O Florencji na gorąco

Przez chwilę miałem watpliwości, czy w tak mroźne dni wypada pisać o Florencji kojarzonej wiadomo z czym. Jednak dwie okoliczności pomogły mi przezwyciężyć wahania: pierwsza taka, że wczoraj spadł śnieg w Toskanii (do Irlandii ta zaraza dopiero się zbliża) więc w opisach florenckich zabytków nie będzie żadnej perwersji i grania na nerwach przemarzniętym Czytelnikom. Druga okoliczność to przekonanie graniczące z przesądem, że od czytania o „słonecznych krainach” robi się człowiekowi cieplej. Czego Wam bardzo życzę chuchając i dmuchając na monitor komputera pokazującego minus 18 w Lublinie, niewiele mniej we Wrocławiu, już o Suwałkach nie wspomnę.

Napomknąłem niedawno o zwiedzaniu muzeum porcelany w Ogrodach Boboli – zadumałem się tam nad filiżanką z obrazkiem przedstawiającycm florencką katedrę, ale surową, jeszcze bez charakterystycznej marmurowej okładziny. Filiżankę wykonano około roku 1800, kiedy wciąż trwały prace nad układaniem marmurowych płyt na fasadzie i pozostałych ścianach zewnętrznych. Zakończenie montażu elewacji nawiązującej wzorem do Wieży Giotta oraz Baptysterium nastąpiło dopiero w roku 1887 i do tego jeszcze wrócę. Przypomnę, że budowę katedry Santa Maria del Fiore rozpoczęto na początku XIV wieku, co pokazuje że Florencję, tak jak Kraków, nie od razu zbudowano.

Ciekawe są losy fasad dwu innych kościołów Santa Croce i San Lorenzo.
O San Lorenzo opowiedzieć łatwiej, bo on nie ma fasady z prawdziwego zdarzenia a chropawy mur z brązowej cegły od 600 lat czeka żeby go zamaskować czymś szlachetnym. Co prawda w 1516 roku papież Leon X – czyli Giovanni Medici zlecił Michałowi Aniołowi wykonanie fasady „rodowego” kościoła – niestrudzony artysta poczynił projekty i nawet spędził jakiś czas w Pietrasanta dozorując pozyskiwanie marmuru – ale po czterech latach (czas wtedy płynął wolniej) papież zmienił zdanie i zamiast fasady kazał Buonarottiemu wykonać coś, co do dziś wprawia w zachwyt koneserów rzeźby i architektury.

Umieszczona w podziemiach kościoła San Lorenzo Kaplica Medicich jest dobrze strzeżonym skarbem. Aby się do niej dostać trzeba kupić bilet, minąć panów strażników, przejść przez bramkę bezpieczeństwa jak na lotnisku, a podręczną torbę przepuścić przez skaner. Wszystko dlatego, że rzeźby nagrobne wykonane są ręką Michała Anioła i trzeba chronić je przed szaleńcami. Cieszyłem się w duchu, że nie jestem szaleńcem – inaczej nie dostałbym się w pobliże rzeźb. Nie miałem przy sobie młotka ani miniaturowej bazuki, w głowie nawet nie powstała mi myśl, by dotykać zastygłych w marmurze, zadumanych postaci. Rzeźby te – niektóre niedokończone, ze śladami dłuta i zarazem ostatnie jakie we Florencji wykonał Michał Anioł przed wyjazdem do Rzymu – uważa się za doskonałe przedstawienie ekspresji ciała ludzkiego oraz głębokich uczuć widocznych na twarzach postaci zgrupowanych w dwie pary: Dzień i Noc oraz Świt i Zmierzch. Michał Anioł tchnął w te postaci nie tyle życie w znaczeniu „witalność”- ile medytację nad życiem. Coś niebywałego!

Bazylika Santa Croce – znana jako miejsce spoczynku wielu zasłużonych Włochów, w tym samego Michała Anioła – została wybudowana w średniowieczu i konsekrowana w XV wieku. We wnętrzu można podziwiać freski Giotta w kaplicach fundowanych przez zamożnych bankierów, ale miało byc krótko o fasadzie… Marmurowy fronton Santa Croce utrzymany w stylu neogotyckim został wykonany późno, bo dopiero w 1863 roku. Projektantem był żydowski architekt Nicolo Matas i jemu Santa Croce zawdzięcza swój znak rozpoznawczy. Tym znakiem jest umieszczona centralnie nad oknem witrażowym niebieska Gwiazda Dawida. Element umiejętnie wkomponowany w wielobarwne dekoracje ale dość nietypowy jak na świątynię rzymsko-katolicką. Architekt Matas wyraził przed śmiercią wolę by być pochowanycm w bazylice, ale z powodu że był Żydem woli nie spełniono i pochowano go poza murami. Donatello, chociaż był gejem, ma swój nagrobek w San Lorenzo.

Wróćmy jednak do katedry, o której wspominałem przy okazji opowieści o Brunelleschim lecz muszę jeszcze kilka słów dorzucić, bo o arcydziełach należy mówić dużo i często. Nie wiem jak Wam, ale mnie obcowanie z wytworami geniuszu ludzkiego pozwala odczuwac dumę, że my jako ludzkość jesteśmy jednak coś warci – umiemy coś więcej niż wywoływanie wojen i doskonalenie metod zadawania śmierci.

Zamożność i megalomania renesansowych inwestorów spowodowała, że budynki Florencji są okazałe, a gdy się patrzy z bliska, wręcz przytłaczające. Sama katedra… tu już brak słów. Kiedy ze wzgórza San Miniato podziwia się panoramę miasta skąpanego w zachodzącym słońcu – wzrok zatrzymuje się zawsze na wielkiej kopule Duomo. Dopiero z daleka widać jak jest okazała, żeby nie powiedzieć wielgaśna i jakby przerośnięta w stosunku do dźwigających ją murów. Zatem Florencja z lotu ptaka to przede wszystkim katedra z dominującą kopułą a tło tworzą budowle mniejsze – coś jakby pokryte czerwoną dachówką szałasy.

Wnętrze katedry rozległe i ascetyczne, nijak nie podobne do wywołującego oczopląs wnętrza katedry sieneńskiej. No i ta niebywała przestrzeń, której nic nie zakłóca, bo kolumny rozstawione są szeroko i niezbyt gęsto. Powierzchnia posadzki to 150 m długości i 38 m szerokości (boisko piłkarskie ma 105m X 70 m). Doprawdy dużo miejsca na ochy i achy we wszystkich językach.

Znalazłem w Internecie ciekawy list będący zapisem wrażeń z uroczystości zakończenia budowy katedry w 1887 roku. Autorką jest angielska rezydentka mieszkająca we Florencji. Czytając ten list żałowałem, że w tamtych czasach nie pisano blogów – mielibyśmy więcej „wrażeń na gorąco” i ciekawych obserwacji życiowych. Przytaczam w dość wiernym tłumaczeniu, z nadzieją że niezbyt boleśnie łamię czyjeś prawa autorskie.

Piszę do Ciebie w dniu wielkiej fiesty. Dzwony rozbrzmiewają w całym mieście oznajmiając, że Duomo jest już odsłonięte i że dzieło rozpoczęte sześćset lat temu zostało ukończone. Siedzę teraz sama, Edwige pośpieszyła zobaczyć swoją ukochaną budowlę; ona zupełnie oszalała: po tylu ciężkich przejściach jakich zaznała w życiu tutaj zachowuje się jakby miała nie więcej niż 16 lat. Kiedy wspomniałam, że zostanę w pokoju dopóki nie minie ekscytacja, bo nie mam serca do rozrywek i ulicznego gwaru – przekonywała mnie, żebym choć obejrzała dekoracje na Piazza, a w końcu nie mając argumentów stwierdziła, że „jeśli nie pójdzie pani popatrzeć na Duomo, będzie to oznaczać, że nie jest pani prawdziwą Florentynką”. Ostatecznie poszłyśmy tam wczoraj, pzreciskając się przez gwarny tłum – na ulicach wrzało jak w pszczelim ulu.
Wydaje się, jakby wszystkie okoliczne miasta opustoszały a mieszkańcy zjechali do Florencji pęczniejącej z dumy i szczęścia. Doprawdy przyjemnie popatrzeć, nawet najbiedniejsi starają się ubrać lepiej niż zazwyczaj, aby podkreślić swoją dumę z bycia Florentyńczykami.

(Edwige „z miłości do Duomo” założyła jedwabną chustkę, której wcześniej nigdy nie nosiła…) Transparenty i draperie zwieszają się z balkonów i okien, pałace obwieszone są najdroższymi jedwabiami a biedacy nakrywają swoje stoły kolorowymi obrusami, aby też mieć udział w powszechnej radości.
Weszłyśmy do katedry oświetlonej tysiącami świec – iluminację przygotowano specjalnie na dzisiejszą uroczystość. Ludzie wchodzili i wychodzili, wielu klęczało i – jak przypuszczam – dziękowało, ale nie odprawiano mszy.
Jednak nie będę traciła czasu na opisywanie tego co możesz wyczytać w gazetach. Pobyt tam był dla mnie bardzo poruszający, uroczysta powaga chwilami przechodziła w smutek. Stare, pieczołowicie przechowywane szyldy i banery należące przed wiekami do poszczególnych cechów kupieckich a teraz wyciagnięte przez sklepikarzy miały przypominać o dawnej świetności miasta. Ale mnie nie było do śmiechu, byłam raczej bliska łez patrząc jak wspaniały baner handlarzy wełną powiewa nad stosem szarych koców i zgrzebnej flaneli przed sklepem na Borgo San Lorenzo. Sklepikarz nie urządzał maskarady – wierzył i chciał by inni uwierzyli iż jest spadkobiercą wielkich kupców sprzed wieków. Pozostałe rzeczy były ogólnie radosne, a chwilami zabawne. Widziałam przybyszów z prowincji, wielu z nich w dziwacznych ubiorach. Dwie dziewczynki w domowej roboty sukienkach uszytych z czerwonej tureckiej bawełny używanej zazwyczaj jako podszewka pod narzutę na łóżko. Patrzyłam jak zadowolone posilały się pod gołym niebem, siedząc przed restauracją przystrojoną kwitnącymi pnączami.

Reklamy

Tagi: , , , ,

Komentarzy 14 to “O Florencji na gorąco”

  1. Eliza Says:

    Witaj
    Widzialam kiedyś zdjęcia z Florencji znajomych, ktorzy udali się w podróż poślubną do Toskanii, aż zapraszaly do podroży. Piekny jest ten nasz świat, Twoje opisy tak pięknie namalowane słowem, niemniej piękne od florenckich koronek… Pisz dla naszej przyjemności.

    Uściski przesylam

  2. wiedźma Says:

    Dobry wieczór 🙂 Znów pięknie i malowniczo., od tego naprawdę robi się cieplej i lepiej na świecie . Nie wiedziałam, że fasada katedry została ukończona tak późno…..
    A pani Wisława napisała taki wiersz, zatytułowany

    „Trzy słowa najdziwniejsze”

    Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
    pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.

    Kiedy wymawiam słowo Cisza,
    niszczę ją.

    Kiedy wymawiam słowo Nic,
    stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie.

    Cieszę się, że nagroda Nobla powolła Jej na podróże i spotkania z ludźmi, których podziwiała. Nam zostawiła wiersze
    Masz rację, że o pieknych rzeczach trzeba mówić……..

  3. laudate44 Says:

    oj, trzeba…
    pozdrawiam z Londynu, z okolic National Gallery…

    • wiedźma Says:

      Rozumiem Twoją lakoniczność….. zwiedzanie NG to jest zajęcie na dłuuuugo…. 🙂 Powodzenia i wielu wrażeń.
      Pozdrawiam

      • laudate44 Says:

        Wróciłem. Wrażenia były. Niektóre nadają się do opisu 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Dwie wiadomości. Obie dobre!!! 🙂

      • laudate44 Says:

        A gdzieżeś Ty bywał Czarny Tetryku, Czarny Tetryku?
        Mało Cię tu ostatnio, nawet myślałem czy Twoje milczenie nie jest jakąś formą protestu przeciw ACTA. 🙂
        Rozważałem też wariant, że pojechałeś na ferie i spadłeś z nart… (Czego oczywiście nie życzę!)

        PS. Powinności blogerskie wypełnię niebawem 🙂 Pozdrawiam

      • Tetryk56 Says:

        Na nartach faktycznie parę dni byłem, spadałem z nich uporczywie acz bez strat w ludziach ni członkach 🙂
        A ACTA jest IMHO głównie tematem zastępczym dla prawie wszystkich wypowiadających się (choć oczywiście forma wprowadzania jest skandaliczna!)

  4. wiedźma Says:

    Zaglądam i oczy wypatruję a tu spokój …. śnieg przysypał ?
    Pozdrawiam

    • laudate44 Says:

      No, jak spokój to dobrze…
      Są dni, (tygodnie) kiedy się pisze i są takie gdy się pisać nie chce, bo coś-tam, coś-tam.
      Pozdrawiam również.

  5. Malina M* Says:

    Pięknym językiem o pięknych rzeczach napisane … przychodzi mi na myśl piosenka, którą niegdyś często śpiewałam sobie :
    Lodate, lodate, lodate il Signore …
    Cantate, cantate , cantate il Suo Nome …
    POZDRAWIAM

  6. wiedźma Says:

    Dzień dobry ! Laudate, pozdrawiam serdecznie i z pewną taką niesmiałością pytam : kajś Ty?:)

    • laudate44 Says:

      Wiedźmo, minęliśmy się w drodze: gdzy zadawałaś swoje nieśmiałe pytanie – szykowałem nowy wpis do publikacji.
      Nie zginąłem, tylko prowadziłem życie pozablogowe… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: