Miłosz – sezon burz

Skończyłem czytać jedną książkę i w tym czasie zamówiłem drugą. Oba tytuły zbiegły mi się w jeden. Ale to nie efekt roztargnienia.

Rzecz przeczytana to biograficzna książka Andrzeja Franaszka pt. “Miłosz” wydana przez krakowski ZNAK. Nie owijając w bawełnę: to najlepsza moja lektura tego roku.
Na tym mógłbym rekomendację zakończyć wymawiając się tym, że o Miłoszu napisano już tyle i tak mądrze, że każda kolejna notka zniknie w morzu internetu bez śladu. Jednak zdecydowałem się na spisanie, niejako na marginesie biografii, własnych obserwacji. Przewrotnie i świadomie nadałem im tytuł zapożyczony od Sapkowskiego. Lektura obszernego dzieła Franaszka (750 stron plus przypisy) nie pozostawia wątpliwości, że długie i barwnie opisane życie polskiego Noblisty przypadające na dwie wojny światowe, czas „zimnej wojny” i upadku komunizmu było pełne burz: historycznych, środowiskowych, zawodowych i wreszcie osobistych. 93 lata życia Miłosza to bez dwóch zdań był sezon burz.

Czyta się tę książkę łatwo, Andrzej Franaszek do faktów ogólnie znanych dołącza te mniej znane, zebrane podczas żmudnej, dziesięcioletniej pracy badawczej. Nie złożył z nich biografii fabularyzowanej ani rozprawy o twórczości wielkiego pisarza. Skupił na prześledzeniu jego życia „od kołyski po grób” a po cytaty z bogatej twórczości i pozostawionych listów sięgał wtedy, gdy motywowane to było koniecznością objaśnienia historycznych i osobistych okoliczności, popychających Miłosza do kolejnych wyborów, wyzwań i ucieczek. Uczciwie pokazał Czesława Miłosza jako człowieka pełnego sprzeczności i lęków, któremu trwające do późnej starości rozterki duchowe i potyczki z historią nie przeszkadzają w podróżach, polowaniach, romansach i popijawach.

Bez wdawania się w oceny swojego bohatera Franaszek odsłania jego obsesje, potrzebę poklasku i gwałtowność, które to cechy szły w parze z pracowitością, intelektualną głębią, dociekliwością i altruizmem. Miłosz podobno bronił się przed całkowitym odkrywaniem spraw osobistych, być może biograf z własnej woli coś przemilczał, odpierając pokusę epatowania skandalem i sensacją. Nie mamy jednak poczucia braku elementów w układance – portret pisarza jest ludzki, arcyludzki. To pełny obraz genialnego artysty targanego sprzecznościami, zapytującego siebie i swoich czytelników o szereg spraw z najwyższej półki pojmowania i doznawania – czegoś na granicy wiedzy, przeczucia, wiary i refleksji, nieraz gorzkiej refleksji. Z burzliwej toni życiowych perypetii, cierpień i zaszczytów wyłania się samotny poeta, którego najważniejszym pytaniem było obsesyjne pytanie o sens ludzkiego istnienia.

Jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że możemy przeglądać się w życiu Miłosza jak w lustrze, możemy podziwiać jego hart ducha, czerpać naukę z jego doświadczeń. Mądre słowa możemy nagradzać myślooklaskami lub przeciwnie: nie rozumiejąc niektórych postępków małego Czesia, dorosłego Czesława i sędziwego Noblisty, możemy krzywić usta i pytać „dlaczego?, „jak mogłeś, Ty taki wielki…?” Owszem, mamy ten komfort. Miłosz musiał sobie zdawać sprawę, że wystawia swoje życie na surowy nieraz osąd a jednak się nie bronił. Może wierzył w czytelniczą wyrozumiałość: żaden człowiek nie wie od początku, że jest wielki i mu nie wypada boksować się z małością.

W przypadających na lata międzywojnia czasach studenckich Miłosz uważał siebie za socjalistę i postępowca. Jako świadek żydowskich pogromów i wprowadzania „getta ławkowego” Miłosz zwalczał ruch narodowo-katolicki i obruszał się na jego intelektualną miałkość.

Rozruchy antysemickie i Zygmunt August [wystawiane w tym czasie w Wilnie przedstawienie teatralne]. To zestawienie wywołuje eksplozje w mojej wyobraźni. (…) Spokojne móżdżki sadzone na miękko wykonują jedynie najprymitywniejsze funkcje. Bić, bo Żyd. Chwalić, bo Wyspiański. Zrozumieć prawdę współczesności i przestraszyć się – to już za trudny kunszt.

W późnych latach trzydziestych, gdy antysemityzm przybierał na sile a wileńscy przywódcy ruchów endeckich jawnie sympatyzowali z ideologią Hitlera (nazywając go ojcem chrzestnym) Miłosz brzydził się ich do tego stopnia, że postulował, aby ludzie prawdziwie wierzący stawali się “kryptokatolikami”, co miałoby ich uchronić od zaliczenia do grona rozwrzeszczanych “endeckich małp”.
Nie dziwi postawa młodego, ideowego Miłosza. Nie dziwi tym bardziej, że w naszych czasach niejeden z polskich katolików zakrywa twarz ze wstydu słysząc pełne ignorancji i arogancji słowa biskupów.

Z większym, jak sądzę, trudem przychodzi nam zrozumieć rozterki Miłosza tuż po tym, gdy podjął decyzję o zerwaniu z reżimem Bieruta i pozostaniu we Francji. Rzecz miała miejsce w roku 1951, była przyczyną wielkiej frustracji komunistów oraz posłusznych im pisarzy, którzy wylewając na uciekiniera wiadra pomyj zarzucali mu brak uczuć patriotycznych, interesowność i chęć służenia Ameryce – wtedy największego wroga sowieckiego bloku. Najdziwniejsze było to, że Miłosz sam w te oskarżenia wierzył i hodował w sobie poczucie zdrady, choć bardziej dojmująca musiała być samotność i lęk o najbliższych. Całkiem realna musiała być także obawa o własne życie – stalinowska władza nieskłonna była do wybaczania odszczepieńcom. Na łamach prasy emigracyjnej dawał odpór oszczercom, ale smrodek zdrady ciągnął za sobą przez wiele lat. Zasiedziała w Londynie emigracja polska podejrzewała byłego dyplomatę o szpiegostwo, z kolei intelektualiści francuscy zaczadzeni propagandowymi bajdami o „władzy ludu” i zaprzeczający istnieniu syberyjskich łagrów desperacki krok poety poczytali jako policzek zadany ich ideałom.

Opuszczając z walizkami budynek ambasady poeta miał nadzieję na rychły wyjazd do Ameryki, gdzie czekała na niego żona z dwójką synów. Tak się nie stało. Liczne donosy słane do ambasad przez “zdradzonych o świcie” obrońców stalinizmu spowodowały, że administracja USA długo odmawiała wizy desperatowi. Miłosz przypłacał to pijaństwem, awanturami i huśtawką emocjonalną, miał bowiem przekonanie, że wyczekiwany skądinąd wyjazd do Ameryki przetnie jego związki ze środowiskiem literackim, na zawsze pozbawi możliwości pisania. Dlatego absolutnie źle znosił tę wolność, pełną podejrzliwości i poczucia osaczenia.

Czterdziestoletniemu Miłoszowi wydawało się, że przyjmując schronienie w paryskiej „Kulturze” rzuca się w wir zatracenia i jednocześnie odcina się od potęgi, której nieubłagana historia przyzna panowanie nad światem. Przez sześć lat zmagał się z poczuciem winy. Z perspektywy czasu, pamiętając późnego Miłosza swobodnego, pełnego werwy i swady trudno uwierzyć, że tak szeroki umysł nie umiał sobie poradzić z zestawem wpojonych mu pojęć, powiedzmy sobie szczerze, pojęć anachronicznych. Dla kogo dziś przynależność środowiskowa, wspólnota narodowa czy ujęta w komunistyczne kleszcze odmiana patriotyzmu byłaby przeciwwagą dla osobistej wolności i zapewnienia bytu rodzinie? Wiem, teraz łatwo się wymądrzać. Miłosz był idealistą – chciał być wierny przyjętym prawdom, mimo tego, że ci którzy tymi prawdami samozwańczo zawiadywali i żonglowali okazali się oszustami i zbrodniarzami. (To uwikłanie i niemożność zdarcia z siebie ideologicznego plastra dotyczy nie tylko Miłosza, nie tylko tamtych czasów i nie tylko komunizmu. To przypadłość uniwersalna, dzięki której chore ideologie funkcjonują)

Ale wróćmy do lat trzydziestych, kiedy, mając na koncie pierwsze osiągnięcia literackie, Miłosz czuje się coraz bardziej mieszkańcem Europy i jedzie do Włoch. Epizod może błahy, ale odnotowałem go dlatego, że dotyczy relacji z architekturą i sztuką. Wileński poeta i erudyta był na nie wrażliwy, ale po swojemu, to znaczy zachwycał się, polecał obejrzenie, ale żadnej z nich nie umieszczał na piedestale. Największą wartością był dla niego człowiek i jego zmagania z losem.
Wizyta w Orvieto i Sienie zaowocowała kilkoma notatkami i wierszem „A Siena spada w blask” jednak ich autor nie poddał się urodzie zabytków w tym samym stopniu co Iwaszkiewicz, (autor przedwojennych szkiców z Włoch) albo Herbert, który włoskie skarby oglądał dwadzieścia parę lat później a do Orvieto, z pasja opisanym w „Barbarzyńcy…” pojechał właśnie za namową Miłosza. Sam Miłosz nie odżegnywał się od zachwytu nad toskańskimi krajobrazami i trwałością ceglanego piękna Sieny. Zastrzegał jednak, że Włochy “to jest zmaterializowany sen, którego my śnić nie możemy”. Silniejszy od estetycznych uniesień był niepokój o stojącą na skraju wojny ojczyznę.

Przywołany Zbigniew Herbert był przez autora „Traktatu poetyckiego” wcześnie dostrzeżony i doceniony. Starszego kolegę zza Atlantyku Herbert przez wiele lat nazywał swoim Mistrzem. Był świadom, że obcuje z umysłem wybitnym czemu wielokrotnie dawał wyraz w listach. Wiedział też, że swoją międzynarodową sławę (i wierszówki) zawdzięcza bezinteresownej przyjaźni Miłosza, który wiersze Herberta tłumaczył na angielski i zabiegał o ich publikację (m.in. u Thomasa Mertona).

Jednak Herbert w swoim zapewne mniemaniu był poetą „niepokornym”, w tym sensie, że dławiło go poczucie wdzięczności i aby je z siebie zrzucić prowokował sprzeczki z Miłoszem. Ostatecznie podczas wizyty w Ameryce wywołał po pijanemu awanturę, oskarżając Miłosza o brak patriotyzmu, niechęć do AK i generalnie zdradę wartości narodowych. Był rok 1968. Przyjacielskie więzi między poetami zostały na długo zerwane. Dla Miłosza od paru dekad mieszkającego poza krajem był to znak, żeby ludzi pokiereszowanych przez opresyjny system komunistyczny traktować z większą ostrożnością, bo zawiść mąci im myślenie.

Czas goi rany, więc po latach sędziwy i spełniony poeta wspaniałomyślnie wybaczył Herbertowi jego wybryk. Wybaczył też swoim opluwaczom z lat pięćdziesiątych, gdy niczym ujadające pieski łańcuchowe pisali na niego paszkwile. Nie miał nawet żalu do Andrzejewskiego, który (chyba też nie całkiem trzeźwy) stwierdził w 1980 r., że Nobel bardziej niż Miłoszowi należał się jemu. (!)

W obszernej Biografii nie zabrakło relacji o okolicznościach przyznania Miłoszowi tej zaszczytnej nagrody. Nie od rzeczy będzie je przypomnieć, żeby raz na zawsze rozwiać wątpliwości narosłe wokół tego wyróżnienia.

Dla obywateli PRL-u werdykt Komitetu Noblowskiego w 1980 roku był gromem z jasnego nieba. Większość z nas nigdy nie słyszała nazwiska Miłosz, a tu nagle komunikat, że nagroda. Służba Bezpieczeństwa już taka zaskoczona nie była – jeszcze w lutym podjęła działania zmierzające do „zneutralizowania skutków” przyznania literackiego Nobla znienawidzonemu pisarzowi emigracyjnemu. Oni wiedzieli, że coś się dzieje…
Decyzję o uhonorowaniu Czesława Miłosza prestiżowym wyróżnieniem podjęto w Sztokholmie w maju 1980 roku, na trzy miesiące przed strajkami gdańskimi. Komunikat Akademii Noblowskiej wydany tradycyjnie we wrześniu poprzedziły paroletnie zabiegi redaktora Giedroycia, który mobilizował tłumaczy i dbał by szwedzko- i anglojęzyczne wydania pism profesora z Berkeley docierały do właściwych bibliotek. Nie mogło to ujść uwadze wywiadowców, słusznie obawiających się radykalizacji społecznych postaw i ożywienia dążeń wolnościowych po ogłoszeniu werdyktu. Takie są fakty z kalendarza – powtarzanie bzdur o tym, że za nagrodą literacką stanęły względy polityczne jest nieuprawnione, pachnie złą wolą lub co najmniej niewiedzą.

Zderzenie nagrodzonego i fetowanego poety z karnawałową rzeczywistością końcówki roku 1980 i niemal całego roku 1981 okazało się dlań radością i wstrząsem. Z jednej strony nie krył fascynacji zrywem robotników, odwiedził Stocznię Gdańską, z drugiej zaś pamiętał atmosferę lat trzydziestych, w której lęgły się ideologiczne upiory nacjonalizmu. Walące na spotkania autorskie tłumy oczekiwały od Miłosza nie tego, czym on dysponował; chciały w nim widzieć nie tego, kim on zgadzał się być.

Naprawdę nie nadaję się do roli promotora polskiego nacjonalizmu, a na który się kroi, tym, co piszą do mnie listy i zbierają autografy do głowy nie przychodzi, że ktoś może być kimś innym niż Polak katolik.

– żalił się w liście do Jerzego Giedroycia.

Podczas takich spotkań, świadom obecności agentów bezpieki, zbywał jak mógł pytania o politykę, wierząc jednocześnie, że to rozdygotanie, nawet chwilowo zduszone doprowadzi do przemian „trwalszych niż wszystkie junty”.

Dekadę później, gdy bywał w Polsce często i miał już pełniejszy obraz społeczeństwa, które po odrzuceniu jarzma komunizmu szukało innego spoiwa, znowu wykazał się dalekowzrocznością. W liście do przyjaciół we Francji ubolewał, że po odsunięciu wpływów sowieckich w Polsce “może się tak zdarzyć, że kler będzie celebrować obrzęd narodowy, kropiąc świecąc egzorcyzmując, ośmieszając się zarazem swoim tępieniem seksu, a tymczasem będzie postępowało wydrążanie się religii od wewnątrz”.
To słowa Miłosza z roku 1991, kiedy mało kto zdawał sobie sprawę z konsekwencji przejęcia władzy politycznej przez opcję powiązaną z Kościołem katolickim a władzy nad umysłami Polaków przez tenże Kościół schowany za dobrotliwą twarzą Jana Pawła II.

Dziś widać, jak groźnie materializują się miłoszowe przewidywania, że “ formy przedwojennej mentalności przechowały się w komunistycznej zamrażarce i teraz znów dojdą do głosu”. Starego mędrca – Miłosz miał już wtedy ponad 80 lat – nie zwiodły nacechowane pobożnym myśleniem (albo wynikające z wyrafinowanej strategii) deklaracje o dojrzałości narodu pod jedynie słusznym kierownictwem Kościoła. Dlatego Miłosz, także w trosce o Kościół, w którym mimo wszystko widział powiernika nauk Chrystusa, pozwalał sobie na publiczne napomnienia i krytykę. Wszak jego szacunek dla religii i głębokie duchowe zaangażowanie, któremu dawał wielokrotnie wyraz w wierszach nie mogły budzić podejrzeń o niechęć do KK. W odpowiedzi prymas Glemp porównał przestrogi Miłosza do szczekania podwórkowych kundelków. Jak pokazują ostatnie lata, miesiące a nawet ostatnie tygodnie, to Miłosz miał rację w ocenie sytuacji w Polsce i polskim Kościele.
Choć pewnie wolałby jej nie mieć.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie.
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie
Innego konca świata nie będzie.

Gdyby ktoś chciał tekst skopiować i publikować w innym miejscu – koniecznie proszę wcześniej zapytać.
http://www.laudate44@gmail.com

Reklamy

Tagi: , , , ,

Komentarzy 16 to “Miłosz – sezon burz”

  1. Wiedźma Says:

    Nie przeczytałam Twojego tekstu….. bo sama czytam tę biografię Miłosza i nie chcę sie poddać Twojej opinii ! A przekonywać umiesz….
    Mam tę książkę od jakiegoś czasu i „czytam mi się ” bardzo wolno.. Chyba wolałabym ją mieć w 2 tomach….. Dlaczego ? Bo przez swoją jednotomową postać jest niewygodna, trzeba ją czytać przy stole, a ja czasem lubię z książką połazić po domu 🙂
    Miłosz…. to ” rozległe zagadnienie”……

    • laudate44 Says:

      A skoro tak, to się nie poddawaj! 🙂 Może po lekturze Franaszka wrócisz tutaj żeby dokonać porównania.
      Miło, że jesteś w temacie 🙂 Ale obiecaj, że następny wpis przeczytasz 🙂

  2. Tetryk56 Says:

    A ja, nie mając w rękach książki, całkowicie poddałem się twojej opinii! 🙂

    • laudate44 Says:

      Oj, chyba nie było tak trudno się poddać, zwłaszcza, że wiele z zawartych tu opinii wcześniej z Tobą konsultowałem. I zazwyczaj się zgadzaliśmy.
      Nie pamiętasz? 🙂

  3. Hirundo Says:

    Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam Twoje rozważania o Czesławie Miłoszu wiedzione „Biografią” Andrzeja Franaszka. Świetnie, że je ocaliłeś przed rozproszeniem. Dzięki temu także ja poświęcam uwagę Mistrzowi, w którego dziele, jak w soczewce, uwieczniła się niemal stuletnia „przygoda człowieka myślącego”. Naszą rolą jest pamiętać, nie zapominać, czerpać. Zakończyłeś słowami z „Piosenki o końcu świata”. Jest jeszcze „Piosenka o porcelanie” z równie pojemną metaforą:

    Niczego mi proszę pana
    Tak nie żal jak porcelany.

    Żeby nam nie było żal, czytajmy także Miłosza.
    Dziękuję, Laudate. Pozdrawiam z drugiej strony Śnieżnika 🙂

    • laudate44 Says:

      Masz rację Hirundo – czytając Biografię uświadomiłem sobie, jak wielki był wkład Miłosza w nasz ogląd i rozumienie świata. Pisał po polsku, możemy czuć się uprzywilejowani, że mamy dostęp do jego gigantycznego dorobku. Niestosownością byłoby z tego przywileju nie skorzystać. 🙂
      Pozdrawiam
      P.S. Na początku tekstu pomyliłem imię pana Franaszka z imieniem Herberta. Teraz już poprawiłem (także w twoim komentarzu) żeby nie było wątpliwości, że pracowity biograf poety ma na imię Andrzej.

  4. Hirundo Says:

    Mój Miłosz musi poczekać na swoją kolej, bo powracanie do niego jest czymś oczywistym. Zaczynałam od samizdatów, gdy jego twórczość była na indeksie. Pamiętam, jak drażniły mnie niefachowe składy. To dawne czytanie dopomina się o odświeżenie. Mocno mnie zainspirowałeś – nie pierwszy już raz. Przy okazji listopadowej zadumy rozpromienia mnie fakt, że nie tylko Horacy miał podstawy do twierdzenia „non omnis moriar”.

    • laudate44 Says:

      Ja powielaczowych (autentycznych) wierszy Miłosza sobie nie przypominam. Za to pamiętam, że w stanie wojennym krążyły jakieś gazetki, w których oprócz tekstów bogoojczyźnianych i złorzeczenia na WRON zamieszczano dość toporne rymowanki polityczne podpisane oczywiście – Czesław Miłosz. Na szczęście miałem dobrego polonistę, który raz skorzystał z okazji i zrobił nam wykład o tym, jak odróżnić propagandę od poezji.
      PS. Czy Horacy miał na imię Zbigniew? 🙂

  5. Stanisław Błaszczyna Says:

    Wyobraź sobie Laudate, że „Biografię” Miłosza skończyłem przedwczoraj (tylko dlatego o tym wspominam – bo uderzył mnie ten zbieg okoliczności 😉 )
    Podzielam Twoje zdanie, że jest to książka znakomita. Niedawno przeczytałem też rzecz Domosławskiego o Kapuścińskim – więc mam pewne porównanie, które chyba jednak wypada na korzyść dzieła Franaszka (chociaż „Kapuścińskie non-fiction” też jest przecież książką bardzo dobrą – tyle że, moim zdaniem, ciut za dużo w niej Domosławskiego, a ściślej: jego podskórnej oceny osobistej Kapuścińskiego).

    Świetny tekst napisałeś o tej książce – wart przeczytania zarówno przez kogoś, kto tę pozycję zna, jak i (zwłaszcza) przez tych, których obszerność tej biograficznej „cegły” nieco od jej przeczytania odstrasza. Wg mnie zupełnie niepotrzebnie, bo Franaszek dokonał rzadkiej sztuki pisania ciekawie i z sensem, nie rezygnując przy tym z próby ukazania istoty (a i wielkości) twórczości Miłosza. (Mnie samemu obfitość cytatów się podobała – bo to był jakby stały, bezpośredni, namacalny, duchowy, intelektualny kontakt z żywym poetą.)

    Widzę, że w swoim tekście zaakcentowałeś (na koniec) obawy Miłosza co do jakości polskiego katolicyzmu (co, jak mniemam, koresponduje z Twoim antyklerykalizmem i osobistą niechęcią do KK ;)) a jednak nie to, moim zdaniem, dominuje wątki myśli, światopogląd i historię jego życia – nazwę to: intelektualno-duchowego (wg mnie ważniejszy był tu swoisty anty-nacjonalizm Miłosza i jego zawieszenie w języku raczej, niż w polskości – jakkolwiek „polskość” by nie traktować).

    Dużo by pisać.
    Może więc podkreślę tylko: Wielka Postać, tym, większa, że uwikłana w „małe” ludzkie słabości i sprzeczności – a wszystko na tle epoki, która była – jak pęknie to wychwyciłeś – jednym wielkim sezonem burz.
    Dla mnie, na dodatek, ciekawa jeszcze z jednego względu: a mianowicie z powodu związku poety z Ameryką, który (z wiadomych względów: sam bowiem jestem emigrantem) interesował mnie bardzo, zwłaszcza od zapoznania się z jego „Widzeniami nad Zatoką San Francisco”.

    Pozdrawiam

    • laudate44 Says:

      Witaj Staszku, dziękuje za cenny głos, miło, że się zgadzamy w ocenie tej książki i jej bohatera. (Byłbym zdziwiony, gdybyśmy się nie zgadzali 🙂 )
      Swoje uwagi o Biografii zakończyłem wprawdzie małym wywodem o postrzeganiu przez Miłosza polskiego katolicyzmu i podnoszącego głowę nacjonalizmu, ale nie przecież nigdzie nie sugerowałem, że ten aspekt jego pisania uznaję za najważniejszy. Jak zauważyłeś, biografia Noblisty, z powodu jego długiego i barwnego życia, jest bardzo obszerna i wielowątkowa. Do tego jeszcze tło historyczne i odniesienia do literatury i literatów. Jest w czym wybierać, o czym sam wiesz, zwracając baczniejszą uwagę na związki poety z Ameryką.
      Przyznaję się do subiektywizmu.
      O ile pan Franaszek musiał trzymać się chronologii i tzw. prawdy naukowej, ja pozwoliłem sobie na swobodny wybór kilku kwestii, które najmocniej przykuły moją uwagę ( opinia Miłosza o Włoszech, które są „jak piękny sen”) lub wydały się bardzo aktualne. A nie ma nic bardziej aktualnego niż obecne polskie wzmożenie kato-nacjonalistyczne oraz upadający autorytet Kościoła katolickiego.

      Miłosz „nie był prorokiem, bo miał inne zajęcie” ale widział te zagrożenia i jako osoba publiczna decydował się o nich mówić.
      Czym oczywiście ściągnął na siebie nienawiść prawicowych polityków chodzących na kościelnym pasku. To dość symptomatyczne zjawisko i daleki jestem od tego, by je marginalizować. Gdyby wtedy posłuchano Miłosza, gdyby w kontrze do Kościoła odezwał się wyraźny głos w jego obronie, Polska mogłaby być teraz inna. Lecz skoro społeczeństwo nie odczytało za stosowne bronić autorytetu (jednego, drugiego, trzeciego – niszczonych sukcesywnie i planowo), i pozwoliło by siły prawicowo-zaściankowe umocniły się na swoich pozycjach, Polska cierpiąca na wieczną niedojrzałość, musi po raz kolejny przechodzić przez czyściec katolicko-narodowego zaczadzenia.
      Sorry za patetyczny ton, ale inaczej wyszłaby wypowiedź zbyt rozwlekła.

  6. Hirundo Says:

    W drugim obiegu czytałam „Rodzinną Europę” i „Zniewolony umysł”. Jeśli dobrze pamiętam wydane przez Nową (Niezależna Oficyna Wydawnicza). Pierwszą książką „legalną” jaką udało (!) mi się zdobyć, była „Dolina Issy”. W tamtym czasie (lata 80.) w kolejkach trzeba było stać także w nocy, a napierający tłum wybijał szyby wystawowe. Byłże to głód literatury, czy sensacji?
    PS Horacy miał na imię Quintus 🙂

    • laudate44 Says:

      Może źle odgaduję po latach, ale wydaje mi się, że szukano „pokrzepienia serc”, oraz pewnej nobilitacji połączonej z satysfakcją, że komuna poniosła wizerunkową klęskę.
      Pozdrawiam

  7. perpedes247 Says:

    Warto wspomniec dokladniej powod tej sprowokowanej przez Herberta awantury u Carpenterów i naświetlic miloszowskie sympatie. Bynajmniej nie byl nim nieznosny ciezar wdziecznosci…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: