Muzyczne okruchy

Znajomy Szwed powiedział mi, że kiedy był młodym chłopakiem, pilnie uczył się angielskiego, bo zależało mu na rozumieniu tekstów piosenek. Byłem jego gościem i nie wypadało mi pytać, czy nadal rajcuje go słuchanie rytmicznych produkcji w kółko traktujących o tym, że “twoje oczy są jak dwa niebieskie kamienie” albo “gdy odejdziesz ode mnie, moje oczy zetną się mrozem”, tudzież “twój uśmiech bogini sięga głębin mego serca”. Byłbym nieuczciwy, gdybym nie przyznał, że w zamierzchłych czasach również słuchałem tego typu piosenek lecz nieznajomość warstwy tekstowej nie przeszkadzała mi zupełnie. Po latach zauważyłem, że nie tylko nie mam czego żałować, ale powinienem wręcz być wdzięczny losowi, że zrozumienie tych arcybanałów zostało mi oszczędzone. Słowo ma ogromną siłę. “Patrzę w twoje oczy, miłość jest o sekundę od nas, spójrz tylko w głąb, odnajdziesz to cudowne prawo miłości. Obudź czarodzieja śpiącego w twoim sercu…” – jestem pewien, że słuchanie tego typu bzdur w zrozumiałym jezyku wyrządza ludziom nieodwracalne szkody psychiczne. Na razie nie umiem tego udowodnić, ale wystarczy się rozejrzeć. Im głupszych tekstów słucha młoda osoba, im więcej stereotypów się nałyka, tym trudniej sobie radzi z problemami w życiu dorosłym. OKAY, przestaję się czepiać, niech się młodzież bawi. Ja sobie powspominam.

Największa trauma muzyczna dotknęła mnie jednak w Szwecji – kraju, który bardzo szanuję i stawiam ponad inne znane mi kraje. Niestety, mój znajomy, człowiek bardzo gościnny i serdeczny miał upodobanie do głośnego słuchania radia. Dlatego w salonie, w kuchni, w garażu i samochodach leciały piosenki (i reklamy!) ze stacji nadającej najnowsze szwedzkie, amerykańskie i angielskie hity. Shakira po hiszpańsku? To hiszpańskojęzyczne też, psiakrew!
O gustach się nie dyskutuje, a darowanej dawce decybeli w zęby się nie zagląda. Kiedy kosiłem trawnik przezornie zakładałem ochraniacze na uszy, a gdy była dobra pogoda wypływałem łódką na jezioro. Sam i bez radia. Tak więc przyjaźń pozostała. Faktem jest, że po powrocie z okolic miasta Husqvarna nie byłem w stanie wspominać uroków sauny, smakołyków szwedzkiego stołu albo widoku łosia w zagajniku. W głowie zamiast mózgu nadal miałem akustyczną banię, w której echem odbijały się strzępki tłuczonych niemiłosiernie refrenów o tęsknocie, o samotnych nocach, o pociagu seksualnym lub jak kto woli, o miłości. O, rety.

Przy okazji zdałem sobie sprawę, że gdybym podjął naukę języka angielskiego wtedy, gdy młody organizm domagał się dawki decybeli podawanych w przyspieszonym rytmie, mogłoby to nieodwracalnie zwichnąć moje życie uczuciowe. Pop-indoktrynacja nie może odbywać się bezkarnie. Całe szczęście, że mam te opresje za sobą.

Obecnie, jak przystało na człowieka statecznego, popu unikam jak święconej wody. Bliżej mi do muzyki instrumentalnej, głównie klasycznej albo filmowej. Nie stronię od jazzu i tego co się nazywa „world music”. Muzyka wolna od warstwy semantycznej, otwarta na wyobraźnię słuchacza, istniejąca głównie jako zestawienie mistrzowsko dobranych dźwięków – to jest to! Zdarza mi się słuchać arii operowych, które owszem posiadają libretto i zazwyczaj jest to jakiś tkliwy lub patetyczny tekst, niestrawny w wersji mówionej. Ale nie ma sytuacji bez wyjścia: przewaga śpiewu operowego nad muzyką pop polega między innymi na tym, że żadnej arii (oprócz tej o Starym Zegarze) nie sposób zrozumieć bez trzymania w ręku tekstu pisanego. Poza tym w operze śpiewają najczęściej po włosku, niemiecku, sporadycznie po francusku. Tych języków nie znam dostatecznie, by coś zrozumieć. O, ileż korzyści wynikać może z nieuctwa!

Sztuka wokalna wydaje trudniejsza od wydobywania dźwięków z instrumentów. W każdym razie jest bardziej intrygująca. Jako skończony laik mam prawo do opinii, z którymi pewnie niejeden ambitny instrumentalista chciałby dyskutować. Nie ze mną! Kieruję się wyłącznie własnym odczuciem, miarą jest mi własny zachwyt dla wokalistów, niekoniecznie operowych. Aby nie być gołosłownym przywołam Bobby’ego Mc Ferina, powszechnie znanego z wykonania “Don’t worry, be happy”. Piosenka powstała 1988 roku i nie był to szczyt możliwości wokalnych McFerina, choć od tej pory żadnego hitu nie nagrał. Nie nagrał ale cieszy sie ogromną popularnością jako wokalista, beatboxer, nauczyciel i showman. Tak jak nie lubię popowej sieczki w szwedzkim radiu, tak lubię ogladać filmiki z udziałem Bobby’ego. To co ten gość robi na scenie, wykracza poza samo muzykowanie. Jest wielkim artystą nie tylko gdy śpiewa, ale także gdy mówi, stroi miny lub po prostu uśmiecha się do publiczności. Sprawdźcie!

I na koniec:
na krótkiej liście moich ulubionych wokalistów znajduje się kwartet Loituma, który zdobył sławe jedną tylko piosenką. Jej tytuł to ‚Leva’s Polka’ a tekst biegnie tak:

“rimpatiralla ripirapiralla
rumpatirppa ripirampuu
jakkaritaa rippari lapalan
tulituli lallan tipian tuu”.

Spokojnie więc można uznać, że słów wcale tu nie ma, a radosny kwartet śpiewa skatem. W każdym razie dla nie-Finów brzmi to jak skat. Na własny użytek nadałem mu nazwę fiński skat, co jest i tak lepsze niż świński skład albo z finką skaut.

Tyle opowieści, pora pakować walizkę. Ciekawe czego słuchają moi sympatyczni gospodarze w Londynie?

Reklamy

komentarzy 5 to “Muzyczne okruchy”

  1. Tetryk56 Says:

    Kiedyś słyszałem w radiu, że „Papaya” Urszuli Dudziak zyskała ogromną popularność na Dalekim Wschodzie. Wśród fanów utworu zapanowało przekonanie, że tekst jest niezrozumiały, gdyż nie znają języka polskiego 😉

  2. wiedźma Says:

    Chciało mi się dziś gdzieś uciec przed powszedniością i popatrz….Twój tekst mi to dał 🙂 Uśmiecham się słuchając Booby’ego i myślę, ze coś w tym jest, że muzyka ( czasem) łagodzi obyczaje.
    Jednak jest takie zjawisko: piosenka poetycka; jej tekst nie szkodzi … Tylko jakby coraz tej piosenki mniej ?
    Szerokiej drogi Laudate… z nadzieją, że Twoi gospodarze lubią np. Koncerty Brandenburskie J.S.Bacha.

  3. laudate44 Says:

    Wróciłem z małymi perypetiami, albowiem Anglików zaskoczyła zima i odwoływali loty. 🙂 Ale warto było lecieć.
    http://www.nationalgallery.org.uk/visiting/virtualtour/#/room-56/
    Teraz się dogrzewam. Nowy tekst wkrótce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: