Bohater z pamięci

Temat na bieżący wpis przyszedł z Facebooka. Własciwie dwa równoległe tematy, które muszę podjąć w towarzystwie wątków pobocznycch, bo jak wiadomo, opis rzeczywistości jest wtedy zrozumiały, jeśli czytelnik zna kontekst. Kłopot w tym, że każdy z przyniesionych podmuchem Internetu wątków niesie ze sobą cały wianuszek wątków pobocznych, no i wszystkie razem tworzą niezłą plątaninę. Mam ją teraz w głowie.

Rzeczywistości nie da się przyjąć ani omawiać w całości. Trzeba po niteczce. W Szansie na Sukces Wojciech Mann, żeby zobaczyć jeden kartonik z numerkiem pociągał za jedną niteczkę (tasiemkę) i to było właściwie. Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby w przypływie niezdrowej ciekawości pociągnął za wszystkie tasiemki naraz. Spadające z sufitu albo może z samego Nieba pudełeczka mogłyby pana Wojtka zwyczajnie przygnieść i zdruzgotać, mimo że pan Wojtek chucherkiem nie jest.

To nic, że oglądana w ten sposób rzeczywistość jest niepełna, fragmentaryczna i ułomna. Może i jest. Warto pamietać, że jesteśmy jak ci ślepcy w hinduskiej opowieści, którzy mieli opowiedzieć jak wygląda słoń na podstawie tego co każdy z nich czuł pod palcami. Opowieść nie mówi czy ślepcy na koniec popadli w konflikt, bo znawca trąby nie mógł pogodzić się z badaczem ogona a ten kto dotykał słoniowego brzucha nie był w stanie zaakceptować opinii eksperta siedzącego na karku zwierzęcia i miętoszącego jego uszy. Nie zdziwiłbym się gdyby w tej legendzie pojawiło się zdanie „wszyscy się mylicie, bo mój słoń jest najsłońszy”.

Nie miało być o słoniu. Miało być o bohaterze irlandzkich walk wyzwoleńczych. Przypomniał mi o nim kolega Damian, który na Facebooku zamieścił zdjęcia z podróży po Toskanii, a kiedy kliknąłem i westchnąłem, że je „lubię”, odpowiedział mi, że po wpisaniu w Google hasła Biblioteka Piccolominich wyszukiwarka jako pierwszy pokazuje link do mojego wpisu blogowego. Co Picollomini ma wspólnego ze słoniem i z irlandzkim bohaterem? Zaraz do tego dojdę, nie mogę wszystkich nitek ciagnąć naraz, bo jak to ktoś ładnie powiedział, od nadmiaru rzeczywistości można zwaryjować.

Damian przyleciał do Dublina dokładnie w tym samym dniu co ja, poznaliśmy się na lotnisku, bo odbierał nas stamtąd wspólny znajomy. Przez kilka miesięcy pracowaliśmy z Damianem w tej samej firmie, mieszkaliśmy na Thomas Street – ulicy może nie pięknej, ale dość charakterystycznej dla starego Dublina. Na przedłużeniu Thomas Street znajduje się browar Guinnessa, nad którym przy bezwietrznej pogodzie unoszą się słodkie opary prażonego jęczmienia. Gwar uliczny wzbogaca od czasu do czasu bicie kościelnych dzwonów albo nawoływania straganiarek. Sklepy Thomas Street nie należą do najbardziej szykownych w mieście, ale nie jest to ulica wymarła. Wśród przechodniów dominują wytatuowani faceci z kolczykami w uszach oraz kobiety z papierosami w uszminkowanych ustach i odziane w luźne dresy. O ile faceci przestają przed pubami lub zakładami bukmacherskimi – kobiety przyciąga bliskość tzw. placówek handlowych. Na przyległej do Thomas ulicy Meath Street mieści się słynny Liberty Market – targowisko, gdzie sprzedaje się mydło i powidło oraz szmuglowane papierosy i chińskie adidasy. Jednym z elementów tworzących klimat tych okolic jest pub, który opisywałem kiedyś jako miejsce w równym stopniu gościnne dla młodzieży, seniorów, emigrantów a nawet psa leżącego na środku podłogi.

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8e/Thomas-st-dublin-2010.jpg

Troszkę się boję tego, co teraz powiem, bo jedno zdanie otworzy kolejną furtkę do skojarzeń i może mnie zepchnąć w wir dygresji albo na mieliznę meandrów, ale od oczywistości nie można uciec: kiedy chodziłem po Thomas Street (teraz bywam tam rzadko, ale przez dziesięć lat niewiele się zmieniło) wyobrażałem sobie, że tak musiała wyglądać opisywana przez Brunona Schulza Ulica Krokodyli – miejsce zawłaszczone przez krzykliwy kapitalizm, nasycone tandetą, pretendujące do bycia czymś wznioślejszym, mniej obskurnym, mniej prowincjonalnym. Miejsce, gdzie wielkoświatowe pretensje mieszają się z lokalnymi gustami dając stylistyczny galimatias, gdzie karykatura miesza się z nostalgią. Wszelkie te pretensje u postronnego obserwatora wzbudzają rodzaj czułości a nawet zachwytu, tym bardziej, że dążenie do przemian jest niepośpieszne a imitacja nie do końca serio. Trzymający się dziewiętnastowiecznych tradycji, sklepikarski kapitalizm zna swoje miejsce, nie szuka oryginalności za wszelką cenę. Jest w nim miejsce na romantyzm jest i na banał. Czy jest coś bardziej banalnego niż wielki zegar z rzymskimi cyframi wiszący nad wejściem do pubu o nazwie „The Clock”? Taki pub jest na Thomas Street.

Takiego ani podobnego pubu nie ma na ulicy Stryjskiej w Drohobyczu, tej która posłużyła Schulzowi jako pierwowzór Ulicy Krokodyli. Różnic zresztą zauważyłem o wiele więcej – byłem w Drohobyczu dwa i pół roku temu – co nie zmienia faktu, że podobieństwa istnieją. Ale to już inna historia, wracam na bezpieczne wody opowieści o Dublinie. Jak się domyślacie, Damian, który po rocznym zaledwie pobycie w Dublinie wrócił do Polski, żeby się ożenić – nie jest bohaterem walk wyzwoleńczych. Jest zaledwie bohaterem moich wspomnień z pierwszych miesięcy emigracji, jednym z wielu, bo jak to zwykle bywa w nowym miejscu, znajomości zawiera się łatwo, a obrazy mocno zapadają w pamięć. Nie tylko zapadają ale mocno przyczepiają się do obrazów tam zalegających, dlatego gdy na Facebooku ktoś wrzucił fotki przedstawiające tę część Thomas Street, w której obaj mieszkaliśmy a po kilku dniach Damian zamieścił fotki z podróży oba wspomnienia zbiegły się i uderzyły mnie z siłą wodospadu. Dlatego postanowiłem napisać o irlandzkim bohaterze, którego heroiczną śmierć upamiętnia marmurowa tablica przed kościołem stojącym kilka kroków od mojego ówczesnego miejsca zamieszkania. Mijałem tę tablicę i nieraz musiał ją mijać Damian, kiedy szedł do mnie wypalić jointa lub pożyczyć rower.

Kolejny tekst będzie już tylko o bohaterze, dziś kończę na rowerze.

Reklamy

Tagi: , , ,

Komentarzy 8 to “Bohater z pamięci”

  1. wiedźma Says:

    Dobry dzień ? czy już wieczór ? No ładnie, wprowadziłeś nas na Thomas Street i zostawiłeś przed Roverem….. 🙂
    Myślę, że ta ulica ma więcej ” sobowtórów” i nie bez powodu skojarzyła Ci się z Brunonem Schulzem….. Ale bohatera nie widać!
    Jest tuż za rogiem ?

    • laudate44 Says:

      Bohater pojawi się o północy. Na razie trzymam czytelnika w napięciu. 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Laudate, cieszę się, że sięgasz po sławne wzorce, ale lękiem mnie napawa myśl że Beckett był Irlandczykiem… 😉

      • laudate44 Says:

        Tetryku, odwagi! 🙂 Nie czekamy na Godota!

  2. wiedźma Says:

    Jaja północ, że się grzecznie zapytam ? Twoja czy moja ? 🙂

  3. wiedźma Says:

    no tak, miała być ” jaka”, a wyszły jaja. Tyz piknie, bo to bardzo zdrowe pozywienie 🙂

    • laudate44 Says:

      Miała być Twoja północ, ale udało się wczesniej bohatera wypuscić bo zasłuzył, chociaż gówniarz… 🙂
      Zapraszam do lektury nowego tekstu.

  4. D. Says:

    Witaj!
    Wspaniały tekst. Uwielbiam takie kawałki o wszystkim i o niczym (bez urazy z tym „niczym”). Przypowieść o najsłońszym słoniu fantastyczna. Umiesz opisywać nie tylko rzeczywistość ale i wrażenia, ulotne chwile, emocje. Posiadasz umiejętność zaciekawiania. A swoją drogą pełno Ciebie w internecie. Wrzucam jakieś hasła i bardzo często wyskakujesz Ty. Laudate stworzyłeś Coś fajnego!
    D.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: