przechadzka po pochyłościach placu i bliskość fontanny Gaia dawały dodatkową dawkę serotoniny. Wieczorem, kiedy pod markizami restauracji rozbrzmiewa pszczeli gwar gości, a na zimnych cegłach placu przysiadają mniej zasobni w gotówkę czciciele Bachusa oraz zakochane pary – Campo zamienia się w oazę spokoju i przybytek (umiarkowanego) hedonizmu.

A przecież co najmniej dwa razy w roku na Campo odbywają się wyścigi konne znane pod nazwą Palio. Wtedy organiczna sielanka ustępuje miejsca jeździeckiej ekwilibrystyce i gejzerom emocji. Centralna część placu i wszystkie dostępne balkony szczelnie wypełniają się widzami, ogródki restauracyjne znikają a cały pas wzdłuż murów kamienic zostaje posypany piaskiem i zmieniony w tor wyścigowy. Dziesięciu jeźdźców na dziesięciu nieosiodłanych koniach ma za zadanie trzykrotnie przebyć wyznaczoną trasę. Kto dojedzie pierwszy – wygrywa i zostaje bohaterem. Dalsza kolejność nie ma znaczenia, zresztą często na metę przybiega sam koń. Cały wyścig trwa około trzech minut – przygotowania zajmują cały rok, a celebracja zwycięstwa co najmniej kilka tygodni.

Wyścigowe szaleństwo ma swoje korzenie w średniowieczu, kiedy Sienę podzielono na 17 contrad czyli dzielnic odpowiedzialnych za obronę poszczególnych fragmentów miasta. Contrady przybrały własne nazwy i zaczęły ze sobą rywalizować a najbardziej widowiskową formą tej rywalizacji jest Palio. Może w nim brać udział tylko dziesięciu jeźdźców – dlatego wyścig poprzedza losowanie odbywające się według tradycyjnych procedur w salach Palazzo Publico. Jeźdźcy przebrani są w kolorowe stroje, których kolorystyka i krój sięgają tradycji średniowiecznych. Na dżokejskich kurtkach zamiast numerów startowych umieszczone są symbole contrad – Ślimak, Pantera, Wilczyca, Gęś, i tak dalej… Poszczególne punkty przygotowań i przebiegu Palio reguluje tradycja. Obłędna radość w szeregach zwycięzców, uroczyste procesje, msze i łzy szczęścia też należą do tradycji.
Nie mogłem przekonać się o tym naocznie, bo Palio na żywo nie widziałem i raczej nie zanosi się, abym kiedykolwiek miał je oglądać, miałem jednak okazję obserwować paradę contrady Jeża, która przemaszerowała ulicami dokładnie w tydzień po sierpniowej edycji wyścigu. Zaczęło się od zbiórki nosicieli znaku Jeża (wł. Istrice) na placu przed katedrą. Po uformowaniu szyku procesja ruszyła w obchód, prawdopodobnie zmierzając najpierw na główny plac swojej dzielnicy lub do swojego kościoła. Odgłosy werbli długo dobiegały z różnych stron miasta. Po jakimś czasie natknąłem się na tę samą procesję w pobliżu Pałacu Piccolominich.

_MG_4707

Na przodzie maszerowali odziani w tradycyjne stroje specjaliści od wywijania sztandarami, za nimi skupieni na swojej robocie dobosze, następnie kroczyła męska reprezentacja społeczności, prawdopodobnie przedstawiciele starszyzny i panowie zasłużeni w poprzednich latach, być może obecni i byli dżokeje. Wszyscy byli wyraźnie wzruszeni, śpiewali pieśń brzmiącą jak hymn. Za mężczyznami zwartą grupą szły młode rozśpiewane, równie przejęte kobiety, być może żony i kochanki tych, co walili w bębny, wywijali flagami i „godnie reprezentowali” contradę. Kolejną całkiem liczną grupę orszaku stanowiły kobiety z wózkami, pary młodych ludzi z dziećmi na rękach oraz osoby starsze lub mniej zaangażowane w życie contrady. Dlatego na końcu. Dopiero za nimi podążała orkiestra Banda Cita del Palio Siena witana brawami przez zgromadzonych na poboczach ulicy gapiów i turystów.

_MG_4733

To był ten drugi orszak w Sienie. W odróżnieniu od pierwszego orszak autentyczny i to pod każdym względem. Widok tej procesji przekonał mnie, że udział w życiu contrady to coś więcej niż sposób na spędzanie wolnego czasu. Rywalizacja z innymi znakami jest częścią mentalności sieneńczyków, zatem Palio jakkolwiek przyciąga turystów z całego świata, nie jest przedsięwzięciem wyłącznie marketingowym. Stoi za nim duma z przynależności do konkretnej grupy społecznej oraz poczucie plemiennej lojalności i wierności. Podobno mieszkańcy Sieny otrzymują chrzest dwukrotnie: raz w kościelnej chrzcielnicy, drugi raz w fontannie contrady.

IMG_4974
Fontanna contrady Fali (wł. Onda) symbolizowanej przez delfina. Sierpniowe Palio wygrał dżokej spod znaku Fali, dlatego jeszcze po tygodniu cała dzielnica udekorowana była niebieskimi flagami.

IMG_4978

Reklamy

Tagi: , , , ,

komentarze 4 to “Drugi orszak w Sienie”

  1. Tetryk56 Says:

    Aż dziw, że we współczesnym, zglobalizowanym i rozedrganym świecie istnieją jeszcze takie zwarte mikrospołeczności…
    W naszych okolicach podobne więzy generują chyba tylko grupy kibicowskie – i nie jest to powód do dumy.

    • laudate44 Says:

      Zwarte mikrospołeczności… To prawda, contrady są zdecydowanym socjologicznym fenomenem, choć pewnie w innych włoskich czy hiszpańskich miastach też silne są grupowe więzi. Niewiele o tym wiemy…

      Tak czy owak Siena – słynna z powodu swoich zabytków – ma kolejny powód do dumy. Chociaż… po obejrzeniu kilku filmowych relacji z końskich wyscigów, muszę podkreślić, że Palio to absolutne szaleństwo. No, ale nie ma róży bez kolców.
      Przemarsz contrady Jeża zaintrygował mnie na tyle, że zacząłem o tej tradycji czytać a ułamkiem zdobytych wiadomości dzielę się tutaj.
      Pozdrawiam

      • Tetryk56 Says:

        Myślę, że Palio może dla nas wydawać się równie dziwne, jak pampeluński bieg z bykami… Z jednej strony lokalna tradycja i sposób na skanalizowanie agresji młodzieży, z drugiej – świetny sposób na reklamę miasta i efekt komercyjny 🙂

  2. Wiedźma Says:

    Miałam i ja przyjemność oglądaćprzemarsz Ondy…. i przejęcie tubylców tym marszem. Nie jest to rodzaj współnoty plemiennej ?:)
    Siena jest przytulna…..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: