Popołudniowe smakowanie w Ravennie

_MG_4077 Wracałem do pensjonatu, najpierw autobusem, później pieszo. Tym razem już nie błądziłem, byłem niemal u siebie. Im bliżej było do brukowanego zaułka, tym bardziej błoga wydawała mi się perspektywa odpoczynku w gościnnych zakamarkach. Uciekałem od miasta, choć nie było ono brzydkie ani szczególnie hałaśliwe. Ot, chciałem dłużej pomieszkać w wynajętym lokum. Oprócz sypialni z łazienką do dyspozycji miałem kuchnię z przeszkloną jadalnią, malutkie wewnętrzne podwórko i taras, na którym stał stolik i krzesełko. Nie było ważniejszej rzeczy na świecie jak posiedzieć przy tym stoliku i na tym krzesełku, pogapić się na niebo ponad dachami, na wiązki słonecznego światła przenikające zielone pnącza żywopłotu. Fajnie też było przymknąć oczy i wtopić się w ciszę, w jakiej trwał pensjonat.

_MG_3889

Nazwałem go swoim ekologicznym sanktuarium. Nie było tam luster w złoconych ramach, nie było marmurowych blatów w łazienkach ani kryształowych żyrandoli. Ani śladu pretensji do najnowszych trendów i popularnych wzorów. Wnętrza urządzono powściągliwie i ze smakiem, w sam raz, żeby goście mogli odpocząć od nadmiaru wrażeń. Tego było mi trzeba po intensywności Wenecji i świątyniach Ravenny. Miałem dość estetycznego wzmożenia, turystycznego zgiełku, dość symboliki średniowiecza i bizantyjskiego patosu. Czułem potrzebę zanurzenia się w teraźniejszości, w swojskości i banalności.

_MG_3896Fenomen tego miejsca polegał na tym, że było kompletne i całkowite. Jak wino „pełniej rozbudza w nas ludzkość” (znowu Bieńczyk) tak moje sanktuarium miało wszystko, co potrzebne, żeby poddać się niewymuszonej medytacji. W takim organicznym przybytku nie wypadało głośno mówić, nawet spryskać się dezodorantem byłoby świętokradztwem.
Telewizor już wczoraj odłączyłem z sieci, do paplaniny z radia nie tęskniłem, za muzykę wystarczały odgłosy wody spadającej na dno brodzika, wyłożonego, a jakże, mozaiką. Do mycia zwykłe mydło, żadne tam żele czy pachnące kremy. Zajrzałem do kuchni. W popołudniowym słońcu rozjarzyła się smukła butelka z oliwą przystrojona gałązką rozmarynu. Dominujące rano błękity i biele ustąpiły ciepłym odblaskom lakierowanego drewna. Imbryczki stały na swoich miejscach, talerzyki na swoich, rustykalny kredens udawał scenę miniaturowego teatrzyku. Aktorami były kubki, filiżanki i pękate cukiernice a wiszące nad nimi sztućce stanowią kurtynę, która opadnie lada chwila.

_MG_3890

Skromne dekoracje bardziej były aluzją i pastiszem niż dziełami sztuki. Na ścianie niewielkiego wewnętrznego podwórka, obok blaszanego wiadra naklejono mozaikę przedstawiającą detal z kościoła św. Apolinarego. Ale jaki detal! Wcale nie głowy świętych, wcale owieczki i połyskujące rubinami kielichy. Mozaika przedstawiała szarobiałą zasłonkę – jedną z tych, które „wiszą” w oknach mozaikowego pałacu cesarza Teodora. Początkowo między kolumnami artysta umieścił postaci świętych, potem z powodów religijnych zamaskowano je kurtynkami. Ale aureole można jeszcze dostrzec:

Na popołudniowe medytacje wybrałem drewniany taras między moim pokojem a brukowanym zaułkiem. Nie studiowałem już map ani przewodników, schowałem je na dno walizki. Wystarczała mi lektura „Kronik wina” i celebracja pobytu w miejscu tak uroczym, danym mi prawdopodobnie jako bonus za wcześniejsze trudy i podchody. Nie obyło się bez rozważań na temat roli przypadku w tym wszystkim. Przecież równie dobrze mogłem znaleźć się w jakimś wypłowiałym hotelu z recepcją, dzwonkami windy, hałaśliwymi sąsiadami i buczącymi klimatyzatorem.

_MG_4063

Siedziałem więc na ogrodowym krzesełku, zastanawiając się (nie po raz pierwszy w życiu) nad możliwościami słówka „gdyby”. Wiadomo, że gdybanie nigdzie nie prowadzi, ale co szkodzi dać wyobraźni trochę swobody. Przykładanie słówka „gdyby” do istniejącego stanu rzeczy niemal zawsze pozwala dostrzec jakąś alternatywę. A wnikliwe, mam nadzieję, że bywam wnikliwy, przyglądanie się historii prowadzi też do wniosku, że gdyby nie było w niej rzeczy złych, prawdopodobnie nie byłoby szans na te dobre. Wielka sztuka powstała z kaprysu możnych panów, którzy bezlitośnie łupili poddanych. Gdyby nie było religii, nie zbudowano by świątyń – tego byłoby szkoda. Lecz z drugiej strony: gdyby jakimś cudem ludzkość nie ulegała religijnym fanatyzmom obyłoby się bez większości wojen, na pewno nie byłoby wypraw krzyżowych, zagłady Katarów, polowań na czarownice i płonących stosów Inkwizycji.

Imagine – śpiewał John Lenon. Nie on jedyny tęsknił za rzeczywistością utopijną. Mnie rozważania o alternatywach doprowadziły do analizy przysłów. Weźmy takie: „Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała”. Ludowa mądrość ma rację ale przysłowie nie wyczerpuje innych następstw. Gdyby kózka nie skakała, to z braku ruchu obrosłaby tłuszczem a jej życie byłoby okropnie nudne. Więc chyba lepiej skakać i ryzykować uszkodzenie kopytka, skoro i tak będzie co ma być. Skoro już o kopytkach: gdyby Koziołek Matołek nie marzył głupio o podkowach z Pacanowa, nigdy nie wyruszyłby w podróż dookoła świata. Z drugiej zaś strony, po tym „co przeżył i co widział” Matołek niechybnie poddał się leczeniu urazów wywołanych podróżnym stresem.

Mnie to nie groziło, wszak odpoczywałem. Za to zaczął mi dokuczać głód. Ruszyłem do znajomego baru na kolejną porcję makaronu z aromatycznym sosem. Wczorajszy zostawił tak miłe wspomnienie, że naturalna wydała się chęć na powtórkę. Przeglądając kartę dań, w ostatniej chwili zmieniłem zdanie. Co szkodzi spróbować czegoś nowego. Gdy pojawiła się pani Monica, wskazałem palcem na drugą pozycję w rubryce PESCE, ona uśmiechnęła się na znak, że zrozumiała i że to dobry wybór. Zapytała jakie wino, z miną światowca odpowiedziałem bianco, wszak do ryb pije się wyłącznie białe. Kelnerka uśmiechnęła się ponownie i odeszła na zaplecze.

Przyjąłem zasadę, aby w podróży nie dawać się zaskakiwać niespodziewanym okolicznościom. Tak było i tym razem, gdy promieniejąca szczęściem pani Monica postawiła przede mną gorącą ceramiczną misę z opiekanymi krewetkami, a obok talerz z frytkami. Podziękowałem grzecznie, zrobiłem minę, jakbym właśnie takiego dania oczekiwał, a przecież nadziane na patyki żyjątka budziły we mnie odrazę. Odwijając widelec z serwetki przyglądałem się sterczącym, zgrillowanym odnóżom i czułkom. W stresie odruchowo sięgnąłem po kieliszek wina. Do tej pory udawało mi się nie jeść stworzeń morskich innych niż ryby, miałem się za faceta, który stroni od frutti di mare, bardziej zresztą z powodów estetycznych niż smakowych. Nigdy też nie kusiło mnie, żeby spróbować modnego sushi. Wiecie, gdzie mam modę.

Tym razem nie mogłem ominąć przeznaczenia. Tłumaczyłem sobie, że nie chcę robić przykrości pani kelnerce a w gruncie rzeczy wstydziłem się przed sobą głupiej pomyłki. No tak, już będę wiedział, że gambero nie jest nazwą lokalnej ryby, tylko niewielkiego żyjątka zwiniętego jak embrion, po angielsku zwanego shrimp albo prawn (tych nazw w karcie dań niestety nie było), a po polsku krewetka. Ostrożnie zabrałem się za kosztowanie domniemanego smakołyku. Po kilku kęsach przekonałem się, że krewetki smakiem niewiele różnią się od opiekanych ryb. Dramatu zatem nie było, pochłonąłem niemal całą porcję, pogryzłem frytkami. Ech, mówiłem sobie, przepłukując usta wodą i winem, Bear Gryls, specjalista od sztuki przetrwania nie takie rzeczy konsumował. Podziękowałem pani Monice za porcję pożywnych protein, zapłaciłem, wyszedłem. Pozornie wszystko było w porządku, ludzie jedzą krewetki, dlaczego miałbym się upierać przy ich nie jedzeniu, skoro są smaczne? Z powodu ich wąsów? Oj tam.

Reklamy

Tagi: , , ,

komentarze 3 to “Popołudniowe smakowanie w Ravennie”

  1. laudate44 Says:

    Z tej opowieści wynika ciąg dalszy, któremu nadałem tytuł „Hermes nocą” . Po lekturze całości, domyślicie się, że podział wynika nie tylko z objętości tekstu 🙂

  2. Wiedźma Says:

    Ale krewetkom się nie oparłam! Jako żywo przypomniały mi ośmiorniczki… takie różowiutkie. Raz zjadłam taką nieszczęśnicę, nie zdołałam więcej pokonać niechęci do specyficznego zapachu……
    Ludzie to lubią, zupełnie jak głosiło studenckie powiedzonko, że jedni lubią pomarańcze, a inni……jak im nogi śmierdzą 😦
    Opis pensjonatu…… czarujący !

    • laudate44 Says:

      Nie będę ukrywał, że w dwu najnowszych wpisach mieszają się „fakty i mity”. Nietrudno zauważyć, że gdzie przeważają fakty, a gdzie mity 🙂
      Krewetki podane przez p. Monicę już nie były różowe. Temperatura pieca odbiera im tę barwę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: