Rozmowa z Janem – część 2

Powiedz Janie, co w takim razie przejęliście z malarstwa włoskiego?

Za mojego życia doprawdy niewiele, dopiero koniec XV wieku przyniósł wzrost niezależności kupców oraz wynikły z tego napływ nowych mód i wynalazków z Italii oraz Francji. Wtedy rzeczywiście często sięgano po stylistyczne wzory sztuki i muzyki włoskiej, jeszcze intensywniej korzystano z osiągnieć krajów południowych (i ościennych) w wieku XVI, już po wystąpieniach Lutra, osłabieniu pozycji Kościoła i upowszechnieniu druku, ale to melodia przyszłości. Wolę opowiadać o tym, co pamiętam osobiście.

Jak wiesz, w latach dwudziestych piętnastego wieku podróżowałem trochę po Europie, bywałem w Hiszpanii na dworze królewskim, jakiś czas przebywałem w Portugalii jako wysłannik księcia Filipa i tam na jego zamówienie malowałem portret Izabeli, która następnie została żoną Filipa. Właściwie przyczyniłem się do jego ożenku, bo gdyby potrtet był kiepski… Dwukrotnie popłynąłem do Italii, częściowo z misją dyplomatyczną a częściowo wiedziony ciekawością. Przyznaję, piękny to kraj. Urzekły mnie jego kolory i bogactwo krajobrazów. Widziałem tamtejsze malowidła, freski w ciemnych kościołach, w klasztorach i na dworach książęcych. Przyjemnie było patrzeć na te pozawijane roślinne dekoracje zapożyczone ze sztuki etruskiej i rzymskiej, podobała mi się powaga bijąca z postaci bizantyjskich. To było interesujące, podziwiałem Masaccia i jemu podobnych ale co ja mogłem stamtąd przenieść na grunt flamamdzki? Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby Włochów naśladować, bo co by powiedzieli moi klienci. W tym czasie malowałem z bratem poliptyk dla Joosa Vijdta, ten który tu widziałeś. Nie mogłem tak nagle zmieniać stylu, zresztą po co? Owszem robiłem szkice krajobrazów nad Morzem Śródziemnym, rysowałem tamtejsze rośliny, to samo robiłem z głowicami kolumn i wzorami majolikowych płytek na posadzce. Te, które widywałeś na moich obrazach podpatrzyłem w Hiszpanii. W Italii natomiast przyglądałem się ubraniom kobiet i mężczyzn, nawet przywiozłem stamtąd trochę karminowych sukien i płaszczy, żeby odziewać w nie Madonny i anielice. Przywiozłem też kilka mebli i wschodnie dywany, który umieszczałem pod nogami malowanych postaci. Akcesoria dodawały obrazowi tajemniczości a postaciom splendoru. Egzotyka budziła zaciekawienie, ale nie mogło być jej za dużo. Większość elementów kompozycji musiała być znajoma, żeby widz łatwiej przekonał się do „prawdziwości” przedstawianego wydarzenia. Jeżeli malowałem kanclerza Ronina wpatrującego się w Madonnę trzymającą nagie Dzieciątko na kolanach, to widz musiał uwierzyć, że takie wydarzenie naprawdę miało miejsce, że każda fałda ich szat, każda zmarszczka i załamanie światła jest prawdziwe. Pejzaż widziany za oknem wskazywał, że spotkanie tych trojga odbyło się gdzieś w pobliżu. Moim celem było malować realistycznie, bez wzgledu na to czy obraz miał mieć charakter religijny czy świecki. Włosi mieli się tej sztuki nauczyć dopiero po 70 latach, więc o jakich wpływach italskich my tu mówimy?

Jednak miedzy Italią a krajami Północy trwała wymiana handlowa, która obejmowała także dzieła sztuki i nowinki techniczne. Statki z południa musiały przywozić do was idee humanizmu, kierować wasze zainteresowania w stronę „tego co ludzkie”. Twierdzisz Janie, że za twojego życia powiew renesansu włoskiego nie był wcale odczuwalny?

Oj, Laudate, jak ty niczego nie rozumiesz! Ziemski padół opusciłem w 1441 roku i w życiu nie słyszałem takich słów jak humanizm albo renesans. Obywaliśmy się bez tego. Ferment umysłowy, o ile rzeczywiście jakiś był, obejmował wówczas tylko Italię, bo to był bogaty kraj a mnogość dworów książęcych i uniwersytetów zwiększała ogólną liczbę ludzi wykształconych, zdolnych do podejmowania dysput i rywalizacji. U nas inspiracje mitami greckimi i pogańskimi legendami nie miały prawa bytu. O wiele dłużej żyliśmy w tych, jak wy nazywacie, okowach średniowiecza, ale na Boga, nie trwaliśmy w jakiejś pustce czekając aż przyjadą z Italii misjonarze humanizmu i renesansu. Mieliśmy swój system wartości wynikający z wiary i obyczajów dworskich. Kontemplowalismy żywoty świętych, braliśmy udział w wojnach i turniejach, zgłębialiśmy tajemnicę eucharystii, prowadziliśmy dyskusje o rodzajach mąk piekielnych i nagrodach w niebie. Oczywiście mówię o warstwie ludzi wykształconych, bo plebs i chłopstwo się nie liczyło. Myślisz, że rozwój handlu i rosnące bogactwo naszych miast wytworzyło nagłe zapotrzebowanie na nowe idee filozoficzne? Że brugijski kupiec, czy oberżysta trudził się po pracy żeby odróżnić myśl Platona od koncepcji Arystotelesa? Komu miałoby zależeć na jego wiedzy? Dwór książęcy chętnie wprowadzał zmiany w dziedzinie techniki wojennej i mody, ale nic ponadto. Z kolei Kościół mający dostęp do ksiąg, skupiający ludzi piśmiennych i oczytanych raczej bronił dostępu do nowin niosących zagrożenie herezją niż cokolwiek upowszechniał.

No tak, Kościół nigdy nie był instytucją sprzyjająca rozwojowi umysłowemu człowieka.

Ty powiedziałeś, bezbożniku!
Zauważ jedną rzecz: rozwój malarstwa włoskiego szedł niemal równolegle ze zmianami w architekturze, rzeźbie i muzyce. Towarzyszył mu postęp w matematyce, kartografii i innych naukach. Włosi dysponowali pozostałościami kultury rzymskiej, dość jak wiadomo zaawansowanej. Wenecjanie pełnymi garściami czerpali z tradycji i osiągnięć Wschodu, bo tam pływały ich okręty. Hiszpańską sztukę zasilali Maurowie i Żydzi sefardyjscy. A myśmy nie mieli nic własnego, dostawaliśmy rzeczy przetworzone, budzące zaciekawienie z racji egzotyki, ale nie zmieniające zasadniczo naszego myślenia.
Nie mogliśmy sięgać po literackie i filozoficzne dokonania przodków, bo takich nie mieliśmy, przekłady z łaciny docierały wolno i tylko takie jakie zaakceptował Kościół. Pamiętaj, że kopistami byli mnisi.

Pamiętam Janie. Oto likier, który zamawiałeś. „Żołądkowy gorzki” – trudna nazwa, ale uwierz, będzie smakował.

Dziękuję, ale do rzeczy: na naszych obrazach nie ma śladów wykopalisk rzymskich ani sentencji greckich. Nasi święci, a także osoby portretowane (pooczątkowo koniecznie w towarzystwie Madonny lub świętych, żeby odpędzić podejrzenie o grzech próżności) ukazywani są w takich wnętrzach jakie wówczas znaliśmy. To był ten, jak wy nazywacie, strzelisty styl gotycki. Niech będzie! O, smaczny ten likier…
A więc, nasz postęp sprowadzał się do rozwoju rzemiosła, technik tkackich i malarskich. Szło to mozolnie, ale jednak sporo osiagnęliśmy. Sami, bez żadnych zamorskich powiewów i naśladownictwa. Od abstrakcyjnych idei bardziej pożądane były wynalazki techniczne, przedmioty ozdobne, sprzęt do nawigacji i weneckie mapy. Malarstwo mojej epoki (może jeszcze wyrób tkanin zwanych „arrasami” ale już nie rzeźba ani żadna inna dziedzina sztuki) kojarzy się z renesansem, bo mówiąc nieskromnie, doprowadziliśmy je do mistrzostwa. Ale to nie było, w sensie pojęciowym Odrodzenie, tylko efekt żmudnego procesu rozwojowego. Wiem, że w obecnych czasach bardziej ceni się renesans niż średniowiecze, ale na Boga, nie będę stroił się w cudze piórka. Dlatego muszę głośno powiedzieć…

Nie za głośno proszę, bo dyktafon jest bardzo czuły i źle się nagra.

A więc pochylę się nad tym pudełkiem i szeptem… Tak dobrze? A więc szeptem wyznam, że myśmy w Brugii, Gandawie, Antwerpii i innych miastach północy nie mieli nic wspólnego z renesansem. Renesans to Odrodzenie. A co myśmy mogli odradzać na naszych mokradłach? Idee Barbarów, subtelności sztuki Wizygotów czy filozofię Wikingów? na przełomie XIV i XV wieku żyliśmy w świecie zamkniętym, który nie miał przeszłości. Według koscielnych kazań nasza przeszłość rozgrywała się na pustyniach Egiptu, w miastach Galilei i światyniach Jerozolimy z bolesnym zakończeniem na Golgocie. Przyszłością natomiast miał być Sąd Ostateczny i Zbawienie albo strącenie w czeluści piekielne. Reszta się nie liczyła. Na naszych obrazach widać średniowieczną architekturę i średniowieczne pojmowanie świata. Owszem powstało wtedy zapotrzebowanie na rękodzieło, księgi, zdobne puzderka i inne przedmioty zbytku. Próżność jest pierwszą cechą ludzi spokojnych o swój byt materialny. Ale to chyba za mało, żeby przypisywać nam jakiś udział w renesansie! Faktem jest, że w dziedzinie malarstwa wyprzedziliśmy epokę o co najmniej 70 jeśli nie 100 lat, więc mylnie bierze się nas za artystów odrodzenia. Część winy za te nieporozumienia biorę na siebie. Mea culpa! Twoje zdrowie!

Istnieje jednak termin „renesans niderlandzki” albo „renesans północny”.

Mówiłem ci, że to nieporozumienie! Tak jak nieporozumieniem jest nazywanie Brugii Wenecją Północy. Wenecja może być tylko jedna, więc renesans włoski czyli „powtórne narodziny” dawnej świetności sztuki powstałej na tych samych ziemiach mogły nastąpić tylko raz i tylko tam. Sztuka północnej Europy, choć stylistycznie nawiązująca do osiągnięć artystów włoskich jest tylko renesansu odbiciem. Coś jak lustrzany refleks. Jak księżyc widoczny na tafli spokojnego jeziora. Ha! Powiedz mi, bo wiesz najlepiej, na czym polegał renesans polski! W krainie drewnianych miast, pszenicznych pól, lasów i niedźwiedzi odrodziły się idee greckiego antyku. W chłopskie zagrody i zagony fasoli zawitał humanizm i uwielbienie dla człowieka oświeconego! No, dobre sobie, pogratuluj rodakom poczucia humoru! Ale o czym ja wcześniej mówiłem?

Że mentalnie tkwliście w średniowieczu.

Ach tak, zresztą zobacz, co było na obrazach, które od nas płynęły do Neapolu, Genui, Mediolanu i Florencji. Widzisz tam jakieś idee humanistyczne? „Tryptyk Portinarich” Hugo van der Goes’a wywołał taką sensację we Florencji, bo stylistycznie był im obcy, wydawał się anachroniczny, natomiast technika wykonania dosłownie powaliła Florentyńczyków na kolana. Wyobraź sobie rok 1475, ten sam rok, w którym urodził się Michał Anioł Buonarroti. On dopiero miał zostać największym artystą renesansu, ale renesans już trwa, poeci puszczają wodze fantazji, malarze bezwstydnie sięgają do sztuki rzymskiej, wyciągają jakieś pogańskie mity i pławią się w hedonizmie. Malują nagich młodzieńców, bachanalia z nimfami i satyrami, jakieś kiście winogron, liście, pnącza, muślinowe falbanki i erotyczne zawijasy, a tu z zimnej północy przypływa tryptyk ze sceną adoracji Dzieciątka. Na pierwszym planie anioł i odziani na czarno pomniejszeni fundatorzy. Dalej postaci z Ewangelii, matka Boża, brodaci święci, pełna powaga i patos. Obraz zupełnie nieprzystający do atmosfery bogatego i zdeprawowanego miasta, ale za to jak namalowany! Do kościoła Santa Maria Nuova ustawiały sie kolejki ciekawskich, bo iluzja rzeczywistości była doskonała. Czegoś takiego Florentyńczycy nie widzieli. Realizm pokazał swoją uwodzicielską moc, a malarze zyskali bezcenny wzór do naśladowania. Już dalej chyba nie muszę wyjaśniać.


„Tryptyk Portinarich” – panel centralny

Smaczny ten likier, pewnie dodano jakieś gorzkie zioła. A co się tyczy Michała Anioła: on był geniuszem! Ja tworzyłem w czasie, gdy różnice w malarstwie włoskim i flamandzkim były ogromne. Michał Anioł sam te różnice zniwelował. W realizmie nas dogonił i przegonił. Choć może nie do końca, bo perfekcji Durera (XVI wiek) nijak nie można porównać z rozchełstanym, konwulsyjnym malarstwem późnego Michała Anioła. Powiem ci w zaufaniu: on w ogóle nie powinien malować tych swoich babochłopów wieszczących Apokalipsę.

Masz na myśli sufit w Kaplicy Sykstyńskiej?

No właśnie! Wiem, że nie miał wyjścia, po pierwsze był ambitnym pracoholikiem, a po drugie zmusił go papież. Ale dla sztuki jako takiej byłoby znacznie lepiej gdyby Buonarroti pozostał przy rzeźbie i stworzył więcej arcydzieł na miarę Mojżesza i Piety. Tymi malowidłami na suficie wyrządził krzywdę sobie i całej sztuce. Nie wiem czy się zgodzisz, ale tandetę socrealistów i twórców gigantycznych murali, cała tę sztukę zaprzęgniętą w służbę ideologii zawdzięczacie niestety malarstwu Michała Anioła.
Znowu odbiegłem od tematu, możesz skasować, jak ci nie pasuje do koncepcji…

Ależ drogi Janie, nie śmiałbym ci narzucać żadnych ograniczeń. Opowiadaj o czym chcesz, słucham z przyjemnością. Poza tym to jest wywiad do Internetu, do którego wszystko pasuje. Każda, nawet najśmielsza koncepcja.

Skoro tak, to posłuchaj. Na początku XVI wieku, czyli już po moim odejściu na niebieskie pastwiska, malarstwo europejskie bardzo się rozwinęło i jednocześnie ujednoliciło. Różnice zacierały się między innymi za sprawą rywalizacji między nami i Włochami, bo tylko te dwa bieguny się liczyły. W Hiszpanii, Anglii i Niemczech malowano rzeczy wtórne, oparte na tym co myśmy wymyślili. Charakterystyczne było to, że na północy i południu zaczęło dominować malarstwo wielkoformatowe. Taki był wymóg rynku, zamawiający chcieli mieć dzieła okazałe, a te trzeba było przewieźć na konnych wozach, nierzadko morzem. Duże formaty zaspokajały ich próżność, a nam ze względów technicznych wygodniej było malować na deskach dębowych lub płótnie naciagnietym na ramy. Jeśli malowidło miało być naprawdę duże dzieliliśmy je na części i łączyli zawiasami. Dyptyki, tryptyki i poliptyki pozwalały składać się na czas transportu. Wiesz kto namalował najpiękniejszy poliptyk jaki widziały oczy ludzkie?

Nie mam wątpliwości Janie, że jesteś największym mistrzem. „Adoracja Baranka” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pomimo tego, że nie jestem szczególnie religijny.

Religia nie ma nic wspólnego z artystyczną doskonałością. Trochę już dziś wypiłem tego ulepka, ale nie nabierzesz mnie na pochlebstwo. Nie o moje malowidło chodzi, tylko o dzieło Rogeleta.

Chyba nie znam żadnego Rogeleta.

Znasz jego obrazy, widziałeś w muzeum w Brugii. Wy go nazywacie Rogier van Weyden – prawdziwy mistrz, autor wspaniałego poliptyku „Zdjęcie z krzyża”. Nie był moim uczniem, jak podają niektóre źródła, spotkaliśmy się zaledwie kilka razy w życiu.

Na plenerze czy na wernisażu?

Na jakim wernisażu, ośla łąko? W naszych czasach publiczne odsłonięcie dzieła malarskiego poprzedzała msza i długie kazanie o doniosłości ukazanego wydarzenia oraz nieskazitelności pokazanych postaci, które powinniśmy naśladować w naszym grzesznym życiu.

Nie zazdroszczę.

O czym to ja…? A, Rogier był bardzo skupiony na swojej pracy, prawie nie miał życia prywatengo. Stworzył wiele cudownych malowideł, niestety do waszych czasów pozostało ich niewiele. Mielibyście teraz więcej do podziwiania, gdyby nie szaleństwo ikonoklastów, którzy w XVI i XVII wieku niszczyli obrazy przedstawiające Boga-Ojca i świętych. Ocalały głównie obrazy, które wcześniej wywieziono za granicę albo w porę ukryto w domach prywatnych. Szczęśliwie się stało, że w czasach ikonoklazmu – tego barbarzyństwa dokonywanego w imię odnowy moralnej – nie było w Brugii „Zdjęcia z krzyża”. Byłaby to wielka strata, bo uwierz mi, dzieło jest unikalne, jakby powstałe poza jakąkolwiek epoką. Opowiem ci o nim kiedyś i o mojej „Adoracji..” też, ale dziś już ani słowa, dobrze? Likier się kończy, to czerwone mrugające światełko zaczyna mnie denerwować, zostawmy sobie coś na kolejne spotkanie… Rogelet namalował ten poliptyk dla króla hiszpańskiego. Pojedź kiedy do Madrytu… koniecznie pojedź. Żadna reprodukcja nie zastąpi obcowania z oryginałem. A jeśli zrozumiesz na czym polega genialność tego obrazu, namówię Rogeleta, żeby się z tobą spotkał. Chcesz? Co prawda Rogier to trudny człowiek, posępny, no i straszny bigot…

Janie, nie możesz używać słowa bigot, bo ono weszło do obiegu 300 lat po twojej śmierci.…

Nie przesadzaj Laudate, skoro siedzę tu z tobą i gadam do tego relikwiarza, który mruga na mnie czerwoną kropką, to znaczy że sytuacja jest nadzwyczajna, czas został unicestwiony, rzeczywistości przenikają się wzajemnie, więc mogę posługiwać się waszymi pojęciami. Przynajmniej tymi, które rozumiem. Powiedz mi coś o tym Intrenecie, który cię tu przysłał. Jak on wygląda i gdzie ma siedzibę?

Internet, Janie, jest bezcielesny, dlatego nie można opisać jego wyglądu, nie ma też stałego miejsca pobytu, znajduje się wszędzie… Aby mieć z nim kontakt, trzeba sobie na to zapracować. Pałacu Internet nie posiada, jedynie trochę magazynów z serwerami, coś w rodzaju stajni, no i ma całą armię sług rozsianą po całym świecie. Wiele osób ślęczy przy nim po nocach nie oczekując żadnej nagrody.

Ty mu też służysz?

W jakimś sensie służę. Ale całkiem dobrowolnie!

Nie przesadzałbym z tą dobrowolnością. Nie bądź Laudate naiwny… Internet cię wybrał, bo istnieje między wami mistyczna więź, której człowiek nie jest w stanie pojąć.

A skąd ty możesz cokolwiek o tym wiedzieć?

Nie zapominaj, że otrzymałem solidne wykształcenie, także teologiczne. Czytałem wiele traktatów, znam atrybuty prawdziwego Boga, który ma moc i władzę… Umiem rozpoznać jego działanie.

Jednak jesteś Janie człowiekiem średniowiecza.

Wcale się tego nie wypieram. Od godziny cię o tym przekonuję. I jak sądzę, na tym nie koniec.

Reklamy

Tagi: , , , ,

Komentarze 24 to “Rozmowa z Janem – część 2”

  1. laudate44 Says:

    Z premedytacją umieszczam dziś tekst całkowicie i absolutnie oderwany od polskich realiów społecznych i politycznych. Mam nadzieję, że rozważaniami o malarstwie średniowiecza i renesansu nikogo nie uśpiłem. Byłoby mi głupio, bo jakoś-tam czuję się patriotą (nie „patriotom”) i nie chcialbym działać przeciw intencjom osób, które próbuja Polskę obudzić.
    Jeszcze nie wiemy z jakim skutkiem, ale z niecierpliwością ( nie z „niecierpliwościom”) czekam na ogłoszenie nazwiska nowego premiera, który bedzie działał w podziemiu. Przypuszczam, że najlepszym kandydatem jakim dysponuje Kaczyński z Rydzykiem jest pan Paprykarz, który w tym przypadku będzie działał w tunelu foliowym lub szklarni. W księzycowe noce jak dziś, wśród warzywnych pędów i w cieple trociniaka sam sobie będzie zadawał hamletowskie pytanie „jak żyć”. 🙂

  2. Walter Chełstowski Says:

    Pora na książkę 🙂
    I co mam dalej podpowiadać ? 🙂
    Walter Chełstowski

    • laudate44 Says:

      Tyś powiedział, bezbożniku! 🙂
      Jeszcze troszkę tajemnic od Mistrza Jana powyciągam i być może udam się do wydawnictwa.

  3. Tetryk56 Says:

    Chyba najciekawszy wywiad, jaki czytałem ostatnimi czasy. O żadnym uśpieniu mowy nie ma.
    Masz chody w niebie – jak ci się uda skaptować więcej równie interesujących rozmówców, bestseller murowany!

    • laudate44 Says:

      Może jakieś sugestie odnośnie skaptowania? Kogoś byś polecał?
      Mam swoje typy, ale listę mogę poszerzyć, tem bardziej, że zgoda interlokutora nie jest potrzebna. 🙂

      • Tetryk56 Says:

        No cóż – kiedyś tam dałbym szansę i sodomicie – ale na to pewnie sam wpadłeś 😉

      • laudate44 Says:

        No, to jest wyzwanie, bo o da Vincim napisano już tyle, że niełatwo dodać coś oryginalnego. Never say never… 🙂

  4. wiedźma Says:

    Dobry wieczór ! To jest fascynujące ! Popieram pomysł wydania drukiem tych opowieści. …. z całego serca.
    Mistrz Jan sprawił mi wielką uciechę, bo i ja uważam, że Pieta jest cudem, a Kaplica Sykstyńska przytłacza i nie wzrusza … od Mojżesza wolę jednak Dawida….:)
    Tak surowo o średniowiecznym świecie mówi Mistrz Jan i skłania do myślenia czym ówcześni ludzie żyli, jak blisko obcowali z ” życiem wiecznym” ….
    Zazdrościłabym Ci talentu, gdybym go nie podziwiała 🙂

    • laudate44 Says:

      A ja wolę Mojżesza (mimo że widziałem tylko jego fotografie)! 🙂
      Bardziej pociągają mnie faceci w ubraniu i z brodą niż jakieś nieopierzone golasy, no! 🙂
      O „życiu wiecznym” będzie co nieco w kolejnym odcinku, bo Mistrz Jan zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy.
      Ale o tym cicho…

      • wiedźma Says:

        Obu panów wdziałam własnymi oczami, Mojżesz mnie przytłoczył ogromem, zresztą jak cała bazylika św. Piotra. To dzięki tej bazylice pojęłam oburzenie Lutra 🙂
        Nieodmiennie dobrze, że można mieć różne gusta, a Ty nie należysz do ” idących stadem ” 🙂

      • wiedźma Says:

        tylko po co Mojżeszowi te rogi ? 🙂

      • laudate44 Says:

        Hm… dobre pytanie, jak wróce z Supermarketu, to się odezwę, może tam znajdę odpowiedź 🙂

      • laudate44 Says:

        W Tesco znalazłem australijskie Merlot, ale nic o rogach Mojżesza. 🙂
        Musiałem po powrocie zajrzeć do książki, którą kiedyś dostałem w prezencie (nie w Tesco) 🙂
        Okazuje się że rogi to wierność tradycji antyku, gdzie Mojżesza przedstawiano jako proroka rogatego. Nikt nie dociekał dlaczego i skąd te rogi, jedni kopiowali od drugich, MAB też poszedł tym tropem i nawet nieźle mu wyszło.
        Rogi Mojżeszowi przyprawiła nie żona, ale kiepski tłumacz. W łacińskim tekście umieścił słowo cornutus oznaczające dosłownie rogaty, podczas gdy w oryginale hebrajskim chodziło o dwa strumienie światła bijące z czoła Mojżesza, po tym jak oszołomiony zszedł z Góry Synaj z dwiema kamiennymi tablicami pod pachą.
        Wychodzi zatem po jednym strumieniu na każdą tablicę.
        Żydzi zawsze umieli liczyć a Michał Anioł rzeźbić.
        Uff…

  5. wiedźma Says:

    Dziękuję za to wyjaśnienie…. jakoś nie pamiętam tego z biografii MAB…. chyba wrócę do lektury….a może powinnam była zerknąć do Viki, jako, ze gdy czegoś nie ma w internecie, to nie ma tego wcale ?:)

  6. Hirundo Says:

    Laudate – wróciłam z podnóży Śnieżnika po weekendowej nieobecności. W lodówce pusto. Żadnego nawet likieru. A co ja robię???? Czytam, czytam i końca nie widać 🙂 Bo fantastycznie mi się czyta – chyba zastosuję post, bo od „wywiadu” oderwać się nie mogę. Sugestia o fasolowo-pszennym renesansie polskim śmiała i kusi, by ją klepnąć aprobująco. Jednak Jan z Czarnolasu przeflancował co nie co na rodzimy grunt, bez czego długo bylibyśmy w polu.

    • laudate44 Says:

      Witaj! Dobrze że wróciłaś w domowe pielesze, już zaczynałem myśleć, że przed zimą Hirundo odleciała do cieplejszych krajów… 🙂
      Co się tyczy zapasów chomiczych: nieraz sobie mówiłem, że lepiej miec pustą lodówke niż pustą głowę 🙂

      Zasług Janowi Kochanowskiemu nie ujmuję – cała ta epoka zygmuntowska dobrze się Polszcze przysłużyła. Malutką ironię i powątpiewanie budzi jedynie nazwa Renesans, kiedy ją traktować dosłownie, literalnie i bez cudzysłowu.

      PS. Wywiad z Janem (nie rozumiem, dlaczego słowo wywiad piszesz w cudzysłowie, czyżbyś podejrzewała jakąś mistyfikację lub nie daj Bóg konfabulację???), a więc wywiad dzięki łaskawości Jana, miłosnika kawy i likieru – ma jeszcze trochę treści. Która ukaże się wkrótce 🙂

    • laudate44 Says:

      PS. A gdzie dokładnie była ta podnóż Śnieżnika? 🙂
      Mnie raz na rok niesie do Międzygórza…

  7. Hirundo Says:

    Laudate – jeśli w przyszłym roku ponownie mnie poniesie do Międzygórza, to już będę mogła twierdzić, że raz na rok mnie tam niesie. Póki co wielokrotnie nosi mnie na podnóż 🙂 Śnieżnika mniej zadymioną niż malownicza dolina Wilczki. Równie blisko mi na Czarną Górę jak do Jaskini Niedźwiedziej. Widok Śnieżnika mam zaokienny. Okoliczne lasy należące do najbardziej lesistej gminy w Polsce zamieniają się teraz w wielokolorowy kobierzec, który bardzo spodobałby się Mistrzowi JvE, nawet bez zachęcania likierem. Wszak ani we Flandrii, ani we Włoszech takich cudów jak sudecka złota jesień (a właściwie cztery pory roku) nie posiadają, więc wobec dotkliwego braku musieli sobie życie uatrakcyjniać a to gotykiem, a to renesansem 🙂
    Zdejmuję jarzmo cudzysłowu z wywiadu – świetna konwencja. A piórko leciutkie i sprawne (oj – klawiaturka – ale mi nie brzmi 🙂

    • laudate44 Says:

      Skoro już sobie w cieniu Mistrza Jana gawędzimy o tej podnóży, to przypominam sobie pensjonat „Monte Neuve” w Kamienicy k/ Nowego Gierałtowa. Oj było tam pięknie owej wiosny.
      I jeszcze będzie! Dobrej nocy.

  8. laudate44 Says:

    Jakby kto tu zaglądał, to informuję, że powstaje nowy wpis, a nawet dwa po kolei. Temat ten co zwykle 🙂 aż do wyczerpania. Zasobów lub wytrzymałości czytelników 🙂
    A jesli ktoś ma dostęp do facebooka, polecam Sztuczne Fiołki.
    http://www.facebook.com/SztuczneFiolki
    Wesoło tam jest i edukacyjnie. 🙂

  9. pangrabek Says:

    Świetne wpisy, gratuluję. Aż mi postać mistrza Jana z krwi i kości wyrosła przed oczami. A dlaczego akurat mistrz Jan? Ciekawym dlaczego on? czemu on pierwszy? „mea culpa! Twoje zdrowie” – toż to mistrzostwo w swej prostocie poprostu : ) co do roli kościoła „który nigdy nie był instytucją sprzyjającą życiu umysłowemu człowieka” mam odrębne zdanie (działalność zakonów benedyktynów, czy cystersów przyczyniło się do ocalenia dziedzictwa antyku, a wielu wybitnych ludzi było duchownymi patrz Kopernik). To ja już kończę bo cz.3 wywiadu czeka

    • laudate44 Says:

      Dzięki Pangrabku za odwiedziny i miłe słowa.
      Dlaczego Mistrz Jan? Łatwo zauważyć, że sporo miejsca na blogu poświęciłem sztuce renesansu, bo jakoś tak mnie zafascynował. Zacząłem od tego co najbardziej oczywiste czyli od renesansu włoskiego. Natomiast dwie tegoroczne wizyty w Brugii i Gandawie otworzyły mi oczy na tzw prymitywizm flamandzki a już nie mogłem sobie odmówić przyjemności popisania o van Eycku. Takim mistrzom jak on należy się wieczna sława 🙂
      Co do oceny KK pozostanę przy swoim zdaniu. Zakonnicy o których wspominasz byli swego rodzaju funkcjonariuszami Kościoła, służyli głównie jemu a niejako przy okazji wnieśli wkład w rozwój piśmiennictwa, astronomii itd. Jeden Kopernik wiosny nie czyni.

      • pangrabek Says:

        To ci zakonnicy trochę jak mefistofeles – wiecznie zła pragnąc (patrz służąc kościołowi) wiecznie czynili dobro (zachowali autorów starożytnych) pozdrawiam:)

      • laudate44 Says:

        Ładnie to ująłeś i bardzo dla KK łaskawie. Bo to, że zakonnicy ocalili mizerną część spuścizny antycznej (większa część powędrowała na stosy) i stworzyli trochę manuskryptów, nie zmienia okrutnej wymowy faktów, że KK był instytucją opresyjną. Jan Hus, Galileusz, Giordano Bruno i miliony prześladowanych ludzi (Katarzy, Albigensi, Żydzi hiszpańscy, Maurowie, Aztekowie… i domniemane czarownice) niewiele chyba moga powiedzieć o dobroci Kościoła.
        Autorzy starożytni (Lukrecjusz) zawdzięczają swoje „ocalenie” i zaistnienie w kulturze europejskiej głównie bogatym Florentyńczykom – tych od których zaczął się renesans.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: