Galeria Akademia

Od dawna ostrzyłem sobie zęby na obrazy z weneckiej Galerii Akademia. Ich reprodukcje znajdowałem w licznych książkach i obiecałem sobie, że kiedyś pojadę popatrzeć na oryginały. Udało się, ale przekraczając próg galerii, nie pamiętałem, jakich konkretnych dzieł mam wypatrywać. Na szczęście muzeum jest nieduże, podczas jednej wizyty mogłem zobaczyć niemal wszystko, o czym czytałem. Pamięć wróciła, rozczarowania nie było.

Zwiedzanie zaczyna się od gotyckich obrazów ołtarzowych. Wielkim atutem malarstwa średniowiecznego jest to, że mieszkaniec Europy zaznajomiony z tradycją chrześcijańską nie ma kłopotów z jej zrozumieniem. W błyskawicznym rozeznaniu się w sytuacji pomaga obecność symboli. Fabuła jest równie czytelna, osoby łatwo rozpoznawalne a dydaktyczne przesłanie dzieła podane niemal łopatologicznie. Po obejrzeniu kilkunastu bardzo podobnych do siebie tryptyków i poliptyków łatwo o konkluzje, że malarstwo gotyckie, obwarowane zakazami i konwencjami kręciło się wokół własnego ogona.

Malowanie osób świeckich nie było mile widziane, obrazy – które nie służyły przecież dekoracji wnętrz lecz pełniły funkcje dydaktyczną i liturgiczną – zapełniano świętymi i aniołami. W przyjętym kanonie mieściło się kilkanaście, może kilkadziesiąt osób z niebiańskiego panteonu. Każda z nich miała swój atrybut, nie było mowy by świętego Jana Chrzciciela (włosy jak hippis, odzienie z owczego runa, w ręku krzyż z cienkich patyczków) pomylić ze świętym Hieronimem, który pozował zwykle w towarzystwie żywego lwa, czaszki i kardynalskiego kapelusza. Jeżeli centralną część malowidła zajmowała smutna, urodziwa kobieta w niebieskim płaszczu, to wiadomo, Madonna. Jeżeli półnagi młodzieniec poprzebijany strzałami wznosił oczy ku niebu, mógł być to tylko święty Sebastian. Komplikacje formalne były niedozwolone, sceny są statyczne a ukazani święci po bizantyjsku dostojni. Żadnych gwałtownych ruchów, żadnych uśmiechów. Malarstwo średniowiecza koncentrowało sie na rzeczach ostatecznych, a te jak wiadomo radosne nie są. Aż dziwne, że kanon dopuszczał stosowanie kolorów innych niż czarny i biały. Obramowania ołtarzy kapią od złota, a żywe kolory szat, roślin i nieba przyciągają wzrok widza na tej samej zasadzie na jakiej barwne kwiaty wabią owady. Dobrze, że w tej sali pełnej gotyckich kwiatów nie pachniało średniowieczem. Stamtąd przeszedłem do dalszej części muzeum, podziwiać jak pączkował i rozkwitał wenecki renesans.

_MG_3615
Alvise Vivarini – Tryptyk z kaplicy San Zaccharia (w samej galerii robienie fotografii nie jest dozwolone)

Galeria Akademia wzięła swoją nazwę od tego, że wcześniej w tym samym budynku mieściła się Accademia di Belle Arti di Venezia, uczelnia kształcąca artystów i konserwatorów sztuki. Jeszcze wcześniej miało tam swoją siedzibę Bractwo Scuola della Carità i warto od razu wspomnieć, że mimo politycznych turbulencji kilka płócien zdobiących komnaty Bractwa pozostało na swoich miejscach do dziś.

Niemym świadkiem przemian jest między innymi ogromne malowidło Tycjana „Prezentacja Marii w świątyni” zajmujące całą szerokość ściany klatki schodowej. W kompozycji obrazu malarz uwzględnił nawet istnienie drzwi, które nieznacznie zachodzą na płótno. Namalowane nad nimi kamienne nadproże sugeruje jakby drzwi były integralną częścią malowidła. Trzy stulecia później, gdy na rozkaz Napoleona kościół sąsiadujący z Akademią zdesakralizowano i przeznaczono na sale wystawowe, konieczne stało się połączenie obu budynków. Aby wstawić nowe drzwi, musiano wyciąć kolejny kawałek płótna Tycjana. Kompozycja nieznacznie ucierpiała, ale dzięki temu malowidło zostało na swoim miejscu. Wisi tam od 1538 roku i zdaje się mówić, że władza przemija, kościoły upadają – sztuka pozostaje.


Prezentacja Marii w świątyni (fragment)

Jednym z najbardziej znanych dzieł znajdujacych sie w Akademii jest „Tempesta” – obraz tajemniczy, dopuszczający wielość interpretacji a przede wszystkim nastrojowy i delikatny. Przyznam, że potrzebowałem czasu, żeby się do niego przekonać. Tytuł oznacza po prostu burzę. „Tempesta” nie ilustruje żadnego opisu biblijnego ani nie nawiązuje do mitologii. Jest udanym przykładem fascynacji artysty naturą pojmowaną jako przyroda oraz instynkty ludzkie. Giorgione swoimi nielicznymi obrazami (zmarł w wieku 30 lat) sakralizował przyrodę, od niego uczył się Tycjan i Bellini.
„Tempesta” czyli „Burza” dedykowana jest przyrodzie, jej mocy i jej kaprysom. Błyskawica na niebie sugeruje rzecz dodatkową: obraz jest uchwyceniem płynnej rzeczywistości. To co dzieje się w przyrodzie oraz między kobietą a mężczyzną (a dzieje się doprawdy niewiele) też za chwilę ulegnie zmianie. Żołnierz w kolorowych portkach pójdzie w swoją stronę, karmiąca mamka zmieni niewygodną pozycję albo, gdy spadną pierwsze krople deszczu, przykryje gołe nogi.

Zbiory galerii Akademia potwierdzają to, czego można było się spodziewać: malarstwo powstałe w mieście tak niepodobnym do żadnego innego, nosi znamię odmienności i oryginalności. Od początku to malarstwo było odmienne – trochę przez wpływy Islamu i Bizancjum, trochę przez peryferyjne położenie. Było specyficzne i odrębne, ale nie samowystarczalne.
Artyści weneccy intuicyjnie chwytali to co najlepsze w dorobku malarzy toskańskich i niderlandzkich. Charakterystyczne jak gładko i szybko przeszli od hieratycznego malarstwa bizantyjskiego do pełnego kolorów, ruchu i światła dojrzałego renesansu a potem manieryzmu. Jak znakomity użytek zrobili z farb olejnych.

Zabrakło mi w Wenecji renesansu wczesnego, tego przedzierania się przez zawiłości kompozycji, eksperymentowania z perspektywą i ruchem postaci. Jak miło jest dostrzegać i natychmiast wybaczać malarzowi jego nieporadność w rysowaniu postaci, kłopoty z proporcjami i rozmieszczeniem planów.

Wenecjanie pracujący w warunkach silnej konkurencji nie wypuszczali niedoróbek. Dzieła widoczne w pałacu Dożów i w galerii Akademia sprawiają wrażenie, jakby ich twórcy od zawsze znali zasady kompozycji, współgrania kolorów, jakby tajniki rysunku dynamicznych postaci wyssali z mlekiem matek. Jest w ich rozwibrowanym malarstwie jakaś niecierpliwość: jakby kolejne fazy rozwoju malarstwa szybko im się nudziły. Wyobraziłem sobie, jak Bellini, Tycjan czy Veronese czyszczą w swoich pracowniach pędzle i zerkając przez weneckie szyby na podwórza wyczekują posłańców, którzy przyniosą znak, że już można odchodzić od gotyku, że wolno już wydobywać cechy indywidualne bohaterów i że nie będzie krzyku inkwizycji, jeśli Jezusa, Madonnę i świętych przedstawią mniej formalnie. Nadszedł i taki moment, że kobietom można było odsłaniać ramiona, potem pokazywać gołe piersi i pośladki. Renesansowi malarze weneccy i w tej konkurencji okazali się mistrzami. Trzeba przyznać, że nic co ludzkie nie było im obce, a czegokolwiek się podjęli – zazwyczaj wychodziło im znakomicie. Co nie znaczy, że wszyscy od początku byli perfekcyjni.

Tintoretto upodobał sobie malowanie scen dziejących się nocą. Wydobywał swoje postaci z półmroku za pomocą mocnych żółtych refleksów zostawianych na wystających częściach ciała i fragmentach ubrań. Efekty tych zabiegów są zadowalające tylko wtedy, gdy patrzy się na obraz z pewnej odległości. Z bliska obraz traci, zamiast świętych można zobaczyć tam upiory. A przecież Tintoretto umiał korzystać z palety kolorów, świadczą o tym jego „dzienne” obrazy. Gdyby żył o 100 lat dłużej i poznał Rembrandta, dowiedziałby się JAK malować ludzi skąpanych w refleksach światła świec lub pochodni.

W Akademii rozczarował mnie jeden obraz Giovanniego Belliniego. Kilka razy patrzyłem na wielkie płótno przedstawiające scenę „Zwiastowania” i na podpis umieszczony na muzealnej tabliczce. Nie wierzyłem, że ten jaskrawy, pozbawiony wdzięku i jakby wykonany techniką sitodruku malunek wyszedł spod tej samej ręki, która stworzyła wiszące obok arcydzieła. Uspokojenie przyszło, gdy wyczytałem w katalogu, że autorstwo obrazu tylko przypisuje się Belliniemu, bardziej prawdopodobne jest, że namalował go ktoś z pracowni mistrza. Przyjemnym zaskoczeniem był natomiast dojrzały obraz ołtarzowy Cimy da Conegliano – malarza, o którym niewiele się mówi, może dlatego, że pozostaje w cieniu Belliniego. Jego obraz „Chrystus wśród doktorów” znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.


Cima da Cenegliano – Scena Adoracji (dziwne białe kształty po bokach to ślady kolumn, między którymi oryginalnie umieszczone było malowidło)

Przekazywanie doświadczeń i wzajemne inspiracje stały się tradycją w ramach „szkoły weneckiej”. Przy czym możliwe, że cała „szkoła” zaistniała mimowolnie, bez intencji artystów. Ich dokonania brały się bardziej z wyczucia rynku sztuki niż zgodności z założeniami teoretycznymi. Nikt zresztą w Wenecji traktatów o sztuce nie pisał. To była domena artystów florenckich, co nie zmienia faktu, że to Szkoła Wenecka wyznaczyła kierunek rozwoju malarstwa europejskiego po wieku XVI. Bez ich prześwietlonych, dynamicznych i kolorowych obrazów trudno wyobrazić sobie styl barokowy w tej postaci jaką znamy.

I właśnie o to mam do nich pretensję. Rozumiem, że zatęsknili do renesansu dojrzałego, bo chcieli uciec od bizantyjskiej płaskiej deski, krowich oczu i złotego nieba; Tak jak ich koledzy we Florencji i Flandrii nadali Madonnie wdzięku i kobiecych kształtów, ubrali ją w wytworne szaty, pokazali jej macierzyńską czułość i troskę. Portretowani święci stali się psychologicznie wyraziści i autentyczni. Nieco wcześniej nastąpiło porzucenie abstrakcyjnego nieba i przeniesienie akcji w przestrzeń miejską albo na dzikie łączki i pastwiska. Średniowiecznych sztywniaków zastąpili ludzie z krwi, kości i muskułów. Ludzie z otwartymi ustami, gestykulujący, pochylający głowy, zatrzymani w półobrocie i wpół kroku. Rozmarzeni i rozbawieni.
Pięknie, że Tycjan, Veronese, Tintoretto i ich naśladowcy wpuścili do malarstwa trochę powietrza, i że korzystając ze społecznego przyzwolenia, wprawili swoich bohaterów w ruch. W tanecznych pozach zastygły nie tylko leśne nimfy i owłosione kozły, ale także chrześcijańscy święci i aniołowie. Ruch oznacza życie, dzięki niemu obrazy stały się mniej fikcyjne, a bardziej realistyczne. O tak, należało się malarstwu trochę luzu!

Jednak – zapytam poniewczasie – nie można było na tym „trochę” poprzestać? Trzeba było tych muskularnych mężczyzn zaprzęgać do ciężkiej roboty, trzeba było kobiety tak ze wszystkiego porozbierać, a potem wszystkich puścić w galop, kazać im się wyginać na wszystkie strony i wykonywać w powietrzu niewiarygodne akrobacje? Litości! I kto widział wieszać obrazy na suficie. (To już o wnętrzach Pałacu Dożów – drugim skupisku malarstwa dojrzałego renesansu.) Od przyglądania się boli szyja a i tak wielu szczegółów dostrzec nie można. Była w tym jakaś perwersja.

Wniosek nasuwa się ogólniejszy: człowiek jest istotą nie znającą umiaru. Stylistyka w której tak dobrze czuł się Vivarini, bracia Bellini, wspomniany Cima da Conegliano i ich rówieśnicy mogła potrwać jeszcze sto lat, sto pięćdziesiąt lat. Starannie wymodelowane szaty, znakomity dobór kolorów, harmonijna kompozycja ze spokojnym zamglonym pejzażem na ostatnim planie. Urodziwe twarze, uczesane włosy i wypielęgnowane paznokcie. Spokój i dostojeństwo – obcowanie z obrazem jako zabieg terapeutyczny. Przed ogromnym płótnem „Ołtarz z San Giobe” postawiono w galerii Akademia wygodną ławeczkę, na której pacjent (to ja) może siedzieć i kontemplować. Obraz zaspokaja organiczną potrzebę ładu, harmonii i piękna.

Dokąd mistrzom szesnastego wieku tak się śpieszyło? Jak coś jest już dobre a nawet znakomite, to nie ustaną w wysiłkach, dopóki tego nie popsują. I jak mówią – czynią to w imię rozwoju sztuki. Co widzę na obrazach Tintoretta i jego syna, którego „Raj” zdobi wielką salę w Pałacu Dożów, to nie rozwój lecz rozbój! Tego nagromadzenia konwulsyjnie poskręcanych postaci, tego nawarstwienia planów i równoczesnej dynamicznej akcji i akrobacji w każdym zakamarku obrazu nie da ogarnąć zmysłami! Może jednak o to chodziło, żeby mnie zaszokować, skonfundować i upokorzyć? Wyraźnie nie nadążam za trendami. Hip-hopu też nie rozumiem. Akademia czegoś mnie nauczyła, ale chyba nie wszystkiego.

Giovanni Bellini – Ołtarz z San Giobe (fragment)

Reklamy

Tagi: , , , ,

Komentarzy 10 to “Galeria Akademia”

  1. laudate44 Says:

    Hm… nikt nie czyta?

    • Eva70 Says:

      Czyta, czyta, i to nawet już wczoraj, ale nic nie napisałam z powodu pewnej takiej nieśmiałości spowodowanej Twoją wiedzą i talentem, jaki sprawia, że piszesz o sztuce nie stosując uczonego żargonu, którym posługują się na ogół specjaliści. To wielki dar. Z wielkim zainteresowaniem i przyjemnością przeczytałam ten tekst, bo nie byłam w Wenecji, a więc również w tej Galerii, nie mam też takiej wiedzy jak Ty na temat malarstwa tego okresu. To co napisałeś o obrazie Tintoretta przypomniało mi, co sama przeżyłam w Ermitażu bodaj w 1972 r., kiedy to weszłam do ogromnej sali, w której wszystkie ściany od góry do dołu były zawieszone wspaniałymi płótnami wielkich mistrzów, o niektórych coś tam wiedziałam, ale nigdy przedtem nie widziałam żadnego z ich obrazów, co najwyżej na jakichś nędznych reprodukcjach. Rozglądając się po tych ścianach uświadomiłam sobie, że ani nie jestem w stanie tych obrazów dokładnie czy nawet niedokładnie obejrzeć, ani – tym bardziej zapamiętać i że wyjdę stamtąd z chaosem w głowie. Prawie się rozpłakałam. Pamiętam, że przypomniałam sobie wówczas bohaterkę „Ludzi bezdomnych” Joasię Podborską, która mogła siedzieć długo w Luwrze na ławeczce przed posągiem Wenus z Milo i do woli ją kontemplować. Kiedy po wielu latach sama miałam możliwość kontemplowania czegokolwiek w Luwrze, to niestety okazało się to już raczej niemożliwe ze względu na liczbę zwiedzających. Pozdrawiam serdecznie.

      • Wiedźma Says:

        O tak, wielkie muzea mogą wprawić w rozpacz……

      • laudate44 Says:

        Evo, jakże cenne jest to, że moja opowieść (przyznaję, nieco szybujaca w obłokach) przywołała Twoje wspomnienia z Ermitażu. Tam nigdy nie byłem, widziałem wnętrza na filmie dokumentalnym – padłem plackiem przed tym nagromadzeniem bogactwa. Wzruszył mnie Twój opis, niemal wyobraziłem sobie jak płaczesz po wyjściu z zatłoczonej galerii z poczucia bezsilności, że nie ogarniesz, nie zrozumiesz, nie zapamietasz… 🙂 Przeżywam nieraz to samo, tylko na sposób męski, bez łez, za to z silnym postanowieniem dokształcenia się…
        Chaos jest naszym wrogiem, ale damy mu radę , przecież nie tylko ja jestem „twardzielem” 🙂
        Pozdrawiam wzajemnie 🙂

    • pangrabek Says:

      czyta, czyta, wpis kompletny. Być może stąd ten brak komentarzy.
      Stały czytelnik

  2. Wiedźma Says:

    Witaj Mistrzu… zbyt wcześnie wczoraj zajrzałam ? Chyba tak….
    Ciekawa jestem co napisałbyś o Kaplicy Sykstyńskiej ? Ani muskularnych, dynamicznych ciał, ani koloru tam nie brakuje… Nagości okresowo przysłanianek też nie. Podzielam Twój pogląd, ze rozpasanie nie jest tym czego oczekuję, nawet, jeśli malował to wielki artysta …

    • laudate44 Says:

      Trzymajcie mnie z daleka od kaplicy Sykstyńskiej!!! 🙂 Widziałem wystarczająco dużo reprodukcji, żeby do niej nie tęsknić. Twórczość MAB wolę podziwiać we Florencji lub w Brugii.
      Do Rzymu mi nie śpieszno, choc podobno prowadzą tam wszystkie drogi. 🙂
      Miło, że się znowu zgadzamy. Podróże kształca, więc po małym rozejrzeniu się po muzeach i pałacach wiem już lepiej, co mi się w sztuce podoba a co nie. Czyż to nie cenna wiedza?

  3. Tetryk56 Says:

    Wątpisz w swoich czytelników???

    • laudate44 Says:

      Ech, jestem realistą, wiem ze prowadzę blog niszowy… ale żeby tak wszyscy dotychczasowi komentatorzy nagle zamilkli?
      Zadałem pytanie, żeby zdopingować do rozmowy. Blog to nie gazeta, można się do autora odezwać!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: