Na tropach sztuki i dziedzictwa historycznego królestwa brytyjskiego

Po krótkim, niespełna godzinnym locie samolot przebił się przez wartstwę chmur i gdy zaczął lądować wśród pasażerów powstało lekkie poruszenie, ci którzy siedzieli przy oknach powtarzali pozostałym: śnieg, tu mają śnieg! Śnieg zaiste leżał a jego grube płatki unosiły się w rozerdganym powietrzu lotniska. Najmniejszy promień słońca nie zapowiadał, aby zadymka miała się szybko skończyć. Londyn czekało kilka dni zmagania się z zimą, reporterzy BBC już szykowali się do relacji o kataklizmie jaki dotknął ich stolicę. Jednak drzwi samolotu otworzyły się bez problemów, mogliśmy wysiadać i odbierać bagaże. Taśma z walizkami też jeszcze działała. Ale gdy po pokonaniu kilkunastu zakrętów, kilku tuneli, trzech korytarzy i jednych schodów ruchomych wsiadłem do wagonika metra, lotnisko Heathrow zostało zamknięte. Miałem szczęście, że furtka zatrzasnęła się za mną a nie przede mną.

Po godzinie z hakiem wysiadłem na jednej ze stacji północnego Tottenhamu, dalej mogłem jechać trzy przystanki autobusem, ale postanowiłem pójść pieszo. Znałem trasę, chodziłem nią wcześniej, ponadto byłem ciekaw zmian i spragniony świeżego powietrza, nawet jeśli było ono wyjątkowo zimne. Co prawda przybywałem z cieplejszej wyspy, która tej zimy śniegu nie widziała, ale mam w pamięci to i owo – w kraju dzieciństwa 3-centymetrowa warstwa śniegu na trawniku to zaledwie zapowiedź zimy. Nie było z czego robić dramatu. Patrząc na okutanych szalikami przechodniów, na ich poszarzałe z zimna twarze oraz dziwaczne czapki i obuwie doceniałem swoje doświadczenie zdobywane przez lata a raczej przez zimy na polskich drogach, bezdrożach, przystankach, dworcach i placach. Jeszcze jedno dziedzictwo dające nam przybyszom z Europy Środkowej przewagę nad ludnością tubylczą.

Na Tottenhamie ludnościa tubylczą są, jak się wydaje, kolorowi. Przynajmniej ich najwiecej widać. Szyldy sklepów i wystawiany asortyment nie pozostawiają wątpliwosci, że jest to strefa zamieszkała przez emigrantów z całego świata.

Właśnie minąłem cypryjskie delikatesy, turecki bar z kebabem, arabski sklep z jedzeniem, gdzie głównym towarem jest ryż w workach albo olej sprzedawany w pięciolitrowych kanistrach. Wnętrza niektórych sklepów przypominają polskie dyskonty z początków ich działalności. Marne oświetlenie, chłód, zero dekoracji, niewielka dbałość o estetykę za to obfite zaopatrzenie. Przeważają towary w największych możliwych a więc ekonomicznych opakowaniach.
Dalej sklepik z akcesoriami do telefonów oraz kartami telefonicznymi pozwalajacymi tanio dzwonić za granicę, a za nim sklep z artykułami gospodarstwa domowego. Nie sposób wymienić całego asortymentu, w oczy najbardziej rzucają się kolorowe plastikowe miski różnej wielkości oraz rozkładane suszarki do bielizny. Tuż obok stoisko z sukienkami damskimi umieszczone w zadaszonej zagrodzie z metalowych prętów. Sądząc po kolorach i wzorach, niewiele europejskich kobiet chciałoby paradować w takiej odzieży. Ale może się nie znam. Pod wieszakami zalegały sterty pudeł z napisami w językach zupełnie mi nieznanych.
W pobliżu przystanku autobusowego, który mijałem z obojętną miną, bo celu wędrówki miałem już niedaleko, zauważyłem jak dwaj policjanci pouczają dwóch mężczyzn, że picie piwa z puszek na świeżym powietrzu jest zabronione. Mandatu nie było, tylko nakaz wylania piwa. Kiedy podszedłem bliżej, z puszek wylatywały już ostatnie kropelki złocistego trunku a jeden z policjantów mówił na odchodne „thank you”. Piwosze nie odpowiedzieli równie uprzejmie. Miny mieli zacięte, oczy zmęczone a wąsy opuszczone do dołu. Zdołałem odczytać napis na pustej już puszce, która za chwilę miała wylądować w koszu: Okocim Mocne Ciemne. No i wszystko jasne!

Nie zaprzatałem sobie głowy odgadywaniem, z jakiego kraju może pochodzić ten i ów przechodzień, moja wiedza geograficzna jest zbyt uboga w tych okolicznościach. Jednak nie miałem zamiaru udawać przed sobą, że w obecności zakwefionych kobiet, śniadolicych panów w turbanach lub ubranych „po amerykańsku” czarnoskórych nie dostrzegam kulturowego wyłomu. Tak zostały ukształtowane moje wyobrażenia o tym jakie rasy zamieszkują poszczególne kontynenty. Nic na to nie poradzę. Widok Murzyna lub Hindusa na ulicy europejskiego miasta jest dla mnie egzotyczny a padający śnieg jeszcze to wrażenie potęguje. Szkolne czytanki nie przygotowały mnie do takich paradoksów, koleżka Bambo wspinał się na palmę, a nie stał za straganem z owocami, nie przytupywał z zimna i nie rozmawiał przez telefon w języku, którego żaden europejski elf by nie zrozumiał. Podszedłem bliżej, kupiłem u niego trochę owoców, nie pytając oczywiście czy tęskni za Afryką. Przyciagnął mnie widok sterty pomarańczy przysypanych warstwą białego puchu. Albowiem jest to zestawienie banalne ale niosące skojarzenia szczególne i wyjątkowe. Za czasów mojego dzieciństwa pomarańcze jadało się tylko w zimie, w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Odchodząc z torbą owoców podziękowałem sprzedawcy bardzo uprzejmie.

Szedłem dalej a nawet szłem, bo już było blisko…
Na rogu miał być budynek ze sklepem jubilerskim, pamiętam jak trzy lata temu podczas spaceru przyglądałem się błyskotkom w oknie wystawowym. Teraz w tym miejscu jest pusty plac otoczony niebieskim płotem ze sklejki. Kamienicę zburzono po pożarze wznieconym przez tłum szabrowników dwa lata temu. Pamiętne zamieszki i rabowanie sklepów, które objęło wiele „etnicznych” dzielnic Londynu zaczęło się właśnie na Tottenhamie.

Nie, nie miałem poczucia, że znalazłem się w „złej dzielnicy”, nie rozglądałem się za siebie w oczekiwaniu zbója, który zechciałby wyrwać mi walizkę. Ludzie przygaszeni nieco pogodową anomalią podążali za swoimi sprawami. Pewnie, że nie był to ten szykowny Londyn znany z pocztówek, ale tu też toczyło się życie. Kiedy już znalazłem się w mieszkaniu moich przyjaciół i popijając rozgrzewajace napoje omawialiśmy specyfikę życia na emigracji, usłyszałem następujacą anegdotę: kiedyś odwiedził ich kolega z Warszawy (lub innego polskiego miasta), nocował w pokoju od strony ogrodu i zdumiewał się, że nocą może być tak cicho, mimo że to Londyn – metropolia, rozpasanie, zwiazki partnerskie i tak dalej. Następnego wieczora podzielił się swoim odkryciem z gospodarzami, nawet razem wyszli do ogródka by wsłuchać się w londyńską ciszę i wtedy, w okolicach północy, z niedalekiego sąsiedztwa dobiegło ich gromkie, chóralne „Sto lat, sto lat. Niech żyje żyje nam…”

Reklamy

Tagi: , ,

komentarzy 14 to “Na tropach sztuki i dziedzictwa historycznego królestwa brytyjskiego”

  1. laudate44 Says:

    Przekorny tytuł zapowiada następne relacje z podróży.

  2. laudate44 Says:

    I jeszcze sprawa bieżąca, przed chwilą wysłałem maile do 45 posłów PO. W sprawie ich głosowania nad ustawa o zwiazkach partnerskich. Kawa na ławę:
    http://liberte.pl/wiadomosc-od-ciebie-do-frakcji-dyskryminacyjnej-z-platformy-obywatelskiej/

  3. wiedźma Says:

    Wieloetniczność w muzyce dobrze brzmi 🙂 Dlaczego mam wrażenie, że uwiera Cię zachowanie zupełnie obcych rodaków?
    I w ogóle jakoś smutno piszesz…. a przecież masz rację, każde wielkie miasto ma swoje reprezentacyjne miejsca i całkiem szare, codzienne życie ….

    • laudate44 Says:

      Masz rację, a droga do tych miejsc reprezentacyjnych wiedzie przez takie dzielnice jak opisana powyżej. Ani to smutne ani wesołe. Chciałem dopełnić obrazu, żeby relacje nie były zbyt jednostronne i cukierkowe. Jeśli następnym razem spotkam w L. pana Marcinkiewicza z narzeczoną, to też napiszę… 🙂

  4. Tetryk56 Says:

    A mnie się właśnie podobają obserwacje po drodze do muzeum. National Gallery mogę zastępczo zobaczyć w sieci, atmosfery londyńskiej ulicy już nie – to znajdę tylko w relacjach jak powyżej.
    A uczulenie na rodaków w jakimś stopniu rozumiem. Dawno temu, jeszcze w 70. latach trafiłem do Braszowa w Rumunii. Piękne, malutkie podkarpackie miasteczko, mniej więcej rówieśne Krakowowi, które jednakże przez cały czas swojego istnienia nie było nigdy zdobywane zbrojni – zachowało więc wiele z pierwotnego, średniowiecznego wyglądu. Błąkaliśmy się po wąskich uliczkach, kontemplując wieki, aż trafiliśmy na wycieczkę rodaków – pełny autokar – którzy mieli tam jeden jedyny temat: gdzie należy pójść, żeby szybko i zyskownie sprzedać to co mieli do sprzedania, i kupić to co chcieli sprzedać gdzie indziej. Nasz brak zainteresowania tematem został potraktowany prawie wrogo! 😉

    • wiedźma Says:

      Oczywiście Tetryku, że opis zwyczajnych ulic po drodze do NG jest ważny…i dużo mówi o prawdziwym zyciu. A jeśli idzie o te handelki w latach 70-tych i później…… to nie była wyłącznie specjalność polska; tak było w całych demoludach. Taki handelek dawał jakiś dochód i ogólnie panowało przekonanie, że ” każda wycieczka musi sie zwrócić „. Kto dzis jeździ do Turcji po ciuchy na handel ?
      U nas, po ’89 roku było pełno handlujących Rosjan i Ukraińców, wystarczyło pójść na byle jakie targowisko Tak to działa i nie ma się co oburzać na tę wymuszoną ” zaradność”….. Szczęśliwie już nie trzeba tego robić ..

  5. wiedźma Says:

    Hop hop…. 🙂 jest tu kto ?:)

  6. Piotr Opolski Says:

    Przelazłem sie z Tobą – miły spacerek.
    /małe zaskoczenie taka ilość róznych „interesików” po drodze/.
    Pozdrawiam

  7. Eva70 Says:

    Ja też z wielką przyjemnością odbyłam ten spacer. A te dwa epizody z udziałem rodaków (piwny i śpiewany) – bezcenne. Pozdrawiam i życzę miłego niedzielnego popołudnia.

  8. wiedźma Says:

    Troszkę się martwię, ze ten lód dziwnie gruby 🙂 Mam nadzieję, że masz się dobrze !

    • laudate44 Says:

      Mam się dobrze, moje pisanie trochę gorzej, ale widzę światełko w lodowym tunelu…
      A troszkę dalej jest brama na dziedziniec katedry w Canterbury 🙂 Pozdrawiam

      • Tetryk56 Says:

        Pomalutku, Autorze, żebyś się w tym tunelu nie poślizgnął! Może wart raki założyć? 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: