Obraz miasta

Wydawać się może, że tytuł jest odwrócony, że do Florencji lepiej pasowałoby „Miasto obrazów”. To prawda: zbiory Galerii Uffizi należą do światowej czołówki, tam znajdują się najbardziej znane malowidła włoskiego renesansu, niemała ich liczba wisi w kilku innych muzeach i niepoliczonych kościołach. Ale Florencja to nie tylko freski i obrazy, nie tylko pałace i mosty. Nie tylko David i Duomo.

_MG_4443

Z opisaniem Florencji jest ten kłopot, że niemal wszyscy już tam byli, a przynajmniej o Florencji czytali lub chociażby oglądali zdjęcia. Zdjęcia w małym stopniu oddają klimat miasta, bo klimat tworzą ludzie – ci miejscowi, którzy wychowali się na florenckich podwórkach, turyści z walizkami i fotoaparatami oraz rezydenci, którzy przyjechali do metropolii za chlebem. Nie mam wątpliwości: Florencja jest metropolią, choć może nie wynika to bezpośrednio z liczby stałych mieszkańców (370 tys.) Świadectwem wielkomiejskości jest ilość emigrantów, którym zamożna Florencja daje możliwość zarobkowania. Aby stwierdzić, że napływowej siły roboczej jest tam więcej niż w innych, mniejszych miastach nie trzeba sięgać po statystki – emigrantów widać, bo wielu jeśli nie większość z nich ma ciemną karnację skóry. Pracują w restauracjach, hotelach i sklepach.

Targowisko miejskie Mercato Centrale opanowane jest przez śniadych handlarzy oferujących galanterię, pasmanterię, ceramikę i odzież. Stragany rozstawione w okolicach kościoła San Lorenzo, (niektóre z nich stoją tuż obok wejścia do kaplicy Medicich ze słynnymi rzeźbami Michała Anioła) to właściwie miasto w mieście. Oprócz włoskiego rozbrzmiewają tam języki całkowicie niezrozumiałe, a zakupy lub choćby przechadzka między straganami dają posmak egzotyki, której w tym miejscu byśmy się nie spodziewali. Trudno zgadywać, skąd pochodzą, trzeba przyjąć, że jest to północna Afryka i Azja bliska i całkiem daleka. Handlarz, u którego kupowałem pasek przyznał, że pochodzi z Jordanii. Po angielsku mówił dość słabo, ale znał dwa polskie słowa. Nie przytoczę jakie.

Sam jestem emigrantem, może dlatego dobrze się wśród nich czułem. Nie miałem oporów, żeby zamieszkać w dzielnicy San Marco, gdzie skupisko kolorowych przybyszów jest największe. Pewnego razu, gdy ustał już turkot kół straganów zamykanych na noc w przepaścistych garażach okolicznych kamienic, wracałem do hotelu (prawdopodobnie z nocnego zwiedzania Palazzo Vecchio) i w niepozornej uliczce minąłem grupkę młodzieńców, którzy ustawili się w kręgu i coś nucili. Nucenie przechodziło w śpiew, ale nie był to śpiew napastliwy, żaden tam uliczny hip-hop czy samolubne „Amore mio”. Pieśń, bo nie piosenka, była ciężka od tęsknoty, rytmu w niej prawie żadnego, istotniejszy był podział na głosy i barwa dźwięków. To wyrwani ze swojego świata Nepalczycy zebrali się w tym ciemnym zaułku. Nie żeby popisywać się przed turystami, jak grajkowie i żonglerzy na placu przed Baptysterium. Oni śpiewali dla siebie. Uszanowałem to, poszedłem dalej, niech śpiewają. Znałem ten stan, w epoce przedinternetowej i przedkomórkowej mieszkałem samotnie w pewnym wiejskim domu w hrabstwie Norfolk, nuciłem sobie wtedy „Deszcze niespokojne potargały sad…” i to też był proszę państwa przejaw nostalgii. W chwilach całkowitego znudzenia (TV w tym domu też nie było) śpiewałem, że „dziś prawdziwych Cyganów już nie ma.” Ech, jak ten refren o „dawnym życiu co poszło w dal” brzmiał w pustym pokoju, wysokim na 5 metrów… Skąd wiedziałem, że to Nepalczycy? Nie pytajcie. Wiem i już.

Jest parę innych szczegółów, zdradzających liczną obecność emigrantów we Florencji: kafejki internetowe oferujące tanie połączenia do odległych krajów oraz obecność prywatnych sklepów spożywczych, gdzie sprzedaje się produkty charakterystyczne dla kuchni azjatyckiej, afrykańskiej, karaibskiej itd.
Oprócz ryżu basmati, sosu sojowego i chińskich słodyczy można kupić w nich orzeszki solone, wodę mineralną oraz alkohol, który jest chyba produktem podstawowym. Jeden z takich przybytków prowadzony przez sympatycznych chłopaków o orientalnej urodzie znajdował się w sąsiedztwie mojego hoteliku. Zamykano go dopiero o północy, co bardzo sobie chwaliłem. Tuż przy drzwiach stała chłodziarka z piwem, obok piętrzyły się kartony z chipsami, naprzeciwko pachniało herbatą i kawą instant a najdalszą ścianę zajmował regał z winami. Królestwo Chianti. Księstwo Sangiovese.

Alkoholu pije się w Italii dużo, ale podczas swoich podróży tylko raz widziałem człowieka pijanego i to akurat pod oknem mojego hotelu. O drugiej w nocy, przy padającej mżawce, na środku brukowanej ulicy pojawił się awanturnik wykrzykujący coś w obcym języku. Nie krzyczał ani po włosku ani w żadnym z języków europejskich. Musiało to być jakieś afrykańskie narzecze, bo pijak był czarny jak noc, z daleka przypominał posła Godsona. Nie jestem pewien, czy wspominając ten fakt, nie wyjdę na rasistę. Czy jednak rysując obraz miasta można niewygodne fakty pomijać?

Kiedyś spędziłem w Toskanii dziesięć dni, przez ten okres ani razu nie padało i kiedy wreszcie we Florencji spadł ulewny deszcz, na ulicach natychmiast pojawili się śniadzi chłopcy w sandałach oferujący parasolki lub plastikowe pelerynki. Tego w mniejszych miastach nie widziałem. Bogata Florencja mogła wyżywić także sprzedawców parasolek.

Florencja (25)

Pewnego wieczora trafiłem na plac Santo Spirito, leżący po drugiej stronie rzeki, obok kościoła o tej samej nazwie. Plac tętnił życiem, mimo późnej pory panowała tam atmosfera pikniku. Po odgłosach dochodzących od biesiadnych stołów poznałem, że większość zgromadzonych to Florentyńczycy a przynajmniej Włosi. Turyści nie byliby w stanie stworzyć tak rodzinnej atmosfery, ich gwar byłby inny. Sam żadnego gwaru nie produkowałem, wmieszałem się w tłum, po czym wszedłem do Osteria Gusta na kolację. Wśród lokalnych win oferowanych do posiłku wypatrzyłem chianti o nazwie Clement VII. Podobizna brodacza w purpurze umieszczona na etykiecie nie pozostawiała wątpliwości: tak uhonorowano jednego z wielkich Florentyńczyków, Giuliano Mediciego – papieża dość pechowego. Za czasu jego pontyfikatu Henryk VIII zerwał z papiestwem a protestanccy barbarzyńcy splądrowali i spalili Rzym. Papież, choć ocalał, na kilka lat musiał schronić się w klasztorze w Orvieto.

Ale trzymajmy się Florencji. Historyczne centrum, przez które przewalają się fale turystów staje się po pewnym czasie męczące, dlatego lepiej zapuścić się w rejony pomijane w przewodnikach, wejść pomiędzy zwykłe domy zanurzone w rytmie normalnego miejskiego życia. Urody im nie brakuje, a bez trudu można znaleźć wśród nich lokalną cafeterię, restaurację albo sklep z toskańską ceramiką malowaną w słoneczniki, oliwkowe wzgórza i stylizowane etruskie zawijasy. Pozornie te sklepy oferują to samo – odkryłem jednak pracownię w pobliżu kościoła Santa Croce (kościoły znakomicie się sprawdzają jako punkty odniesienia), której produkty, wysmakowane i niesztampowe mocno różniły się od tego co można spotkać w centrum. Ceramika sprzedawana na bazarach ma niestety wszelkie cechy kiczu. Między Ponte Vecchio a pałacem Pittich pośród dzbanów, kubeczków i talerzy, kły szczerzy duży ceramiczny tygrys i jego czarna siostra puma. Widok doprawdy wstrząsający. Prawie jak ten gołąb pośród talerzy i kieliszków na stole eleganckiej jadłodajni.
Ten już nie był wypalany z gliny, mógł to być kuzyn tego łobuza, który dwa lata wcześniej narobił mi na głowę, gdy robiłem zdjęcia pod okapem Orsanmichele. Na szczęście miałem wtedy chusteczki higieniczne, nie gniewałem się więc na gołębia, a nawet uległem przez chwilę zabobonnemu przeświadczeniu, że ten akt wandalizmu jest zapowiedzią powrotu do Florencji. Bo kto by nie chciał tam wrócić? Większość turystów, aby osiągnąć wymarzony cel podchodzi do dzika z brązu przy Mercato Nuovo i głaszcze go po wypolerowanym ryju. Dzik jest fontanną i nazywa się Porcelino. Nie dotknąłem go, bo uleganie przesądom jest mi organicznie obce, a do Florencji za jakiś czas znowu pojadę. Zobaczyć co już widziałem i to, o czym na razie nie mam pojęcia. To miasto jak Światowid – ma wiele twarzy.

_MG_4551

Reklamy

Tagi: , ,

Komentarzy 12 to “Obraz miasta”

  1. D. Says:

    Drogi Laudate,
    łamiesz konwenanse opowiadań o Florencji (przynajmniej te które znam). Spojrzenie na emigrantów, szczególne tych „międzykontynentalnych” w mieście Medyceuszy to ciekawy temat. Co czują i myślą patrząc na Europę. Czy ich oczekiwania zostały zaspokojone. Ciekawy obszar do obserwacji. Czy ich odwaga i aktywność zostały nagrodzone? A może maja dość! Albo może tak jak Światowid maja wiele twarzy i odczuć. To chyba prędzej!
    D.

    • laudate44 Says:

      Łamanie konwenansów to moje ulubione zajęcie 🙂
      Poza tym tak wiele już napisano o Florencji jako kolebce renesansu, skupisku wspaniałych zabytków i dzieł sztuki, że należało zejść z tego podium i porozglądać się po zapleczu. Życie biegnie naprzód, prosperita miasta przyciąga gastarbeiterów, a wielu z nich mieszkając w pięćsetletnich domach może nigdy nie słyszało o Medyceuszach i Botticellim. Czy są zadowoleni, czy sa szczęśliwi? Nie podejmę się odpowiedzi. Różnie bywa.
      Wiem jedno: dopóki emigranci napływają do jakiegoś kraju/miasta to znaczy, że znajdują w nim lepsze warunki do życia niż w swoich ojczyznach.
      Różnorodność, także etniczna, jest bogactwem. O ile oczywiście nie zostanie zachwiana równowaga demograficzna, jak sie to stało na przedmieściach Paryża lub w Londynie. Ale to osobny rozległy temat.
      Pisania o zabytkach i arcydziełach nie zarzuciłem. Szykuję smakowity temat do porannej kawy. Pozdrawiam

      • D. Says:

        Cieszę się, że nie zarzuciłeś pisania o zabytkach i etc. Wszak te własnie wpisy spowodowały, że tak bardzo zainteresował mnie Twój blog szczególnie w porze porannej kawy. Pozdrawiam serdecznie.
        D.

      • laudate44 Says:

        Niedzielna kawa musi się obejść bez czytania. Za to bardzo możliwe, że w poniedziałek nowy tekst tutaj znajdziesz. Wiem, co mówię 🙂

  2. Tetryk56 Says:

    Widzę, że jednak przekonałeś tekst do posłuszeństwa! No i bardzo dobrze że się dogadaliście 😉
    Spojrzenie na miasto zaiste nietypowe i dobrze, że nie musiałeś do niego tekstu długo przekonywać. Jak w każdym dobrym dziele są tu uczucia, jest odrobina suspensu (po czym poznać Nepalczyka?), są ciekawe obserwacje. Tak trzymaj!

    • laudate44 Says:

      Po czym poznać Nepalczyka? O jedno pytanie za dużo, Tetryku 🙂
      A reszta, jak powyżej: nowy europejski realizm, który ma śniadą twarz albo skośne oczy widać najpierw w miastach dużych i bogatych, potem przyjdzie pora na miasteczka, powiaty i wsie.
      Ale nam już wtedy będzie wsio rawno 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Pytanie było retoryczne, jedynie jako uzasadnienie do tezy o „odrobinie suspensu”.
        Wszak to, że otwarcie nie chcesz czegoś powiedzieć, nie zabrania nam (a nawet zacheca do) snucia domysłów 🙂 😉

  3. cheronea Says:

    Czytam Twoje teksty ze smutkiem i podziwem, bo choć niezwykłe, to wzbudzają moją zazdrość. Dlaczego? Nigdy tych wszelkich cudów nie zobaczę i temu to „smutno mi, Boże” (J. Słowacki). Nie w tym życiu. Choć dopóki nie wyda się ostatniego oddechu wszystko jest możliwe. Kto wie?
    Pozdrawiam 🙂

    • laudate44 Says:

      Cheroneo, nie idź tą drogą! 🙂 Gdybym chciał zaczynać od wyliczenia miejsc, których nie zobaczę, musiałbym przepisać pół atlasu geograficznego.
      Każdy ma jakiś wymarzony Everest, o którym śni po nocach. Ale skoro Everest nie do zdobycia, to może wjechać wyciągiem krzesełkowym na Szrenicę albo pójść do Morskiego Oka. Tam też pięknie. I znika powód do narzekania.
      Pozdrawiam

  4. Wiedźma Says:

    Witaj Laudate 🙂 moja piękna, urzekająca Florencja inaczej opisana….. nie wszystko z tego widziałam własnymi oczami, Nepalczyków tez nie usłyszałam:) Ale dziwnie mi było na tym ryneczku ze straganami pełnymi jakichś ciuchów…. których nie miałam ochoty kupić.
    Niech więc trwa to miasto i zachowa te równowagę, by nie straciło swego charakteru ….

    • laudate44 Says:

      Zapewniam, że Twoja piękna Florencja pozostaje urzekająca. Tej komercji i napływu emigrantów nie byłoby, gdyby nie wspaniałości architektury i sztuki, do których turyści zlatują jak pszczoły do miodu. Słodyczy dla oczu nadal jest tam pod dostatkiem, o zachodzie słońca można stanąć na moście i czerpać łyżkami.
      Zachowując równowagę, of course 🙂

      PS. A mnie stragany się podobały! Szczególnie te z damskimi torebkami i apaszkami.
      Pozdrawiam

      • Wiedźma Says:

        Na pewno się poprawiło i nie było już tak tandetnie…. bo skoro Florencja jest bogata to i handlarzom sie powodzi ?:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: