Finezje i fintifluszki

Parę dni temu pewien sieciowy znajomy zaproponował mi w mailu, abym oszczędzał klawiaturę, co było oczywistą sugestią abym się zamknął. Ja to w mig zrozumiałem, bo inaczej odpowiedziałbym mu po rycersku „klawiatur ci u mnie dostatek!” W rzeczonej sytuacji nic nie odpowiedziałem, za to „na przekór temu panu” postanowiłem coś napisać. Tematu gotowego nie miałem, toteż jadąc rano po dublińskiej obwodnicy M50 rozważałem, o czym by tu skrobnąć, aby nie było nic politycznego, aby ominąć wszelkie krajowe bolączki, kwestie społeczne i światopoglądowe. Najlepiej, żeby nic ( z tych rzeczy) nie było, w końcu nie jestem żadnym misjonarzem ani „blogującym naprawiaczem świata”, co więcej gdybym nie był prowokowany przez dopływające z kraju informacje, gdyby nie spływająca z monitora rzeka bredni i absurdów, najchętniej zapomniałbym o swoich poglądach i uczuleniach. To, że nie zapominam jest moją słabością, ale czasem trza być twardym: mijając kolejne autostradowe wiadukty, zerkając przez szybę samochodu na zielone wzgórza z pasącymi się owcami postanowiłem, że blogowy wpis poświęcę czemuś zupełnie pozbawionemu ciężaru, wolnemu od patriotycznego brzemienia. Jakimś finezyjnym fintifluszkom.

Przekonywałem sam siebie, że tak będzie dla mnie lepiej, nie mogę sobie pozwolić na zaniedbywanie bieżących obowiązków przez wdawanie się w ideologiczne spory toczone w środkowej Europie, chrzanić to!
Pamiętam co przydarzyło się Skawińskiemu z opowiadania Sienkiewicza. Nieborak zaczytał się był w polskich rzewnych poematach, nostalgia zdradziecko siły mu odebrała, a wzrok i pamięć do tego stopnia zaćmiła, że świateł na latarni nie zapalił i posadę utracił. Ja z sienkiewiczowskiej przestrogi korzystam, echa wydarzeń krajowych ze swojej głowy staram się wypędzać, do blogowania zasiadam „rzadko i niechętnie i tylko z nadzieją, że dobre nie złe duchy mają we mnie instrument”*, nostalgia u mnie rzecz ważna, ale trzymam ją w miejscu otwieranym podczas specjalnych okazji, gdzieś na półce z drogimi alkoholami i fotografiami z dzieciństwa.

Cóż by szkodziło opisywać Irlandię? Właśnie na horyzoncie zamajaczyła masywna bryła biurowca górującego nad magazynami i hurtowniami w przemysłowej dzielnicy Dublina. Budowa biurowca stanęła w 2008 roku, gdy okazało się, że bańka inwestycyjna pękła i ani nie ma dla kogo ani za co kontynuować budowy. Ażurowa konstrukcja niszczejącego molocha stała się już znakiem rozpoznawczym tego miejsca, swoistym symbolem upadku modelu kapitalizmu opartego na zmowie polityków i bankierów. Jednak recesja nie jest tematem dostatecznie finezyjnym, omijam go szerokim łukiem zjeżdżając na lewy pas i dalej przez rondo kierując się w stronę gór, gdzie mieszka moja klientka Caroline.

Wspominałem o niej kiedyś, to ta sama pani, której bogaty ojciec kolekcjonował antyki i pozostawił jej w spadku miniaturę rzeźby „Porwanie Sabinek”. Tym razem pierwszą wiadomością, którą usłyszałem po zgaszeniu silnika samochodu, było to, że pogoda jest tak wyjątkowa a ona akurat zgubiła okulary przeciwsłoneczne.
– Musiałam je zostawić w toalecie Mason House, tak, w niedzielę też nie padało.
– A co robiłaś w siedzibie Masonerii? – zapytałem.
– Byłam na aukcji antyków, nic nie wybrałam, oni z tymi cenami poszaleli, ale wiele osób mnie tam zna, bo mój pradziadek był wielkim mistrzem loży masońskiej w Irlandii Północnej.
Po odejściu gospodyni zabrałem się do renowacji drewnianej obudowy starego zegara, który mąż Caroline odziedziczył po rodzicach. Dostali go w prezencie ślubnym w roku 1903 – łatwo obliczyć, ile dziś zegar ma lat. Ciągle chodzi , tylko skrzynia ucierpiała przez wilgoć i kołatki… A może by tak coś o upływie czasu – rozważałem. Taki uniwersalny temat, ech, zbyt poważny. Zaraz zaczną się dywagacje… Zresztą już kiedyś o czasie pisałem. Pora na przerwę. Z kubkiem kawy wyszedłem do ogrodu, jak cień towarzyszył mi pies gospodarzy Shadow. Podczas gdy ja gapiłem się na kwitnące rododendrony i ścianę lasu za nimi, Shadow pokornie wyczekiwał chwili, gdy porzucę jałowe obserwacje botaniczne i zgodnie z tym co bywało poprzednio, wrócę do vana, żeby z szeleszczących torebek wydobyć kanapkę z wędzonym łososiem. Odgłos otwieranych drzwi auta oznaczał (nie za każdym razem niestety!) smakowite kąski w czarnym pysku; szeleścił żwir na podjeździe, w gałęziach śpiewały ptaki, pies mlaskał i oblizywał się a mnie się zdawało, że przez te odgłosy słyszę jak uczony Pawłow zaciera ręce z satysfakcji. Ale chrzanić Pawłowa, minęło południe, dłutem skrobałem stary klej, żeby w te miejsca wkleić nowe ćwierćwałeczki, od czasu do czasu potrząsałem słoikiem z politurą i pozwalałem aby przez moją głowę jak obłok po niebie przepłynęło wspomnienie innego ogrodu z rododendronami, położonego na stogu zalesionej góry w masywie Śnieżnika. Ogród należał do Michała Fostowicza, poety i malarza. Miałem wielkie szczęście go znać, nieczęsto ktoś może sobie powiedzieć, że spotkał w życiu prawdziwego mędrca. A ja spotkałem, nie tylko rododendrony mi o nim przypominają.

Nadeszła pora lunchu, kot już został nakarmiony, kwiatki doniczkowe podlane, Caroline podgrzewała dla nas zupę ugotowaną dnia poprzedniego przez Nataszę z Mołdawii, która przyjeżdża raz w tygodniu, żeby posprzątać, poprasować i ugotować. Nie pierwszy raz miałem jeść „Natasza soup” – jak ją nazywała Caroline. Składają się na nią posiekane drobno warzywa, duża ilość czosnku i oliwa. Zawsze mi smakuje, lepiej niż jakikolwiek wywar ze zwierzęcych kości lub innych szczątek. Przy stole zasiadł z nami 10-letni wnuk gospodyni, który na wakacje przyjechał z Berlina. Chłopiec był inteligentny i dobrze opalony, bo kilka dni wcześniej wrócił z węgierskiego południa, gdzie wypoczywał u dziadków ze strony ojca. Historia jest taka, że córka Caroline pojechała na studia do Niemiec i tam wyszła za mąż za K., którego ojciec w 56 roku będąc studentem muzyki uciekł z Węgier najechanych przez Armię Radziecką. Przez Wiedeń dostał się do Niemiec, tam ukończył studia, założył rodzinę i naturalizował się. Przez wiele lat był skrzypkiem we frankfurckiej orkiestrze a po przejściu na emeryturę wrócił w swoje strony, do tego kraju, gdzie mówi się dziwnym językiem, jada gulasz i gra czardasza.
To wszystko ( i nie tylko to) Caroline zdążyła opowiedzieć mi podczas lunchu, czarny Shadow leżał na nagrzanych kamieniach werandy, w radiu brzmiał Mahler a rozświetlone słońcem kwiaty i dzikie wino na frontowej ścianie domu przypominały nam, że raj istnieje. Piętnaście lat temu z tej werandy widać było zatokę dublińską, ale teraz widok na morze zasłoniły wybujałe drzewa. Dom już całkowicie otoczony jest zielenią. Dobrze, że to grał Mahler, a nie Vivaldi. Gdyby zamiast dramatycznej Piątej Symfonii nadawano Lato z Czterech pór roku, zrobiłoby się kiczowato.

A kiczu nie było, bo pomimo upału, rozleniwienia i sielskiej atmosfery nad wszystkim unosiła się moja niepewność, o czym do licha ma być planowany tekst. Co uwypuklić, a co przemilczeć, czemu nadać rangę motywu przewodniego? Co jest wystarczająco ciekawe, aby to ubierać w słowa, dzielić się tym z osobami po drugiej stronie monitora? Czy dostatecznie ważne jest psie przywiązanie do pachnących wędzonką wartości? Czy okoliczności przyrody, ta rajska wyspa na „zielonej wyspie” i reminiscencje związane z rododendronami, a może zawiłe losy ludzkie ludów Europy, losy których efektem jest obecność sympatycznego 10-latka mówiącego po angielsku z wyczuwalnym niemieckim akcentem oraz nie dająca się zignorować moja obecność tutaj?
Już mi przeszło, naprawdę już mi przeszło. Dwadzieścia dwa lata temu w Anglii albo dwanaście lat temu w Szwecji pytałem słowami innego Sienkiewicza „Co ja robię tu, co ja tutaj robię?” Czerpałem satysfakcję i przyjemność z podróży, ale w głębi jestestwa miałem podejrzenie, że opuszczenie „swojego miejsca” jest jakąś anomalią, zaburzeniem „ustalonego porządku”. Dziś, kiedy porządek sam sobie ustaliłem, obce mi są pytania Elektrycznych Gitar. Okrzepłem w rzeczywistości, w której się znalazłem i o której wiem tyle, że zmienność jest jej podstawową cechą. Po raz kolejny ścieram warstwę starej politury z pudła zegara, upewniam się, że przyklejone rano elementy trzymają się równie mocno co Chińczycy w „Weselu” i poleruję powierzchnię czystymi kulkami bawełny. „Polishing an old wooden box with a cotton buds” – praca jakkolwiek niesie obietnicę spełnienia zawodowego i przynosi pieniądze, bywa jednak nudna. Ale jako się rzekło, nie zamierzam być Latarnikiem, nie zamienię anglojęzycznej stabilizacji na poetyckie mrzonki o ojczystych polach malowanych żytem.

Akurat nakładałem pierwszą dziewiczą warstwę politury, gdy do pokoju zamienionego na pracownię weszła Caroline z książką w ręku.
Czy Kapuszinsky to był polski pisarz?
Tak, Ryszard Kapuściński, bardzo znany…
Bo on przez wiele lat mieszkał w Afryce, czytam jego książkę, on znał tamtejsze języki, bardzo to ciekawe… W Zanzibarze spotkał inną Polkę, która mu recytowała wiersz. Nie ma tłumaczenia na angielski, tylko po polsku. Możesz…?
Zastygłem „with a cotton buds in my hands”, zdjąłem lateksowe rekawiczki i zacząłem czytać na głos, czując jak dziwnie w tym otoczeniu brzmią polskie szeleszczące głoski. Wydało mi się, że to jakieś celowe nagromadzenie rodzimych „ąści”, że poeta Staff do spółki z Caroline robią mi psikusa, tym bardziej, że to ja te dziwne głoski produkowałem:

Pogodą rana lśni polana
Ciszą opieszcza smukłość drzew
Dygotem liści rozszeptana
Źdźbła trawy kłoni lekki wiew

Tak cicho jest i słodko wszędy
I tak przedziwny wkoło świat
Jakbyś przed chwilą przeszła tędy
Musnąwszy trawy skrajem szat
.

Przeczytałem. Wstrząs był niemały, a na prośbę pracodawczyni przełożyłem jeszcze te strofy na angielski. O my God! Koń by się uśmiał z tego przekładu, bo znajdź człowieku na poczekaniu literacką wersję frazy „Ciszą opieszcza smukłość drzew” albo „Źdźbła trawy kłoni lekki wiew”. Od samych szelestów można dostać zawrotu głowy. Ale chyba nie wyszło najgorzej, prozą objaśniłem, że nie wiersz jest najważniejszy tylko okoliczności przypadkowego spotkania pana Kapuścińskiego z Heleną Trębecką w hotelu w Zanzibarze. Caroline odeszła usatysfakcjonowana, miałem nadzieję, że zaraz pochłoną ją inne sprawy. W końcu to książka o Afryce. Natomiast ja miałem pewność, że bardziej finezyjnego tematu blogowego tego dnia nie znajdę. Kolejne warstwy politury nakładałem już wspólnie z Leopoldem Staffem, było nam cicho i słodko, mebelek lśnił i szeptał a ja opieszczałem smukłe deseczki bawełnianymi kulkami i chciałem, żeby ten przedziwny wkoło świat trwał jak najdłużej.

)* cytat z wiersza Czesława Miłosza „Ars poetica”

Reklamy

Tagi: , , ,

Komentarze 23 to “Finezje i fintifluszki”

  1. wiedźma Says:

    Dobry wieczór ! Przeczytałam te Twoje fintifluszki z prawdziwą przyjemnością ….” I tak przedziwny wkoło świat”…. nosisz w sobie ten swiat; myślę, że tak właśnie jest…. Bogatszy jesteś o wrażenia niż kamieniem siedzący w jednym miejscu. Wybrałes sobie takie życie i to jest Twoje prawo.
    Co tam robisz ? żyjesz….. a ta nostalgia na pólce z drogimi alkoholami i fotografiami z dzieciństwa niech sobie tam spoczywa, bo nie wyrzekłeś się niczego. Nie jesteś bardziej irlandzki niż Irlandczyk, prawda ?:)
    Ps. ukłony dla tego pana, który nieświadomie Cię skłonił do napisania tych fintifluszek 🙂

    • laudate44 Says:

      Nie, z tym panem to zbieżnośc przypadkowa, a z pisaniem „na przekór” oczywisty żart.
      Od dawna chciałem napisać coś o Caroline (bo to zaledwie początek z Jej udziałem) a okazją stał się epizod z wierszem Staffa. Tego nie mogłem sobie i Wam darować! Takie historie MUSZĄ być opowiadane.
      Pozdrawiam ( za oknami koncert „Florence and the Machine”, ale fałszuje…) 🙂

  2. wiedźma Says:

    hihi……:) ale historyjka śliczna …..

  3. Hirundo Says:

    Fintifluszki w moim narzeczu są faramuszkami. Twoje błahostki tymczasem bardziej finezyjne niż moje, skoro pod ojczystym niebem głównie „igrzyska”. Tęsknię za jakimś niefałszowanym koncertem i nie musi być Vivaldi, bo lato w nadmiarze (na termometrze 49 w słońcu). Na taki nadupał najsmaczniejsza jest dobra opowiastka – dzięki 🙂

  4. Alexandra Says:

    Cóż można dodać do twoich fintifluszek? Wszystko co piszesz jest wielka finezją w każdym calu:)Uwielbiam cię czytać, chociaż nie zawsze komentuję.Lubię milczeniem „dopieszczać” wrażenia. Pozdrawiam serdecznie i czekam na następny post.

  5. Roman Strokosz Says:

    Brutalnie mowiac olac trzeba wszelakich podpowiadaczy, namawiajacych do tego by zaprzestac blogowa egzystencje.Jak sie wyczerpuja argumenty, to zastepuje sie je arogancja a niekiedy tez dosc niewybrednym chamstwem.
    Pozostawaj soba i pisz w tkim tonie jak zawsze..Jestes jednym z nielicznych Blogowiczy, ktoremu odstepuje sie od komentaowania, bowiem Twoje wpisy – teksty sa na tyle ciekawe i plene tresci, ze nic dodac i nic ujac..
    W najblizszy czwarte rozpoczynam swa podroz po Europie i obiecuja, ze bede zagladal na blogi w szczegolnosci oczekuje Twego nowego postu!.

    • laudate44 Says:

      Przede wszystkim udanej podróży Romanie!
      I szczodrze zasilaj nasz Euroland amerykańską walutą, napiwków nie żałuj! 🙂 🙂

  6. Bobik Says:

    Jak można wątpić, czy psie przywiązanie do pachnących wędzonką wartości należy do rzeczy ważnych, czy nawet najważniejszych? A fe, Brutusie… 👿
    Ale tak naprawdę ja tu z komplementem, tylko bardzo bym nie chciał, żeby zabrzmiał jakoś protekcjonalnie, że niby ja jako znawca łaskawie rozdaję pochwały i kuksańce. 😉 Nie od dziś znam Twoje teksty i z ogromnym respektem dostrzegam, jak się rozwijasz warsztatowo. Dawniej zdarzało się, że tu i ówdzie miałem ochotę chwycić za redaktorski ołówek i poprawkę wprowadzić, bo coś mi tam zgrzytnęło. A teraz czytam i – nie mam się czego czepić (choć czepliwy jestem jak, nie przymierzając, mój osobisty wróg rzep). 🙂 Wręcz przeciwnie, smakuję chwilami jak najlepszej jakości pasztetówkę.
    No, po prostu coraz lepiej piszesz i tak trzymać. 😀

    • laudate44 Says:

      Ech, złapałem Cię Bobiku na wędzonego łososia! Jak ja znam psią naturę! 🙂
      Opisując swoje czułe relacje z Shadow’em zastanawiałem się po cichutku, jakżesz się to Bobikowi spodoba? Czy szczeknie w tym miejscu jakąś aprobatę? Teraz już wiem. Dzięki!

      • laudate44 Says:

        A pozostając przy gastronomii oraz zawiłościach językowych: wczoraj w moim ulubionym sklepie LIDL, gdzie pieką najlepszy chleb w całym Dublinie, na stoisku z polskimi produktami wypatrzyłem etykietę z napisem SOS DRESINGOWY. Wiecznie żywa tradycja przekręconych nazw dotarła także tutaj, więc swojsko jakoś mi sie zrobiło. Przypomniałem sobie zaraz puszki z sokiem pomarańczowym na wystawie sklepu w Ostrowcu Świętokrzyskim. Było to w latach 80-tych, gdy nawet młodzi ludzie nie umieli rozszyfrować znaczenia słów „orange juice”, dlatego produkt sprzedawano jako KOMPOT Z ORANGUTANA. 🙂
        Autentyk!

  7. mirek Says:

    Piękny tekst! Pozdrawiam.

  8. Tetryk56 Says:

    Tekst jak szkatułka, w której treść jest zmieszana z refleksją na temat zarówno treści jak i potrzeby jej opublikowania – celujesz w świetlane wzory literackie! I – trzeba przyznać – świetnie trafiasz!
    Brawo!
    A przy okazji ukłony dla Caroline i jej Cienia 😉

    • laudate44 Says:

      O mały włos a tekst nie powstałby wcale. Kiedy już byłem przy stole z zupą Nataszy i podawałem historię węgierskiego uchodźcy – cały tekst mi zniknął z notatnika i nie umiałem go odzyskać. Słabo jeszcze się orientuję w nowym systemie Apple’a i nie wiedziałem, że tu nie ma opcji „zapisz” jaką znałem z Windowsa. Odzyskałem po małych poszukiwaniach z nieocenionym udziałem mojego syna, co przy okazji uświadomiło mi, że inwestycja w jego edukację okazała się trafiona 🙂
      Caroline na razie nie spotkam, bo lecą z mężem do Berlina a potem do Pragi. A ja lecę do Krakowa :), bo – jak twierdził Jan Himilsbach – mężczyzna w pewnym wieku powinien sobie troszkę polatać.
      Pozdrawiam

      • Marek Says:

        Hej, hej, jak juz lecisz do Krakowa z pewnością zaglądniesz na Kazimierz, nie pokuś sie czasami na piwo w resto MOMENT, tam serwuja antysemici – trzeba omijać takie lokale, bo inaczej zaraza przeniesie się do innych http://tnij.org/rc4j

        Milego pobytu w kraju

      • laudate44 Says:

        Obiecuję, że nie zajrzę tam ani na „moment”. Dzięki za info.

      • Tetryk56 Says:

        Kraków czeka! 😉

  9. Zbyniek Says:

    Laudate temu panu który Ci radził abyś oszczędzał klawiaturę jeśli byś nie miał nic przeciwko temu dedykowałbym Twój ostatni wspaniały tekst

    • laudate44 Says:

      Dedykuję go Wam – stałym czytelnikom i komentatorom. 🙂
      Rozmawiamy ze sobą w Internecie już ponad trzy lata i jak sądzę – wszyscy mamy z tego satysfakcję. Pozdrawiam

  10. Bobik Says:

    Wędzonym łososiem wabi się Bobika,
    choć o oszczędności prawi magnifika.
    Ile tych plasterków? Sześć, czy może osiem?
    Czy pies już skutecznie zwabiony łososiem?

    No, zwabiony Bobik, lecz jeszcze nie całkiem,
    trza go jeszcze tekstu zachęcić kawałkiem,
    choć wielbi on wdzięki rybiego mięsiwa,
    chętniej literackich rozkoszy zażywa.

    Nie chcę tu zniechęcać – bom na żarcie łasy –
    do stawiania na stół mięcha lub kiełbasy,
    lecz pomyślta o tym, dorośli czy dzieci:
    jak dobrze piszeta, pies i tak przyleci. 😈

    • laudate44 Says:

      Dzięki Bobiku za garść psoezji.
      Przesłanie wiersza pojąłem – wydaje się, że szczekamy tym samym językiem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: