Tako gra Eschenbach

Ilekroć ogladam koncert symfoniczny… – celowo zaczynam takimi słowami, aby ci, których temat nie interesuje mogli darować sobie dalsze czytanie.

A więc: ilekroć oglądam koncert symfoniczny, zastanawiam się, na ile dyrygent jest orkiestrze potrzebny, czy te wszystkie wygibasy i ekspresja twarzy nie rozpraszają muzyków. Teoretycznie wystarczyłoby beznamiętne podawanie taktu, bo muzycy są wykształceni, po serii prób, więc chyba wiedzą co grać i jak grać, a sama muzyka jest na tyle określona w partyturze, że wydawałoby się – nie potrzebuje wsparcia w postaci dyrygenta strojącego miny. Tak jednak nie jest. Praktyka pokazuje, że to dyrygenci decydują o ostatecznym brzmieniu zespołu, że końcowe brawa i owacje w dużej części są ich zasługą, nawet jeśli orkiestra jest z tych najznakomitszych. Dlaczego tak się dzieje, wiedzą doskonale sami muzycy a my, niewtajemniczeni, możemy sobie jedynie wyobrazić, że tak jest lepiej bo zawsze tak było. Nie bez powodu w zapowiedziach koncertu podkreśla się „pod czyją batutą” wystąpi orkiestra. Osobowość dyrygenta stanowi przyprawę, która nadaje smak całemu muzycznemu przedsięwzięciu. Bez tej przyprawy muzycy mogliby grać ze wszystkich sił a słuchacz nadal miałby poczucie, że częstuje się go daniem z bylejakiej kuchni. Diabeł tkwi w szczegółach, a te w dyrygenckiej głowie.

Dyrygent jest poniekąd solistą. Chociaż kieruje wielkim, nieraz liczącym setki osób zespołem, sam odpowiada za powodzenie lub klapę przedstawienia. Różnica pomiedzy solistą a dyrygentem polega na tym, że solista stoi twarzą do publiczności a dyrygent tyłem. Jest to sytuacja trochę anachroniczna, bo w epoce komunikatów obrazkowych, gdy wszechobecne kamery przyzwyczaiły nas do podglądania wszystkiego – widok odwróconej sylwetki pana w czarnym fraku może nie wystarczać. Należę do tych osób, którym obserwowanie ruchów i mimiki dyrygenta pomaga w zrozumieniu niunasów muzyki. Gapienie się na twarz dyrygenta wynika z potrzeby edukacji muzycznej. Dlatego tak chętnie oglądam wykonania wielkich dzieł na YT, oczywiście pod warunkiem, że nagranie ma dobrą jakość a dyrygent jest dostatecznie wyrazisty.

Legendą wśród dyrygentów był Herbert von Karajan. Nie pora rozpisywać się o jego zasługach, wypada przyjąć, że sława Karajana jest zasłużona. O jego wielkiej osobowości przekonuje mnie film na YT, kiedy Karajan wchodzi na dyrygencki pulpit, przenikliwym wzrokiem omiata orkiestrę i wyważonym gestem daje znak do pierwszego taktu. Co za siła wyrazu! Co za precyzja ruchów i dyscyplina! Oschła twarz Karajana nie pozostawia wątpliwości: ten człowiek przemyślał każdą nutę rozpoczętego utworu, wie jakiej długości muszą być pauzy, gdzie postawić akcenty, na ile gwałtowne mają być zmiany tempa i jak wybrzmi ostatni dźwięk. On to już wszystko na pewno wie! Stoi na podwyższeniu, wygląda jak surowy sędzia przekonany o własnej nieomylności i wyciąga z orkiestry muzyczne zeznania.

Krańcowo różną osobowością jest Christoph Eschenbach. On ma w sobie większy luz, do muzyki odnosi się z większą, nieraz przesadną czułością, a do komunikacji z muzykami używa nie tylko dłoni i ramion. Tajne instrukcje przekazuje im przy pomocy zakrzywionego palca, uniesionej pałeczki, kiwniecia głową. Dyryguje mięśniami twarzy, mrugnięciem oka i strzygnięciem ucha. Gdyby nie był łysy, zapewne dyrygowałby także włosami. Najwyraźniej dobrze się czuje w roli człowieka organizującego pozorną kakofonię w uporządkowane, nie raniące ucha brzmienie. Jak każdy dyrygent, jest w tej uprzywilejowanej sytuacji, że może publicznie okazywać satysfakcję z wykonywanej pracy. I jak widać na załączonym filmiku, ochoczo z tej okazji korzysta.

Filmik obejrzałem na YouTube ponad 20 razy. Za każdym razem uśmiecham się widząc przeurocze miny pana Eschenbacha oraz zachowanie muzyków, dobranych jakby specjalnie dla potrzeb filmu. Dużą zasługę w oddawaniu nastroju ma mistrzowska robota kamer wychwytujacych niuanse w zachowaniu i mimice muzyków. Czasem bywają one zabawne, niemal groteskowe, kontrastujące z powagą muzyki. Właściwie jak na Mahlera muzyka wcale nie jest taka „poważna” – to jedna i z interpretacji popularnej piosenki „Panie Janie, niech pan wstanie…” zaaranżowana z udziałem fletów, klarnetów i smyczków. Nafaszerowana dźwiękowymi zawijasami charakterystycznymi dla żydowskiego folku.

Jest to pierwsza symfonia Gustawa Mahlera, kompozytora urodzonego w rodzinie żydowskiej w XIX wieku na terenie obecnych Czech. Zaczynał komponować jako przedstawiciel późnego romantyzmu – kończył jako prekursor modernizmu europejskiego. Osiągnął sukces zawodowy. Przez pewien czas był dyrektorem opery wiedeńskiej i dyrygentem tamtejszej orkiestry. Pracował także w Paryżu i Nowym Jorku. Znany był z wielkiego temperamentu i surowości wobec muzyków, a dyrygował ekstatycznie, co pokazuje obrazek z tamtego okresu.

W ogóle Mahler, którego osobiście uznaję za jednego z trzech największych kompozytorów w dziejach muzyki klasycznej – ma szczęście do filmów.
Jego Adaggio z V Symfonii stało się tematem przewodnim w filmie Viscontiego „Śmierć w Wenecji”. Powstał też film fabularny zatytułowany po prostu „Mahler”, oparty na rewelacyjnym scenariuszu, pokazujący skomplikowaną osobowość kompozytora. Film operujący groteską, pomieszaniem snu z jawą, wspomnień z teraźniejszością. Warto go poszukać w czeluściach YouTube, choćby po to by zobaczyć jak nastoletni Gustav wybrał sie do lasu na całą noc, aby „poczuć przyrodę i usłyszeć jej głos.” Odgłosy przyrody słychać w wielu późniejszych jego kompozycjach.

Wróćmy jednak do Eschenbacha i paryskich symfoników. Zdecydowałem się pokazać Wam ten filmik, bo zdecydowanie jest on czymś więcej niż statyczną relacją z wykonania fragmentu symfonii. Dzięki znakomitemu prowadzeniu kamery i montażowi mamy do czynienia z plastyczną opowieścią o tym, jak muzyka powstaje. Widzimy jej różne oblicza, bo narracja filmowa jest pełna niespodzianek, nastrojowa a przy okazji komiczna. Eschenbach jest tu bez wątpienia postacią pierwszoplanową i wcale nie z racji swojej roli. Przyciąga wzrok tak czy owak, intryguje mimiką. Po paru minutach mniej ważne staje się, czy dyryguje orkiestrą po mistrzowsku czy tylko poprawnie. Chce się go podpatrywać jak jakiegoś egzotycznego ptaka podczas godowego tańca. Choć jednocześnie to on zachowuje się jakby podglądał stado dzikich ptaków i nasłuchiwał ich odgłosów. I widać na jego diabolicznym obliczu, jaką przyjemność sprawiają mu trele wydobywające sie z klarnetów, fagotów i obojów.
Przestaję już zgadywać, co Eschenbach naprawdę słyszy i czy są to te same odgłosy, które młody Mahler wchłonął w siebie podczas nocnego czuwania w austriackim lesie. Popatrzcie przez kilka (dosłownie dziesięć) minut – muzyka wcale nie jest trudna. To w gruncie rzeczy jest kino akcji, gdzie muzyka tylko buduje nastrój i podkreśla napięcie. Christoph Eschenbach zmaga się z wyzwaniem rzuconym przez Gustawa Mahlera. Clash of Tytans!

Reklamy

Tagi: , ,

Komentarzy 17 to “Tako gra Eschenbach”

  1. pangrabek Says:

    Momentami miałem wrażenie jakby Pan Christoph był bardzo zdziwiony tymi dźwiękami, jakby muzyka ktora go otacza, która do niego dociera, bądź którą on sam ma już w głowie i z niego wypływa była tworzona na bieżąco w jego głowie a jednocześnie docierała do świadomości dopiero po chwlii. Jakby krok po kroku był przed nim ujawniany plan tej kompozycji. Cudowna gra oczami 🙂

    • laudate44 Says:

      Bardzo dokładnie opisałes moje wrażenia. Eschenbach jak duże dziecko dziwi się tym uroczym dźwiękom a jednocześnie nimi zarządza. Fajna robota anyway 🙂

  2. Tetryk56 Says:

    Spektakl rzeczywiście przejmujący, wykraczający poza czystą muzykę!
    Przy okazji przypomniało mi się, jak lata temu mój wówczas kilkuletni siostrzeniec recenzował widziany w TY koncert pod dyrekcją sławnego wówczas Mantovaniego: różni panowie grają na instrumentach, a jeden stoi na środku i się wygłupia!

    • laudate44 Says:

      Nie wiem, Tetryku, dlaczego Twój koment trafił do pudła ze spamem. Może to co mówił Twój siostrzeniec wydało się WordPressowi zbyt radykalne. 🙂
      W żadnym wypadku nie ja byłem cenzorem. Wszak muzyka nie zna granic a wszelkie opinie są uprawnione. To jest taka szczęśliwa dziedzina, w której nie ma się o co spierać.
      Dla każdego coś miłego… 🙂

      PS. Perspektywa z jakiej patrzył siostrzeniec jest nawet zrozumiała. Dałoby sie z niej wysnuć analogię do tego, jak niektórzy internetowi „komentatorzy” rozumieją to, co się dzieje w polityce. Dla nich też np. urzędujący premier tylko się wygłupia. 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Masz rację – dzieciom i osobnikom na takim poziomie rozumienia rzeczywistości wiele musimy wybaczać – nie zaprzestając wysiłków edukacyjnych 🙂

  3. wiedźma Says:

    Nie uważam , że muzyka Mahlera jest łatwa:) Tak mam… A tutaj tę muzykę widać,…. to jest przewaga bywania na koncertach nad odsłuchiwaniem nawet najlepszych płyt.
    Napisaliście o panu Eschenbachu wszystko, więc nie będę się powtarzała.. ..ta muzyka jest w nim i wokól niego.
    Będę wracała do tego wykonania…. i dzieki Laudate za kolejną wspaniałość.

    • laudate44 Says:

      Słusznie Wiedźmo prawisz… 😉
      Obejrzenie i wysłuchanie koncertu ma oczywistą przewagę nad samym słuchaniem muzyki z płyty lub radia.
      (No, chyba że akurat wypadnie siedzieć obok jakiejś paniusi, która przepocony polar skropi obficie drogimi perfumami i wtedy wrażenia zapachowe nie pozwalają sie skupić na odbiorze muzyki – ze dwa razy mnie to spotkało w Dublinie 😦 )
      Dlatego niezłym rozwiązaniem jest ogladanie klipów na YT. Co prawda Internet ma wciąż opinię medium popularnego żeby nie powiedzieć rynsztokowego, ale jak się chce znaleźć dziełka „sztuki wysokiej” to one też tam są. Oczywiście żaden to splendor powiedzieć „ogladałem wczoraj koncert Barenboima w internecie” lepiej byłoby pochwalić się bytnością w La Scali lub Filharmonii Wiedeńskiej, ale co tam… trzeba iśc czasem na kompromis. 🙂

      Jak wspomniałem, oglądanie koncertów na YT ma dla mnie walor edukacyjny. Po jakimś czasie nawet ta trudniejsza muzyka staje się bardziej dostępna, bo obserwacja muzyków oraz dyrygenta bardzo pomaga w odbiorze. Czasem pomagają dobre zdjęcia przyrody lub architektury – polecam na YT utwór „Fingal Cave”, Mendelsohna z widoczkami zielonych wzgórz Hebrydów. Bardzo dobre zestawienie.
      Nie uważam, że Mahler jest łatwy, gdyby był łatwy, byłby Offenbachem albo Janem Straussem – chodziło mi tylko o ten fragment z filmu.
      Pozdrawiam

      • wiedźma Says:

        W czasach licealnych mieliśmy regularne ” lekcje umyzykalniające ” w filharmonii…… prowadził je dla nas uroczy człowiek o równie wrażliwej i twarzy jak pan Ch.E.. i to On mi się przypomniał po tylu już latach, gdy patrzyłam, jak żyje muzyką pan Eschenbach. Masz absolutną rację, że obraz i dźwięk, to więcej 🙂

  4. laudate44 Says:

    A czy Aleksandra z Alzacji już czytała? Wspominałaś kiedyś, że lubisz teksty o muzyce. Pisząc liczyłem na to, że ten Ci się spodoba. Nie spodobał? 😦

  5. laudate44 Says:

    Mam ferie, więc od jutra do końca roku blog opanują wieści i legendy z Irlandii. 🙂
    Ogłaszam koncert życzeń. Można proponować tematy… 🙂

  6. wiedźma Says:

    Celtowie w Irlandii…. 🙂 to, co uznasz za najciekawsze…

    • laudate44 Says:

      Celtowie? Celtowie? A… coś słyszałem? 🙂
      Za trzy dni już będę ekspertem od Celtów i ich rycerskich potyczek z brzozami we mgle.

  7. laudate44 Says:

    A tymczasem:

  8. Artur Ziaja Says:

    „Jego Adaggio z V Symfonii stało się tematem przewodnim w filmie Viscontiego “Śmierć w Wenecji”.
    Nie Adaggio tylko Adagietto, które jest wyznaniem jego miłości do Almy de domo Schindler, primo voto Mahler, secundo voto Gropius, tertio voto Werfel, jednej z największych femme fatale fine de siecle, która niejednemu, w tym Mahlerowi, przyprawiła gigantyczne poroże. De gustibus non est disputandum, w moim jednakże odczuciu przesadna eksperesja stylu dyrygowania Eschenbacha jawi się – ździebeczko – niczym cyrkowe kabotyństwo. Proszę pamiętac, iż od wzniosłości do śmieszności tylko jeden krok, a istota sprawy w tym wypadku polega przecież na tym, żeby słuchać muzyki a nie koncentrować się na intrygującym „body language” dyrygenta.

    • laudate44 Says:

      Dobrze, to jest Adagietto, akurat godzinę temu nadawali je w radiu. Radia się nie ogląda, więc żaden dyrygencki body language mnie dziś nie rozpraszał. Natomiast kiedykolwiek mam ochotę skoncentrować uwagę na zachowaniu dyrygenta – robię to bez poczucia, że marnuję czas.
      Pozdrawiam

  9. Artur Ziaja Says:

    Co do stylu dyrygowania, polecam film biograficzny dot. Richarda Straussa, w którym jest fragment odnoszący się do rady jaką młodemu Straussowi udzielił jego ojciec – fagocista ( o ile dobrze pamiętam) dworskiej orkiestry w Monachium. Młody Strauss miał predylekcję „to make those ugly serpentine gestures”, co zostało opatrzone przez troskliwego ojca stosownym komentarzem. W okolicach 16 minuty na Richard Strauss Remembered (Youtube):

    • laudate44 Says:

      Obejrzę w wolnej chwili i skomentuję jeśli będę miał coś do dodania. Dziękuję za inspirujące komentarze. Okazuje się, że na muzykę klasyczną i jej odbiór można patrzeć z bardzo różnych pozycji. Być może skorzystam z tych inspiracji przy następnej muzycznej notce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: