Londyn zimny i tajemniczy

Okazja czyni nie tylko złodzieja, czyni także turystę. Mając Londyn tak blisko (tylko godzina lotu na Heathrow i 40 min jazdy „tubem”, żeby znaleźć się u stóp Big Bena) nie oparłem się pokusie i poleciałem tam w pierwszy weekend lutego. Celem była National Gallery oraz wnętrze Opactwa Westminster, ale niespodzianie wycieczka okazała się wyprawą polarną, bo Anglię zaatakowała zima. Spadł obfity śnieg, temperatura spadła do niewyobrażalnych minus 9 (w nocy), przezornie odwołano niektóre loty samolotów, a na Trafalgar Square zamarzła fontanna. Nie było mowy, żeby na ulice wyjechali rowerzyści golusieńcy jak ich Bóg stworzył. Tamtą paradę oglądałem podczas poprzedniego pobytu w lecie.

Mimo mrozu, na placu przed wejściem do NG jak zwykle tłumy, jak zwykle uliczni happenerzy zbierający „do kapelusza” datki w nagrodę za swoją pomysłowość i… odporność na zimno. Nie zauważyłem ludzi-pomników, jakich ostatnio pełno w różnych miastach Europy, za to ktoś przebrany za Elżbietę II „koronował” chętnych turystów, którzy po rycersku przyklękali na jedno kolano, podczas gdy inni pstrykali zdjęcia oraz rzucali „co łaska” do pudełka po królewskich zapewne czekoladkach.

Po sąsiedzku na sporym kawałku trotuaru rozłożył się artysta, którego model biznesowy polegał na czerpaniu korzyści z uczuć patriotycznych wzbudzanych wymalowanymi flagami. Pomysł świetny, bo na Trafalgarze można spotkać przedstawicieli chyba wszystkich nacji, wiadomo też, że przechodząc obok flagi własnego kraju trudno się oprzeć, by nie położyć na niej pieniążka. Było tych flag bodaj 50 a zmyślny ich twórca musiał znać wyjątkowe relacje poszczególnych nacji bo polską flagę umiescił obok niemieckiej. Na obu szybko przybywało monet, bo duch konkurencji został pobudzony i nie będzie nam Niemiec szpanował bogactwem, skoro i my jakieś 50-pensówki w kieszeni mamy. Gdy moja koleżanka dorzuciła kolejne parę monet na biało-czerwony prostokąt, pilnujący interesu znawca dusz ludzkich uśmiechnął się szarmancko i powiedział „dziękuję kochanie”. Prawda, że profesjonalista? Nie był Polakiem, co słychać było po akcencie, ale nie dociekałem skąd pochodził. W miejscu tak wielokulturowym jak Londyn nie ma to znaczenia, a w każdym razie nie powinno mieć znaczenia, chociaż…

Kiedy wszedłem do wnętrza kolegiaty westminsterskiej (mylnie zwanej katedrą) i właśnie nabierałem powietrza przed oglądaniem zgromadzonych tam skarbów, drogę zastąpiła mi starsza pani wolontariuszka i zapytała „skąd jesteś?” Przyznam, że na chwilę mnie zamurowało, bo nie takiego pytania się spodziewałem. Odruchowo miałem powiedzieć, że z jestem Polski, ale coś mnie tknęło i odparłem, że z Dublina, bo jak nie jak tak? Opłacała się ta odpowiedź, bo pani przydzieliła mi anglojęzyczny audioprzewodnik a w nim usłyszałem aksamitny głos jednego z ulubionych aktorów: ” Hi, welcome to Westminster Abbey. I am Jeremy Irons and I will be your guide today” 🙂
Pozwoliłem żeby gadał mi do ucha przez dwie godziny i byłem mu wdzięczny, że o nic nie pytał.

W westminsterskiej byłem już wcześniej, ponad dwadzieścia lat temu, ale jakoś niewiele z tamtego czasu zapamiętałem, co nie dziwi, zważywszy, że niewiele wiedziałem o historii królów brytyjskich a ponadto była to moja pierwsza wizyta „na Zachodzie” i szok po opuszczeniu socjalistycznej siermięgi był zbyt duży, żebym w swoim barbarzyńskim umyśle umiał oddzielić podziw dla zdobyczy cywilizacji od zachwytu nad osiągnięciami gotyckiej architektury oraz pieczołowitosci z jaką traktuje się historię monarchii. Z pewnością bilety wstępu były wtedy tańsze, albo ich wcale nie było, bo wydatek 16 funtów nijak nie przeszedłby mi przez sakiewkę.

Opowiadał o wnętrzu nie będę, bo trzeba go koniecznie zobaczyć – dla porządku wyznam tylko, że sklepienie w kaplicy Henryka VII rzuciłoby mnie na kolana, gdyby nie to, że na stojąco lepiej widać, a już całkiem wygodnie było przyglądać sią arcydziełu w wielkim lustrze umieszczonym płasko w centralnej części kaplicy.

Jeszcze parę słów o National Gallery, którą podczas tego pobytu odwiedziłem dwukrotnie, zahaczając o swoje ulubione epoki: renesans włoski, złocone deski gotyckie i troszkę malarstwa flamandzkiego z Rembrandtem i Breughlem, już tak bardziej dla relaksu, jako tło do plotek ze znajomymi.
Akurat w czasie mojej wizyty w NG kończyła się wystawa poświęcona malarstwu Leonarda da Vinci, oczywiście nie dostałem się na nią, bo bilety wyprzedano już w listopadzie. Mogłem się jedynie otrzeć w hallu o szczęściarzy cierpliwie czekających w kolejce do wejścia oraz zajrzeć do księgarni, gdzie wciąż dostępne były opasłe książki o Leonardzie. Warto byłoby napisać osobny tekst o tym, jak to się stało, że twórca zaledwie dwudziestu kilku obrazów stał się najwiekszym malarzem w dziejach sztuki. Co decyduje o tym, że w ciągu ostatnich 500 lat było wielu wybitnych malarzy, ale gdy mówi się „da Vinci” otwiera się nowy wymiar, coś na pograniczu snu i jawy? Jakby Leonardo był postacią wymyśloną przez Lema i uosabiał geniusz rodzaju ludzkiego konkurującego z mieszkańcami innych części kosmosu w kategorii sztuka. Oczywiście wśród konkursowych prac wysłanych na to galaktyczne Expo nie mogłoby zabraknąć „Damy z gronostajem”, która w Londynie zebrała najlepsze recenzje, dla wielu miłośników malarstwa było to autentyczne odkrycie, tym bardziej Kraków ma być z czego dumny, a Czartoryskim cześć i chwała, że portret pieknej Cecylii Gallerani sprowadzili do Polski.

Od początku kibicowałem słynnej wystawie, przez chwilę była szansa, że ją obejrzę, ale przepadło… Odbiłem sobie długotrwałym szwendaniem się po ciepłych salach NG, obejrzałem całe mnóstwo renesansowych znakomitości, o niektórych nieraz tu wspominałem. Przed jednym z obrazów musiałem przykucnąć, żeby pod własciwym kątem zobaczyć to, co artysta sprytnie zakamuflował, bo miał skłonności do tajemnic. Ulegając tej samej skłonności nie wyjawię jaki to obraz i jak nazywał się autor. Zrobię to w następnym wpisie, a może ktoś spróbuje zgadnąć, bo intrygujących obrazów jest w NG dużo, ale ten chyba najbardziej.

http://wyborcza.pl/1,75475,10631681,Ten_niecierpliwy_geniusz_Leonardo.html?as=1&startsz=x

Reklamy

Tagi: , , ,

Komentarzy 11 to “Londyn zimny i tajemniczy”

  1. Kot Mordechaj Says:

    No, my z Psem Bobikiem tez w zeszlym tygodniu ustawiali sie na rozne sposoby, zeby zobaczyc nalezycie te smuge. Ale nie bede ujawnial i psul nastepneg wpisu.
    Szkoda, Laudate, ze byles na poczatku lutego, a nie np teraz. Wczoraj temperatura w Londynie wynosila 16-17 stopni C, nie mowiac o tym, ze wczoraj wlasnie odslonieto przesliczna nowa rzezbe na Czwartym Postumencie przed Nat. Gal. – zlotego chlopczyka na koniku na biegunach. Jesli zdazysz w ciagu najblizszego roku wpasc na Trafalgar Sq., to jeszcze masz szanse.

  2. laudate44 Says:

    Ha, Psu i Kotu znacznie łatwiej tę smugę zobaczyć niż istocie dwunożnej… 🙂 Ale bingo!

    Na czwartym postumencie rzeczywiście mi czegoś brakowało, podczas poprzedniej wycieczki leżała tam ogromna butla z żaglowcem wewnatrz, ale widocznie jakiś miłośnik sztuki marynistycznej ją rąbnął.
    Pozdrawiam, nie wiedziałem, że byłeś z Bobikiem. Myślałem że on z Heleną się prowadzał, a dosłownie, że Helena prowadzała jego.
    Ukłony dla koszyczka!

    • laudate44 Says:

      Dzięki Kocie za podpowiedź, znalazłem złotego chłopczyka. Bardzo udany. Znakomity!
      Czy Was też widać na tym filmie? 🙂

  3. Kot Mordechaj Says:

    Rzezba chlopczyk na koniku autorstwa dwu Skandynawow o trudnych nazwiskach nazywa sie ” Bezsilna struktura” i ma ona szczegolna wymowe, jak sie stanie na wprost fontanny, mordami zwroconymi w kierunku National Gallery i wtedy widzi sie, ze w drugim rogu na postumencie stoi pomnik Bardzo Waznego Generala na Koniu.
    Helena jest moja Stara, stad tez gdzes tam krecila sie nam z Bobikiem pod lapami jak zwiedzalismy. :twisted:.

    • laudate44 Says:

      Ach, jednak ten świat jest mały. Mam nadzieję, że Bobikowi w L. się podobało i nie tylko ruch lewostronny zaprzątał jego bujną szczenięcą wyobraźnię 🙂

  4. Eva70 Says:

    Dzięki Laudate, rozświetliłeś mi to pochmurne sobotnie popołudnie.

  5. Onibe Says:

    niesamowite miasto, mam z niego bardzo interesujące wspomnienia. Kiedyś miałem okazję zwiedzać je przez tydzień i chętnie wrócę do stolicy Imperium 😉

    • laudate44 Says:

      Ech, nie ma to jak zgoda w Internecie:
      ja też mam z Londynu bardzo interesujące wspomnienia! 🙂

  6. jaiameryka Says:

    I ja dolacze sie do milych komentarzy na temat Londynu 🙂
    Rewelacyjne miasto!!

  7. Kierunek Londyn « Laudate Says:

    […] hotelach, pubach. Aż głupio się przyznać, że kiedy rok temu wyjeżdżałem z Lodnynu – wrażenia opisałem tutaj – na lotnisku kupiłem opasłą książkę o Wenecji. “Venice, pure city” – Peter […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: