Rozmowa z Janem – część 4

Kwadrans po czwartej Jan wrócił do stolika. Nadszedł nie od tej strony, z której się go spodziewałem, nawet trochę mnie wystraszył. Zjawił się nagle jak duch.

No i co, znalazłeś aptekę?

Odpowiedziało mi westchnienie: Ech, wszystko się pozmieniało… Niczego nie poznaję… Apteki w dawnym miejscu już nie ma. Znalazłem inną, nawet przez ciekawość zajrzałem. Zwabiły mnie zapachy, prawdę mówiąc. Młoda sprzedawczyni, której się troszkę przygladałem, bo przypominała mi modelkę pozującą do Zwiastowania chciała mi sprzedać krem nawilżający Vichy. Powiedziała Mounsieur, pan ma taką wysuszoną skórę.

I co, kupiłeś?

Nie miałem za co.

Też bym nie kupił, Vichy strasznie drogie i zalatuje kolaboracją.

Mnie się zapach podobał. Sprzedawczynie też. Jak one wszystkie pachniały…
Kolaboracja to jakieś egzotyczne zioło?

Nie. Użyłem metafory, nie ważne… Cieszę się Mistrzu, że spacer się udał i bardzo mi miło, że wróciłeś. Zaczynałem się bać, że pobłądziłeś.

Przez ten czas gdy Jana nie było, zrobiłem szybkie zestawienie tego co jeszcze chciałem się od niego dowiedzieć. Wielu spraw byłem ciekaw, ale musiałem się skupiać na tych najważniejszych. Włączyłem ponownie dyktafon, na żadne dygresje nie moglismy sobie pozwolić, choć czasem słowo rzucone w rozmowie aż prosiło się, żeby podrążyć jego znaczenie. Kolaboracja… Nieraz wolałem ugryźć się w język, żeby szacownego gościa nie urazić. Wyobrażacie sobie jak to jest, gdy rozmawia się z człowiekiem, który w każdej chwili może zniknąć. Granica miedzy dociekliwością a impertynencją jest bardzo cienka a Jan po zderzeniu z naszą rzeczywistością (i zapachami w aptece) był w szoku, więc nie byłbym zdziwiony, gdyby niektóre pytania go drażniły. Szczęśliwie kawa i likier doniesione przez kelnera działały kojąco na nas obu.

Powiedz Janie, kiedy już znalazłeś się na „niebieskich pastwiskach” – to twoje słowa – i zobaczyłeś rzeczywistość zdecydowanie inną od tej, którą przez większą część życia malowałeś, nie poczułeś się rozczarowany?

W jakim sensie?

W takim, że tam nie zastałeś tych wszystkich postaci, o których czytałeś w książkach i słuchałeś kazań. Że nie znalazłeś śladu po aniołach, archaniołach i złotowłosych hurysach, że znikąd nie pada wiekuiste światło i tak dalej.

Odczekałem pół sekundy, czy Jan nie zaprzeczy a gdy nie zaprzeczył, ciągnąłem dalej.

Przyznaj, nie wkurzyłeś na tych którzy karmili cię obietnicami raju oraz straszyli piekłem? Nie wściekłeś się na swoich kaznodziejów i spowiedników za obarczanie cię poczuciem grzechu i zmuszanie do wstydu za to tylko, że jako człowiek cielesny miałeś swoje potrzeby i pokusy?

Pokusy to ja mam nadal, nawet w tej postaci…

Nie odpowiedziałeś na pytanie, a to mnie bardzo ciekawi.

No tak, uciekłem w żart, bo nie wiem jak ci odpowiedzieć. Twoje pytania zupełnie nie przystają do rze… nie, nie mówimy o rzeczywistości, mówimy raczej o pośmiertnej nierzeczywistości. Zgoda, żadnych trąb anielskich ani diabelskiego ognia tam nie ma. Nie ma niczego, o co wykłócają się teologowie i co za ich podpowiedzią malowaliśmy… Żadni święci z kluczami ani legiony błogosławionych nie witają zmarlaków u bram nieba, bo bram też nie ma. Tam jest inaczej, ale przecież nie czuję się zawiedziony. Wrażenia stamtąd są nieprzekładalne i już. Pospolite kategorie typu ciepło – zimno albo dobrze – niedobrze też odpadają. Nawet moja malarska wyobraźnia zawodzi, gdy mam określić czy tam jest jasno i świetliście czy ciemno i ponuro. Właściwie tam nie ma nic, ale to nie znaczy, że nie ma zupełnie niczego. Będąc tam nie tęsknisz, żeby coś było lub żeby coś się działo. Tam się trwa – nigdy nie powiem, że się „tylko trwa” bo to by sugerowało jakiś brak i niedosyt, a przecież tamto trwanie jest w pełni zadowalające. Trwasz tam na tyle świadomie, na ile zdołałeś świadomość siebie samego ukształtować za życia. Tyle jest.

Ale co?

Jest właściwość, z którą łączy cię jakaś jakaś relacja. Ale może się mylę. Każda próba opisu jest skazana na porażkę, pamiętaj o tym, gdybyś jeszcze kogoś miał pytać. Jedyna droga, to przekonać się samemu.

No aż tak ciekaw to nie jestem, chodziło mi wyłącznie o twoje odczucia. Bo ja osobiście byłbym wkurzony, gdyby mnie ktoś nabierał na jakieś niesprawdzalne bajdy, a potem okazałoby się…

Sedno sprawy jest w tym, że mimo tlącego się ognika świadomości albo inaczej, mimo tego niby-zapachu, niby-oparu stanowiącego zawiesinę naszego trwania, tam żadnych uczuć nie ma. Zupełnie. Dlatego nie mogę być ani rozczarowany ani wzruszony. Nawet tutaj, choć tu smaki i zapachy są o wiele intensywniejsze. Twoja dociekliwość też mnie nie porusza, chociaż ją rejestruję.

Dzięki Bogu. Hm… chciałem powiedzieć, dobrze Janie, że masz tę stoicką cierpliwość.

Mnie też z tym dobrze.

Mieliśmy rozmawiać o „Adoracji Baranka” – największym twoim dziele, które zapewniło ci sławę i dobrobyt ale na które poświęciłeś ogromnie dużo czasu. Wykonanie wszystkich części malowidła zajęło tobie i bratu Hubertowi kilka lat, pomagał wam tuzin pomocników. Ale czytałem, że twój udział w powstawaniu „Adoracji…” był niewielki, bo w tym czasie głównie podróżowałeś.

Nieprawda, że nie malowałem Adoracji. Hubert zaczął, ja skończyłem. Owszem jeździłem wtedy do Italii i Hiszpanii, ale po powrocie do Brugii pracowałem w dwójnasób, tym bardziej że Hubert już nie żył. Że na obrazie odkryto przemalowania i poprawki? To nic nadzwyczajnego. Normalną praktyką – zwłaszcza przy tak dużych gabarytach – było to, że większość prac wykonują czeladnicy lub mistrzowie, którzy nie dorobili się własnego imienia, a ostateczny kształt dziełu nadaje ten, kto przyjął zlecenie i kto jest właścicielem pracowni.

Ostatecznie gigantyczne dzieło składa się z kilkunastu obustronnie zamalowanych paneli, tchnęliście życie w ponad setkę postaci, w większości nierzeczywistych, wziętych z legend i literatury tłumaczonej z obcych języków. Osoba Boga Ojca oraz madonny i Świętych miały u widzów wzbudzać lęk pomieszany z zachwytem i uwielbieniem. Zabieg się udał, bo im doskonalsza sztuka tym łatwiej wywołać tego typu emocje. Twoja sztuka, wzniesiona na wyżyny technicznej doskonałości, działała hipnotycznie, przekonywała o istnieniu rzeczywistości, która obiektywnie nie istnieje.

Jan nic nie odpowiedział, szarmanckim gestem skinął na kelnera, żeby zamówić kolejną gorącą kawę oraz ten drugi słodki przysmak. Likier był moim sprzymierzeńcem ale wiedziałem, że powodzenie całego przedsięwzięcia jest wyłącznie w moich rękach a raczej w moim opanowaniu. Co jakiś czas powtarzałem sobie w myślach, nie daj się Laudate ponieść emocjom i nie zadawaj drażliwych pytań, bo jako ślad całej rozmowy zostaną ci okruszki zaschniętego barwnika na serwetce. Tylko że ja też spożywałem alkohole i to mocniejsze niż likier.

Utwierdzanie widzów w poczuciu strachu przed gniewem boskim, przed sądem ostatecznym i innymi teologicznymi kuriozami było celem kapłanów. Jakby nie patrzeć, brałeś udział w perfidnej robocie propagandowej. Za pieniądze pomagałeś klerowi szerzyć bajdy, których prawdziwości nikt za życia nie sprawdził, a które przyczyniały się do powiększania władzy instytucji kościelnej. Kościół w twoich czasach czerpał zyski z bojaźni ludzkiej. Najpierw straszył ludzi sugestywnymi obrazami piekła i sądu ostatecznego, a potem wyciągając rękę po zapłatę obiecywał pociechę i wstawiennictwo u Boga. Was artystów zwyczajnie wykorzystywał do straszenia ludzi, którzy od zawsze bali się tego, co ma nastąpić po śmierci. Teraz już wiesz, że nie ma się czego bać. Więc pytam, czy nie czujesz się oszukany i czy ci nie wstyd za tę… kolaborację. To chyba naturalne pytanie w tej sytuacji, co?

Wtedy tak jak inni wierzyłem w piekło i niebo.

Wtedy tak, ale teraz?

Teraz wiem więcej, ale mi wszystko jedno. Nie tylko dlatego, że czasu się nie cofnie.

Ale czy nie czujesz się teraz oszukany jako artysta? Albo, że brałeś udział w czymś wstydliwym, mimo że przyniosło ci to sławę i dobrobyt?

Przykładasz do mnie niewłaściwą miarę zapominając, że nie miałem żadnego wyboru. Nawet hipotetycznego. Zero dylematów. Zarzucając mi oportunizm zachowujesz się tak, jakbyś człowiekowi jaskiniowemu zarzucał, że ubijał zwierzęta zaostrzonymi kamieniami zamiast kupować orzeszki i kiełki w sieci sklepów ekologicznych.

Teraz łatwo wam się wymądrzać, bo nie umiecie albo nie chcecie wyobrazić sobie naszej sytuacji. Wydaje się wam, że tak zwane zdobycze demokracji, wolna wola i odpowiedzialność za swoje czyny były ludziom dane od zawsze. Błąd! Byliśmy poddanymi swoich panów. Nasz wybór dotyczył tego, czy chcemy być rzemieślnikami i doskonalić swoje rzemiosło czy wolimy być parobkami lub stajennymi. Szliśmy na służbę do panów dobrowolnie, bo tak zapewnialiśmy sobie bezpieczeństwo oraz możliwość zdobycia bogactwa, jak ktoś miał szczęście to również sławy. Niezależnie od wykonywanego zawodu mieliśmy wszyscy pozycję sług księcia – nasz pan miał przydomek Dobry, więc nie było tak źle – gotowymi walczyć (dosłownie i w przenośni) o jego dobrobyt, potęgę i sławę. Jego powodzenie oznaczało nasze powodzenie – choć to nie było jakąś stałą regułą. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Nie byliśmy elitą, malarze byli rzemieślnikami traktowanymi na równi z majstrami budowlanymi lub tkaczami. Nieraz miesiącami musieliśmy czekać na obiecaną zapłatę. I w tych warunkach mieliśmy wybrzydzać na to co i dla kogo malujemy? Oni, bogaci dworzanie, biskupi i bankierzy dyktowali temat, styl i cenę. Myśmy musieli nadążać za ich zachciankami, znosić ich kaprysy. Jeśli miałem talent służył on w pierwszej kolejności temu, któremu ślubowałem poddaństwo. Jak każdy malarz we dnie i w nocy byłem gotów malować skrzydlate diabły i legiony świętych byleby tylko utrzymać posadę i nie umrzeć z głodu. Selekcja była ostra, kiepskie obrazy książę wydawał jako prezenty, a kolejną szansę mógł dostać inny malarz. Trzeba było się starać i nie narażać żadnemu z wysokich urzędników książęcych. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ja, kiedy po krótkiej służbie na dworze księcia-biskupa Jana Bawarskiego trafiłem pod dach najbogatszego w całej północnej Europie księcia Filipa Dobrego. Byłem mu wdzięczny, że przyjął mnie na służbę. Dopiero powolne pięcie się po szczeblach drabiny w hierarchii dworskiej łagodziło niewygody a w końcu przyniosło wiecej swobody twórczej, korzyści i splendor.

Wybrałeś zatem niewolnictwo w zamian za perspektywę kariery?

Oczywiście, że tak. Skąd to zdziwienie? I czy coś w tej materii zmieniło się od naszych czasów? Teraz nie ma niewolników? Nie ma korporacji i tej… kolaboracji?

Ależ są, wybacz Janie, troszkę się zagalopowałem, chyba cię za bardzo wyidealizowałem, zapominając o warunkach w jakich żyłeś. To częściowo twoja wina…

Czyżby?

Malowałeś tak doskonale, że łatwo ulec przekonaniu, że sam pod każdym względem byłeś doskonały. Często tak się dzieje, że artystom przypisuje się cechy obecne w ich sztuce. Wiedziałeś o tym, czy to przypadłość naszych czasów?

Wiedziałem, choć nie była to wiedza powszechna, raczej intuicja. Wiem też na czym polega dysonans. To jest coś, co ty musisz teraz przeżywać, skoro moją sztukę nadal uważasz za wartościową a we mnie samym znajdujesz tyle wad.

Ach, Janie, nie znowu tak dużo. Nie odbiegasz od normy jako człowiek. Po prostu zbyt dobrze malowałeś. Patrząc z bliska na twoje obrazy chce się krzyczeć i zaprzeczać temu co się widzi. Taka perfekcja powinna być prawnie zabroniona bo działa jak halucynogen. Natomiast rozmowa z tobą Janie – i to nie jest bynajmniej kurtuazja – to akt swobodny, w dużym stopniu przyjemny i z pewnością intelektualnie pobudzający. Same plusy. Powiem ci jeszcze na koniec, co dziś odkryłem.

Co takiego?

Że jesteśmy do siebie podobni.

Podobni? W jakim sensie?

Nie w fizycznym, ani nawet pod względem upodobania do kawy i trunków. Chodzi o realizm, który stosowałeś jako środek do uwiarygodnienia pokazywanych scen. Realizm a więc sugestywność, która ułatwia a wręcz narzuca przekonanie o autentyczności namalowanych scen. Ja, dysponując nieporównanie mniejszym talentem, całkiem świadomie korzystam z twojej metody. Staram się opowiadać o naszym spotkaniu przy kawie w Gandawie, tak jakby ono rzeczywiście miało miejsce.

Nie wiem na ile się to udało.

Reklamy

Tagi: , , , , , ,

Komentarzy 10 to “Rozmowa z Janem – część 4”

  1. wiedźma Says:

    To nie była czcza przechwałka Laudate ! Opowiedziałeś tę rozmowę TAK, JAKBY ISTOTNIE MIAŁA MIEJSCE…… A Jan w swojej nie-rzeczywistości i nie-odczuwaniu jest niepojęty…i lepiej tego nie sprawdzić zbyt szybko.
    I myślę, że dla wczesnych widzów poliptyku było jakąś pociechą, że niebiosa i święci są tacy wspaniali i majestatyczni, bo ówczesny świat był najeżony niebezpieczństwami, chorobami i blisko sąsiadujący ze śmiercią…..
    Chylę czoła….. w oczekiwaniu na następny tekst !

    • laudate44 Says:

      Następny tekst? Ale o czym?
      Jan już poszedł, powrócił na niebieskie pastwiska i rozmyśla o pachnących aptekarkach… 🙂
      A mnie czeka dokonanie zeznania podatkowego, więc na razie pomilczę. Pozdrawiam

      • Tetryk56 Says:

        Miejmy nadzieję, że owo zeznanie będzie podobnie sugestywnie realistyczne! 😉 😉 😉

      • laudate44 Says:

        Tetryku, realistyczne będzie, nawet hiperrealistyczne. Może bym chciał wprowadzić w owo zeznanie nieco symbolizmu, pointylizmu albo pokusić sie o rzędy liczb w stylu Mistrza Opałki ale nagie fakty wskazuja, że całość sprowadzona będzie raczej do minimalizmu.
        Bilans musi wyjść na ZERO 🙂

      • wiedźma Says:

        Zeznanie podatkowe o tej porze roku ??? no, ale ja nie wiem jakie sa zwyczaje w zielonym Kraju. Nie bardzo wierzę, ze musisz zrobić wykopaliska w papierach, niemniej trzymam kciuki za bilans na zero 🙂
        Pozdrawiam… najserdeczniej.

      • laudate44 Says:

        Wiedźmo, skoro można jeździć po lewej stronie szosy to mozna takze „zeznawać” fiskusowi w październiku. To się nawet dobrze złożyło, bo ze szkoły pamiętam, że październik jest miesiącem oszczędności 🙂
        A teraz słucham Pink Floyd z lat 70 – koncertowo jest choć już grubo po północy…
        Za kciuki dziękuję. 🙂

      • laudate44 Says:

        A tu coś apropos podatków z Waszego podwórka:
        http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/tusk-niech-sejm-zdecyduje-w-sprawie-wysokosci-odpisu-na-kosciol,281564.html

        Rewolucyjnie to nie brzmi, ale od czegoś trzeba zacząć. Podobno hierachowie pytają „po co ten pośpiech” przy zmianie sposobu dotowania kościołów. Ja bym zapytał „dlaczego tak późno?” 🙂
        Rozdawnictwo w wysokości 94 mln zł rocznie to nie w kij dmuchał – a efektów ekonomicznych z tego żadnych.

      • Tetryk56 Says:

        O ile strata 94 melonów jest „żadnym efektem ekonomicznym”… 😦

  2. Tetryk56 Says:

    Udało się fantastycznie! Może i wobec Mistrza Jana skromność jest na miejscu, ale wobec nas… chylę czoła!

    • laudate44 Says:

      Tetryku, od dzieciństwa lubię, gdy starsi mnie chwalą… 🙂 Dzięki!
      PS. Zaczynam się rozgladać za wydawnictwem. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: