Spóźnienie planowe

Dwa posty temu wspomniałem, że się spóźniam. Tym razem się nie spóźniam, bo roboczy tydzień dopiero teraz dobiega końca. Przedwczoraj – 1 listopada – nie zapalałem świeczek i nie zgarniałem liści z nagrobków tylko dzielnie pracowałem jak przystało na mieszkańca kraju pogrążonego w recesji. Również w ostatni Bank Holiday – tutejszy ustawowy dzień wolny – pojechałem do pracy, bo nie będzie mi rząd dyktował, kiedy mam odpoczywać a kiedy nie. Niedawno wróciłem z wakacji w PL, holidayu miałem wystarczająco dużo, a do bieżącej regeneracji sił wystarczy weekend. Jedni w weekendy łowią ryby – ja czytam albo piszę bloga. Piszę na czas albo spóźniam się planowo i z premedytacją jak pociąg z Lublina do Wrocławia.

Tematów do poruszenia aż nadto, a co jeden to bardziej wybuchowy. Apropos: kiedy po raz pierwszy usłyszałem słowo trotyl? Jakieś 40 lat temu przy okazji oglądania Czterech Pancernych. Serial był czarno-biały tak jak sierść Szarika i jak świat w którym żyliśmy, teraz już nie ma tak łatwo… Ale do rzeczy: bilans wychodzi na zero, bo o ile ja się czasem spóźniam, inni zuchwale czas wyprzedzają, ogłaszają nadejście czegoś co ma nastąpić za dwa miesiące, słowem jaja sobie robią z kalendarza! Tydzień temu wchodząc do centrum handlowego stanąłem oko w oko z naturalnej wielkości manekinem przebranym za Mikołaja. U jego stóp leżały zabawki, paczki i pomniejsze dekoracje bożonarodzeniowe. Zaraz, zaraz, pomyślałem, przecież jeszcze nie przebrzmiał huk petard i nie wypaliły się halloweenowe ogniska. W gankach, oknach i ogródkach dyndają dopiero co zawieszone pajęczyny, czaszki i czarownice na miotle. Nastoletnia dzieciarnia zbiera drewnopochodne rupiecie na ogniska, pomarańczowe dynie dekorują witryny wszystkich sklepów łącznie z aptekami a ci już wyskoczyli z Mikołajami i reniferami zwiastującymi te „jedyne w roku, cudowne, niepowtarzalne” święta. Kiedyś bym się nawet oburzył na to, że marketingowcy ludziom (szczególnie dzieciom) w głowach mieszają – teraz nawet podoba mi się to wariactwo. Pokazuje ono bowiem mało sentymentalne, ale prawdziwe oblicze wszelkich świąt, nawet tych, na określenie których używa się wyłącznie przymiotników z przedrostkiem „naj”.

Nie ma co chować głowy w piasek: te naj-wspanialsze i naj-bardziej rodzinne święta też zostały zawłaszczone przez komercję. Święto religijne doskonale wpasowane w ludzkie potrzeby bliskości i ciepła (których najbardziej potrzeba podczas przesilenia zimowego) traci albo już zatraciło swój sakralny charakter. Widać to nawet na przykładzie angielskiej nazwy sprowadzonej do krótkiego, banalnego X’mas. Kiedyś mówiło się Christmas Day czyli Dzień Narodzenia Chrystusa. Święta Bożego Narodzenia kojarzone z wigilią, pasterką i śpiewaniem kolęd przy rodzinnym stole wielopokoleniowej rodziny odchodzą w zapomnienie. Pomijając konotacje czysto religijne – dawne święta, znane mojemu pokoleniu, miały jeszcze wyjątkowy charakter: po całorocznej biedzie i szarości następowała obfitość, pojawiały się kolory choćby w postaci radzieckich lampek na choince lub ozdób z krepowanej bibuły. Po tamtych świętach pozostało wspomnienie, teraz jest X’mas i tego się trzymajmy. Kijem Wisły nie zawrócisz, a rynek ma swoje prawa. Wszelakie święta zawsze wszędzie były okazją do zarobku, w imię zasady „chcesz świętować – zapłać!”. Nie ma się więc co oburzać na gwałt na kalendarzu i zdrowym rozsądku. Postawmy się w położeniu sklepikarzy: jeśli nie zarobią podczas Xmas season, to kiedy zarobią? Zatem sezon dobrej koniunktury muszą maksymalnie wydłużać. Im więcej świąt, im dłuższe okresy przygotowań – tym lepsze wyniki finansowe. Świat się kręci wokół pieniądza, to nic nowego. Zatem Mikołaje już od końca października zachęcają do „okolicznościowych zakupów” a welurowe indyki gulgoczą radośnie. Radośnie ale jakby prześmiewczo: masz tyle siły żeby nas zignorować, żeby się oprzeć powszechnym trendom przechodzącym w amok? Jakem wypchany Mikołaj i jakem chiński Indyk z elektroniczną pozytywką powiadam ci – dasz się skusić! Bo magia świąt jest wszechmocna, nikt jej się nie oprze.

Czy to ja wymówiłem słowo magia czy Indyk?
No, niechcący wymówiłem, choć wcale nie miałem na myśli tego, co mieli na myśli panowie biskupi z kurii warszawskiej ostrzegający przed zgubnymi skutkami Halloweenu.
Kuria mianowicie uważa, że ‚obchodzenie Halloween to promowanie okultyzmu i magii.’
Cytuję: „Często praktyki okultystyczne kryją się pod pozorem zabawy »przekupywania duchów«, do której zaprasza się dzieci, młodzież i dorosłych. Nie są one zgodne z nauką Kościoła. Zatem praktykowanie Halloween mija się z powołaniem Chrześcijanina”

„Anton Lavey, twórca współczesnego satanizmu, stwierdził, iż noc z 31 października na 1 listopada jest największym świętem lucyferycznym. Mają wtedy miejsce wzmożone liczebnie akty przemocy o charakterze okultystycznym. Kościół otwarcie sprzeciwia się takim praktykom” – podkreśla kuria metropolitalna.

Chciałoby się strawestować wypowiedź księdza charyzmatyka Natanka „jeśli twoje dziecko przyniosło dynię do domu, albo udekorowało pokój sztuczną pajęczyną, to wiedz że coś się dzieje! Wiedz, że diabeł się nim interesuje, że Lucyfer na jego duszę pazury ostrzy”

Przytaczam te słowa nie z chęci dokuczenia Kościołowi Katolickiemu, staram się trzymać honorowej zasady, że leżącego się nie kopie, a w ciagu kilkunastu lat bez mojej pomocy KK udusi się własnymi pulchnymi rękami. W przypadku biskupiej kretyńskiej odezwy warto jedynie zauważyć, że Kościół oficjalny, czyli ten który ma za sobą większość wiernych i mieni się jedynym prawdziwym (jak one wszystkie!) reprezentantem J.Ch. na ziemi, tenże Kościół instytucjonalny posługuje się językiem, z którego zasłynął niepokorny Natanek. O Natanku pisałem kiedyś, że reprezentuje on mentalny skansen ale czyniąc pierwszorzędną wartość z przesądów, objawień i fantastycznych teoriach spiskowych z diabłem w roli głównej, a ponadto obnosząc się ze swoją pozycją „wybrańca Boga” i uprawiając politykę oblężonej twierdzy jest miniaturą oficjalnego Kościoła. A przy tym jest żenująco archaiczny i bezradny wobec współczesnego świata. I problem Koscioła polega na tym, że wielu wiernych może to podobieństwo zauważyć.

Kościół (ten oficjalny) nawiedzonego demagoga Natanka się wyrzekł i, prawdopodobnie z lęku przed ośmieszeniem, się od niego odsunął, a jednocześnie bezrefleksyjnie powtarza natankową mantrę o okultyzmie i zgubnych skutkach podążania za modą. Halloween jest oczywiście modą i nie rości sobie pretensji do zdobywania wyznawców i tworzenia struktur religijnych. W polskich warunkach Halloween jest zgrywą, atrakcyjną dla młodszej grupy wiekowej i mniej pociągającą dla ludzi starszej generacji. Tak samo jak moda na białe kozaczki, kolczyki w nosie, słuchanie hip-hopu albo paradowanie z podrabianymi torebkami Luis Vuitton.
Jeżeli tak poważna firma, mająca się za moralny i intelektualny Everest, buńczucznie głosząca swoją nieomylność i bezpośrednią łączność ze światem nadprzyrodzonym musi się jeszcze zajmować egzotyczną modą, to znaczy, że coś się dzieje… Że mieszkańcy oblężonej twierdzy KK wcale nie są pewni swoich przekonań i nie czują się bezpieczni. Boją się podświetlonej dyni i czarnego kota?

Nie chodzi rzecz jasna o wszystkich wyznawców Kościoła. Przestrogi w sprawie magii i okultyzmu Halloween wysmażyła kuria warszawska. Ta sama, która tyle czasu tchórzliwie milczała, gdy na Krakowskim Przedmieściu trwała wojna o krzyż, gdy opętany tłum nazwał księży sprzedawczykami i Judaszami, a zachowanie „obrońców krzyża” miało znamiona pogaństwa i chuligaństwa. Łatwo wypowiedzieć wojnę dyniom i sztucznej pajęczynie, na przemówienie do rozsądku „pani Joannie od krzyża” zabrakło odwagi i autorytetu.

Rozgadałem się niepotrzebnie, a miałem tylko podsumować swoje spotkanie z Mikołajem. To nie był dla mnie jakiś wielki wstrząs, już od dawna mam do świąt stosunek luźny żeby nie powiedzieć niechętny. Święta budzą moją irytację i zniecierpliwienie. Wynika to z ich kalendarzowej i kulturowej umowności oraz dewaluacji słów jaka im towarzyszy. Żeby zatem nie słuchać banałów i nie brać udziału w pustych obrzędach spędzam ten czas raczej samotnie, a skoro tak, to chyba nie świętuję, bo co to za świętowanie w pojedynkę? Obchodzenie świąt kalendarzowych jest zresztą całkowicie złudne. Wystarczy zmienić otoczenie, wejść w inną kulturę aby zauważyć cały relatywizm tradycji i kalendarza.

I dalej: jeśli nie porusza mnie celebrowanie świąt na tutejszy sposób i w dniach wyznaczonych przez tutejszą tradycję – to w naturalny sposób słabnie we mnie potrzeba obchodzenia świąt przynależnych do mojej tradycji i mojego dzieciństwa. Tym bardziej słabnie i zanika, że dzieciństwo ze swoim zmysłowym i magicznym (!) sposobem chłonięcia świata minęło, żadne zaklęcia i żadne dekoracje dzieciństwa nie przywrócą. Jego miejsce zajęła racjonalna do bólu dojrzałość, która nie tęskni wcale za odmiennymi stanami świadomości czy uczuciowości. Dojrzałości nie potrzeba wzruszeń odmierzanych kalendarzem i przeżywanych zbiorowo. Zbiorowo i płytko. Jeśli wyznacznikiem świętowania ma być wyprawa do centrum handlowego w połowie grudnia oraz oglądanie filmu o Kevinie znad talerzyka z tortem, to ja wolę wcale nie świętować. Choćby indyki nie wiem jak przymilnie gulgotały a Mikołaje im wtórowały tubalnym ho, ho, ho.

Reklamy

Tagi: , ,

Komentarzy 21 to “Spóźnienie planowe”

  1. Roman Strokosz Says:

    Sam obserwuje od dluzszego czasu cos, co nazywam dewastacja swietosci. Odchodza w przeszlosc te wartosci i te swietosci, ktore przy szrzyznie codziennej rzeczywistosci upiekszaly nasze zycie, dawaly duchowa strawe a i po trochu pomagaly wychowywac pokolenia w innych wartosciach nieskomercjalizowanych.
    Swietny wpis Drogi Laudate ! Dziekuje!

    • laudate44 Says:

      Ten wpis to tylko garść osobistych przemyśleń. To przyznanie się, że dla mnie święta, nie tylko te grudniowe, nie mają już temperatury – ani ziębią ani grzeją. Nie żałuję, że zmienił się ich charakter, bo bezsensowny byłby żal za czasem minionym.
      Nie zamierzam jednak zwalczać jakichkolwiek świąt i krytykować ludzi za to, że je po swojemu obchodzą. W supermarketach lub kosciołach.
      Podoba mi się świat różnorodny a wszelkie świeta, pod warunkiem że nie zawłaszczone przez nieczyste interesy i agresywne ideologie – są częścią tej różnorodności. To nic, że różnią się od naszych wyobrażeń i naszych wspomnień.
      A, byłbym zapomniał: wszystko sie zmienia, ale strucla makowa ZAWSZE smakuje tak samo. 🙂 Tu na wyspie i w Nowym Jorku chyba też 🙂
      Pozdrawiam

  2. wiedźma Says:

    Dobry wieczór ! Święta, zwłaszcza Boże Narodzenie były magicznym czasem w dzieciństwie…. z powodu robienia zabawek na choinkę, migoczących świec, kolęd i oczekiwania na prezenty…. bo nigdy się nie wiedziało co będzie pod choinką. I nieodzowne spotkania z bliższą i dalszą rodziną…. Nie zastanawiałam się nad religijną treścią Swiąt , Dopiero po latach zmusił mnie do tego Moczarski w swojej „Rozmowie z katem”… on wierzył w boskie narodzenie, ja… nie.
    Nie spędzę tych świąt samotnie, jak zawsze spotkamy się rodzinnie i dzieci będą miały uciechę roznosząc torby z prezentami. Będzie nas mało, nie tak, jak w czasach, gdy żyły moje babcie…
    A ja… będę zmęczona, bo najbardziej pracochłonne pierogi z grzybami i kapustą, uszka do barszczu i kluski z makiem to moja działka.
    Cały ten zgiełk cieszy mnie radością dzieci…. :). Co będzie, gdy one podrosną ? Kto wie…

    • laudate44 Says:

      No tak, celowo nie dotykałem światecznej celebracji od strony religijnej, bo wyglądałoby to na krytykę wiary. Ale tu się pojawia kolejny relatywizm, bo jak wiadomo, data narodzin Chrystusa jest zupełnie inna. Przed nastaniem chrześcijaństwa 25 grudnia odbywały się obchody święta ku czci rzymskiego boga Saturna. Potem się to zmiksowało, potem św. Franciszek wprowadził motyw szopki z pasterzami i bydlętami, potem z Niemiec doszła choinka, keksy, marcepany … i mamy to co mamy. Jednym z tym dobrze, innym średnio, a jeszcze inni ostentacyjnie idą pracować 🙂

  3. Tetryk56 Says:

    Jeszcze za mojego dzieciństwa – choć treści religijne nie były nigdy zbyt istotne już dla rodziców – święta były okazją do spotykania dawno nie widzianych krewnych, jeździło się daleko albo przyjmowało z daleka. Dziś świat stał się mniejszy i bliższy, spotkania z rodziną już nie tak egzotyczne – kolejny powab świąt stracił na znaczeniu…

    • laudate44 Says:

      Świat się skurczył, komunikacja poczyniła postęp, łatwiej o „święto bycia z bliskimi ludźmi” niezależnie od kalendarza.
      Miałem w mijającym roku trochę ‚światecznych dni’, ale ich dat nie staram się zapamietywać. W przyszłym roku będą to zupełnie inne daty. Pozdrawiam

  4. marzatela Says:

    Świat zmalał i łatwiej jest dojechać na takie wspólne spędzanie śwąt, a jednak coraz trudniej jest spotkać się wspólnie całą rodziną przy choince. I po prostu być razem,
    Kościół walcząc z Halloween w pewien sposób pokazuje swoją bezradność. Ma problemy z własnym stosunkiem do spraw ważnych jak właśnie wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu, więc armaty wytacza w kierunku Halloween, dobudowując do tego całą ideologię. Po co?

  5. eliza Says:

    Cóz tu dodać do tego pięknego wpisu i pięknych komentarzy? Z rozmow ze znajomymi wynika iż żadne święta nie mają juz takiej „magii” jak kiedys, byc może dlatego że dzieci u wielu juz poza domem, mają swoje rodziny, swoje zycie, czas nam ucieka coraz szybciej i coraz puściej robi się wokół nas pomimo że nadal mamy tlumy wokół? Być może od lat niewesole wiadomości plynące ze świata, teraz kryzys na kazdych ustach, zycie socjalne sie degraduje, a wszystkie te smutasy wplywaja na nasza psychike?. Nie wiem. Pewno to wszystko razem, nakladając się na siebie zabija w nas radośc z codzienności, świąt, spotkań. Choć jestem z natury osobą pogodną, nie potrafie już wykrzesać w sobie tej spontanicznej radości jaka we mnie była. Ale nie szukam przyczyny, bo i po co? Biorę zycie jakim jest. Przez jakieś pierwsze 20 lat na obczyźnie zawsze w Wigilię bylam wzruszona, ale i to mi przeszło, choć w ten dzień wracają chwile spedzone w rodzinnym domu przy wigilijnym stole. Jedno co ze świąt BN nie zmieniło się jeszcze to zapach choinki rano, intensywny zapach lasu w nienagrzanym jeszcze mieszkaniu, tak, to sprawia mi przyjemność, być może wtedy czuję zapach rodzinnego domu, ktory tez juz nie wroci?………

    do miłego…

  6. andy lighter Says:

    Laudate, daj mi maila. Napisałem znów ‚problematyczny” tekst. Pamiętam, ze nieźle mnie wtedy podliczyłeś, byłem wtedy żółtodziobem internetowym i… światopoglądowym trochę. Teraz jednak wróciłem do tematu i proszę Cię, żebyś zaglądnął. Laudate. Zawsze możesz mi napisać, ze jestem chujem! Z przykrością, ale przyjmę. Wolę „chuja”, niż udawanie „Andy, fajny z ciebie gość”. To od razu mi napisz, i wsio. Produkoweanie się dla własnej przyjemności, to… tak, to cały „Ja”.

  7. andy lighter Says:

    Przepraszam Laudate, że nie na temat, ale… trochę boli. E! Nawet bardziej niż trochę. Przepraszam że śmiecę komentarze Laudate.

    • laudate44 Says:

      Nie śmiecisz! Blog ma być miejscem wymiany mysli, nawet tych „bolących”. Już zaglądam do Ciebie. 🙂

  8. Onibe Says:

    ja mam z halołyn problem. Nie lubię bezkrytycznego importu cudzych zabaw. Chciałbym aby Polacy – niby nie gęsi – wymyślili coś po swojemu. Coś fajnego. No dobra, niby wymyślili Wszystkich Świętych, ale… pożal się Boże co to za święto. Jednego dnia w roku ileś milionów Polaków wsiada do samochodów aby odwiedzić groby, co motywują nie tyle presją kalendarza, ale potrzebą. A że akurat 30 milionów ludu wali w jeden dzień? Koincydencja. Całkowicie przypadkowa. Po drodze, na drogach, ginie określony procent ludu, dzięki czemu na cmentarze trafia więcej ludzi, których bedzie można odwiedzić za rok. Niebo smutne. Twarze ludzi smutne. Tylko te ponure miny. Zamiatanie grobów. Brr… ludzie ludziom ten los zgotowali.

    Staram się nie marudzić. Naprawdę. Ale jak to jest, że u nas nawet radosne święta święci się na smutno? A smutne święci się z dodatkową pompą i wewnętrznym samozaparciem, aby smutek multiplikować…

    • laudate44 Says:

      Hm… celne spostrzeżenia i dobre pytania. Radosne święta święci się na smutno (lub po pijanemu) a te smutniejsze niosą konieczność podróżnej gehenny, stresu i kolejnych dramatów. Może lepiej żeby każdy świętował osobno, jak imieniny u cioci Janiny?
      BTW dla uniknięcia zatoru komunikacyjnego nawet ferie zimowe podzielono na trzy raty. Nie można by tak ze świętem Zmarłych?
      Halloween to nie problem Onibe. Naprawdę! Dla handlarzy okazja do zarobku, dla dzieci atrakcja i oswojenie ze śmiercią. Jeśli nie jesteś ani jednym ani drugim, w czym dzieło? 🙂
      U moich sąsiadów w ganku wciąż wisi plastikowy szkieletor, a u innych w oknie zawisły pomarańczowe lampki (miniaturowe dynie) i pojawił się napis Happy Halloween – czyż to nie jest fajne? 🙂
      Jest tyle gorszych rzeczy…

      • Onibe Says:

        nie mam nic przeciwko Halloween jako takiemu, po prostu chciałbym, abyśmy potrafili coś wymyślić i polubić bez konieczności importowania gotowych rozwiązań. To wszystko 😉

        i oczywiście sto razy bardziej wolę Halloween od Wszystkich Świętych – jako człowiek odpowiedzialny mam aż za wiele okazji do tego by się smucić. Nie potrzebuję kalendarzowego przymusu aby zanurzać się w smucie ogólnokrajowej…

      • Eva70 Says:

        Ferie zimowe są w gestii władz świeckich, natomiast święto Zmarłych, niestety w gestii KK.

      • Tetryk56 Says:

        Święto Zmarłych jest w gestii KK, sposób czczenia pamięci naszych zmarłych jest w naszej gestii – na szczęście 😉

  9. zgaga Says:

    Nie lecę na groby na hasło! Niekoniecznie właśnie 1-szego… Do ,,Halołynu” nic nie mam, niech się dzieci bawią! Na cukierki mnie stać. Jednak Bożego Narodzenia w samotności sobie nie wyobrażam…Mimo komercji obleśnej.

  10. Zbyniek Says:

    A mnie żal tych dawnych świąt z jednym pomarańczem i prawdziwą szynką z kością wtedy to były święta bardzo oczekiwane

    • wiedźma Says:

      Masz rację Zbyńku… bo te świąteczne potrawy były takie wystane w kolejkach, pracowicie przygotowywane, z nieodzowną wiadomością w Dzienniku, że statek z cytrusami juz przybił do Gdyni:) I były na swój sposób wydarzeniem…..
      Ale to są sentymentalne wspominki, bo wcale o tę szynkę łatwo nie było.

      • laudate44 Says:

        Ech, Dziennik Telewizyjny i wiadomość o statku z cytrusami – też pamiętam 🙂 A pomarańcze jak pachniały!
        Szanujmy wspomnienia…

      • Zbyniek Says:

        Wiedżmo ale cóż to była za szynka nie jak dzisiejsze badziewie napompowane hektolitrami solanki.
        Najsmaczniejsze kąski były z okolicy tej kości moja Mama ją szmuglowała ze wsi wymieniając za kradzione nici do szydełkowania oczywiście z dopłatą do szynki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: