Wenecjanie w NG

Jeśli oglądaliście najnowszy odcinek przygód Jamesa Bonda, z pewnością zwróciliście uwagę na tę scenę, gdy sławny agent Jej Królewskiej Mości spotkał nowego współpracownika, odmłodzonego Q (skrót od Quartermaster) Supertajna rozmowa odbyła się w Galerii Narodowej pod obrazem Williama Turnera. Miejsce schadzki wybrano nieprzypadkowo. Cały cykl filmów z agentem 007 gloryfikuje brytyjskość, więc obecność najsłynniejszego brytyjskiego obrazu The Fighting Temeraire wydaje się całkiem zrozumiała.

Zatrzymałem się przed tym płótnem, które nawiasem mówiąc, wisi w innym miejscu, niż to widać na filmie. Pionowe linie masztów, bury dym parowca, przenikające się błękity, rudości i żółcienie, nieskazitelna tafla wody w promieniach zachodzącego słońca składaja się na obraz, który tchnie spokojem, mimo, że przedstawia scenę bitwy morskiej. Lecz żeby było jasne: na dzieło Turnera trafiłem przypadkiem, kiedy po obejrzeniu renesansowych Wenecjan szedłem ku średniowiecznym malarzom toskańskim. Albo na odwrót.

Po drodze otarłem się o kilka widzianych poprzednio obrazków niderlandzkich oraz schowaną za szybą „Madonnę wśród skał” – Leonarda. Z daleka mignęło mi wielkie płótno z Ambasadorami Holbeina, co było znakiem, że znowu zmierzam w niewłaściwą stronę. Pobłądzić w labiryncie NG to żaden dramat, bo zawsze jest coś do oglądania i żaden wstyd, bo zapamiętanie trasy przekracza możliwości śmiertelnika nieszkolonego w biegu na azymut. Londyńska Galeria Narodowa zajmuje 46 396 metrów kwadratowych czyli obszar sześciu boisk piłkarskich. Liczba obrazów udostępnionych publiczności w blisko 70 salach wynosi 2300 (dwa tysiące trzysta) zatem jeśli ktoś myśli, że w ciągu jednego obejścia da się zobaczyć wszystkie interesujące dzieła, to się głęboko myli. Kto bywa w muzeach, ten wie, że „zaliczanie” jak największej liczby eksponatów mija się z celem i niewiele wnosi do znajomości tematu. Jedynym sposobem na uniknięcie pomieszania wrażeń, a potem znudzenia prowadzącego do otępienia jest wybór konkretnej epoki, albo ulubionych autorów lub kraju pochodzenia dzieł. Tort lepiej smakuje, gdy się je małą łyżeczką.

Świadom tej zasady skoncentrowałem się na renesansowym malarstwie weneckim. Piętnasty i szesnasty wiek to okres wielkiego rozkwitu sztuk w Wenecji – mieście, które mimo strat terytorialnych wskutek wojny z papieżem Juliuszem II i mimo utraty hegemonii na szlakach morskich nadal pozostawało potęgą gospodarczą. La Serenissima wkraczała w wiek szesnasty jako potęga kulturalna, w pełnym blasku i glorii szły procesje, odbywały się festiwale, trwał handel, bogaci patrycjusze, którzy w wiekach poprzednich pobudowali pałace – teraz zabrali się za dekorowanie wnętrz. Powstawały kościoły i budynki publiczne. Artyści, którzy zarazem byli sprawnymi kupcami, doskonale wykorzystali sprzyjające okoliczności. Wzajemna rywalizacja, tradycje miejscowe oraz nowe trendy napływające z lądowej Italii oraz północnej Europy złożyły się na powstanie odrębnego nurtu w sztuce renesansu – znanego pod nazwą „szkoła wenecka”. Dodatkowym i jakże istotnym bodźcem do jej rozwoju było zastosowanie farb olejnych zamiast tempery rozpuszczanej w kurzym białku. Co ciekawe, technika olejna nie trafiła do Wenecji z Niderlandów, gdzie miała swoje korzenie. Nie wprowadził jej też Albrecht Durer, który dwukrotnie zatrzymał się w mieście kanałów i mostów. Przywiózł ją z południa włoskiego buta Antonello da Messina, który na dworze neapolitańskiego króla musiał zetknąć się z północnoeuropejskimi artystami, jako, że król wzorem swoich hiszpańskich kuzynów chętnie zamawiał dzieła prymitywistów flamandzkich. Sam Messina z powodzeniem naśladował Flamandów, a jego obraz przedstawiający św. Hieronima pojawił się na tym blogu przy okazji omawiania lwiej obecności w legendach. Skoro lew to Wenecja, a skoro Wenecja to jej skąpane w słońcu, nieco frywolne malarstwo.

Obrazy przedstawicieli szkoły weneckiej rozsiane są po całym świecie i podnoszą rangę niejednego prowincjonalnego muzeum, bo mieć a nie mieć Tycjana to wielka różnica. Londyńska galeria narodowa jest w tej dobrej sytuacji, że posiada pokaźny zbiór tego malarstwa dzięki czemu zwiedzający ma do dyspozycji dzieła z najwyższej półki a przy tym bardzo reprezentatywne. W kilku salach (najwięcej w sali nr 9) wiszą obrazy dające pojęcie, na czym polegał fenomen malarzy weneckich, co wyróżnia ich twórczość i dlaczego przed takimi nazwiskami jak Tycjan, Giorgione, Veronese, Mantegna, Bellini, Bassano i Tintoretto obowiązkowo należy dodawać tytuł „mistrz”. Bez wątpienia każdy z nich był mistrzem. Naśladowali się wzajemnie, rywalizowali, nie przebierając w środkach walczyli o zamówienia, w końcu pochodzili z miasta kupców i nie widzieli nic zdrożnego w stosowaniu podstępnych reguł gry rynkowej – a wszystko to okazało się wehikułem, na którym ich sztuka wjechała na najwyższy poziom.


Veronese – alegoria miłości: Szacunek

Wypada wyjaśnić jakie są cechy charakterystyczne szkoły weneckiej. Podstawowe słowo to ŚWIATŁO, co nie może dziwić, jeśli bierze się pod uwagę położenie Wenecji. Odkrycie znaczenia światła i jego relacji z kolorem nastąpiło własnie tam i właśnie w epoce dojrzałego renesansu – impresjoniści francuscy parę wieków później ten wynalazek po swojemu spożytkowali.
Druga ważna rzecz to swoboda w traktowaniu scen religijnych, które niejednokrotnie bywały tylko pretekstem do ukazania codziennego życia miasta oraz ukazania artystycznego kunsztu. Wielu malarzy weneckich obywało się bez dokładnych szkiców ołówkiem. Pociągnięcia pędzla musiały wystarczyć podczas budowania kompozycji obrazu, nakładania poszczególnych planów jak i nadawania mu ostatecznego wyrazu. Nieocenione w uzyskiwaniu efektu świetlistości i przestrzenności okazały się farby olejne mające ten dodatkowy atut, że były odporne na wilgoć. Freski w Wenecji należą do rzadkości, nawet ogromne sceny biesiadne „Uczta w domu Lewiego” i „Wesele w Kanie galilejskiej” – Veronese malował na płótnie.
Ten sam malarz zasłynął jako mistrz od ukazywania nagich ciał kobiecych. W NG wiszą jego cztery płótna przedstawiające sceny alegoryczne, na każdym z nich prężą się półnagie odaliski o alabastrowej skórze i kształtnych pośladkach. W tej samej konwencji utrzymana jest „Droga Mleczna” Tintoretta, gdzie bogini Junona fontanną mleka ze swojej śnieżnobiałej piersi rozpala gwiazdy na niebie.

Od golizny nie stronił ani Giorgione ani Tycjan, co potwierdzają także dzieła wystawione w NG. Takie było zapotrzebowanie ze strony świeckich odbiorców. Zmysłowość najwyraźniej podobała się w szesnastowiecznej Wenecji, bo wiele obrazów o tematyce religijnej zawiera jej ślady, choć już nie tak dosłowne, przejawiające się jedynie w zwiewności żeńskich postaci, nasyceniu kolorami i grze świateł. Dojrzały renesans w wydaniu mistrzów weneckich to witalizm, fascynacja przyrodą i ludzkim ciałem, to feeria świateł i kolorów a także ukazywanie kapryśnego oblicza żywiołów, w tym najważniejszego na lagunie – żywiołu wody. W tym wszystkim nie mogło zabraknąć miejsca na powściągliwe, ale dalekie od bizantyjskiej surowości obrazy o tematyce religijnej, wiele obrazów ołtarzowych powstało w tamtym okresie; były wreszcie niezrównane w ukazywaniu psychologicznej prawdy portrety Tycjana. O jednym z nich opowiadałem przy okazji cyklu papieskiego. Drugi chcę pokazać teraz, bo ilekroć przechodziłem obok niego w sali nr 9 wydawało mi się, że ubrany w szary kaftan brodaty osobnik patrzy na mnie z wyższością i nie ukrywa wcale, że zna mnie lepiej niż ja sam siebie.

Bezpieczniej czułem się przed portretem doży Loredana namalowanego przez Giovanniego Belliniego (tego najzdolniejszego spośród trzech Bellinich). Doża występuje w ceremonialnej czapce zwanej rożkiem oraz w połyskującym kaftanie z imponującymi guzikami. Jego dostojeństwo wyraża jednak przede wszystkim twarz i głęboko osadzone oczy. Nieodgadnione spojrzenie doży dobrze świadczy o jego zawodowych kompetencjach. Władca potężnej republiki musiał być w równym stopniu tajemniczy i energiczny, co wyniosły i onieśmielający.

W sali nr 9 wisi jeszcze jeden portret wart omówienia. Pokazuje męską część rodziny Vendramin i znakomicie nadaje się do opowiedzenia pomieszanej z legendą historii jednego z najznakomitszych rodów weneckich. Bo co by nie mówić o dawnym malarstwie, jakby nie wychwalać technicznych osiągnięć epoki i jakich słynnych muzeów nie odwiedzać – o obrazach najłatwiej opowiadać, gdy kryje się za nimi jakaś legenda.
Przywołam ją w następnym odcinku.

http://www.nationalgallery.org.uk/visiting/virtualtour/#/room-9/

Reklamy

Tagi: , , , , , , ,

Komentarzy 14 to “Wenecjanie w NG”

  1. wiedźma Says:

    Dobry wieczor ! Osobnik w szarym kaftanie istotnie ma wyniosłą minę, z dodatkiem :” nic mnie nie zdziwi”.. 🙂 Ta czarna mycka na głowie niespecjalnie dodaje mu wdzięku.
    A portret doży jest niemal fotograficznie dokładny. Ciekawe czy współczesna fotografia całkowicie wyprze malarstwo portretowe ?
    Słusznie piszesz, że wielkie muzea trzeba oglądać ” wybiórczo”…czy też tematycznie. Doświadczyłam tego w Prado. Tam jest o tyle łatwiej, że poszczególni wielcy mistrzowie mają swoje oddzielne sale….
    Nie byłam w NG, więc tym pilniej czytam to, co napisałes i napiszesz.
    Czy wiesz, że masz talent czy jeszcze nikt Ci tego nie powiedział ?:)

    • laudate44 Says:

      Nikt! I tak trzymać! 🙂

    • pangrabek Says:

      Tajemniczy uśmiech Doży weneckiego… na pewno coś knuje jak to Wenecjanin 🙂 Obraz genialny, podpisuję się pod tym co napisała Wiedźma.

      • laudate44 Says:

        Fraza „tajemniczy uśmiech” każe po raz kolejny zastanowić się, dlaczego jedne dzieła zdobywają taaaką sławę i lądują na T-shirtach oraz podstawkach pod doniczkę z paprotką a inne wcale nie gorsze mają swoje miejsce „tylko” w muzeum.
        Mnie doża Loredan intryguje chyba mocniej niż Gioconda. No i lepiej się ubiera 🙂

      • pangrabek Says:

        a G. Bellini niezgorszym artystą był i jak tak dalej będziesz popularyzować jego sztukę Laudate, to pewnie wkrótce znajdą się te reprodukcje na podstawkach pod paprotki 😉

      • pangrabek Says:

        … w sensie, że będzie równie popularny jak Leonardo, czy Botticelli.

      • laudate44 Says:

        Ależ ja jeszcze nie zacząłem popularyzować Belliniego. Dopiero się do tego przymierzam. Podoba mi się także twórczość jego szwagra, ale nie wyprzedzajmy tematu…
        Pozdrawiam świątecznie – u nas St. Patricks Day 🙂

  2. Piotr Opolski Says:

    Dzięki !!

  3. D. Says:

    Witaj!
    Świetnie napisane. Ja też kocham Wenecję i staram się w niej bywać. Opisy pod dziełami znakomite. Trafiły do mnie, a to już dużo. Ciekawa jestem Twoich wrażeń z Biennale tegorocznego i poprzednich. Może współczesne dzieła będą też dla Ciebie inspiracją do fajnego pisania. Chociaż współczesnym brakuje piękna. Ja również wypatruję „błędów” w filmach, gdy w tle pojawia się Wenecja np. w „Turyście” było ich całkiem sporo. Kilka lat temu w mieszkając w Des Baines oglądałam (o zgrozo na laptopie) „Śmierć w Wenecji” Viscontiego i porównując wnętrza doszłam do wniosku, że niewiele się tam zmieniło i Aschenbach mógłby pojawić się w nich za chwilę. Ciekawe czy po remoncie sale zachowają dawny klimat. Ale najbardziej lubię będąc w Wenecji „mieć na uszach” muzykę która tam powstała np. 4 symfonię Czajkowskiego, albo Wagnera czy Vivaldiego. I w tych dźwiękach, które się tam zrodziły chodzić, spacerować, oglądać, podziwiać, smakować…
    Marzę, żeby usłyszeć Vivaldiego w Palazo Contarini – Poligniak, gdzie kiedyś Olga Rudge go zagrała. Zresztą w pobliżu mieszkała wiele lat. Niestety nie żyje, ale jeszcze dwa lata temu na jej domu wisiała tabliczka z jej nazwiskiem. Przepraszam za dygresje. Piszesz bardzo ciekawie.
    Pozdrawiam

    • laudate44 Says:

      Dzięki za odwiedziny bloga, mam nadzieję, że poczytałaś również wpisy powstałe po wizycie w Wenecji i Murano (ten powyższy w zasadzie dotyczy Londynu 🙂 )
      Tak, rzeczywiście lubię po miastach chodzić, podziwiać, smakować… Czasem o tym piszę. A przy okazji, dziękuję za inspirację: lubię Czajkowskiego – nie wiedziałem, że tworzył w Wenecji. Może być ciekawy wątek do kolejnej story, po następnej wizycie w Wenecji. Może się tam kiedyś spotkamy na jakimś mostku na Canareggio…. Pozdrawiam 🙂

      PS. Nie śledzę, co się dzieje w sztuce współczesnej. Nie pociąga mnie tak bardzo jak „starocie”.

      • D Says:

        Oczywiście, że przeczytałam wszystkie… a wpis faktycznie w dość przypadkowym miejscu, ale przecież Tycjan, Giorgione, Bellini to rodowici Wenecjanie, a że dzieła w Londynie… no cóż.
        Czajkowski swoją symfonię podobno „naśladował” na piątej Bethovena, ale ja zupełnie tego nie czuję (czytaj: nie słyszę). Podobno Czajkowski pracował nad nią w Londra Palace przy Riva Degli Schiavoni.
        Do zobaczenia w Cannaregio na un`ombra di bianco!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: