Rozmowa z Janem – część 1

Jak zapowiadałem, ujawniam fragmenty rozmowy z Janem van Eyckiem, z którym miesiąc temu w Gandawie spotkałem się przy kawie. Nastąpiło małe opóźnienie w publikacji, bo rozładowały się baterie w dyktafonie i nie mogłem przepisać nagrania. Pomijam cały wstęp, powitanie i grzecznościowe formuły, rozpoczynam relacje od momentu, gdy do kawiarnianego stolika podano pierwszą kawę.

Mistrzu Janie, przede wszystkim dziękuję, że przyjąłeś zaproszenie na rozmowę o twojej twórczości. Zwróciłem się bezposrednio do ciebie, bo uznałem, że w moim kraju jesteś artystą niedocenianym. Poza tym ciekawi mnie twoja opinia o malarstwie gotyckim.

Że co proszę?

Ach, prawda. Za twoich czasów nie znano podziałów na gotyk, renesans i tak dalej. To może inaczej: czy twoim zdaniem, między wiekiem czternastym, gdy się urodziłeś a wiekiem piętnastym, kiedy to pożegnałeś się z ziemskim padołem sztuka bardzo się zmieniła? Co was, malarzy Flandrii i Burgundii inspirowało? Czy były jakieś mody, albo prądy umysłowe, za którymi jako ludzie wykształceni chcieliście nadążać?

Nie staraliśmy się za niczym nadążać, każdy malował jak umiał najlepiej, bo to gwarantowało powodzenie i kolejne zamówienia. Swoje obrazy podpisywałem formułą Als ick kann – Tak jak potrafię – do tego rzecz się sprowadzała. Nie mogłem zakładać, że cokolwiek namaluję lepiej niż potrafię. Kawa znakomita, szkoda że nie znaliśmy jej za moich czasów.

Od jakiegoś czasu nurtuje mnie jedna rzecz: wpływ malarstwa flamandzkiego na włoskie i na odwrót. Dzieliła was ogromna przestrzeń, poziom komunikacji był raczej żałosny. Wyobrażam sobie, że jakakolwiek wymiana doświadczeń była niesłychanie trudna, a sława nawet najlepszych mistrzów miała wymiar lokalny. A jednak twoją twórczość poznano w Italii dość szybko. Giovanni Santi, malarz i poeta, ojciec słynnego Rafaela, wymienia twoje imię w poemacie sławiącym artystów wczesnego renesansu. Pisał o tobie „gran Jannes” czyli Jan Wielki. Skąd w dalekim Urbino taka wiedza? Wysyłałeś do Italii jakieś obrazy oprócz „Małżeństwa Arnolfinich”?

Coś musiałeś pomylić Laudate, bo Arnolfinii, chociaż był Włochem, mieszkał w Brugii i nie zamierzał obrazu wywozić. To był bogaty bankier, żona mu zmarła młodo, nie mógł się z tym pogodzić. Zamówił u mnie obraz, żeby mieć złudzenie, że jego szczęście małżeńskie wciąż trwa. Pozowała mi obca kobieta, tylko twarz pani Arnolfini skopiowałem z rysunków robionych za jej życia. Zauważ, że w żyrandolu pod sufitem znajduje się tylko jedna płonąca świeca. Dokładnie nad głową Giovanniego, jako znak, że tej drugiej postaci nie ma już wśród żyjących… Z obecnej perspektywy nie ma to żadnego znaczenia, ale wtedy ta symbolika była ważna, zresztą symboli na tym obrazie jest więcej. Nie wszystkie trafnie zinterpretowano, ale to może i lepiej, dobrze jak obraz otacza tajemniczość…

Pytasz o wysyłkę obrazów do Italii. Jakieś płótna i miniatury tam pojechały, ale niewiele przetrwało do obecnych czasów. Pamiętam, że zrobiliśmy w pracowni sporo kopii dla odbiorców w Genui, Neapolu i Ferrary. Inni malarze brugijscy dostawali zamówienia od króla hiszpańskiego i włoskich bankierów. Mieliśmy powodzenie, w mojej pracowni zatrudniałem kilkanascie osób a i tak nie mogliśmy nadążyć z malowaniem, bo w pierwszej kolejności musieliśmy dbać o potrzeby naszego księcia, jego dworu oraz duchowieństwa. Z tego co wiem, włoscy artyści byli trochę zazdrośni, ale ogólnie doceniali nasz sposób malowania; niektórzy się krzywili, że pejzaże są niepotrzebne, że ta aptekarska dokładność w odwzorowywaniu faktury sukien niczemu nie służy i tak dalej. Ale z biegiem czasu zaczęli nas naśladować. Pojawiające się na ich obrazach rzeczki, zamglone góry i wieże dalekich kościołów to była nasza inwencja. Włosi tego wcześniej nie znali, trzymali się kanonów sztuki rzymskiej i bizantyjskiej. A więc gubili proporcje, zupełnie ignorowali perspektywę i grę świateł zadowalając się kolorami i mniej lub bardziej poprawnym odwzorowaniem konturów. Porównaj moje wczesne obrazy z malowidłami Paolo Ucello, mojego rówieśnika – zobaczysz różnice.

Ale to malarstwo włoskie stanowi obecnie przykład wyrafinowanego stylu i nowatorstwa.

Tak. Być może, ale nie od razu. Artyści włoscy zaczęli dobrze malować, gdy dotarło do nich, że emocje widza można wywoływać innymi środkami niż domalowywanie wielkich aureoli Jezusowi czy aniołom. Oni nie mieli wyjścia, chcąc znaleźć nabywców na swoje prace musieli doskonalić swój warsztat, dopracowywać detale, wzbogacać fakturę i pracować nad światłocieniem. Płaskie malowanie mogło być wystarczające dla obrazów religijnych, bo tam obowiązywała umowność. Ale gdy bankierzy i książęta zaczęli zamawiać portrety, malarze musieli zdobyć się na coś więcej. Osobom żyjącym nie można domalowywać aureoli – trzeba było zaimponować czymś innym? A czym? Wiernością detalom, precyzją odwzorowania oraz nagromadzeniem przedmiotów symbolizujących dostatek a nawet przepych. Oglądałeś moje obrazy, widziałeś te fałdziste szaty, wzorzyste dywany, wielkie okna z przezroczystymi szybami, egzotyczne posadzki i marmurowe kolumny. Nic nie pojawiło się tam przypadkiem, wszystko miało służyć olśnieniu widza i zaspokojeniu próżności fundatora. My w Brugii wiedzieliśmy jak to zrobić. Potomni nazwali nas prymitywistami… niech im będzie, a jednak malarze kolejnych pokoleń rozwijali właśnie ten styl, który myśmy zapoczątkowali. Znamienne, co?

Jedna uwaga dotycząca techniki, bo to ważne przy porównywaniu malarstwa niederlandzkiego lub w ogóle północnoeuropejskiego z malarstwem włoskim. Oni do malarstwa sztalugowego dochodzili od fresków, my od miniatur. W naszym klimacie freski nie miały szans na przetrwanie, rozwój poszedł w inną stronę, staliśmy się specjalistami od inicjałów, manuskryptów, zdobień. Tworzyliśmy miniatury, które stopniowo się powiększały, a przeniesione na dębowe deski lub płótno rozciagnięte na ramie osiągały niemal te same wymiary co ich freski. Z tym że zachowały precyzję i kolorystykę miniatur. Nasza legendarna dokładność i wierność szczegółom wynika z doświadczeń miniaturzystów. Pewnie że farba olejna, której – wbrew temu co opowiadał Vasari – wcale nie wynalazłem tylko ją udoskonaliłem, więc farba olejna dawała o wiele większe możliwości techniczne. Przy pomocy szybkoschnącej tempery nigdy nie osiągnąłbym świetlistości, nie wydobyłbym tych setek odcieni tkaniny, trójwymiarowości twarzy, nie uzyskałbym efektu puszystości włosów i tak dalej. Olej lniany był tym, na czym sztuka malarska prześliznęła się od jednej epoki do drugiej. No i efekt światłocienia, róznych sztuczek z odbiciem światła w lustrach, w wodzie lub wypolerowanej zbroi. Pokaż mi drugiego malarza tworzącego w moich czasach, który namalowałby postaci w taki sposób, aby wygladały na kamienne rzeźby stojące w niszach wyłożonych wypolerowanym granitem. A w granicie jak w lustrze odbijają się ich sylwetki! Przyznam, lubiłem te zabawy w iluzję, lubiłem zaskakiwać widzów. Któżby nie lubił. W późniejszych latach inni moje odkrycia udoskonalili i na nich się wybili. Włosi, Holendrzy, Hiszpanie… mniejsza o nazwiska. Paru zdolnych Włochów szybko podchwyciło moje pomysły, choć początkowo z techniką u nich różnie bywało… Najbardziej odważny i pojętny okazał się ten mnich z Florencji, który zaczynał od malowania fresków w stylu Masaccia.

Filippo Lippi?

No właśnie. Filippo w młodości duszę by oddał, żeby malować tak jak Masaccio, szczytem jego marzeń było kontynuować styl mistrza. Jednak wyżyny artystyczne osiągnął wtedy, gdy porzucił malowanie dostojnych i schematycznych postaci w kolorowych szatach. Poszedł dalej, zajął się ruchem, mimiką, dekoracyjnością, efektami na drugim planie. Zaczynał jako przedstawiciel stylu gotyckiego, skończył w renesansie. Dlaczego? Bo spotkał w Padwie malarzy niderlandzkich (nie powiem kogo) i od nich przejął podstawową prawdę, że obraz jest wybitny wtedy, gdy stanowi iluzję rzeczywistości, bez żadnych umowności i oszukiwania. Brat Filippo był w takim samym stopniu zdolny jak rozpustny. Jako jeden z pierwszych w Italii zrozumiał, że obraz powinien czarować widza niezależnie czy rozumie on przedstawianą historię. Od Filippa uczyli się inni, Botticelli a nawet ten leworęczny da Vinci.

Nie lubisz Leonarda?

Przereklamowany. Mało namalował i w dodatku sodomita.

A sfumato? On je wymyślił.

Nie przesadzaj, sfumato to maniera raczej niż krok w rozwoju malarstwa. Jeśli już to zaledwie mały kroczek w dodatku z podpórką. Nie chcę się przechwalać, ale sfumato czyli delikatne rozmycie konturów postaci robione po to, by uzyskać miękkość i zamglenie to rozwinięcie podstawowego odkrycia optycznego jakim jest perspektywa powietrzna. A to akurat było odkrycie malarzy flamandzkich, dopracowane i wielokrotnie stosowane przeze mnie. Myśmy zauważyli, że obiekty położone dalej tracą nasycenie kolorem i rozpływają się we mgle. A ten młody Niemiec, który osiadł w Brugii też udatnie rozmywał kontury twarzy swoich postaci, dzięki czemu uzyskiwały one taki kobiecy wygląd i łagodność.

Masz na myśli Hansa Memlinga?

Jaki on Hans? Johannes. Był moim imiennikiem. Co prawda nigdy się nie spotkaliśmy z racji różnicy wieku, ale dużo dobrego o nim słyszałem, już tam na zamglonych łąkach wieczności.

To może zmieńmy temat… Jeszcze jeden kieliszek likieru?

A poproszę, jeśliś łaskaw.

Koniec części pierwszej. C.D. z pewnością N.

Reklamy

Tagi: , , , , , , ,

komentarzy 9 to “Rozmowa z Janem – część 1”

  1. wiedźma Says:

    Czytam…. a to trochę potrwa ! 🙂 Dziękuję stokrotnie…

    • laudate44 Says:

      Oj, potrwa, bo J. v E. po tylu latach milczenia zdobył się na „rozmowę życia” 🙂 a mnie wykorzystał jako medium mesmeryczne 🙂 🙂
      Najlepsze w naszej rozmowie jest to, że ani razu nie pada tam słowo Smoleńsk ani ekshumacja 😦
      Pozdrawiammmm

  2. Tetryk56 Says:

    Mniam! chciałoby się zawołać! Smakowita rozmowa, bynajmniej nie ze względu na kawę ni likier!
    Jakoś mnie nie dziwi, że nie słyszałem o nikim innym, z kim Mistrz Johannes zechciałby pogadać. Si augur augurem…

    • laudate44 Says:

      Wiesz, nie było łatwo zadawać pytania człowiekowi o tak przenikliwym spojrzeniu. Początkową tremę jakoś opanowałem, bo ciekawość brała górę, a potem gdy kawa z likierem podziałały, rozmowa stała się jeszcze swobodniejsza.
      Przekonasz się jutro, albo po powrocie z Weekendu 🙂

  3. wiedźma Says:

    No to czekamy na ciąg dalszy. Trochę mnie zdziwiła ocena Leonarda ….. sodomity…. nie on jeden ze sławnych miał tę właściwość…. czy mistrz Jan nie był ciut zazdrosny o sławę leworęcznego ?
    Pięknie mówi o sztuce mistrzów niderlandzkich i jak przekonywująco…. Bardzo ciekawe i niezwykłe zwierzenia. 🙂

    • laudate44 Says:

      Na to jest bardzo prosta odpowiedź uzyskana off record 🙂
      Otóż Jan nie zdążył być człowiekiem renesansu, nie znał maksymy „nic co ludzkie nie jest mi obce”, więc ta pryncypialnośc w sprawach seks-preferencji wydaje się być zrozumiała. A zazdrości się wcale nie dziwię, przy Leonardzie van Eyck wydaje się nam artystą drugoplanowym, a przecież fakty wskazują kto od kogo sie uczył. No cóż, gorycz uzasadniona, choć czasem PR mocniejszy jest niż fakty.

  4. wiedźma Says:

    hmmm…nawet w niebie tak mało empatii i plotki o ziemskim żywocie Leonarda i kąśliwe oceny ? Poniekąd niespodzianka 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: